Klub Złamanych Serc

Jestem sobie na najlepszym festiwalu ever. Miałam nie pisać. Ale dziś po prostu muszę. Taka ot, kompulsja przyczynowa.

#Unsound rządzi. Tyle inspiracji się nażarłam, napoiłam, wchłonęłam, że starczy mi na… (wstaw określoną ilość czasu) długo.

Dziś szczególnie. Za sprawą pana Blunta. Nie Jamesa, tylko Deana. Tuptałam ze szczęścia jak już w Teatrze Starym w Krakowie na miejscu się usadowiłam i odpłynęłam. W ból, w szczerość (chyba?), w winę, w człowieczeństwo.

Blunt, bluntly, czyli bez ogródek, w swoim show na pograniczu teatru, najebki z popu i doskonale niedopracowanego wykonania muzycznego przecież, opowiada o końcu relacji, z pewną kobietą w swoim życiu. „The Redeemer” krok po kroku zabrał mnie w emocjonalną podróż, w którą w ogóle nie chciałam, jak się okazało, jechać. Ale siedziałam i mimo wszystko się rozkoszowałam. Oh! Dysonans dysonansem się poganiał. Asynchronia rozbrzmiewała. Bo chcę oglądać, ale nie chcę, ale trudno. Zamknę oczy i uszy, to jestem ciekawa. Jak tu z babą (czyli ze mną) artystycznie wytrzymać?

Po spektaklo-koncercie, jak już majestatycznie schodziliśmy z moim kompanem po majestatycznych schodach, kiedy on, rozwodząc się szeroko nad dźwiękami i słowami, brutalnie został przeze mnie zapytany „Czy Ty miałeś kiedyś złamane serce?”. Zamilkliśmy oboje dramatycznie, jak na teatr przystało, tamując tym samym bezruchem ruch schodzący po schodach dramatycznych. „Nie.”. I w tym wiekopomnym „nie” tak wytrwaliśmy do szatni. Przyodziani wymknęliśmy się w tłumie palaczy przystając na moment, kiedy mój kompan, w końcu przemówił: „Aaa, bo Ty z serca a ja z głowy recenzuję.. Ale wiesz dla mnie to czysty masochizm, tak to przejadać, powtarzać, nie kończyć”.

I kiedy już tak się rozbiegliśmy, ja na kolejne wydarzenie do Kijowa (nie ukraińskiego, tylko kina), on gdzieśtam, bo inaczej sobie wieczór zaplanowaliśmy, recka skrótowa siedziała mi w głowie.

Tak. Przyznaję. Z serca i z doświadczenia za Bluntem się wstawiam. Bo mocno mi pokazał, jakie cierpienie może być. Jest. Kiedy z relacji chcę się wycofać, zakończyć. I jest ciemność. I jest mgła myśli. I jest ból, tak jak ten światłami zadany. Bo każdy kontakt boli? Bo brak kontaktu jeszcze bardziej? Bo trzeba to przetrwać i tyle?

I wierzę mu, kiedy śpiewa, ni to do Siebie, ni to do Niej – „Wake up, wake Up, wake up”. Bo to wtedy trzeba zrobić. Obudzić się ze snu do rzeczywistości, która piękna nie jest. Ale taka właśnie jest. Prawda. W Klubie Złamanych  Serc.

I tak sobie myślałam, już w Kijowie, hyh, kto tego nie doznał, nie zrozumie, wyśmieje, i prychnie „teatralność przecież to jest”. Może. Dla mnie nie. Moje serce teraz już tak połamane, że nie wiem czy je pokładam. Na razie jak puzzle próbuję ułożyć, ale cały czas mi ktoś kawałki podpierdala. I czegoś brakuje. Trudno.

Dla tych, którzy nie rozumieją czym jest serce złamane, żadne medium ich nie przekona.

Dla tych, którzy przeżyli – wiecie jak to jest. Pisać nie będę.

I jeszcze tytuł całości – „The Redeemer”. Odkupiciel. Wybawiciel. Religijnie. Bo chce się „odkupić”, zbawić  Siebie po relacji, która nie wyszła. Coś zrobić, cokolwiek, żeby zrozumieć, wiedzieć, zakończyć. Znaleźć odpowiedzi na wszystkie „Dlaczego?”. Może właśnie poprzez sztukę, bo tak jest się wtedy najbliżej siebie. Dla reszty, nas, śmiertelników pozostają „nocne Polaków rozmowy”, stos chusteczek niehigienicznie zużytych i nadzieja na Czas Leczący Przemijający. Amen.

 

Klub Złamanych Serc

3 uwagi do wpisu “Klub Złamanych Serc

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s