Cisza brzmi dobrze

Na zakończenie pewnego arcyważnego etapu w swoim życiu niedawno, dostałam prezent pod postacią zaproszenia na występ Grigorija Sokołowa w warszawskiej Filharmonii. Ucieszyłam się jak szalona, bo tak jak w latach nastoletnich bywałam tam często, tak później jakoś się rozdrobniłam na inne hobby. I to jeszcze Sokołow! Ech no!

Jak miło było patrzeć na ludzi z tabliczkami „Kupię bilet” i „Help! I need 1 ticket!” – serio! W czasach ogólnego powiedzmy sobie dobrobytu i wszechdostępności, zapachniało reglamentacją kultury jak w starych niezbyt dobrych czasach!

Pierwsza połowa to zazwyczaj trochę jak gra wstępna, jest miło, przyjemność się rozlewa po ciele, kuszenie coraz większe, ale chce się tego głównego dania. Nie inaczej. Po antrakcie miał być Szopen z nokturnami. No niby znane, ubóstwiane ale tak jakoś może właśnie tego „znania” się obawiałam, znowu, trochę jak w związku wieloletnim, seks jest fajny, bo zna się wszystkie nuty na ciele, ale też może nie być jakoś szczególnie zaskakujący. Ale tym razem, tak jak w seksie bywa, zaskoczyłam się, tak bardzo, bardzo…

Byłam tak dotknięta tym okrutnym pięknem, same łzy mi płynęły po twarzy i wcale nie miałam ochoty ich ukrywać. Stary Mistrz rozebrał mi duszę na cząstki, pokawałkował emocje i doprowadził do drżenia każdej komórki ciała. Bisował Siedem Razy!

I już pewnie możnaby ukłuć średniolotną metaforę, że to właśnie tak jak w seksie czasem, że takie zaskoczenie, mimo znanego materiału, że przecież tyle razy już, ale nie. Nie o to tu.

Zachwyciłam się ciszą.

I wiadomo przecież, że ta dychotomia tworzy muzykę. Taniec między ciszą a dźwiękiem. Ja też to wiedziałam. Ale najwyraźniej nie przeżyłam jej naprawdę.

Na sali wraz z kilkoma setkami ludzi usłyszałam, pierwszy raz tak wyraźnie, ciszę. Między nutami, między frazami, między tonami. I w tej ciszy, kiedy jeden dźwięk przechodził w drugi i następny, płynęły emocje i tworzyły historie w ciele. Ale opowieści bez słów, tylko  wspólne nam przeżycia, straty, żalu, żałoby, melancholii. Wszystkie bez wyjątku, absolutnie piękne. Przez ciszę, która brzmiała.

Noszę tę ciszę w sobie. Zauważam ją w tych momentach kiedy się pojawia. Między wypowiedzianymi słowami. Między „robionymi” czynnościami. Między oddechami. I między myślami. Tam odpoczywam, tam kontaktuje się z doświadczeniem siebie. Tam jestem naprawdę. Nie w wymawianych słowach. Nie w „myślanych” myślach. Nie w „robionych” rzeczach. Tam. Jestem.

I takiego bycia życzę na ten rok. Znajdowania momentów takiej ciszy.

Cisza brzmi dobrze.

2015-12-06 21.27.33

(fot: własna; przed kolejnym bisem)

Cisza brzmi dobrze

Tropikalny seks-wkurw

Na wakacjach się w końcu znalazłam, po trudnym i arcyciekawym roku dla mnie, potrzebowałam ostudzenia synaps i i trochę większego geodystansu od geolokacji pierwotnej.

Małą pocztówkę przesyłam więc, jak to drzewiej bywało:

Jesteśmy na jakiejś ciupince wysepce zawrotnie pięknej, jak wszystkie tutaj. Nadszedł czas powrotu do cywilizacji, towarzystwo jakoś się zbiera powolutku bo „się nie chce”, bo „małpy się plecaków czepiają”, bo „jesteśmy w Azji, więc się nie spieszę”. Mam tak, że na wyjazdach, niestety dla towarzyszy, ciągle chcę więcej i dalej i wszystko. No mam tak. Wracam więc jako pierwsza do łódeczki naszej łupineczki, żeby dalej, no dalej, coś…

Nasz miejscowy „przewodnik łódkowy”, przezwany czule „Kapitanem Ryngitem” (od malezyjskiej waluty) ma jakieś 23 lata i w spokojności biologicznej mógłby być moim synem. Wskakuję do łódeczki-łupineczki, pokrzykując na pozostałą szóstkę, która myślałam, że jest tuż za mną, ale zaginęli w dżungli najwyraźniej, że „chodźciejużno”, „ejno”, i „boodpłyniemybezwas”, próbując w tym samym czasie zetrzeć z siebie piasek, wody resztkę po pływaniu i pot oczywiście. Taki taniec-łódko-wygibaniec robię, żeby siebie i Ryngita do wody nie wrzucić, kręcąc się dookoła kręgosłupa, nagle napotykam się na, w swoją stronę wycelowanego…uwaga… penisa w całej swojej męskiej okazałości, pięknie brązowy z różowawym czubkiem, całkiem słusznych rozmiarów, no co ja będę tu penisa opisywać, wiemy jak wyglądają, nawet te „egzotyczniejsze” nie?

