Na kozetce

Przyjaciółka podjęła jakiś czas temu mega ważną decyzję po latach cierpienia i spraw niewyjaśnionych – terapia rodzinna z siostrą i matką. I poszła. I pan terapeuta, panie rozdzielił, a później przekazał innej pani. To nie jest dziwne, czasem praktykowane. Pani niestety, no cóż, zbyt profesjonalna nie była. I nie przychodzi mi tego łatwo napisac, bo przecież nie chcę byc tym, co do własnego gniazda kupę robi. Ale tak było.

Przyjaciółka przeżyła traumę, i chętnie bym kilka cytatów tu wrzuciła, ale już nie będę palucha w świeżą ranę wkładac.

Wolę o swoich fakapach napisac, bo jak myślę popełniłam ich wiele, bez sztucznej skromności, i och, tak zaprzeczajcie, bo mi ego trzeba połaskotac. Nie.

Ludzie mitologizują terapię. A terapeutów zwłaszcza. Bo to niby jawią się Ci jak półbogowie, co to niby prosto z Olimpu psychoterapeutycznego świeżo między ziemian zstąpili. Tak niektórzy się zachowują. Znam ich trochę i wiem. I pewnie mnie z pracy i stowarzyszeń by wyrzucili, jakby czytali, ale nie czytają, bo nie przystoi wypocin innego terapuety czytac. Proste.

Terapeuta też człowiek, oczywiście chce się powiedziec. No taaak. Ale gdzieś tam mam obawy, że czasem ten człowiek, człowieka w drugim, czyli w pacjencie, kliencie, rozmówcy, przestaje widziec, a skupia się z całej swojej siły i mądrości na zaburzeniu. I jak owo zaburzenie, którą teorią wyjaśnic, wg którego protokołu działac, jak proces „zdrowienia” przeprowadzic. A człowiek gdzieś znika. I diagnoza, elegancka, że panteon półbogów psychoterapeutycznych by się nie powstydził, ma się tak do życia, jak żaba do roweru.

Nie mówię, że teorie niepotrzebne, że protokoły to bee i po co, że diagnozy to psu na kapcie. Nie. Ale to tylko częśc. Może nawet ta mniejsza, samego bycia z człowiekiem. Bo człowiek to coś więcej niż same jego zaburzenie, więcej niż jego „choroba”. I wiem, że to pierdoły, oczywiste oczywistości i truizmy tu sadzę, ale sama z ręką na sercu mogę powiedziec, że jak już diagnoza jest, to po ludzku później, szuka się dowodów na jej potwierdzenie, bo tak nasz szlachetny umysł pracuje i już.

Ja tak robiłam do czasu. Aż się nie nauczyłam swoją głowę w wątpliwośc poddawac. I teraz zawsze wątpię w to co myślę, zawsze czujnie się przypatruję prawdom, które mi tak szybko z automatu niemalże na usta się wkradają, nie wierzę emocjom. Pytam się siebie: „A co jeśli nie? A co, jeśli siebie okłamuję, bo całości obrazka nie widzę? A co, jeśli nie mam wszystkich kawałków diagnostycznej układanki?”.

Nie jestem terapuetą idealnym. Boshhh…No daleko mi. Tak jak do słońca. Znam się. Ale się uczę człowieka i siebie. Fakapów mnóstwo popełniając po drodze. Czasem to tylko fakapiątko z puli mniejszych grzeszków, ale zdarzyły się takie, za które, do piekła psychoterapeutycznego niechybnie trafię i przed dziadkiem Frojdem przyjdzie mi się kajac i na grochu klęczec.

Ale też myślę, że on sam taki święty nie był, i może zrozumie..

Tylko człowieka szkoda.

 

Na kozetce

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s