W moim własnym więzieniu sobie siedzę

„A te schematy to w sumie co to?” – pyta, taki trochę mroczny jak noc listopadowa, która zaraz sie nam objawi.

„No takie wzorce wg których myślimy i postępujemy, bo się tak uwarunkowaliśmy od maleńkiego praktycznie.”

 

Rozparci, on na kozetce, ja na fotelu.

„Czyli, tak trochę bez sensu, bo jak dziecko we mgle się zachowuję??”

„Trochę tak”

„A powiesz mi jakie mam schematy?”

Czy ja powiem? Czy JA powiem? Pewnie jakbym mogła, to bym wykrzyczała, ale to przecież terapia, więc swoje ADHD powściągam lejcami rozsądku i wieloletniego szkolenia i lecimy, terapeutycznie szybujemy.

Bo widzę to, serio i seryjnie, codziennie w gabinecie. No poza też, ale mniej. Schematy, te więzienia rękami własnych doświadczeń wybudowane. Bez świadomości. Bez pamięci. Wdrukowane w latach, których nawet nie mogę sobie przypomniec.

I widzę też tych, och hirołs moi osobiści, którzy ponad nie wychodzą. Widzą co sobie robili przez lata. Widzą, i często ten moment, którego mam zajebisty przywilej bycia świadkiem, kiedy je identyfikują, i z bezradności płaczą, i z bezsilności i w zdumieniu oczy po raz pierwszy w życiu otwierają. Och! No rozklejam się i ja. Serio. Na łezkę sobie skrycie pozwalam, gdzieś w kącie oka między rzęsą nr1 a nr 6. Bo to tak piękne, że nie mam słów. Tak. Nawet ja.

I tak sobie w tych nowych ja trwają. Tych ja trochę bardziej świadomych.

A potem przychodzi ten moment następny we wzroście własnym. Ten już, oj boziu, mniej wygodny, mniej o katharsis zaczepiający, oj niebezpieczny.

Kiedyś tam wcześniej zrzuciłeś ten łańcuch z obrożą schematów, co cię tak w miejscu trzymał, i tylko 5 metrów w promieniu mogłeś zrobic.. Już sobie pohasałeś na wolności, już powierzgałeś nową tożsamością. Ale przychodzi chwila w twoim kłusie, w tym radosnym włosów rozwianiu, że stajesz nad przepaścią – wyborem. I albo się rzucisz w nią, z ufnością w siebie, że umiesz latac, bo uwolniony ze starego myślenia jesteś i ufasz też sobie, że wybór dobry podejmujesz, albo..

Czołgasz się z powrotem, obmacując grunt dookoła, w panice szukasz obroży z łańcuchem. Drżącymi paluchami ją sobie nakładasz. Zaciskasz jeszcze, żeby nie spadła przypadkiem. A twoje stare ja, jak tyran tyranów, za ten łańcuch ciągnie i wtapiasz się z powrotem w swoje znajome wzorce myślenia, zapominając o tym co przeżyłeś, o tym, kim się stałeś.

Co się stało?

Strach przed wypróbowaniem siebie nowego Cię zjadł? Strach przed tym, kim może się okazac, że jesteś?

Więzenie sobie zbudowałeś, ciasne bo ciasne, ale własne. Drzwi otwarte ale i tak wolisz tam siedziec, bo nie wiadomo co na zewnątrz.

W moim własnym więzieniu sobie siedzę

7 uwag do wpisu “W moim własnym więzieniu sobie siedzę

  1. A bo to tak jest, cholera czasem, że ten łańcuch na szyi coś tam mi daje. I w takim momencie przebudzenia, zdarza się, że nie tylko sam schemat widzę, i rozpoznaję ale i to co od tego schematu dostaję. Dobrze, jeśli to np. poczucie bezpieczeństwa. Mogę sobie wtedy powiedzieć: no, tego czy tamtego w życiu mi brakowało, więc dlatego ten schemat, dlatego tak działam, myślę. Chronię się, taka delikatna jestem.
    Tylko czasem zamiast jakieś ulgi czy czegoś innego „miłego”, pojawia się zrozumienie. I wyskakuje jak trup z szafy…
    Bo nagle, zamiast kogoś (siebie), kogo mam ochotę przytulić, kogo łatwiej kochać, to pojawia się (ja) maszkaron jakiś. Bo może np. ten schemat pozwalał mi zrzucać odpowiedzialność na innych? Skrywałam tam swoją niedojrzałość, albo potrzebę władzy, albo… – a to takie fe! nie ładne! Nie cierpię tego w innych, i nagle znajduję w sobie?
    I wcale nie chcę zmagać się ze swoim cieniem, stanąć z nim twarzą w twarz. Niech to inni za mnie zrobią. Tam byłam taka fajna, dobra, bez skazy i do tego jeszcze taka podoświadczana przez życie. Trochę nieszczęśliwa,może ciut ograniczona w wyborach. No, czasem przecież przez te kratki kawałek nieba prześwitywał.
    A tu… poza tą klatką, mam się mierzyć ze sobą? Taką brzydką? Taka złą? To ja chcę z powrotem tę obróżkę i pęta na łapy…
    Chcę być tylko gładka, bez żadnej rysy. W innej siebie sobie nie umiem (nie chcę się) odnaleźć – kolejny schemat. Klisza, która mówi, że tylko grzeczne dzieci są kochane, że popełnianie błędów jest karygodne…
    Nie, teraz już nie.Teraz już nie wchodzę do „pokoju luster” z zamkniętymi oczami. Chociaż sporo z nich powykrzywianych na wszystkie strony, odbija mnie bardziej podobna do gargulca niż młodej kobiety. I zostaję tam, twarzą twarz, ze swoimi potworkami. Zaprzyjaźniam się ze swoim cieniem. I kurcze nie jest łatwo. Bo nie jestem mentalnie Claudią Shiffer, idealną, modelową.
    Garba mam tu i tam, pełnego od złośliwości, albo narośl jakąś z lenistwa wyrosłą, albo „w dupie to mam” brodawkę… Tak. Ale to ja. Prawdziwa, z tymi niedociągnięciami właśnie. I siedzę i się sobie, takiej właśnie przyglądam. I… znajduję prawdę, piękno, łagodność, ciepło, serce.
    I czy się nie boję? Boję jak diabli…
    I uczę się siebie taką kochać. I przekraczam siebie, żeby pokochać jeszcze bardziej. Tak w pełni. Całą.

    Polubienie

    1. Anonim pisze:

      Wzruszylam się tym co napisałas bo gdzieś przecież wszyscy się z tym zgadzamy ale nie wszystkich jest stać na szczerość wobec siebie i jednak staniecie przed sobą i zobaczenie siebie naprawdę. Dziękuje za szczerość!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s