Jak już tak się na niego prawie nadźgałam, wzrokiem na szczęście tylko, i na „łódkowego” paluszek który ewidentnie wskazywał, że on, „pan łódkowy” chętnie by mi potowarzyszył w czymś bardziej dorosłym, to z zaskoczenia i absurdu całej sytuacji, wybuchnęłam śmiechem, nie perlistym, bo ja i perlisty śmiech to raczej nie, ale tak szczerym jak z głębi jajników potrafię. Odkiwałam głową, że raczej nie skorzystam z tak dostojnie okazanej oferty, że w sumie to bardziej bym go do piersi, kapitana „łódkowego”, nie jego penisa, przytuliła, tak matczynie, raczej, a on mi tu z takim tym..heh…Ryngit w panice, wstydzie i zażenowaniu atomowym próbował ukryć w spodenkach swoją donośną erekcję a ja obśmiewałam się dalej. Towarzystwo się przyczołgało. Popłynęliśmy dalej, kapitan Ryngit, jego grzeczny i spokojny już penis, i my.

I jak sobie tak przez ten raj płynęliśmy, to oczywiście, najpierw sobie wewnętrznie rechotałam, i też trochę zastanawiałam, czy powiedzieć reszcie, czy nie. Ale uznałam, że raczej nie, bo nie wiadomo czym to dla biednego Ryngita mogło się skończyć, jak trzech rosłych, krzepkich facetów made in Poland, by się zdenerwowało, no i kobiety jeszcze przecież tam były, też nie stroniące od ekhm, argumentu, więc dla spokojności międzynarodowej, wybrałam opcje „silence”.

Kilka godzin później jak oglądałam swoją skórę w lustrze, która przypominała już odcieniem wkurzonego indyka wzrok mi padł w swój wzrok. Stanęła (hyh) mi scena przed oczami i po prostu się wkurwiłam. Siarczyście, na głos podkreśliłam swój stan i zaczęłam sobie przypominać historie ze swojego i innych kobiet życia, kiedy w taki, mniej lub bardziej wyszukany sposób, „zachęcano” nas do seksu, gwałcąc granice, przekraczając bariery szacunku i często naruszając na zawsze, osobowość i poczucie siebie. „Co jest do cholery? rozmawiałam ze sobą w lustrze – Pamiętasz jak E. ci opowiadała, jak była w Maroku i na jej widok faceci zaczynali się masturbować, tylko dlatego, że była „biała”, a „białe” to wiadomo! Albo jak ręce ultraprzystojnego Włocha z siedzenia obok, zaczęły niebezpiecznie blisko latać, po tym jak się okazało, że wasz lot odwołali, i trzeba jechać do jakiegoś hotelu, więc jakoś siebie wesprzyjmy, a wiadomo, że Polki to ten! Albo jak P.ci mówiła, że bała się do windy z typem jednym z kamienicy swojej wsiadać, bo robił takie uwagi na temat jej wyglądu, że wolała schodami chodzić?!!”.

Nie chciałam sobie przypominać tych gorszych, dużo gorszych kobiecych historii nadużyć, gwałtów, molestowania. To co nagle mnie spotkało w rajskim tropiku to król pikusiów, ale się zdarzył i dał do myślenia skurczybyk.

Czy jest szansa na zmianę Tego? Czy ścieżka „walki” z Tym to na pewno dobra ścieżka? Czy ona przypadkiem nie tworzy więcej agresji i przyzwolenia na przedmiotowe traktowanie? Jak edukować? Kogo? Osoby z penisami? Osoby z waginami? Jak o tym mówić? A najważniejsze – do kogo?

Mam dużo do przemyślenia i jeszcze więcej do zrobienia. Bo nie wierzę w jedną jedyną formatkę postępowania w tak różnych przypadkach. Ech no.

Ps. A tu ten kawałek raju, niby bez cienia, ale jednak trochę już mniej kolorowy…

IMG_0253

Tropikalny seks-wkurw

Dla tych, którzy kochają za bardzo

Trudny to do opisania. I niełatwy do zobaczenia. Ten mechanizm. Wszyscy niby wiedzą, większość widzi. A nawet rozpozna w sobie, skrycie. Widzę. Codziennie może. Po drugiej stronie. Czasem się wymknie między słowami, albo utopi się w nadmiarze słów wypowiadanych. Tak.

„Chcę być kochana. Chcę być kochany”.

Nie, nie tylko taką miłością romantycznie prostą. Chociaż tych też wielu – zakochani, oddający siebie, swój czas, wszystko, jak będzie trzeba, żeby tylko zostać zauważonym, docenionym, pokochanym. A tamci „niekochacze” nie patrzą w ogóle w tę stronę, gdzie indziej zainwestowani, czy sercem, czy rozsądkiem, czy „bo tak wygodniej, bo są głaski, bo nie trzeba się wysilać”. Nie widzą, tych, błagających sercami o miłość, o gest, o słowo, o uwagę. A „kochacze” kochają dalej, uparcie, bez nadziei, ale wiernie. Nie widzą odrzucenia, nie chcą widzieć, bo tak obsesyjnie uczuciami zalani. Nie znajdą się na tym miejscu pierwszym, i nie chcą, nie mogą tego zaakaceptować. „Kochacze – bidulki” z sercami większymi niż rzeczywistość.

I jeszcze są tacy „kochacze – dzieci – wieczne”. Te dzieci wewnętrzne, które za każdą cenę chciały poczuć miłość Tych Najważniejszych – mama, tata.. Takie oczywiste, nieprawdaż? Tak się uczyli dobrze, tak pomagali, takimi skałami oparcia dla tych Dorosłych byli, żeby tylko poczuć na chwilę się potrzebnymi, kochanymi, ważnymi. Nie byli. Nie czuli. A dalej są.

