Jestem zboczeńcem

Potocznie – zboczeniec –  «człowiek, którego zachowania seksualne odbiegają od normy».

Siada na jednym z foteli na przeciwko mnie. „Hmm..dlaczego wybrał akurat ten?” – mogłabym pomyśleć, ale nie myślę, bo może po prostu siada gdzie chce. Wypija cały kubek wody. I nie szukając kontaktu wzrokowego, wbija wzrok gdzieś za horyzont za oknem.

„Na początek, chciałbym, żeby pani wiedziała, że jestem zboczeńcem.”

Aha. „Jak mogę nie kochać swojej pracy?!!!” – miga mi na korze przedniej.

„A co sprawia, że tak pan o sobie myśli?” – przemyka mi po twarzy spojrzeniem, koncentrując się na pięknie seksownym kalendarzu Zbyluta Grzywacza na ścianie. Wzdycha.

„Znaczy ja tak o sobie nie do końca myślę, moja partnerka raczej..”

„Tak panu powiedziała?”

„No może nie dosłownie, ale czasem jak rozmawiamy po seksie, jeśli rozmawiamy po seksie, to mam wrażenie, że ona tak o mnie myśli, tylko nie chce tego na głos powiedzieć…”.

Aha. Czyli nie do końca zboczeniec jest zboczeńcem.

Okazuje się, że on „coś” robi, czego ona nie lubi, nie aprobuje, nie zgadza się, co okazuje dość otwarcie, bez zahamowań. On się wtedy zamyka i obrzuca wewnętrznie najgorszymi epitetami.

Po rozmowie z Oną, wychodzi na to, że ona tego nie lubi, bo jej po prostu niewygodnie i uważa, że jej ciało wcale nie wygląda w tej pozycji zbyt podniecająco, więc się zamyka i pożądanie znika, i się wycofuje i nici ze szczytowania jej i jego. I po seksie. A ona tonie w falach wstydu.

Jej. Prosta sprawa niby. Chór głosów może się wznieść: „No to dlaczego ze sobą nie pogadali!”. Ano nie pogadali, bo i jedno i drugie miało w głowie swój film na temat tego co się między nimi wydarza. Tak łatwo jest przecież ocenić z pozycji czytacza co zrobić, nie? A ileż razy w związkach o tych wyobrażeniach i projekcjach nijak rozmawiać nie umiemy, trzymając się Swojej Prawdy, która z Prawdą Prawdą niewiele ma wspólnego. No nic. Oni mają się dobrze, i z tego co wiem, pożycie kwitnie! (przesyłam pozdrowienia, bo przeczytają)

Ale to co mnie tak zawsze, ale to zawsze zastanawia, to ilekroć słyszę kogoś przylepiającego sobie łatkę „zboczeniec”, „nienormalna”, „chory” kiedy mowa jest o zachowaniach seksualnych, to prawie na 100% wychodzi później, że to tylko ten pęd wciśnięcia się w normy, czy raczej to, co ktoś uważa za normy. Bo broń mnie o Buddo, żebym odstawać miała od całości, wielości, przeciętności statystycznej???

A co ta „normalność” w ogóle oznacza? Bo słuchając innych i w gabientach i poza nimi, jak już rozmowa czasem schodzi na „te sprawy” to jak ten seks „normalnie” przeciętny, statystycznie ujęty wygląda?

– jest niezręcznie, czasem niewygodnie

– komunikacja bywa ograniczona

–  trochę „orka na ugorze”, a nie zabawa

– zrelaksowanie dopiero po znacznej często dawce alkoholu

– obsesyjne przejmowanie się „jak wypadnę?”

– niepewność co do upodobań partnera

– jak się coś nie podoba, to się czeka, aż to zaniknie, albo po męczeńsku znosi

– masturbacja to tajemnica

– „ciało nie takie” – za grube, za chude, za stare, za owłosione, niewydepilowane

– „penis za mały” tudzież za cienki

– „czy ona miała orgazm? czy tylko tak mówi?”

– „niech już dojdzie, i będzie po wszystkim”.

 

Tak mniej więcej, jest przeciętnie = normalne.

Myślę sobie, że jak się wypada „poza normy” to może być całkiem ciekawie.

 

Jestem zboczeńcem

50 twarzy Greya czyli ból dupy wcale nie z seksownego powodu

images

Zmusiłam się do obejrzenia, żeby uniknąć pytań, zbędnych dyskusji i komentarzy. Po książce, którą przeczytałam, z tegoż samego powodu, bo jednak wolę mieć swoje zdanie na tak „kontrowersyjny” temat jak ten (s)hit dziesięciolecia.

Spojlerów nie będzie, z resztą myślę, że spojlować nie ma co, bo nie ma czego.

Nie powiem, zajadałam się ciekawością, jak te sceny „BDSMowe” będą sfilmowane, jak ten seks, tak romantycznie-soczysto-orgazmistyczny-aczkolwiek-zupełnie-nierealny będzie pokazany, jak gra aktorska, bo przecież Grey to skomplikowane ciacho ciach, co tam, cały tort miał być! No i to niewinne idiosynkratyczne zagryzanie ust przez Anastazję, och, ach!

Zasiadam do oglądania podekscytowana.

Mija pierwsze 15 minut. Czuję odpływające podniecenie, gdybym była mężczyzną, pewnie bym to odczuła organoleptycznie.

Mija kolejne 5. Mrużę oczy w uwewnętrznionym „WTF?”.

Po 3 następnych, tak bardzo, bardzo wciąż pragnę, żeby to był dobry film.

Po minucie jednak mi przechodzi i zaczynam się brechtać, ale nie śmieszkiem wujka-zbereźnika, tylko takim prawdziwym, bo tracąc nadzieję, zdałam sobie sprawę, co mi to przypomina. Pamiętacie pornosy eNeRDowskie z lat circa about 70tych? To jest to! Wątek i gra aktorska tu mniej więcej na tym się opiera!

I już zrelaksowana (prawie) do końca seansu czyli jakieś jeszcze 105 minut chichoczę się bez opamiętania – wychodzę z kina w bukolicznym (prawie) nastroju i z bólem dupy, bo to jednak dłuuuga produkcja, szczególnie jak się zna zakończenie.

