Offline? Serio?

Próbowałam. Boginie i bogowie świadkami. Wyemigrowałam na majówkę z dala od źródeł diabelskich internetów na wieś sielską, gdzie o internetach tylko słyszeli, w telewizorze, na pierwszym programie, jedynym, który tam czasem łapią. Zasięg komórkowy w niektórych tylko tajemniczych miejscach był. Wzięłam w swej naiwności kijka z Pleja. Tia. Brat też z lapkiem i kijkiem z T-Mobajl zawitał. Tia. Musiało to pociesznie wyglądać jak łaziliśmy po polach, żeby ten zasięg jednak znaleźć. Ale i tak łączenie się ze Wszechświatem wyglądało tak:

images1

Tajemnicze miejsca zasięgu komór jednak znaleźliśmy, oh czarne dziury łaski!

I się nieco zaniepokoiłam przecież. Uzależnienie??? Panie borzebroń! Racjonalizuję? Nooo…Jako psycholog psychoterapeuta, seksuolog do tego,  mechanizmy obronne wyczuję szybciej niż pot na ubranku schodzonym. To nie to. Ja po prostu lubię, ba, uwielbiam być „połączona”. I już.

I wiem wszystko o zagrożeniach internetu, pliiiizzz.. Że nowe zaburzenia się tworzą, że multitasking, że płytka wiedza, że koncentracja pokiereszowana, że problemy z przyswajaniem ogromu informacji – piszę o tym, mówię o tym, leczę w gabinetach z tego.

Bycie online spełnia moją (i nie tylko moją) podstawową potrzebę – komunikacji z innymi. To, że jest to podstawowa potrzeba to zaraz chór krytyków śpiew unisono zacznie. Bo to przecież potrzeba rozmnażania pierwsza i najpierwsza jest!! Ano nie! Nawiązywanie więzi to jest potrzeba najpierwsza z pierwszych. Przecież ci którzy na bezludnych wyspach lądują, (ok, wiem, że trochę niezręczny ten przykład) nie chcą się z nich wydostać bo mają tak wysokie libido, że no po prostu muszą, you know, poza tym można to załatwić metodą ręczną, nie aż tak przyjemną jak z innymi no ale zawsze coś.. Np. Tom Hanks w miernym co prawda filmie „Cast away”, narysował sobie twarz na piłce, żeby móc z kimś rozmawiać  a nie np. waginę, tak?

Chcemy być z innymi. Kontaktować się, być w społecznościach. Mniejszych lub większych. Jasne, że nic nie zastąpi kontaktów w tzw. realu, ale dla tych którzy te kontakty mają utrudnione, patrz ja, patrz godziny mojej pracy, bycie online w tym celu, jest niezastąpione.

Jakoś już mi się przelewa krytykowanie nowych technologii i straszenie nimi. Nie jestem jakąś e – wangelistką, od bogochwalstwa każdej maści trzymam się z dala. Ale internet to narzędzie, takie jak młotek na przykład, nieco bardziej skomplikowany, daa.. I jak się taki młotek dostaje w ręce niepowołane to też krzywdę sobie można nim zrobić. Ale jak się wie do czego to służy, nauczyło się nim posługiwać i używa z głową, to sam z siebie on raczej niewinny jest. Nie zacznie biec za Tobą, i bić Cię po głowie, oko wywarzać, czy jakieś inne tortury stosować.  To tylko narzędzie.

Pozwalam sobie lubować się w byciu online. Świadomie, uważnie, z głową. Tak jak w realu.

I tyle.

Offline? Serio?

10 uwag do wpisu “Offline? Serio?

  1. Bardzo trafne spostrzeżenie.
    Podoba mi się określenie ‚e-wangelistka’ 🙂

    Sama nieraz się zastanawiam, na ile jestem uzależniona od kontaktu przez intenet, na ile to po prostu pasja. Wiem, że jestem w stanie wytrzymać offline miesiąc (np. na wakacjach), czasem cały dzień nie wchodzę w sieć, bo jestem zajęta czymś innym. Niektórzy trzymają komputer w trybie uśpienia cały dzień, żeby szybciej mieć do niego dostęp, ja go włączam i wyłączam.

    Na pewno mogłabym spędzać tu mniej czasu, ale co bym wtedy robiła? Na przykład mogłabym poczytać gazetę i znaleźć artykuł o uzależnieniu od sieci. Tylko jak go potem skomentować? 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s