Dorosłe Niekochane Dzieci. DND. Nowy syndrom? Nie, podły mechanizm, który krępuje ruchy, który nakazuje kochać i zasługiwać na miłość i uwagę, tych, którzy może na nią nie zasługują. Uruchamia się w związkach często, kiedy Dorosłe Niekochane Dziecko ma wolność kochać dorośle ale nie wie jak, no bo jak? Nie nauczyło się nigdy. Nie czuło nigdy. I przenosi te braki na tych, którzy o tych niedostatkach pojęcia nie mają. I szaleństwo zasługiwania zaczyna się na nowo. Robić, robić, zasługiwać, zasługiwać. Oni wciąż tam są, w swoim dzieciństwie i młodości, tam zostali, jak w klatkach. Wciąż pragną tego, czego być może, nie, pewnie nie dostaną. Bo tamci odeszli, na zawsze, albo nie widzą problemu, bo nigdy nie widzieli. Starzy rodzice. Niekochacze.

source: thepoetsgarret
source: thepoetsgarret

Jak się wydostać z tego walca zasługiwania i błagania? Z tego kochania tych „niekochaczy”?

Prawda cię wyzwoli, ale też mocno wkurzy, załamie też, może, na chwilę, dłuższą pewnie.

Te miłości się nie zdarzą. Taka jest prawda. Przesadziłam? Tak, zdarzają się. Ale mogą nie. Nie będę miała tego czego tak bardzo pragnę. Nie będę miał tego, co mi się należało, należy. Nigdy. Nie pokocha Cię ten, który Cię nie chce. Nie pokocha Cię ten, który, właśnie myśli, że Cię kocha, po swojemu.

Co ja, z tym starganym cierpieniem, czasem długoletnim, sercem, mogę powiedzieć?

Może to:

„Odpuszczam, żeby dobrze żyć dalej. Odpuszczam, żeby być wolną. Odpuszczam, żeby cenić i kochać siebie, tak jak nigdy nie będę kochana i ceniona przez nikogo. Odpuszczam, żeby w końcu poczuć siebie w sobie, a nie siebie wobec innych. Odpuszczam, bo mam dość.”

Może to, może coś innego, żeby tylko już, w końcu, odpuścić. Sobie przede wszystkim. I im też. Bo pewnie „nie wiedzą, co czynią”.

Kochacze kochani! Kochajcie siebie! I idźcie dalej, albo posiedźcie, albo położcie się i poleżcie, jeszcze trochę…Troszeczkę…

Dla tych, którzy kochają za bardzo

„Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni…

… mówi jeden z najgłupszych sloganów psychologicznej nowomowy, bo to co mnie nie zabije, może mnie zamienić – na długo albo na zawsze – w żyjącego trupa z wypalonym środkiem i pozorem ruchu. Czasem cierpienie ma taką właśnie siłę, bo są zdrady i utraty uniemożliwiające żałobę, odbierające łzom oczyszczającą moc, a czasowi łagodność. Zostaje po nich dzikie mięso jak po źle leczonym oparzeniu”.

Wyspa łza – Joanna Bator

Nienawidzę tego powiedzenia przez Nietzsche’go ukutego. Przedostało się do popcornowej psychologii i rozsiadło się w mózgach jak jakaś prawda najwyższa.

Bo co ono znaczy, tak naprawdę? Rozumiem semantykę przecież, słowa obok siebie w szeregu postawione. „Nie straszna mi żadna przeszkoda, ból i cierpienie. Nic mnie nie złamie! Zwyciężę…”. To dobry motywator na siłownię, chociaż krzywdę można sobie zrobić.

Tylko, że jak słyszę to w gabinecie wypowiedziane, gdzieś między zagryzanymi między zębami łzami, w sztucznym uśmiechu wyszczerzonymi, a pustymi z bólu oczodołami, to już nie jestem tak pewna, że to „wzmocni”.

Albo kiedy słucham historii sprzed lat czasem, albo jakiegoś wspomnienia, które gdzieś głęboko schowane w zwojach mózgowych, dopiero co się na powierzchnię wydostało, i ciągnie za sobą te emocje, których czucie zakazane do tej pory było, to już wcale nie wierzę w tą „moc”.

Kiedy patrzę na ludzi złamanych tymi historiowspomnieniami, tymi teraz, i tymi wcześniej przeżywanymi, to nie chcę tego powiedzenia słyszeć nawet.

Bo zdarzają się zdarzenia, których nie sposób „przerobić”, zapomnieć – myślisz – „phi, zawsze można, trzeba tylko silnym być”. Jasne. Mam wtedy wątpliwość, czy takie „coś” o takiej sile rażenia, kiedykolwiek ci się przydarzyło.

To zdarzenie, które zmienia nas, mnie, ciebie, bezpowrotnie. Przylepia się do duszy i nic nie jest w stanie tego odkleić. Nosimy to w sobie, na sobie, jak niewidzialny ciężar. Świat się zmenił, od tego momentu. Na zawsze już.

Nie, nie widać. Idziesz dalej. Spychasz cierpienie „na wieczne zapomnienie”, bo „silnym trzeba być”! Spychasz, tylko, że ono się odzywa, czasem gest, zapach, myśl nieokiełznana, przypomina. Co wtedy? Miało mnie wzmocnić przecież, a ja tak jakoś kulawo się czuję i odwracam głowę od siebie w lustrze. Pusta, słaba, brudna..

Najgorsze co możemy zrobić wtedy, to „zaklepać” to cierpienie i na siłę silnym być.

Czasem w gabinetach, jak trzeba to razem się w nie wsłuchujemy, co ono mi mówi, dlaczego tak bardzo chce być zauważone. Bo chce. Zawsze będzie chciało.