Obśmiewałabym się do dziś, gdyby nie jedna rzecz. Jakoś w lekturze, nie skupiałam się na relacji Christiana i Anastazji, bo czekałam (znając siebie) na tzw.momenty, na to jak wątek BDSMowy jest przedstawiony w mainstreamie, i żeby ewentualnie wypunktować ewidentne przekłamania, gdyby ktoś mnie o nie pytał.

Z tego względu, że sceny seksu, no powiedzmy hojnie, są nieco żałosne, to przyjrzałam się bardziej powstawaniu tzw. relacji. Z tego też względu, przez jakieś 80% filmu, siedziałam z głową odchyloną do tyłu, poziomymi zmarszczkami na czole, które u mnie naocznie symbolizują niestrawność graniczącą z obrzydzeniem. To też czułam, w przerwie na śmiech.

Może dlatego, że w książce to jednak moja osobista wyobraźnia pracowała, a tu po prostu już było wszystko na wierzchu, hyh – Grey to socjopata, który znalazł sobie dziewicę, żeby przysposobić ją sobie do swoich upodobań, nie tylko seksualnych. Kontroluje, śledzi, zmusza do jedzenia, kupuje jej ciuchy, wypełnia czas wolny, zarzuca ofertami, których bidulka nie może odrzucić, sprzedaje jej samochód bez jej pozwolenia itp. Uroczy ten Krystek, nie? Może rzeczywiście niektórym by to pasowało, ale serio? Całe to BDSM to pikuś przy traktowaniu bohaterki, która nie ma oczywiście wyboru i się w nim zakochuje. Nihil novi.

Zastanawia mnie ten ciąg do idealizowania tej toksycznej relacji, takiej biało-czarnej, takiej z bajki złej cioci. I tak, myślę, taki łatwy świat – on się boi zaufać, ona bardzo chce kochać, on chce mieć wszystko pod kontrolą, ona zrzeka się swojej, żeby być częścią jego świata, on realizuje swoją seksualność w jedynie dla siebie akceptowalny sposób, ona dopiero swoją odkrywa, badając, na oślep trochę, jej granice.

Ręce w horrorze unoszę ku niebom, bo przecież ileż takich relacji na kozetce widziałam, ba, poza nią jeszcze więcej. I to mnie boli najbardziej. Wychowane na bajkach, na mitach wielkiej miłości, w której rozmantyzm dzielony jest przez toksynę i mnożony przez dysfunkcje, tak bardzo tego mitu spełnienia potrzebujemy??? Tego mitu? Tak spełnionego? Naprawdę? I wcale nie chce mi się szukać cienkich usprawiedliwień pt: „no ale tak już jest”, „świata nie zbawisz, pogoni za miłością, jakąkolwiek, nie zatrzymasz”.

Powielanie stereotypów zawsze nam świetnie wychodzi, a wyjścia z labiryntu fałszywych, nierealnych do spełnienia przekonań, nie widać. A Hollywód daje pożywkę, a my się we wzorcach utrwalamy i utrwalać pozwalamy.

Od złej książki gorsza jest tylko jej adaptacja.

50 twarzy Greya czyli ból dupy wcale nie z seksownego powodu

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Z Dżerzim (wym. „Dż-e-r-z-i) znamy się krótko. Zanim wszedł do gabinetu, długo wybierał herbatę, potem długo czekał na gotującą się wodę. Strategie zwlekania ma opracowane, sam później powiedział.

– Z czym przychodzisz? – jeszcze przez telefon poprosił, żebym mówiła do niego po imieniu.

– Tak od razu, prosto z mostu? – uniesione w zadziwieniu brwi.

– A od czego chciałbyś zacząć?

– Yyyy..no w sumie…jestem trochę jak u lekarza..

– Zależy. Myślisz, że jesteś chory?

(patrzy na mnie uważnie, przełyka ślinę, herbata nie pomaga) Nie wiem..nigdy nie myślałem, o sobie, że jestem chory chory, ale to raczej zależy od definicji choroby.

– I organu, jesteś u seksuologa.

– Taak..Fak, nie myślałem, że będzie tak trudno..Przepraszam…

– Nie ma za co zupełnie.

– Tak, no tak… No dobrze… Mam problem z erekcją… (spuszcza głowę i z całej siły trzyma się kubka).

Całej rozmowy, a później rozmów następnych oszczędzę, bo analizowanie stanu zdrowia fizycznego i poziomów testosteronu, tudzież stylu życia nie musi być dla innych tak fascynujące jak dla mnie. Przy czym dodam, że Dżerzi zdrowy jak koń wyścigowy.

Dżerzi opowiada o tym, jak była olimpiada szkolna w podstawówce, to on się z niej wycofał, prawie w ostatnim momencie. Jak wygrał konkurs geograficzny, to nie mógł uwierzyć i dopytywał, czy komisja się nie pomyliła, nie, więc uznał, że było mało startujących i dlatego wygrał. Poszedł do liceum, nie tego prestiżowego, tego którego chciał, tylko do słabego, bo wiedział, że tam sobie poradzi, no bo gdzie on, w tym dobrym. Studia, jak studia, niewiele pamięta, nie, że tyle melanżował, po prostu niewiele się działo, wolał grać w gry, sam, nie w jakieś MMOGi tylko on sam i komp, no może czasem w LOLa. Pracę wybrał taką jakąś, żeby była, bo ta co by chciał, to raczej nie będzie startował, bo tylko się rozczaruje.

– Powiesz mi co się wtedy stało? – pytam, bo na temat „tego incydentu” milczał, ciszą znaczącą.

– Kiedy? – odpowiada, chociaż doskonale widzę, że wie, o co pytam, wzdycha głęboko i po chwili jednak kontynuuje – Jak już mogłaś wywnioskować, moje stosunki z kobietami układały się różnie, były jakieś..w sensie kobiety, ale to raczej przypadkowo, często po alkoholu.. No i jest ona..

