Czy masz swojego człowieka?

Film widziałam. Taki film co to nie mogłam go przestac oglądac, co jest arcytrudne, bo z moim nieleczonym adhd, i znikomemu cieniowi nudy, natychmiast przełączam się na coś innego. Oglądałam i się śmiałam, siedziałam i płakałam, i śmiałam się przez łzy. Taki film co to 5 lat zabrało autorowi jego zrobienie, na prawdziwej historii autora filmu oparty, aa, ważne, jest animowany. Zakochałam się dożywotnio, bez amnestii. Chodzi o „Mary & Max”. Wyalienowana dziewczynka i dorosły facet z Aspergerem, na dwóch odległych kontynentach piszą do siebie przez 20 lat, takie listy prawdziwe, na papierze. I wszystko ich dzieli, a łączy przyjaźń. I obejrzec trzeba, więc bez spojlerów już.

I tak sobie myślałam, że każdy z nas gdzieś pragnie takiego połączenia, znalezienia „swojego człowieka” (jak to w „Chirurgach” mają Meredith i Christina). Kogoś kto by znał mnie, z moimi fakapami, i marzeniami, i bólami, i strachami. Tak zupełnie, otwarcie. O ile się da. A my teraz, coraz więcej opcji mediów społecznych mamy, ale jakoś więcej się słyszy o alienacji niż o jednoczeniu się z innym. I się komunikujemy, pokazując swoją personę na rzecz owych mediów stworzoną, wobec innych, żeby zaświadczyc o swojej zajebistości człowieczej. A w środku tęsknota, samotnośc i potrzeba, żeby ktoś mnie naprawdę zobaczył, z całą dobrocią inwentarza. W realu lepsi nie bywamy. Kontakty powierzchowne. Co z tego, że staram się tak bardzo „bywac”, żeby udowodnic sobie głównie, że samotna/ samotny nie jestem, ale przyjeżdżam do domu, i czuję to samo. „Nikt mnie tak naprawdę nie widzi. Mnie. W środku.”. I mogę sobie stac w tłumie na koncercie, kiedy i tak wydaje mi się, że jestem sam, pomimo 80tysięcznego zbiorowiska ludzkiego, chociaż nawet tę samą piosenkę śpiewamy. I po galeriach, tych zakupowych biegam, żeby pobyc z innymi. I do pubu/ klubu się umawiam 100 razy w tygodniu, żeby tylko tą tęsknotę zagłuszyc. I mogę w związku byc, ale i tak, czuję się niezrozumiana, sama/ sam. Mogę miec przyjaciół, i to dobrzy ludzie przecież, ale i tak oni mnie nie znają, tak jak bym chciała byc poznana. Szukam więc tego „mojego człowieka”, na oślep często rzucając się w różne relacje, oplatam i co? I okazuje się, że ta osoba nie może spełnic moich oczekiwań. Z jakichś powodów. A pewnie z tego, że potrzebuje tego samego ode mnie. I jak u Steinbecka w „Myszach i ludziach” albo u Giordano w „Samotności liczb pierwszych”, czy u Houellebecq’a, nie mam połączenia.

Bo może Stachura w swojej „Tabula Rasa” miał rację:

Nie zna smaku prawdziwego życia, kto przez tunel samotności się nie przeczołgał. Samotność najpierw jest tunelem do życia, potem jest całą bezgraniczną polaną życia. Tylko to, co samotne, może prawdziwie istnieć, egzystować, być. Tylko to, co samotne, może być i być zarazem niesamotne. Tylko to, co samotne, a więc prawdziwe, a więc samowystarczalne, a więc nic dla siebie niepotrzebujące jest bezinteresowne, a więc promieniujące miłością.

Hardkorowa wersja dla wielu. Czyli co, by deafault jesteśmy samotni? I jak się z nią nie zmierzymy, to zawsze będzie ta pogoń za zapełnieniem tej dziury? Niezapełnialnej przecież??

Psychologowie mądrzy jak np. pan Cacioppo prowadzą badania nad tym „fenomenem” i co? Wnioski: samotnośc jest sprzeczna z ludzką naturą i to na poziomie genetycznym, czyli równie groźna jak używki. Przez wieki ewolucji nauczyliśmy się współpracowac z innymi przedstawicielami gatunku, żeby zwiększac swoje szanse na przeżycie. A teraz?

Kto jest „twoim człowiekiem”? I niektórzy mają. Zajebiście. Ale ileż razy na kozetce słuchałam słów o wszechobecnej samotności, ciemności, i jak już nie można było opowiedziec o tej tęsknocie i bólu, to były łzy, dużo. I myślę, że czasem bywam takim „swoim człowiekiem”, bo gabinet, to miejsce, gdzie ludzie mogą się otworzyc, bez oceny. I byc autentyczni, jeśli chcą.  Swój wewnętrzny krajobraz, gdzie czasem tylko zgliszcza i ruiny, i rany, i siniaki, i blizny, i tęsknotę, i ciemnośc mi pokazują. I przez chwilę może mniej tą swoją samotnośc odczuwają, bo jesteśmy w tym razem. Taki mam życiowy przywilej. Bo to za przywilej uważam. Byc, kiedy nie ma nikogo innego.

I życzę Ci, żebyś znalazła/ znalazł „swojego człowieka”. A jak nie masz, to jestem, w razie czego. Napijemy się kawy, albo czegoś innego i poniesiemy razem tę naszą defaultową samotnośc. Chociaż przez chwilę.

Czy masz swojego człowieka?

13 uwag do wpisu “Czy masz swojego człowieka?

  1. Znajdujemy sobie takiego substytuta w sieci…. piszemy, piszemy, otwieramy się, jesteśmy zrozumiani…. wydaje nam się, że jesteśmy rozumiani, nawet może się spotkamy, bo dlaczegoby nie… zaskoczy. Relacja staje się coraz bliższa ale odległość znacznie utrudnia ją w realu. Hmmm…I tak zyjemy sobie dzień po dniu z substytutem po drugiej stronie kabla. Sama świadomość, że ktoś o nas myśli, bo nam o tym pisze, sama świadomość łata nieco naszą samotność….SUBSTYTUT. A „samotność” jak była tak jest … napijmy sie 😉

    Polubienie

  2. eloise pisze:

    obojętnym źle, nadopiekuńczym jeszcze gorzej … strasznie to skomplikowane. idę się napić 🙂
    właśnie, a może wątek o zapijaniu samotności 😉 ?

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s