Może Ci pokazuje, że właśnie masz nie być silny, że może trzeba się słabości nauczyć. Nie uciekać tak wściekle od swojego człowieczeństwa? Może przez nie masz być delikatniejszy, bardziej rozumiejący ludzi, tak, pewnie tak samo cierpiących? Może rady – porady dla kogoś kto przez własną pustynię przechodzi masz sobie wtedy w kieszeń, albo głębiej schować, i tylko posiedzieć z nim, pobyć, bo przecież wiesz jak to boli?

Może właśnie dla siebie współczucia i dobroci masz się nauczyć, żeby już tak siebie nie biczować? Może czas, żebyś przestał być swoim katem w tej iluzorycznej sile chodzącym? Może czas serce otworzyć i pozwolić sobie „czuć”?

I, nie, nie być silnym, jak czasy nakazują, tylko słabym właśnie. Przed sobą samym. I powiedzieć sobie: „Tak, boli, tak, cierpię. Nie udaję ale żyję, wciąż”.

Ja prawdziwa_wy, ja autentyczna_ny, ja cierpiąca_cy.

Po prostu.

Silny, silna, w swojej prawdziwej słabości.

Jestem.

IMG_0697

„Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni…

Jestem zboczeńcem

Potocznie – zboczeniec –  «człowiek, którego zachowania seksualne odbiegają od normy».

Siada na jednym z foteli na przeciwko mnie. „Hmm..dlaczego wybrał akurat ten?” – mogłabym pomyśleć, ale nie myślę, bo może po prostu siada gdzie chce. Wypija cały kubek wody. I nie szukając kontaktu wzrokowego, wbija wzrok gdzieś za horyzont za oknem.

„Na początek, chciałbym, żeby pani wiedziała, że jestem zboczeńcem.”

Aha. „Jak mogę nie kochać swojej pracy?!!!” – miga mi na korze przedniej.

„A co sprawia, że tak pan o sobie myśli?” – przemyka mi po twarzy spojrzeniem, koncentrując się na pięknie seksownym kalendarzu Zbyluta Grzywacza na ścianie. Wzdycha.

„Znaczy ja tak o sobie nie do końca myślę, moja partnerka raczej..”

„Tak panu powiedziała?”

„No może nie dosłownie, ale czasem jak rozmawiamy po seksie, jeśli rozmawiamy po seksie, to mam wrażenie, że ona tak o mnie myśli, tylko nie chce tego na głos powiedzieć…”.

Aha. Czyli nie do końca zboczeniec jest zboczeńcem.

Okazuje się, że on „coś” robi, czego ona nie lubi, nie aprobuje, nie zgadza się, co okazuje dość otwarcie, bez zahamowań. On się wtedy zamyka i obrzuca wewnętrznie najgorszymi epitetami.

Po rozmowie z Oną, wychodzi na to, że ona tego nie lubi, bo jej po prostu niewygodnie i uważa, że jej ciało wcale nie wygląda w tej pozycji zbyt podniecająco, więc się zamyka i pożądanie znika, i się wycofuje i nici ze szczytowania jej i jego. I po seksie. A ona tonie w falach wstydu.

Jej. Prosta sprawa niby. Chór głosów może się wznieść: „No to dlaczego ze sobą nie pogadali!”. Ano nie pogadali, bo i jedno i drugie miało w głowie swój film na temat tego co się między nimi wydarza. Tak łatwo jest przecież ocenić z pozycji czytacza co zrobić, nie? A ileż razy w związkach o tych wyobrażeniach i projekcjach nijak rozmawiać nie umiemy, trzymając się Swojej Prawdy, która z Prawdą Prawdą niewiele ma wspólnego. No nic. Oni mają się dobrze, i z tego co wiem, pożycie kwitnie! (przesyłam pozdrowienia, bo przeczytają)

Ale to co mnie tak zawsze, ale to zawsze zastanawia, to ilekroć słyszę kogoś przylepiającego sobie łatkę „zboczeniec”, „nienormalna”, „chory” kiedy mowa jest o zachowaniach seksualnych, to prawie na 100% wychodzi później, że to tylko ten pęd wciśnięcia się w normy, czy raczej to, co ktoś uważa za normy. Bo broń mnie o Buddo, żebym odstawać miała od całości, wielości, przeciętności statystycznej???

A co ta „normalność” w ogóle oznacza? Bo słuchając innych i w gabientach i poza nimi, jak już rozmowa czasem schodzi na „te sprawy” to jak ten seks „normalnie” przeciętny, statystycznie ujęty wygląda?

– jest niezręcznie, czasem niewygodnie

– komunikacja bywa ograniczona

–  trochę „orka na ugorze”, a nie zabawa

– zrelaksowanie dopiero po znacznej często dawce alkoholu

– obsesyjne przejmowanie się „jak wypadnę?”

– niepewność co do upodobań partnera

– jak się coś nie podoba, to się czeka, aż to zaniknie, albo po męczeńsku znosi

– masturbacja to tajemnica

– „ciało nie takie” – za grube, za chude, za stare, za owłosione, niewydepilowane

– „penis za mały” tudzież za cienki

– „czy ona miała orgazm? czy tylko tak mówi?”

– „niech już dojdzie, i będzie po wszystkim”.

 

Tak mniej więcej, jest przeciętnie = normalne.

Myślę sobie, że jak się wypada „poza normy” to może być całkiem ciekawie.

 

Jestem zboczeńcem

50 twarzy Greya czyli ból dupy wcale nie z seksownego powodu

images

Zmusiłam się do obejrzenia, żeby uniknąć pytań, zbędnych dyskusji i komentarzy. Po książce, którą przeczytałam, z tegoż samego powodu, bo jednak wolę mieć swoje zdanie na tak „kontrowersyjny” temat jak ten (s)hit dziesięciolecia.