Długo milczymy. W ogóle z Dżerzim sporo milczymy, nie, że to źle, po prostu tak mamy z Dżerzim.

– Wiesz, ja się trochę w niej …. no nie wiem, no cholernie mi się podobała, nie tylko mnie. Byliśmy na tej imprezie razem, znaczy dużo osób było, i w ogóle nie piłem, bo się bałem, że palnę coś debilnego! I co? I jakoś zaczeliśmy rozmawiać, znaczy ona mówiła, więcej, że fajnie, że jestem taki miły, że nie jak inni. No i jakimś cudem szamańskim chyba, znaleźliśmy się u niej w domu. I mówiła mi, że już mnie obserwuje od pewnego czasu i że… Jezu, a mój mózg oczywiście cały czas tylko jedno: Nie spierdol tego, nie spierdol tego, nie spierdol tego. Jak przyszło co do czego, to już wiesz… Już nigdy nie dotknę kobiety…Na ręcznym będę jechał…

Nie trzeba tu wszechboga psychoterapii i cesarza seksuologii, żeby zobaczyć, że Dżerziego mózg uzależnił się od złego myślenia o Dżerzim. To ciągłe wycofywanie się, „usprawiedliwianie” sukcesów, deprecjacja umiejętności. I niektórzy mogliby pomyśleć – o! na łatwiznę idzie! Nie idzie. Nie potrafi inaczej, on, ciągle ten gorszy, ten nie radzący sobie, nie zasługujący. Ta głowa Dżerziego inaczej nie potrafi myśleć, hamuje go, tak, jedzie na ręcznym, hamulcu. Fakty interpretuje sobie na pohybel, wszędzie, nawet w łóżku, silniejsza ta głowa od penisa.

Myślę sobie, patrząc na w połowie zapisany ekran, że pewnie każdy z nas uzależniony jest od jakiegoś myślenia, czy o sobie, czy o świecie. Od myślenia, które nas krzywdzi. Czasem nie wiemy, że można myśleć inaczej, czuć inaczej, a bożebroń zachować się inaczej. I tak w tym uzależnieniu nieujawnionym trwamy, krzywdę za krzywdą sobie robiąc, wycofując się, nie próbując, odpuszczając kiedy jednak nie trzeba było odpuszczać.

Można inaczej.

I trzymaj kciuki za Dżerziego – bo idzie na randkę z Oną. Bo Ona się wcale nie wystraszyła, powiedziała, że zdarza się, i tak, Dżerzi nie uwierzył najpierw, pomyślał, że z litości pewnie idzie, ale potem powiedział, że spróbuje, że może rzeczywiście, nie z litości, tylko z sympatii, i że może te problemy z erekcją mogą się zdarzyć, jak ktoś tak sobie „w głowie napierdala”, cytuję, bo Dżerzi już przestaje, powoli.

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Jak tam Twoje postanowienia noworoczne?

Oglądam sobie z A. przepływające cztery pory roku za oknem. Pięknie jest. Nagle A. głęboko wzdycha:

– Ty wiesz, że już tydzień Nowego minął a ja jakoś nie mogę się w sobie pozbierać, zmotywować, wiesz..

– Daj spokój, to przez ten dwutygodniowy świąteczny weekend. Wszystko w swoim tempie…

No ale rzeczywiście, sporo mi się na Fejsbuniu i poza znajomych chwali swoimi planami na 2015. Ile to książek przeczytają, ile przysiadów zrobią (serio, jest na ten challenge stronka), ile kilometrów przejdą, przebiegną, przepełzną, ile alkoholu nie wypiją, ilu paczek papierosów nie wypalą. I fajnie myślę sobie. Jak wiadomo (są na to badania), jak się powie znajomym, że coś robić zamierzamy, to wzrasta motywacja, że rzeczywście to zrobimy. Bo wsparcie, bo głupio jak nie zrobimy.

Druga szkoła, to ta „cichociemna” – nie mówię, nie chwalę się, żeby potem wszystkich zaskoczyć i „pokazać”, że można. Ta motywacja trochę trudniejsza się wydaje, bo ścigamy się tylko ze sobą przecież, i łatwiej popaść w jakieś stare wzorce z absolutnie rzetelnym usprawiedliwieniem np. takim, że „mi się dziś nie chce”…

Jak się tak przyglądam, to rewolucja na rewolucji będzie. Popieram zmianę oczywiście. Zawsze. Ale jak to mi znajomy, który od lat zapalonym bywalcem „siłki” jest, powiedział: „Do mnie więcej połowy lutego nie chodzę, bo nie można sie na sprzęt dopchać, jak wszyscy Postanowicze życie zaczynają zmieniać. Potem już luzik. Heh, jak zwykle”.

Jak zwykle. Nie dziwne też. Mamy przecież wiadra przekonań, racjonalizacji swoich zachowań, więc wiadomo, że łatwo złamać siebie nie da się. Coś co wpajamy sobie do głowy nie może przecież nagle okazać się kłamstwem, nie?

Np. przez całe życie, albo jego chwalebną dorosłą część myślę sobie, że siłownia (niech już będzie) to miejsce dla karków, kobiety stają się tam męskie i rosną im włosy na brzuchu, wszyscy są smukli, szczupli i wysportowani (no oprócz karków, ale tak ma być) itp.itd.

Ale pod wpływem presji robienia postanowień, koleżanki Józi i chęcią zgubienia brzuszka, decyduję się na wiekopomną zmianę i idę. Tam. Na siłownię. Z powyższymi przekonaniami przez wiele lat wpajanymi sobie. No posmarowałam sobie trochę te myśli masełkiem racjonalizacji, że „może nie jest tak źle, może te karki są całkiem miłe, a ci szczupli mnie tylko zdopingują do cięższej pracy a w razie czego to sobie te włosy z brzucha wydepiluję!”.

I na ringu przekonań mamy w lewym rogu: te tworzone przez lata, a w prawym, te miźnięcia intelektu. Kto wygra?

Tia.

Tak to czasem do tych zmian ponoworocznych podchodzimy. To jak byśmy jechali 200 km/h i po naciśnięciu hamulca oczekiwali, że zatrzymamy się natychmiast.

