Piątkowa noc, Warszawa, 31.08.2012

Po przemiłym wieczorze z moimi koleżankami seksuolożkami spędzonym w jednej z moich ulubionych knajpek (nie będę reklamowac, bo nie trzeba), postanowiłam wrócic piechotką do Dziupli. Tak, tak, DżiPiEs mi się włączył, a że noc piękna, to odmawiac sobie nie będę. Droga do Dziupli prowadzi mnie głównymi arteriami miasta stolicznego, więc nie będę łazic po jakichś skwerach, parkach, opuszczonych budowach. To na moje wewnętrzne narzędzie miernicze jakieś 5 do 7 kilosków do pokonania. Bułeczka z masełkiem, nie? Jakaś godzinka, dobrym marszem. No to idę.

W trzewiach centralniaka wpadam na grupkę bezdomnych negocjujących z ochroną prawo przejścia chyba, dyskusje nic nie dają, więc leci butelka w stronę panów ochraniaczy. Gorąco się robi, bo panowie bezdomni nagle takiej energii dostają, i ruchy nindża pokazują. Z przechodniami przygodnymi zbijamy się w grupkę i tworząc jeden front, przebijamy się na drugą stronę, bo w grupie siła. Uff..no dobra. Czeluści mnie na powierzchnię w końcu wypluwają. Świeże powietrze. Ych..Idę. Spokój. Już mi uśmiech na lico powraca, kiedy nagle z piskiem opon zatrzymuje się taxi, zrzeszone, korporacyjne. Pan kierowca wypada z impetem z autka i wyszarpując praktycznie drzwi, wyciąga za kurteczkę pasażera. „Jakieś nowe praktyki taksówkowe, myślę..”. Po czym wlecze nieszczęśnika na chodnik, ten coś tam z uśmiechem na twarzy do niego pokrzykuje „No co, no co! Nie podobało się panu?”. O mało nie obrywam teczuszką pana, lecącą od strony autka. Nie chcę wiedziec co się za tym kryje, więc mijam rozbawionego pana, bo niespecjalnie wygląda jakby potrzebował pomocy. Okeeeej..Eeee, dziwne emocje mnie zalewają..O co cho? W grze jakiejś jestem pt. „Urban Challenge”??? Taaak? No to gram dalej. Przede mną po lewej przystanek. Jak się okazuje nie pusty, ale zasiedlony jakimiś 7 dziewczynkami w wieku powiedzmy okołogimnazjalnym. Słychac o dziwo, crossgeneracyjnie, hymn: „Daj mi tę noc, tę jedną noc…”. Trochę się podśmiewam. Ale nagle jedna z wokalistek mnie zauważa: „Ej! Ej no! Poczekaj”. Tak, tak to do mnie. Liczę przeciwnika, rozglądam się dookoła. Ich 7, ja jedna. Podchodzą we trzy. Wyższe ode mnie. Nie jakieś tam mikruski. Bac się? Uciekac? Podchodzą coraz bliżej i słyszę: „Masz fajki?” Stają na przeciwko mnie, patrzą w twarz, potem po sobie, dziwnie jakoś. „Oooo…bardzo przepraszamy, z daleka pani młodziej wyglądała. Nie chcemy problemów, ale jakby pani miała papierosem poczęstowac, to byłoby zajebiście”. Częstuję, urażona trochę, że co, że już taka stara…Z rozkrwawionym ego, wlekę się dalej. Pod biurowcem grupka tym razem młodych meżczyzn, zagranicznych, włoskich. Próbuję jakimś wielkim kołem ich ominąc, ale że jestem jedynym ruszającym się celem w promieniu 100 metrów, moje manewry są łatwo przewidywalne. Panowie ruszają kłusem w moją stronę, zwartą grupą, prawie jak atak drużyny FC Roma, której nie lubię, bo brzydko grają. I znowu rozkminka – też uciekac???Ale już mam taki obrazek w głowie, jak to zmykam a panowie mnie gonią, taaakk… Czekam cierpliwie. Zaczynają mnie jeden przez drugiego coś pytac, po włosku. Wysłupłuję, że szukają pewnego klubu. W sumie są blisko. Trochę to skomolikowane, więc wyciągam kartkę i zaczynam rysowac, klęcząc na chodniku, a chłopaki ze mną. No widok słitaśny. Chłopcy dziękują ze łzami w oczach i chcą mnie ze sobą zabrac z wdzięczności. Jakoś mi sie udaje ich przekonac, że stara kobieta juz zmęczona i spac chce iśc, w sensie zasnąc. Rozstajemy się jak starzy kumple. Idę dalej. Mijam kamienice, na co drugim balkonie domówka. Deszcz spadających petów, jak kapuśniaczek w maju, gdzieniegdzie puszka, ooo, i butelka się wyślizgnęła. Przechodzę bez usterek, ledwo. Nadpalona kurteczka się nie liczy, nie? Gdzieś przede mną widzę mocującą się parę..On jakoś mocno oną trzyma i odciąga od drzwi pt „Gabinet kosmetyczny”. Pani wykrzykuje: „Ale ja nóg dziś nie goliłam, muszę się wywoskowac! Puśc mnie, bo sexu nie będzie!”. Hyh, zagadka – pan ją puści czy nie? Swoją drogą, ciekawe, włam do gabinetu kosmetycznego, żeby sobie depilacje zrobic w środku nocy??? . A po prawej, ocho, osiedlowe centrum rozrywkowe czyli sklep nocny z kebabownią obok. Ludu, a ludu. Ooo pani nie smakuje jedzonko, bo wymiotuje, a druga pani trzyma jej tylko fryzurę (po tym sie przyjaciół prawdziwych poznaje przecież); pan się nie krępuje i ne szuka toalety; panowie sie zakładają – kto pierwszy cwiarteczkę wypije. No kolorowo. Bez przygód. Mijam pana na ławce samotnie siedzącego, co to sobie dialog sam ze sobą prowadzi, o literaturze. Mijam pana z komórką zamawiającego „blondynkę z dostawą do domu”, potem tylko młodzież pod szkołą (pewnie się stęsknili) biwakuje, i trzech panów pod klatką filozoficzne narzekających na pracę w mediach. I docieram w końcu do Dziupli. Boshhh..Z ulgą myślę jak to po wyprawie zlegnę w końcu w pieleszach. I pewnie by tak było, gdyby nie domówka u sąsiadów nade mną. Spoko. Chociaż se popiszę.

Piątkowa noc, Warszawa, 31.08.2012

2 uwagi do wpisu “Piątkowa noc, Warszawa, 31.08.2012

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s