Spojlerów nie będzie, z resztą myślę, że spojlować nie ma co, bo nie ma czego.

Nie powiem, zajadałam się ciekawością, jak te sceny „BDSMowe” będą sfilmowane, jak ten seks, tak romantycznie-soczysto-orgazmistyczny-aczkolwiek-zupełnie-nierealny będzie pokazany, jak gra aktorska, bo przecież Grey to skomplikowane ciacho ciach, co tam, cały tort miał być! No i to niewinne idiosynkratyczne zagryzanie ust przez Anastazję, och, ach!

Zasiadam do oglądania podekscytowana.

Mija pierwsze 15 minut. Czuję odpływające podniecenie, gdybym była mężczyzną, pewnie bym to odczuła organoleptycznie.

Mija kolejne 5. Mrużę oczy w uwewnętrznionym „WTF?”.

Po 3 następnych, tak bardzo, bardzo wciąż pragnę, żeby to był dobry film.

Po minucie jednak mi przechodzi i zaczynam się brechtać, ale nie śmieszkiem wujka-zbereźnika, tylko takim prawdziwym, bo tracąc nadzieję, zdałam sobie sprawę, co mi to przypomina. Pamiętacie pornosy eNeRDowskie z lat circa about 70tych? To jest to! Wątek i gra aktorska tu mniej więcej na tym się opiera!

I już zrelaksowana (prawie) do końca seansu czyli jakieś jeszcze 105 minut chichoczę się bez opamiętania – wychodzę z kina w bukolicznym (prawie) nastroju i z bólem dupy, bo to jednak dłuuuga produkcja, szczególnie jak się zna zakończenie.

Obśmiewałabym się do dziś, gdyby nie jedna rzecz. Jakoś w lekturze, nie skupiałam się na relacji Christiana i Anastazji, bo czekałam (znając siebie) na tzw.momenty, na to jak wątek BDSMowy jest przedstawiony w mainstreamie, i żeby ewentualnie wypunktować ewidentne przekłamania, gdyby ktoś mnie o nie pytał.

Z tego względu, że sceny seksu, no powiedzmy hojnie, są nieco żałosne, to przyjrzałam się bardziej powstawaniu tzw. relacji. Z tego też względu, przez jakieś 80% filmu, siedziałam z głową odchyloną do tyłu, poziomymi zmarszczkami na czole, które u mnie naocznie symbolizują niestrawność graniczącą z obrzydzeniem. To też czułam, w przerwie na śmiech.

Może dlatego, że w książce to jednak moja osobista wyobraźnia pracowała, a tu po prostu już było wszystko na wierzchu, hyh – Grey to socjopata, który znalazł sobie dziewicę, żeby przysposobić ją sobie do swoich upodobań, nie tylko seksualnych. Kontroluje, śledzi, zmusza do jedzenia, kupuje jej ciuchy, wypełnia czas wolny, zarzuca ofertami, których bidulka nie może odrzucić, sprzedaje jej samochód bez jej pozwolenia itp. Uroczy ten Krystek, nie? Może rzeczywiście niektórym by to pasowało, ale serio? Całe to BDSM to pikuś przy traktowaniu bohaterki, która nie ma oczywiście wyboru i się w nim zakochuje. Nihil novi.

Zastanawia mnie ten ciąg do idealizowania tej toksycznej relacji, takiej biało-czarnej, takiej z bajki złej cioci. I tak, myślę, taki łatwy świat – on się boi zaufać, ona bardzo chce kochać, on chce mieć wszystko pod kontrolą, ona zrzeka się swojej, żeby być częścią jego świata, on realizuje swoją seksualność w jedynie dla siebie akceptowalny sposób, ona dopiero swoją odkrywa, badając, na oślep trochę, jej granice.

Ręce w horrorze unoszę ku niebom, bo przecież ileż takich relacji na kozetce widziałam, ba, poza nią jeszcze więcej. I to mnie boli najbardziej. Wychowane na bajkach, na mitach wielkiej miłości, w której rozmantyzm dzielony jest przez toksynę i mnożony przez dysfunkcje, tak bardzo tego mitu spełnienia potrzebujemy??? Tego mitu? Tak spełnionego? Naprawdę? I wcale nie chce mi się szukać cienkich usprawiedliwień pt: „no ale tak już jest”, „świata nie zbawisz, pogoni za miłością, jakąkolwiek, nie zatrzymasz”.

Powielanie stereotypów zawsze nam świetnie wychodzi, a wyjścia z labiryntu fałszywych, nierealnych do spełnienia przekonań, nie widać. A Hollywód daje pożywkę, a my się we wzorcach utrwalamy i utrwalać pozwalamy.

Od złej książki gorsza jest tylko jej adaptacja.

50 twarzy Greya czyli ból dupy wcale nie z seksownego powodu

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Z Dżerzim (wym. „Dż-e-r-z-i) znamy się krótko. Zanim wszedł do gabinetu, długo wybierał herbatę, potem długo czekał na gotującą się wodę. Strategie zwlekania ma opracowane, sam później powiedział.

– Z czym przychodzisz? – jeszcze przez telefon poprosił, żebym mówiła do niego po imieniu.

– Tak od razu, prosto z mostu? – uniesione w zadziwieniu brwi.

– A od czego chciałbyś zacząć?

– Yyyy..no w sumie…jestem trochę jak u lekarza..

– Zależy. Myślisz, że jesteś chory?

(patrzy na mnie uważnie, przełyka ślinę, herbata nie pomaga) Nie wiem..nigdy nie myślałem, o sobie, że jestem chory chory, ale to raczej zależy od definicji choroby.