Miejcie litość nad sobą i nie oczekujcie cudów (chociaż takie cuda motywacyjne się zdarzają) ale prześledźcie swoje wewnętrzne dialogo- nawyki. To one potrzebują trwałej zmiany, a potem tylko trochę samodyscypliny i wiadra radości w zdobywaniu tego co tam sobie postanowiliście.

Przepis na własnym umyśle wielokrotnie wypróbowany.

Powodzenia!

:)

 

IMG_20150110_153026

 

Jak tam Twoje postanowienia noworoczne?

Na 2015 – seksownie

Nie zapomniałam o życzeniach na Nowy Rok! Chociaż to data raczej symboliczna, to rytuałów przejścia potrzebujemy nawet w erze 2.0 czy już 3.0? Nieważne. I tak ich potrzebujemy. Co prawda Stare można zostawić w każdej chwili, a Nowe zacząć od poniedziałku, któregokolwiek, ale jakoś potrzebujemy zaczepienia w czasie, odcięcia przez datę, błogosławieństwa kalendarza na „nowej drodze życia”.

Chciałam coś publicznie „po-życzyć” i jak to z życzeniami, ugrzęzłam…

Na szczęście, na ratunek przyszła sztuka, wysoka czy niska, phi, nieważne.

Przedsylwestrowo udało mi się dostać, dzięki uprzejmości przyjaciół, na spektakl kabaretu mocno warszawskiego „Pożar w burdelu”. Jeśli nie słyszeliście, to koniecznie zjutubować, bo to jedyny polski kabaret, który jestem w stanie znieść, którego gorzko – śmieszne, ale błyskotliwe do bólu show, pozostawia mnie w stanie arcyprzyjemnej nieważkości za każdym razem. W skrócie – Polecam!

W kabarecie, jest jedna mi postać niezwykle bliska: doktor Janusz Fak – terapeuta miasta. Już wiecie dlaczego, bliski, hyh.

W tym odcinku, Dr Fak zaczął właśnie od trudności składania sobie życzeń. Monolog jakby mi z głowy wyjął.

No bo czego sobie życzymy, tak ogólnie? No zdrowia, no szczęścia, no miłości, no „czego tam Ci potrzeba”. No takie bylejakonijakie te życzenia trochę. I tu nareszcze przełom! A jakbyśmy tak sobie życzyli: „Dobrego Seksu!”?

No nie wybrażam sobie, że moim 90+ letnim babciom tak życzę, które są fankami pewnej opcji religijnej, bez wpędzania ich w przedwczesny atak serca, choć dobry seks każdemu do tzw. śmierci się wg mnie należy.

Ale tak serio – tego właśnie bym chciała Wam życzyć: „Dobrego Seksu!”.

Takiego przed duże S, albo małe. I wg indywidualnej oceny, co jest dla niego „dobre”, byle tylko innych nie ranić i wykorzystywać!

Ale może pójdźmy dalej, a co! A gdybyśmy mieli takie całe „dobre, seksowne życie”? Bynajmniej, nie oznaczałoby to, że ganiamy codziennie w podwiązkowych kabaretkach, bez bielizny, z wyćwiekowaną obrożą na szyi, choć znam kilka osób, płci różnych, którym by się to podobało.

Nie no, jak sobie tak to przetwarzam, to czuję bardziej: pełne, soczyste, przyjemne, spełnione, orgazmami różniastymi wypełnione, życie. Mmmmm… Miło, prawda?

Zrób sobie mały eksperyment. Czy pamiętasz tzw. „seks życia”? Taki co to od razu po takim haśle przychodzi do głowy…. (już? jest wspomnienie? jest czucie? może, jakieś…małe…podniecenie?).

To nie musi być 100 bilionów pozycji z Kamasutry. To może być ten, gdzie emocje i ciało, potrąciły obręcze Saturna, hyh. Albo ten, gdzie nawet „ziemia się nie poruszyła”, ale odczuwana bliskość z partnerem/ partnerką, sięgnęła Twojego rdzenia, duszy. Może, nie musi. To może być ten, którego nie można zdefiniować, dlaczego jest „seksem mojego życia”. Bo jest i koniec. I nikomu nic do tego.

No dalej. Zamknij oczy i pamiętaj.

Pozwól sobie.

Poczuć.

W ciele. Całym…..

W emocjach…..

W mikroodczuciach…..

W obrazach…

W zapachach…

W dźwiękach….

W Tobie, na Tobie, od Ciebie….

Już?

To jeszcze trochę…

Czuj.

Niech ta wyobraźnia i pamięć pracuje.

Już wiesz? Pamiętasz?

To takiego życia Ci życzę.

Życia.

Love!

images (2)

Na 2015 – seksownie

2014 bez znieczulenia

2014 miał być rokiem bez bólu, napisałam sobie ładnie troszkę ponad rok temu. Fajnie jest sobie tak napisać, bo potem można wrócić i spojrzeć. I spoglądam.

I okazuje się, że tego bólu było/ jest jeszcze więcej niż wcześniej. Kręcę w niedowierzaniu głową. Czy to tak po polsku bardzo „miało być lepiej, wyszło jak zawsze”?

Powierzchownie patrząc, tak. Kilka relacji dyndających na włosku, urwało się z tego włoska. Niekórzy odeszli niespodziewanie, na zawsze. Projekty, które miałam w głowie i już, tuż, prawie zaczęłam, zostały, well, tam gdzie były poczęte. Pisać miałam tu więcej, a pisałam mniej. Wyjazdów kilka zaplanowanych, z powodów różnych, nie doszło do skutku. Wypadek samochodowo – rowerowy wyrzucił mnie z aktywności normalnej na kilka miesięcy, i jeszcze na kilka następnych.

Nie jest kolorowo. No w ogóle nie wpisuję się w „śliczny” świat wszechszczęśliwości i wszechsukcesu tak w socialach przedstawianej.

I można się zasmucić i już z tego wszechcierpienia się nie podnieść. Tylko wieko trumny nad sobą zasunąć i nurzać się w wiecznej ciemności.

