Sztuka kochania siebie

Ledwo co otworzę oczy, już się we mnie wślepia. Jem śniadanie, siedzi na przeciwko i łypie. Jak mnie molestuje. Jak za mną łazi. Ciągnie za rękaw i mędzi – „No napisz o mnie, ej no weź, no..”. Prysznic biorę, a ta z parasolką i w kaloszkach, siedzi obok i narzeka: „Nic tylko same jakieś związkowe pierdolety opowiadasz. A beze mnie ani rusz”. Usteczka w podkówkę i fochuje się – moja jaśniewładna samoocena. No dobra, skubana wyprosiła.

Nie spotkałam jeszcze człowieka z twardą jak skała, miłością własną, a już lat [#@}, żyję. Zawsze jakiś kolec, jakaś zaderka mała, gdzieś tam siedzi. A już w gabinecie to przegląd wszystkich możliwych konfiguracji – od tych, co to samoocenę trzeba dopiero pozytywnie zbudowac, do tych, co im się wydaje, że mają się świetnie, debeściaki narcystyczne takie, a wystarczy drapnąc w odpowiednie miejsce, a już pustka, mrok i łez wylewanie.  Czasem tak mi się wydaje, bardzo czasem, czyli często, że u podstaw wszystkich zaburzeń  klinicznych i tzw. trudności adaptacyjnych, czyli życiowych, właśnie zaniżona samoocena się kryje. I już nie będę przecież każdego zaburzenia opisywac i jak to się ma do oceny siebie, bo przecież zaziewamy się tu na śmierc, ale chyba książkę możnaby sobie z tego wysmażyc spokojnie, taką grubą, żeby studentów psychologii i psychoterapii upupic, hyh, no zastanowię się.

Moja osobista przygoda z obrazem siebie, świadoma, zaczęła się w wieku jakich 12 lat, kiedy zrozumiałam, że niektórzy mają lepiej, bo są lepsi. A są lepsi, bo mają lepiej. No na mózg powoli zalewany hormonami dojrzewania, to i tak wnioski górnolotne, nie? Ale gdzieś tu prawdy dużo jest, hyh, chylę czoło przed samą sobą (to ci dopiero egotyzm, yeah!). Porównałam się i doszłam do wniosków, że zajebiście jest byc pięknym, zdrowym i utalentowanym, a i jeszcze takie skoczne poczucie humoru, żeby miec, o i już pakiet szczęścia gotowy. No tak, tylko że  ja akurat takiego pakietu nie miałam, a wprost przeciwnie odwrotnie. No ale też biografii nie będę przedstawiac, bo to nie telenowela brazylijska. I tak przekulałam z samooceną, no powiedzmy mocno się wahającą, resztę podstawówki i liceum (fantastycznego snu gimnazjalnego, nikt z władzy wtedy jeszcze nie śnił).  I co?

Ano po życiu na kilku kontynentach w dziwnych czasem kulturach, pracując na różnych szczeblach ekonomicznych, stykając się z ludźmi z każdego stopnia drabiny społecznej, pojęłam, że jedna, jedyna umiejętnośc jest mi w życiu niezbędna (a moja samoocena siedzi obok z wypiekami na licach i się ekscytuje, taka ważna skubana!!!) to, poproszę o werble i dzwoneczki w powietrzu – śmianie się z siebie.

Proste jak klapek. I można to nazywac dystansem do siebie, akceptacją swoich fakapów itp. Ja się po prostu z siebie śmieję. Do rozpuku. Rechoczę. Brzuch trzymając czasem, albo do kibelka biegnąc. Śmieję się.  Ale nie z drwiną w głosie, nie, nie, ale tak, jak się śmiejemy czasem z małych dzieci, albo zwierzątek jakichś domowych, jak coś zrobią. To ja tak się z siebie śmieję. Z miłością i niedowierzaniem czasem. Kręcąc głową nad własną nieporadnością często. Ale jak już się uśmiecham, to moje ego takie poranione bidne, idzie w kąt i tam rzewnie nad swoim sponiewieranym losem rozpacza.

A ja fakapów mam mnóstwo i popełniam setki. Np.: jak ktoś mnie zna, to wie, że ja królową niedoinformowania jestem, nie rozponaję celebrytów, a jak jakichś poznaję, to jak można się domyślic, stwarza wiele pociesznych sytuacji. Nie umiem za grosz opowiadac dowcipów, a historiom przeze mnie opowiadanym, często braknie puenty. Od dwóch lat z kawałkiem planuję remont Dziupli. Szkiców mam jakiś bilion. I nic. I tak ad infinitum.

Kręcę głową nad sobą i się obśmiewam, bo niemożliwa jestem w tym wszystkim i tyle. Ale rechot wewnętrzny mnie nie opuszcza. Czasem facepalm się zdarzy. I tak ogólnie, to prawie zawsze mam przez to dobry humor. Ot, taki tam, efekt uboczny.

Biorę moją samoocenę pod rękę i ruszam na podbój świata. Z przyrośniętym bananem do twarzy 🙂

Sztuka kochania siebie

9 uwag do wpisu “Sztuka kochania siebie

  1. Iza pisze:

    proste jak klapek, tiaa, ale jak się ma perfekcjonizm za kołnierzem to hektolitry potu trzeba wylać żeby ten dystans dogonić :). Czasami mi się udaje, czasami. I powiem Ci jeszcze, że młody mi w tym bardzo pomaga.
    Izuś, bosko piszesz, wiem powtarzam się, ale dawno nie rechotałam czytając, więc mam potrzebę i tutaj Ci to napisać. Będę czytać. Dzisiaj czytałam na głos, podobało się!

    Polubienie

  2. littleprincessdaisy pisze:

    eh… śmiać się z samej siebie ej? Kiedyś potrafiłam. Któregoś pięknego letniego wieczora zostałam matką i chyba te resztki mojego humory w szpitalu zostawiłam razem z łożyskiem albo może mi podmienili jak do łazienki poszłam i zostawiłam bez opieki na łóżku? No nie wiem, w każdym bądź razie gdzieś się to moje poczucie humoru zgubiło i jakoś go znaleźć nie mogę.
    Za to jestem królową szyderczego śmiechu przed lustrem. Lata praktyki pobieranej od „kochanej mamusi mojej” która z wielką miłością stosowała na mnie „odwrotną psychologię ” uważając, że w ten sposób zmobilizuje mnie do pracy. Po części miała rację tylko, że jak już zdobyłam te gole i złote medale to ani słowa pochwały nie usłyszałam, żebym przypadkiem w piórka nie obrosła i na laurach nie spoczęła.
    I tak sobie żyję szydząc sama z siebie, bo pewnie tak mi dobrze i czuję się jak w domu…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s