– I organu, jesteś u seksuologa.

– Taak..Fak, nie myślałem, że będzie tak trudno..Przepraszam…

– Nie ma za co zupełnie.

– Tak, no tak… No dobrze… Mam problem z erekcją… (spuszcza głowę i z całej siły trzyma się kubka).

Całej rozmowy, a później rozmów następnych oszczędzę, bo analizowanie stanu zdrowia fizycznego i poziomów testosteronu, tudzież stylu życia nie musi być dla innych tak fascynujące jak dla mnie. Przy czym dodam, że Dżerzi zdrowy jak koń wyścigowy.

Dżerzi opowiada o tym, jak była olimpiada szkolna w podstawówce, to on się z niej wycofał, prawie w ostatnim momencie. Jak wygrał konkurs geograficzny, to nie mógł uwierzyć i dopytywał, czy komisja się nie pomyliła, nie, więc uznał, że było mało startujących i dlatego wygrał. Poszedł do liceum, nie tego prestiżowego, tego którego chciał, tylko do słabego, bo wiedział, że tam sobie poradzi, no bo gdzie on, w tym dobrym. Studia, jak studia, niewiele pamięta, nie, że tyle melanżował, po prostu niewiele się działo, wolał grać w gry, sam, nie w jakieś MMOGi tylko on sam i komp, no może czasem w LOLa. Pracę wybrał taką jakąś, żeby była, bo ta co by chciał, to raczej nie będzie startował, bo tylko się rozczaruje.

– Powiesz mi co się wtedy stało? – pytam, bo na temat „tego incydentu” milczał, ciszą znaczącą.

– Kiedy? – odpowiada, chociaż doskonale widzę, że wie, o co pytam, wzdycha głęboko i po chwili jednak kontynuuje – Jak już mogłaś wywnioskować, moje stosunki z kobietami układały się różnie, były jakieś..w sensie kobiety, ale to raczej przypadkowo, często po alkoholu.. No i jest ona..

Długo milczymy. W ogóle z Dżerzim sporo milczymy, nie, że to źle, po prostu tak mamy z Dżerzim.

– Wiesz, ja się trochę w niej …. no nie wiem, no cholernie mi się podobała, nie tylko mnie. Byliśmy na tej imprezie razem, znaczy dużo osób było, i w ogóle nie piłem, bo się bałem, że palnę coś debilnego! I co? I jakoś zaczeliśmy rozmawiać, znaczy ona mówiła, więcej, że fajnie, że jestem taki miły, że nie jak inni. No i jakimś cudem szamańskim chyba, znaleźliśmy się u niej w domu. I mówiła mi, że już mnie obserwuje od pewnego czasu i że… Jezu, a mój mózg oczywiście cały czas tylko jedno: Nie spierdol tego, nie spierdol tego, nie spierdol tego. Jak przyszło co do czego, to już wiesz… Już nigdy nie dotknę kobiety…Na ręcznym będę jechał…

Nie trzeba tu wszechboga psychoterapii i cesarza seksuologii, żeby zobaczyć, że Dżerziego mózg uzależnił się od złego myślenia o Dżerzim. To ciągłe wycofywanie się, „usprawiedliwianie” sukcesów, deprecjacja umiejętności. I niektórzy mogliby pomyśleć – o! na łatwiznę idzie! Nie idzie. Nie potrafi inaczej, on, ciągle ten gorszy, ten nie radzący sobie, nie zasługujący. Ta głowa Dżerziego inaczej nie potrafi myśleć, hamuje go, tak, jedzie na ręcznym, hamulcu. Fakty interpretuje sobie na pohybel, wszędzie, nawet w łóżku, silniejsza ta głowa od penisa.

Myślę sobie, patrząc na w połowie zapisany ekran, że pewnie każdy z nas uzależniony jest od jakiegoś myślenia, czy o sobie, czy o świecie. Od myślenia, które nas krzywdzi. Czasem nie wiemy, że można myśleć inaczej, czuć inaczej, a bożebroń zachować się inaczej. I tak w tym uzależnieniu nieujawnionym trwamy, krzywdę za krzywdą sobie robiąc, wycofując się, nie próbując, odpuszczając kiedy jednak nie trzeba było odpuszczać.

Można inaczej.

I trzymaj kciuki za Dżerziego – bo idzie na randkę z Oną. Bo Ona się wcale nie wystraszyła, powiedziała, że zdarza się, i tak, Dżerzi nie uwierzył najpierw, pomyślał, że z litości pewnie idzie, ale potem powiedział, że spróbuje, że może rzeczywiście, nie z litości, tylko z sympatii, i że może te problemy z erekcją mogą się zdarzyć, jak ktoś tak sobie „w głowie napierdala”, cytuję, bo Dżerzi już przestaje, powoli.

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Jak tam Twoje postanowienia noworoczne?

Oglądam sobie z A. przepływające cztery pory roku za oknem. Pięknie jest. Nagle A. głęboko wzdycha:

– Ty wiesz, że już tydzień Nowego minął a ja jakoś nie mogę się w sobie pozbierać, zmotywować, wiesz..

– Daj spokój, to przez ten dwutygodniowy świąteczny weekend. Wszystko w swoim tempie…

No ale rzeczywiście, sporo mi się na Fejsbuniu i poza znajomych chwali swoimi planami na 2015. Ile to książek przeczytają, ile przysiadów zrobią (serio, jest na ten challenge stronka), ile kilometrów przejdą, przebiegną, przepełzną, ile alkoholu nie wypiją, ilu paczek papierosów nie wypalą. I fajnie myślę sobie. Jak wiadomo (są na to badania), jak się powie znajomym, że coś robić zamierzamy, to wzrasta motywacja, że rzeczywście to zrobimy. Bo wsparcie, bo głupio jak nie zrobimy.