 

IMG_20141112_000820

No jakoś niewygodnie mi w tej trumnie. Łatwo jest własnymi fakapami i zdarzeniami poza kontrolą właną pozostającymi się miziać, bo one takie widoczne. Jak łatwo jest zapomnieć (ach te umysły nasze) o tym co rzeczywiście się działo. Jak łatwo skazać się na płacz i zgrzytanie zębów metaforycznych. Najłatwiej.

Przychodzi w końcu refleksja – tak, była jazda bez znieczulenia, patrzyłam na swój cień wewnętrzny, prawdy o sobie gryzły w pupę, ale gdzieś to wszystko nitką połączone..

Ktoś mi kiedyś powiedział, albo przeczytałam, że w każdym cierpieniu jest sens, a jak się go pozna, to wtedy już nie jest ono takie straszne. Tak, coehlioza przeokropna, ale jak się tak pochylić nad tym, szczególnie jak się w tym cierpieniu siedzi, to jest, łatwiej, mądrzej, pewniej.

Kiedy mogę rozdzielić to cierpienie, na to, które sama sobie zadaję, bo to gdzieś z mojego skrzywionego myślenia starymi schematami wynika, i na to, które „się przydarza” – świadomie głowy nie odwracam, demonom i demonikom patrzę w pyski, to ból już nie taki ciężki, jakoś łatwiej się robi, jest miejsce w końcu na współczucie dla siebie, na miłość i akceptację tego co jest, a nie „być powinno”, „nie zasłużyłam”, „dlaczego, o Niebiosa?”.

Może bolało, bo siedziałam sobie za długo w strefie komfortu, och jak przyjemnie znajomej? Może „wszystko mi mówi”, że jednak wyjść z niej trzeba i spróbować Siebie na nowo? Też, bez znieczulenia, Siebie otwartej, grając w grę, której jeszcze nie znam, nauczyć się Siebie na nowo, internalizując mądrość z cierpienia płynącą? Wykluć się w końcu z tego kokonu? To co się poczęło w środku, urodzić w końcu, no bo czy ciąża mentalna może trwać 2 lata?

Decyzje podjęłam. Twarde. Odejście z pracy, szkoła którą od lat chciałam zacząć, zacznę, projekty ujrzą w końcu światło dzienne (i nocne). To na początek.

Cierpienie to sianie i czekanie. Cierpienie to wzrost, czasem niewidoczny dla oka. Cierpienie to poznawanie swoich granic i dojrzałości.

Nie, nie „co mnie nie zabije, to mnie wmocni” i nie „cierpienie uszlachetnia”. Pójdźmy ponad to. Transgresja siebie w całej swojej człowieczej okazałości. Stawanie się bardziej sobą. Świadomym.

Czego Ci życzę również.

2014 bez znieczulenia

Tu o sens życia chodzi, proszę pani!

IMG_20140912_085303

Zimno i ciemno na zewnętrzu. Sporo z nas jęczy i marudzi i wyciąga termometr depresyjny sprawdzając czy już ma SADa (afektywne zaburzenie sezonowe) czy jeszcze nie. Ech no, samo się nasuwa – taki mamy klimat i już. Znajomi mnie pytają: „Ty to pewnie całe uszy roboty masz, nie?”. Mam. Ale nie więcej niż latem.

Ale rzeczywiście rozmyślam sobie częściej o tych depresjach. I o tych prawdziwych, klinicznych, ostrych, niemożliwych czasem do przeżycia, tak niebezpiecznych. Ale też tych, które depresjami wcale nie są. Tak się tylko nauczyliśmy etykietować nastroje, bo łatwiej, bo „wszyscy wiedzą o co chodzi”.

Ale tak patrząc na lata spędzone na fotelu terapeutycznym, wiem, że tyle odcieni „depresji”, ilu z nas ją przeżywających. A czasem nie o depresję wcale chodzi.

Bo często pod koniec roku właśnie przychodzi czas rozliczeń i my funkcjonując w tym turbopośpiechu z dziesiątkami obowiązków nakładanych czy nałożonych samym sobie, z tymi planami zmian, nie dorastamy czasem do swoich założeń ultrapędu i obrazu supersiebie. I jak już te rozliczenia przychodzą, bo zaraz sezon podsumowań się zacznie, to może czasem blado we własnych oczach wypadamy i bęc! „depresja” gotowa.

Albo inna – ta, która przysparza terpeutów o frustracje największe (przynajmniej kilku, których znam) – ta, która ukryta pod płaszczykiem symptomów, kryje w sobie pytanie, tajemnicę, nas samych. I jak już przedrzemy się, wraz z Cierpiącym, przez zawiłości zniekształceń, to wdzimy, że tylko i aż o to chodzi – sens życia. „No to grubo” – choć nie przystoi, zazwyczaj tak sobie myślę i zaczyna się prawdziwa Przygoda, bieganie po znaczeniach doświadczeń i pięknie „tu i teraz”, i odkrywaniu, często tego, co najprostsze.

Ale czasem jest już tak, że cierpienie nie pozwala na takie trochę filozoficzne rozważania jasnego umysłu. Bo on już tak zaciemniony cierpieniem i bólem, jawnym i tym wewnętrznym, że nijak nie można się niczego złapać. Nie widać co się ma. Widać tylko te potrzeby niespełniane, wymarzone. Widać tylko porównywanie się do innych w niemym krzyku bezradności, widząc tylko kawałek obrazka, część błyszczącego fałszywym światłem imażu. Widać tylko te braki, dziury w życiu, w codziennej powtarzalnej rzeczywistości. Widać tylko…nie, nic już nie widać. NIC.

Wtedy słychać rady zewsząd – najgorsze jakich można udzielić – „to minie”, „ale zobacz ile masz, ile osiągnąłeś”, „jesteś potrzebny innym”. I to wszystko pewnie prawda, ale nie wtedy. Wtedy to zdaje się być kłamstwem, wkurza i boli. Rady porady, won!

Jakieś dwa życia temu, pracując dla armii amerykańskiej stacjonującej na południu Węgier, gdzie front konfliktu jugosławiańskiego był praktycznie za oknem, śpiąc urywanym snem w koszarach, pośród kobiet w mundurach, od jednej z nich dostałam najważniejsze słowa, które pamiętam do tej pory.

