Całe życie z wariatami

 

 

Przyznac się muszę do czegoś. Wstyd, nie wstyd, takie trochę pełzające po plecach zażenowanie.

O tym, że jestem magnesem na różnego rodzaju anomalie społeczno – towarzysko – ludzkie pisałam już wcześniej . Ale teraz czas odsłonę zrobic – tadadadam: lubię śledzic ludzi. Ufff..no i lżej mi trochę. Nie w cyberspejsie, bo to łatwe, ale trochę nudne po jakims czasie, no i brakuje dreszczyka niespodziewanki. Ale w realu..mmmm…Ktoś mi wpada w oko, ale nie w sensie przygody romantyczno – seksualno – bądźmoimwybrankiemżycianawiekiwiekówamen. Nie. Ktoś, kto jakoś odbiega od spacerującej ulicami normy i mnie zaciekawia i wtedy, jak mam czas i środki (bo to nakłady finansowe też są czasem), to idę. I obserwuję i śledzę, jak dobra detektywka (jak już się upieramy na te końcówki damskie, to konsekwentnie, nie?).

Tak było i wczoraj. Wracałam z radia naszego polskiego metrem do pracy. Metrem rzadko jeżdżę bo jakoś nie mam po co. I w ogóle jak schodzę do metra to mi się od razu kojarzy postapokaliptyczna wizja Głuchowskiego i jakoś nieswojo, ale przecież nasze metro warszawskie 2012, takie nie jest więc spoks, chociaż tłum w metrze na oddzielny wpis zasługuje. Ale nie o tym. Jadę. I tak się rozglądam, bo to ciekawe zjawisko społeczno – kulturowe. I zawieszam się na faceciku. Siedzi nieopodal. Taki do Jamiego z Gry o Tron podobny, czyli no, ekhm, fajny. Ale nie o fizys chodzi. Coś mnie uwiera w tym widoku. Przyglądam się, oczywiście próbując się nie gapic, co w metrze jest dośc trudne. No to spozieram kątem oka. I co – i łapie co mnie tak gryzło w nim. Bo niby gajurek pierwsza klasa, ale taki trochę wymięty. I koszula biała pod spodem, ale z plamką po napoju jakimś. I buty z zeszłorocznej kolekcji Bossa, ale takie jakby łaził po łąkach w nich, a nie po biurowcu. I zegarek Taga Heuera, ale jakiś taki zaśliniony. I teczka skórkowana, ale jakaś taka porysowana. I fryzura niby jest, ale jakby niedoczesana. I niby ogolony, ale gdzieś tu na policzku jakiś włos z kolegami wystaje. No ciekawy obrazek. Zbliża się moja wysiadka, i myślę, oki, mam jeszcze trochę czasu. I już mrowienie w rękach jak -holik do używki czuję. I już pikawka w ekscytacji bije jak oszalała. I już chór emocji mi arie wyśpiewuje. I oto wyłania się ze mnie – poznajcie – stalkerka, detektywka. Jest decyzja, jadę za nim. Ale ku mojemu zdziwieniu pan wstaje i wysiada na mojej stacji. Och, z ulgą myślę, jeszcze mi zadanie ułatwia bo ja trochę zardzewiała jestem. Jedziemy schodami ruchomymi. Ja kilka osób za nim, acha. Wyłaniamy się na powierzchnię. Pan nerwowo przeczesuje fryz. Rozgląda się, jakby decydował w którą stronę ma iśc. Ale pewnym krokiem przez skrzyżowanie. Ja za nim. Trochę z tyłu. Pan krok ma długi, więc ja drepcę, żeby go nie zgubic, co utrudnia mi trochę wąziutka sukienka i obcas 12centymetrowy. Przystaje przy bankomacie, oj, muszę się czymś szybko zając, więc mijam go, tak, tak, strategia wypracowana, i wyciągam telefon, że niby sms. A moja ofiara podchodzi do bankomatu, wpatruje się w niego, uśmiecha lekko i dotyka opuszkami palców znaczków visa, master i co tam jeszcze jest, jakby je pieścił, no sensualnie niemalże. Gorąco mi się robi. Ale pan idzie dalej, tym swoim zamaszystym krokiem, ja tuptam za nim. Słychac mnie chyba na kilometr, no ale trudno. Po jakichś 300 metrach zdaję sobie sprawę, że idzie w kierunku moim. Ha! Dodatkowy bonus. Przystajemy na światłach. Ja próbuje wyglądac na niezainteresowaną i odłączoną od rzeczywistości. Zielone. No okeeej, dziwne, myślę, bo pan pod arkady na MdMie zmierza. I sobie tak idziemy. Myślę, ej, ale tam przecież bankomatów w pytę, ciekawe czy się zatrzyma. I tak, jest, lotto, proszę państwa! Przy każdym bankomacie pan powtarza swoją kompulsję. Ja już telefony w pleju oglądam, żeby nie zgubic pana. Pan skręca w prawo, znikając za rogiem. Och, to ja w te pędy, w szpilkach „te pędy” wyglądają trochę, no powiedzmy dziwacznie. Wynurzam się zza węgła, i pana nie ma…Co? W panice się rozglądam, nieeeee! Dobra…rezygnuję..taka gratka…taki okaz…i ze zwieszoną głową idę do furtki pracowej, bo jestem już w pracy przecież prawie, czyli jakieś 5 metrów. I patrzę a ten tam stoi i coś do siebie mamrocze wściekle wstukując cyferki w domofon. No nie mam jak się wycofac, więc staje obok. Pan odwraca głowę, mierzy mnie wzrokiem jakąś chwilę: „No nie mogę jakoś zapamietac tego kodu”. Ja oczywiście trzęsącymi się łapkami trochę wstukuję, furtka się otwiera, pan nonszalancko trzyma drzwi żebym przeszła i słyszę: „A już myślałem, że pani mnie śledziła, nawet trochę wariata udawałem, żeby panią wystraszyc, a tu sąsiadka jak widzę. To może się przedstawię – Jarek jestem.”.

Tiaa..Czerwień na twarzy, to zdecydowanie nie mój kolor.

Całe życie z wariatami

8 uwag do wpisu “Całe życie z wariatami

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s