Druga szkoła, to ta „cichociemna” – nie mówię, nie chwalę się, żeby potem wszystkich zaskoczyć i „pokazać”, że można. Ta motywacja trochę trudniejsza się wydaje, bo ścigamy się tylko ze sobą przecież, i łatwiej popaść w jakieś stare wzorce z absolutnie rzetelnym usprawiedliwieniem np. takim, że „mi się dziś nie chce”…

Jak się tak przyglądam, to rewolucja na rewolucji będzie. Popieram zmianę oczywiście. Zawsze. Ale jak to mi znajomy, który od lat zapalonym bywalcem „siłki” jest, powiedział: „Do mnie więcej połowy lutego nie chodzę, bo nie można sie na sprzęt dopchać, jak wszyscy Postanowicze życie zaczynają zmieniać. Potem już luzik. Heh, jak zwykle”.

Jak zwykle. Nie dziwne też. Mamy przecież wiadra przekonań, racjonalizacji swoich zachowań, więc wiadomo, że łatwo złamać siebie nie da się. Coś co wpajamy sobie do głowy nie może przecież nagle okazać się kłamstwem, nie?

Np. przez całe życie, albo jego chwalebną dorosłą część myślę sobie, że siłownia (niech już będzie) to miejsce dla karków, kobiety stają się tam męskie i rosną im włosy na brzuchu, wszyscy są smukli, szczupli i wysportowani (no oprócz karków, ale tak ma być) itp.itd.

Ale pod wpływem presji robienia postanowień, koleżanki Józi i chęcią zgubienia brzuszka, decyduję się na wiekopomną zmianę i idę. Tam. Na siłownię. Z powyższymi przekonaniami przez wiele lat wpajanymi sobie. No posmarowałam sobie trochę te myśli masełkiem racjonalizacji, że „może nie jest tak źle, może te karki są całkiem miłe, a ci szczupli mnie tylko zdopingują do cięższej pracy a w razie czego to sobie te włosy z brzucha wydepiluję!”.

I na ringu przekonań mamy w lewym rogu: te tworzone przez lata, a w prawym, te miźnięcia intelektu. Kto wygra?

Tia.

Tak to czasem do tych zmian ponoworocznych podchodzimy. To jak byśmy jechali 200 km/h i po naciśnięciu hamulca oczekiwali, że zatrzymamy się natychmiast.

Miejcie litość nad sobą i nie oczekujcie cudów (chociaż takie cuda motywacyjne się zdarzają) ale prześledźcie swoje wewnętrzne dialogo- nawyki. To one potrzebują trwałej zmiany, a potem tylko trochę samodyscypliny i wiadra radości w zdobywaniu tego co tam sobie postanowiliście.

Przepis na własnym umyśle wielokrotnie wypróbowany.

Powodzenia!

:)

 

IMG_20150110_153026

 

Jak tam Twoje postanowienia noworoczne?

Na 2015 – seksownie

Nie zapomniałam o życzeniach na Nowy Rok! Chociaż to data raczej symboliczna, to rytuałów przejścia potrzebujemy nawet w erze 2.0 czy już 3.0? Nieważne. I tak ich potrzebujemy. Co prawda Stare można zostawić w każdej chwili, a Nowe zacząć od poniedziałku, któregokolwiek, ale jakoś potrzebujemy zaczepienia w czasie, odcięcia przez datę, błogosławieństwa kalendarza na „nowej drodze życia”.

Chciałam coś publicznie „po-życzyć” i jak to z życzeniami, ugrzęzłam…

Na szczęście, na ratunek przyszła sztuka, wysoka czy niska, phi, nieważne.

Przedsylwestrowo udało mi się dostać, dzięki uprzejmości przyjaciół, na spektakl kabaretu mocno warszawskiego „Pożar w burdelu”. Jeśli nie słyszeliście, to koniecznie zjutubować, bo to jedyny polski kabaret, który jestem w stanie znieść, którego gorzko – śmieszne, ale błyskotliwe do bólu show, pozostawia mnie w stanie arcyprzyjemnej nieważkości za każdym razem. W skrócie – Polecam!

W kabarecie, jest jedna mi postać niezwykle bliska: doktor Janusz Fak – terapeuta miasta. Już wiecie dlaczego, bliski, hyh.

W tym odcinku, Dr Fak zaczął właśnie od trudności składania sobie życzeń. Monolog jakby mi z głowy wyjął.

No bo czego sobie życzymy, tak ogólnie? No zdrowia, no szczęścia, no miłości, no „czego tam Ci potrzeba”. No takie bylejakonijakie te życzenia trochę. I tu nareszcze przełom! A jakbyśmy tak sobie życzyli: „Dobrego Seksu!”?

No nie wybrażam sobie, że moim 90+ letnim babciom tak życzę, które są fankami pewnej opcji religijnej, bez wpędzania ich w przedwczesny atak serca, choć dobry seks każdemu do tzw. śmierci się wg mnie należy.

Ale tak serio – tego właśnie bym chciała Wam życzyć: „Dobrego Seksu!”.

Takiego przed duże S, albo małe. I wg indywidualnej oceny, co jest dla niego „dobre”, byle tylko innych nie ranić i wykorzystywać!

Ale może pójdźmy dalej, a co! A gdybyśmy mieli takie całe „dobre, seksowne życie”? Bynajmniej, nie oznaczałoby to, że ganiamy codziennie w podwiązkowych kabaretkach, bez bielizny, z wyćwiekowaną obrożą na szyi, choć znam kilka osób, płci różnych, którym by się to podobało.