Im nie było łatwo, walczyły ramię w ramię z mężczyznami, ale dodatkowo narażone na przemoc, tak, to nie fikcja filmowa, często padały ofiarami nadużyć, molestowania fizycznego i psychicznego. Wróg był na zewnątrz i wewnątrz.

I właśnie jedna z nich, przy śniadaniu, które akurat wypadło ok.4 nad ranem, opowiedziała mi prawie szeptem o upokorzeniu bycia zgwałconą przez swoich kolegów. Nie przytoczę szczegółów. Niepotrzebne. Nad kubkiem z kawą wybrzmiały tylko jej słowa: „Myślisz, że nie chciałam ze sobą skończyć? Chciałam, bo wiem, że prawo ich nie dosięgnie, bo nie. Bo tak już jest. Ale wtedy mówię sobie, tylko się nie śmiej, bo to takie banalne – „not dead yet, can’t give up” – tak, jeszcze nie umarłam, nie mogę się poddać…. Mówiłam, że banał. I tak sobie jestem, dopóki się budzę…”.

I tak mi to zapadło. I właśnie w tych ciemnych chwilach, i tych, które przeżywam z innymi cierpiącymi, i w swoich własnych, o tym „banale” pamiętam.

I na wtedy, to staje się sensem, samo przeżycie. Tylko tyle. Bo ciągle jestem. To wystarczy.

Tu o sens życia chodzi, proszę pani!

Lustra

Ktoś ten stary wpis znalazł. Wpis trudny, bo osobisty, bo w bólu pisany. Ten sam Ktoś mnie potem zapytał: „Serio myślisz, że tych luster wokół siebie potrzebujemy, żeby siebie lepiej zobaczyć?”.

Automatycznie zaczęłam odpisywać, że tak przecież, że jesteśmy bestiami wspólnotowymi, że w związku z innym, te wszystkie schematy i uwarunkowania najbardziej widoczne, bo jest bliskość, intymność, otwarcie, jesteśmy, my wtedy, całkiem nadzy, emocjonalnie i fizycznie, że jak u Herberta prawieki temu przeczytałam: „Człowiek sam jest śle­py. Mu­si mieć wokół siebie lus­tra al­bo in­ne oczy. Kocha – to znaczy przygląda się sobie”, i w ogóle ewolucyjnie tak przysposobieni.

I już prawie „enter” z gotową odpowiedzią nacisnęłam, ale jakoś z przekory trochę, do siebie „Serio?”.

Porozmawiałyśmy sobie wtedy – ja i ja – tak, wiem, nieco schizofreniczny duet tworzymy, no ale padło na mnie, bo jednak już pora zapadła ciemna, kiedy ludzie zazwyczaj śpią, a nie filozofują.

Przeczytałam jeszcze raz ten stary wpis, ten sam ból poczułam, może nie ten sam, a jego wspomnienie, bo ciało pamięta, wszystko. Popatrzyłam na swoją drogę, od tego momentu. Wciąż pamiętam inspirację, natchnienie, flow i to co w tej relacji było. Dla mnie. I to w jaki sposób myślałam o sobie wtedy, przez jej pryzmat. I pomyślałam – nie.

Grube NIE. Wiele rzeczy TAK, był moim lustrem (jak we wpisie) ale nie do końca. Przecież on też miał swój zestaw uwarunkowań, schematów, przyzwyczajeń emocjonalnych. Widział mnie przez swoje filtry poznawcze. I tak reagował. Nie mógł nie.

Jakie to zdradzieckie, pomyślałam, tak przeglądać się w oczach innego, bo kiedy „kochamy”, tak mocno ślepo wierzymy, że cokolwiek tam widać, to prawda najprawdziwsza, bo słowa, zachowania, traktowanie przez, na ten czas, osobę najważniejszą, najważniejsze, więc najprawdziwsze. Brakuje emocjonalnego dystansu, widzenia siebie, bo zauroczenie skutecznie oczy zalewa. I tak dajemy sobie strzał w serce – podwójnie trucizną naładowany: z jednej strony – kłamstwo filtrów drugiego człowieka, a z drugiej mózg na amfie hormonów.

Bacik sobie można z obwiniania siebie niezły utkać, że przecież można inaczej, że powinnam wiedzieć lepiej, że przecież to nie miało prawa zaistnieć i takie tam śliczne razy sobie raz po razie zadawać.

Wzdechnęłam sobie głęboko. Niczego już przecież dawno nie ma. Czasem tylko sobie coś o nim przypomnę, tylko ten stary wpis wbija się w świadomość, przeszłą rzeczywistością emocjonalną.

Nie ma sensu się biczować. Lustra są nam potrzebne, żeby zobaczyć siebie, inaczej, przez perspektywę Innego. Ale już nie ufać temu odzwierciedleniu tak mocno, już pamiętać, że to może być krzywe zwierciadło, a my tacy pokrzywieni, karykaturalni, nieprawdziwi tacy w nim jesteśmy. Bo to nie my. To nie ja. Nie do końca. Banalnie? Czy można to od razu czy szybciej zobaczyć? Można. Trzeba. Ale czasem nie wychodzi. I kropka. I nie biczować się. Nie ma po co i dla kogo.

 

 

Lustra

Dlaczego ciągle jest tak samo?

O. mnie nie lubi. Powiedziała mi o tym otwarcie, po latach. Pięciu a może sześciu. Nie, nie jest tyle w terapii. Wtedy ją poznałam.

Pamiętam jak wpadła wtedy do gabinetu spóźniona lekko. Bez przepraszam, szybko powiedziała:

– Mam na imię O. Byłam już na kilku terapiach. Chciałabym, żeby w końcu ktoś mi pomógł. Teraz padło na ciebie.

Padło. I zostało.

Usłyszałam o byciu niechcianym dzieckiem, przypadkowym, wpadką. O szukaniu akceptacji siebie we wszystkich możliwych miejscach. O wielkiej samotności dziecka, kiedy rodzice byli, ale jakby nie byli. O pragnieniu bycia po prostu zobaczoną. O zapadaniu się w siebie. I powolnym odchodzeniu od zmysłów.

