Ile płacisz w związku?

Wdałam się niechcący w bójkę na Fejsie, słowną oczywiście, na tzw. argumenty. Rzadko to robię, bo nie dośc, że pokojowo jestem nastawiona, to jeszcze w cyberprzestrzeni w ogóle mi się nie chce, bo o nieporozumienie łatwiej niż w realu. Zaczęło się zupełnie niewinnie. Znajomy wrzucił obrazek pt.”Najlepsze rzeczy w życiu są za darmo” (A.! jeśli czytasz to wybacz, musiałam!). Taki fajny, że tam uśmiech, że przyjaźń i takie tam. Gdzieś tam to skomentowałam, że mimo wszystko się płaci, np. w związkach właśnie i nie ma tam rzeczy za free. Nie rozwijając oczywiście całej myśli, stosując, jak to ja niestety mam często w zwyczaju, tzw. skrót myślowy, bo rozpisywac mi się nie chciało. No i się zaczęło. Jakieś panie, wyznały, że to „pitolenie” i że nic takiego nie ma miejsca w związkach, jeśli są szczęśliwe i partnerskie, i że to nie prawdziwa milośc, i tym takie kwiatki podobne. No ok. Z dyskusji się wydaliłam jak najszybciej, bo z takimi głosami, nijak się spierac. Ale scenka mi w głowie została, i się odniosę tu. Najwyżej czytelnictwo mi ucierpi.

Nie chcę wyjśc na jakąś nieczułą, zimnokrwistą żmiję, co to miłości w życiu nie zaznała i tym podobne. Wręcz przeciwnie. Jakbym mogła byc Amorem w wersji female to bym strzały rozsyłała na lewo i prawo, żeby wszyscy smak miłości poznali, nie na ślepo, ale taką krzyżowką swatki a Amorka chętnie bym była, tylko że, no cóż, waga nie ta, płec nia ta, no i w ogóle za duża jestem i strzelac z łuku nie umiem(proszę bez wizualizacji, bo trzeba będzie do kibelka biec, z różnych przyczyn), co najwyżej oczami, i z gumki. W skrócie – orędowniczką miłości jestem pierwszą i najzagorzalszą! Ale to o czym kobiety niestety (tak jakoś płciowo mamy w genach) marzą i opisują jako miłośc, to tzw. motylki w brzuchu, i uniesienia, i achy, i ochy, i kwiatki, i czekoladki, i pasja pierwszych dotyków, i „pójdę za nim na koniec świata”, i „mójci on”. No bosko przecież! Kto by nie chciał, nie?? To najfajniejsze w zakochaniu. Ale się przy tym zapomina, że to hormony tak szaleją, czyli mózg zalany chemią. Ale ile można tak funkcjonowac? Przecież pod wpływem tych hormonów maszynka biedna by się przepaliła, i co by było? No sito. Po jakimś czasie, więc pojawia się przyzwyczajenie, wydzielanie się zmniejsza i wracamy do tzw. normalnego funkcjonowania, czyli, proszę Państwa, motyle zdechły. No i wraz z marszem pogrzebowym, i zrzuconymi różowymi okularami, pojawia się pytanie: co dalej?

Oczywiście, bystry czytelnik, się oburza i łapie mnie na miałkośc moich argumentów i w ogóle odejściu od tematu. „Acha! Mam cię przemądrzała pińdziu! Klepiesz bzdury, bo o kosztach ani mru, mru! Ha!”. No moment! Powstrzymaj swój miecz argumentów oprawco! Bo to jest właśnie moment, kiedy zdajemy sobie sprawę z zasobów już zainwestowanych, trochę różnych ze względu na płec, ale w uproszczeniu: czas (bo jak można się poznac, bez razem spędzonego czasu, nie tylko w realu!!!) i pieniądze (taaak – antykoncepcja kosztuje, chyba że ktoś au naturell z kalendarzykiem, więc szansa jest że inwestycja będzie wtedy dłuuugoterminowa i będzie miała na imię Jaś albo Kasia; kawki, herbatki, drineczki, obiadki, okazjonalny prezencik; fryzjer – bo trzeba jakoś wyglądac; depilacja – bo odchaszczyc się trzeba, niektórym panom to też polecane; nowy odzień, tudzież but – yyy, to panie pewnie częściej; kino, teatr, koncert, bo się bywa przecież razem w miejscach krzewiących kulturę, żeby dobre wrażenie zrobic; i wiele innych o których na ten moment nie pamiętam i serdecznie za to żałuję). Czy ta inwestycja mi się opłaca? Czy dostaję więcej, albo przynajmniej równo – jaka jest stopa zwrotu (właśnie zostałam pouczona, że tak się mówi, hyh, finansiści..). I tu decyzja, czy dalej chcę inwestowac? Bo to już się wiąże z większymi kosztami – na tym etapie (mądre głowy wyliczyły, że ten pierwszy okres, nazwijmy to, fascynacją – trwa do 18 – 24 miesięcy) bowiem zaczynamy myślec o wprowadzeniu się do siebie (albo już to zrobiliśmy) i inne takie fajnie dojrzałe rzeczy jak np. wspólny kredyt – a jak wiemy nic tak nie scala związku jak właśnie zadłużenie na trzytysiącedwieściepięcdziesiąt lat, albo pytania o potomstwo, co wiadomo tanie nie jest. No ale uprzyjmy się, że to zwykła inwestycja w związek, wspólna świetlana przyszłośc itp. No pewnie, tylko, że trzeba pamietac, że związek to dwie osoby (normatywnie oczywiście, znam inne, rządzące się swoimi prawami), i nie ma bata, żeby któraś z nich nie inwestowała trochę więcej. Trochę więcej czasu, może emocji, może pieniążka, chcenia, może sił w ogóle. I co dalej? Ano może się pojawic syndrom wypalonego bankruta, albo po prostu „się już nie chce”. Pojawiają się pytania? Czy moje potrzeby są spełniane (różne, piramidę Maslowa polecam mimo wszystko..)? Jaka jest jakośc spełnianych potrzeb? Jaka jest jakośc wymiany? A jak rachunek wypada dla mnie na „-„, to wiadomo co dalej….Najzabawniejsze (kategoriami Montiego Pajtona oczywiście), że wszystkie te rozkminki z kosztami robimy nieświadomie w większości przypadków, stąd pewnie narodowe oburzenie na bidną terapeutkę.

No nic, tylko świadomośc nas uratuje..Czego życzę wszystkim w związkach i bez.

 

 

Ile płacisz w związku?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s