Nie no, jak sobie tak to przetwarzam, to czuję bardziej: pełne, soczyste, przyjemne, spełnione, orgazmami różniastymi wypełnione, życie. Mmmmm… Miło, prawda?

Zrób sobie mały eksperyment. Czy pamiętasz tzw. „seks życia”? Taki co to od razu po takim haśle przychodzi do głowy…. (już? jest wspomnienie? jest czucie? może, jakieś…małe…podniecenie?).

To nie musi być 100 bilionów pozycji z Kamasutry. To może być ten, gdzie emocje i ciało, potrąciły obręcze Saturna, hyh. Albo ten, gdzie nawet „ziemia się nie poruszyła”, ale odczuwana bliskość z partnerem/ partnerką, sięgnęła Twojego rdzenia, duszy. Może, nie musi. To może być ten, którego nie można zdefiniować, dlaczego jest „seksem mojego życia”. Bo jest i koniec. I nikomu nic do tego.

No dalej. Zamknij oczy i pamiętaj.

Pozwól sobie.

Poczuć.

W ciele. Całym…..

W emocjach…..

W mikroodczuciach…..

W obrazach…

W zapachach…

W dźwiękach….

W Tobie, na Tobie, od Ciebie….

Już?

To jeszcze trochę…

Czuj.

Niech ta wyobraźnia i pamięć pracuje.

Już wiesz? Pamiętasz?

To takiego życia Ci życzę.

Życia.

Love!

images (2)

Na 2015 – seksownie

2014 bez znieczulenia

2014 miał być rokiem bez bólu, napisałam sobie ładnie troszkę ponad rok temu. Fajnie jest sobie tak napisać, bo potem można wrócić i spojrzeć. I spoglądam.

I okazuje się, że tego bólu było/ jest jeszcze więcej niż wcześniej. Kręcę w niedowierzaniu głową. Czy to tak po polsku bardzo „miało być lepiej, wyszło jak zawsze”?

Powierzchownie patrząc, tak. Kilka relacji dyndających na włosku, urwało się z tego włoska. Niekórzy odeszli niespodziewanie, na zawsze. Projekty, które miałam w głowie i już, tuż, prawie zaczęłam, zostały, well, tam gdzie były poczęte. Pisać miałam tu więcej, a pisałam mniej. Wyjazdów kilka zaplanowanych, z powodów różnych, nie doszło do skutku. Wypadek samochodowo – rowerowy wyrzucił mnie z aktywności normalnej na kilka miesięcy, i jeszcze na kilka następnych.

Nie jest kolorowo. No w ogóle nie wpisuję się w „śliczny” świat wszechszczęśliwości i wszechsukcesu tak w socialach przedstawianej.

I można się zasmucić i już z tego wszechcierpienia się nie podnieść. Tylko wieko trumny nad sobą zasunąć i nurzać się w wiecznej ciemności.

 

IMG_20141112_000820

No jakoś niewygodnie mi w tej trumnie. Łatwo jest własnymi fakapami i zdarzeniami poza kontrolą właną pozostającymi się miziać, bo one takie widoczne. Jak łatwo jest zapomnieć (ach te umysły nasze) o tym co rzeczywiście się działo. Jak łatwo skazać się na płacz i zgrzytanie zębów metaforycznych. Najłatwiej.

Przychodzi w końcu refleksja – tak, była jazda bez znieczulenia, patrzyłam na swój cień wewnętrzny, prawdy o sobie gryzły w pupę, ale gdzieś to wszystko nitką połączone..

Ktoś mi kiedyś powiedział, albo przeczytałam, że w każdym cierpieniu jest sens, a jak się go pozna, to wtedy już nie jest ono takie straszne. Tak, coehlioza przeokropna, ale jak się tak pochylić nad tym, szczególnie jak się w tym cierpieniu siedzi, to jest, łatwiej, mądrzej, pewniej.

Kiedy mogę rozdzielić to cierpienie, na to, które sama sobie zadaję, bo to gdzieś z mojego skrzywionego myślenia starymi schematami wynika, i na to, które „się przydarza” – świadomie głowy nie odwracam, demonom i demonikom patrzę w pyski, to ból już nie taki ciężki, jakoś łatwiej się robi, jest miejsce w końcu na współczucie dla siebie, na miłość i akceptację tego co jest, a nie „być powinno”, „nie zasłużyłam”, „dlaczego, o Niebiosa?”.

Może bolało, bo siedziałam sobie za długo w strefie komfortu, och jak przyjemnie znajomej? Może „wszystko mi mówi”, że jednak wyjść z niej trzeba i spróbować Siebie na nowo? Też, bez znieczulenia, Siebie otwartej, grając w grę, której jeszcze nie znam, nauczyć się Siebie na nowo, internalizując mądrość z cierpienia płynącą? Wykluć się w końcu z tego kokonu? To co się poczęło w środku, urodzić w końcu, no bo czy ciąża mentalna może trwać 2 lata?

Decyzje podjęłam. Twarde. Odejście z pracy, szkoła którą od lat chciałam zacząć, zacznę, projekty ujrzą w końcu światło dzienne (i nocne). To na początek.

Cierpienie to sianie i czekanie. Cierpienie to wzrost, czasem niewidoczny dla oka. Cierpienie to poznawanie swoich granic i dojrzałości.

Nie, nie „co mnie nie zabije, to mnie wmocni” i nie „cierpienie uszlachetnia”. Pójdźmy ponad to. Transgresja siebie w całej swojej człowieczej okazałości. Stawanie się bardziej sobą. Świadomym.

Czego Ci życzę również.

2014 bez znieczulenia