Czytam maila, którego wtedy dostałam, od Niej, pierwszego z wielu:

„Wiesz, że jestem jak wrzód na dupie świata. Jak śmierdziel, od którego wszyscy się odsuwają. Jestem niewidoczna. A każdą komórką ciała drę się „Spójrz na mnie! Poznaj mnie!”. (…) Jak hemoroid cieknący ropą”.

Jak ci przyjdzie teraz na myśl, że wystarczyło, żeby siebie pokochała, polubiła chociaż, to wyśmiałaby cię tym swoim pięknie ciepłym śmiechem, którym nie myślała, że się śmieje. Bo O.to wiedziała. O. znała na pamięć teksty z self-helpów, cytaty z Osho, nazwy mechanizmów, których używała. Mogłaby cię przelicytować w nazwiskach psychologów, trenerów, świętojebliwych cudotwórców i uzdrawiaczy szamanów. Powiedzieć o O. że jest inteligentna, to stwierdzić, że deszcz jest mokry.

Bo były dwie O. – jedna ta dorosła, ta teraz, kobieta z dorobkiem zawodowym, którego wielu jej mogło pozazdrościć, i O. ta z dzieciństwa, ta która wracała, w tych momentach, kiedy dorosła O. nie radziła sobie z rzeczywistością. I z jej jedynym pragnieniem. Byciem kochaną.

Przez kilka miesięcy O. uczyła się troszczyć o siebie, kiedy nie było nikogo kto by o nią zadbał. Milimetrami tworzyła przestrzeń dla tej małej O., nie karząc jej już, ale akceptując te jej pragnienia. Tak bardzo powoli. I zniknęła. Bez słowa.

Myślałam czasem o O. Po pracy, w przerwach. Bo to przecież nie jest tak do końca praca od – do. Emocje zostają, człowiek pozostaje w sercu pewnie na zawsze.

Kilka lat później, niedawno, zjawiła się. Odszukała w internetach. I zasiadła na kozetce. Spokojniejsza. Chyba.

– Tęskniłam za tymi spotkaniami. – zaczęła uważnie, przechyliła głowę, lustrując – Masz więcej zmarszczek i w końcu siwe włosy widać! Życie cię nie rozpieszcza widzę, może w końcu przestań z tym wariatami pracować, co??

– A co ja bym bez nich robiła? – zażartowałam.

– Wiem, wiem, pieprzona idealistka z Ciebie, za to cię ceniłam, i za szczerość, w tym waszym popieprzonym zawodzie to nie jest częste, i za to, że jesteś taka naiwna, z całym szacunkiem…

– Znasz mnie – poczułam znowu te ciasno domykane granice, z taką lekkością przez nią przesuwane. – Z czym przychodzisz?

– Z mokką czekoladową – wskazała na swój papierowy kubek. – Wiem o co pytasz. Jebie się moje życie, disneyowskiej księżniczki, więc się pojawiam, u mojej wiedźmy, żeby mi powiedziała dlaczego ciągle jest tak samo.

Zapada się w siebie na chwilę, ktoś za drzwiami robi herbatę i rozmawia o psie..

– Pokochałam kogoś, i on, też pokochał mnie. Wyobraź sobie, taki wrzód na dupie! I jest nam dobrze ze sobą. Mój wielki projekt życiowy dobiegł końca! Ktoś mnie pokochał! Oł, jeah! Tylko że, w żadnej jebanej bajce nie napisali, nie było ciągu dalszego nigdy, tylko to cholerne „i żyli długo i szczęśliwie”. Książe może tak, ale Księżniczka stoi zdziwiona z chwiejącym się diademem na główce, bo w środku ta jakaś otchłań znowu ją zasysa. I zamiast cieszyć się „długo i szczęśliwie” to czuje się wyruchana w dupę, i to za swoim przyzwoleniem. Rozumiesz???

– Pochwalam seks analny ale tylko świadomie konsensualny.

Śmieje się, tym śmiechem swoim, tym co do kości grzeje. – Dobrze, że poczucie humoru ci się nie zestarzało!

Siorbiemy swoje kawy. O.marszczy czoło, coś sobie przypominając:

– Jak ty zawsze mówiłaś?? – przewracam oczami na swoje błędy terapeutyczne, O. nie widzi na szczęście, a może udaje. – „Lekcja nieodrobiona wraca tyle razy, aż ją odrobisz”? Nie, to ktoś inny. Czekaj.. Aaa, raz się tak niepsychoterepeutycznie odkryłaś… o pustce, której nikt inny, zewnętrzny, nie jest w stanie zapełnić..Zbyłam to, bo to takie banalne. A kilka lat później patrz…

I tak sobie patrzymy. Wraz z O. która mnie nie lubi, bo ją „wkurwiam tym drążeniem” – cytuję…

Powoli idziemy, w tym dochodzeniu do siebie, do swojej własnej prawdy. Wyśmiewając i drwiąc z tych prawd oczywistych i rozwiązań jeszcze bardziej „coelhiowskich”. Dopóki gdzieś nie uderzą w samo sedno, nie podłączą się emocjonalnie, dopóki nie stają się dla nas żywe. W tym samym procesie wszyscy jesteśmy, może na innych miejscach, może w ogóle nie chcemy w nim być. Ale i tak przyjdzie, i tak będziemy. Żeby już nie było tak samo, chociaż tyle na zewnątrz się zmienia.

(O. po autoryzacji powiedziała, że „pierdolę jakieś kocopoły, zamiast jej o pustce objaśniać i dlaczego książe nie jest lekiem na całe zło”, więc już kończę).

Dlaczego ciągle jest tak samo?

Świadomość nie przychodzi bez bólu*

Przyznaję. Bardzo nie lubię pisać o książkach, a jeszcze mniej lubię o nich czytać. Ale niestety przykuta powypadkowo do łóżka, sięgnęłam po taki tytuł i no, nie miałam odwrotu:

 

z14973955Q,-Nocne-zwierzeta---Patrycja-Pustkowiak--wyd--W-A-B

 

Wszystko zawiesza się na pierwszym zdaniu, proszę:

„W dniu, w którym ją zabiła, nic nie zapowiadało katastrofy”.

Nie mogłam nie czytać dalej. Na koniec, dwie godziny później, odkładając na bok Kindelka, sforsowanego emocjonalnie jak ja, radosne „Łot a fak?” wyrwało mi się, kiedy zobaczyłam cień Wujka Junga z czułością poprawiającego mi poduszkę. Nie, nie mam neurologicznych uszkodzeń czaszki!

W swoim niezdrowym podekscytowaniu sięgnęłam po telefon do przyjaciółki, żeby się podzielić wrażeniami, która mnie grzecznie zrzuciła i zesemesowała, siedząc i nudząc się na rozdaniu nagród Nike: „Rzuciłam cholerę w kąt, nie będę tego gówna czytać” czy coś pokrewnego. Ale do początku..

Książka wcale nie jest dobra. Nierówna, choć zdarzają się „cycatowe” perełki, np:

„- Tamcia! – mówi i klepie ją wesoło w ramię. – No jak życie, dalej jesteś singlem?

– Nie, kurwa, albumem The Greatest Hits - odpowiada ponuro Tamara. – Pośmiertnym”.

Albo:

„(…) podejrzewam, że kiedy Bóg organizował świat i rzekł „niech stanie się jasność”, to poprosił mnie, żebym się przesunęła”.

Albo:

„(…) Tobie się udaje jeszcze coś zaruchać? Ale wiesz, coś w miarę normalnego, bez psychiatrycznego rozpoznania?

– Ja piję – odpowiada Tamara. – To się nazywa sublimacja”.

I jeszcze kilka innych. No ślicznie instagramowo nie jest.

Nie zaspojluję, jak napiszę, że rzecz o samotności w wielkim mieście się ma, i to nie byle jakiej samotności, bo singielki po trzydziestce. Aa, i o piciu, i ruchaniu i ćpaniu. I można się oddać tej iskrze świętej rozpisując się smutnie o samotności, i jakie to straszne jest, no można. Opowieść wręcz zaprasza, żeby się tu pomasturbować Joyce’em albo Hoppera obrazek wkleić.

Ja tam się zamotałam sromotnie za dużo sobie pytań zadając i marszcząc w zdziwieniu psychologicznym poorane zmarszczkami czoło. Bo niby co my tu wiemy o bohaterce? Bo dlaczego ona taka bidniutka? No nie będę zamęczać, bo nuda. Chodzi o to, że jest morderstwo (patrz wyżej, pierwsze zdanie powieści).

I tu Wujek Jung już leżący obok mojego ciała poturbowanego, zupełnie aseksulanie szepce mi do ucha: „Ależ mord! Co ona tam zabiła?”.

Nie pytam skąd umie po polsku, bo to przecież Jung, bohater moich lat młodzieńczych. Tamara zabija przecież xxx, bo trochę jej się „należy” i już puściło w bohaterce wszystko, co tak umiejętnie porno-drago-alko zasłoną przykrywała. Zabiła. Ale czy rzeczywiście ją, a może to taki „Fightclub” dla singielki?

Poczułam, że wcale mi się nie chce odwołań do literatury i sztuki tej wielkiej i niższej (jakby różnica była) odwołań szukać. Bo się zatrwożyłam, zawiesiłam nad tym morderstwem. Nad tym „morderstwem”, które popełniam codziennie na sobie.

Nie, nie uprawiam tu jakiegoś egzaltowanego ekshibicjonizmu emocjonalnego, hyh, od tych etykiet mam hejterów. Nie, wolę o sobie pisać, niż używać „królewsko- partyjnego” „My”.

Ale Ja, to My przecież.

Wtedy, kiedy czegoś nienawidzę w drugiej osobie, a może jej całej, wtedy nienawidzę tej części w sobie. Bo to co nie jest częścią mnie, mnie nie dotyka, nie boli, nie wkurwia.

Co robię, żeby tego nie widzieć przypadkiem? Żeby nie było, że, broń cię Buddo przenajświętszy, mam coś „nieprzyjemnego” w sobie, że mój obraz siebie, nie jest tak śliczny, powabny i inteligentny, jak mój profil na Facebooku? Co wtedy? Ano, usuwam skrzętnie w Cień, taki niekorzystny dla własnej samooceny, wgląd. A Cień mój biedny tyje od tych moich usuwanek.

Ja w ogóle w Cień nie chcę zaglądać. Tam wszystko to, co nieuświadomione siedzi, to czego o sobie nie wiem, a raczej wiedzieć nie chcę. To co smutne, zranione, zazdrosne, mszczące się, ciemne…jak to w cieniu. Wolę to „zabić”, stąd morderstwo, jak u Tamary, u „nocnego zwierzęcia”. Bo to nie jest przyjemne, to boli, cierpię. Tak.

A kulturowo przecież, wszystko ma być pięknie i kolorowo, o cierpieniu mówić nie chcemy, chyba, że w ramach akcji charytatywnych. Cierpienie, won!

Ale sadysta Jung, już mi tu szepce: „Liebling, pełny człowiek to ta­ki, który zarówno przechadza się z Bo­giem, jak i zma­ga z diabłem”.

„Oh, really?” – odpowiadam po europejsku, strosząc sztucznie emocjonalne piórka, bo już wiem, że pełnia świadomości siebie kusi i silniejsza jest, niż cierpienie. To, co wyjdzie z Cienia mojego, do światła, wtedy już mi nie zagraża, wiem kim jestem, w pełni mojego człowieczeństwa.

Takim „nocnym zwierzęciem” jestem, od lat patrzącym na swój Cień, nie uciekam już przed Nim, nauczyłam się, że i tak mnie dogoni i w dupę sztucznej samooceny ugryzie.

A książkę polecam, mimo wszystko, bo może błysk siebie, jak w lusterku, zobaczysz..

 

* cytat zboczka Junga oczywiście

 

Świadomość nie przychodzi bez bólu*