Jak zostałam wariatką

Raz na jakiś czas oczyszczam życie (czyt. powierzchnię mieszkalną) z tzw. „przydasiów”. To po Tacie – „wszystko się przyda”. Jak nie używałam rok, nie przydaje się. Out. No mercy. Wszystko, oprócz „martwych drzew” czyli książek. I tak mi się ich przez ostatnie kilka miesięcy nagromadziło, nie wiem jakim cudem (jaaaasneee!!), bo przecież na Kindelku 99% czytam.

Raz jakieś szmery mnie obudziły, a to książki wokół łoża rzędami stoiwszy, zakrzykiwały, grzbietami na mnie groźnie łypiąc, prawie jak Rycerze i Rycerzówny Solidarności – „Domagamy się godnych warunków mieszkaniowych! Chcemy półek nie podłogi! Chcemy życia w kategoriach, nie w chaosu alegoriach! Chcemy światła i pogody, dość zakurzonej niewygody!”.

Zastrajkowały. Rada nie rada, półki zakupiłam, bo takich demonstracji co rano, moje nadwyrężone serce przecież by nie zniosło.

Półki przyszły. Zapakowane jak dzieciątka w beciki.

Och, jak zwlekałam z ich składaniem! Jak patrzyłam! