Śmierć w słońcu

pobrane

Tak się zdarzyło, że podczas wakacji  musiałam się udać do lekarza. Na Costa Brava. Nic poważnego, no ale zawsze. Pozostał oczywiście problem językowy, bo tak jak łamanym hiszpańskim żarełko się zamówi, tak już u lekarza lepiej wiedzieć co się mówi, bo gesty ręczno- twarzowe nie zawsze muszą oznaczać to samo w innych kulturach. No ale tzw. traf chciał, że wylądowałam na kozetce tym razem lekarskiej, u doktora niemieckiego o szlachetnym imieniu Ludwig. Sam pan doktor wyglądał jak potężnie zbudowany Einstein z chmurą białych włosów i mówił po angielsku z napadłościami niemieckimi. Daliśmy radę. Jedynym problemem było miasto pochodzenia bo okazało się, że w moich ustach Warschau brzmi podobnie do Breslau, no ale ważne, że procedura była sukcesem.

Na tyle nam się dobrze konwersowało, że jak się bawarski doktor dowiedział czym się zawodowo zajmuję, to zaczął mi historie lokalne opowiadać. O swoich pacjentach.

O tym jak wielu przyjeżdża na Costa Brava, tych nieuleczalnie chorych, tych którzy już w ojczyznach swoich nie chcą żyć, tylko żywota chcą swojego dokonać w pięknym, słonecznym miejscu. I dokonują. I czasem to trwa kilka miesięcy, a czasem kilka lat. A on jest z nimi do końca. Opiekując się lekarsko, robiąc to co jeszcze można zrobić. I smutek ogromny w jego oczach był jak to mówił.

„Wiesz, ja przez lata pracowałem w szpitalach tam ludzie chcieli żyć. Tak się trzymali, tak walczyli. A tu? To trudne. Widziałaś tego starszego mężczyznę w poczekalni z żoną? Jemu zostało już kilka dni. On już przestał walczyć. Ona też. Chociaż przychodzi wciąż, mimo tego, że wie, że to co ostateczne nadciąga nieuchronnie. Ale chyba jest pogodzony.”

„Patrzyć na odchodzące życie chyba zawsze jest trudno, prawda?”

„Nawet nie masz pojęcia jak bardzo. Bo to nie tylko Ci się tu zjawiają, którzy są nieuleczalni chorzy. Wczoraj przywieźli mi kobietę, która połknęła tyle valium, popijając winem, że nie mógł to być przypadek. Młoda. Wysłałem ją do psychiatryka, który jest jakieś 20 km stąd. Na tyle nie chciała żyć, że czterech policjantów nie mogło jej utrzymać, wyrywała się i krzyczała tylko „Dajcie mi umrzeć, dajcie mi umrzeć!”. Angielka, w silnej depresji…Ty byś miała tu co robić. Tylu przyjeżdża tu umrzeć. A może nie wszyscy muszą..gdyby dali sobie pomóc.”

 Oj i tak na słońce i plażę i winnice i miasteczka jak z bajki padł cień dla mnie, i już trochę inaczej patrzyłam na to piękno.

Śmierć w słońcu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s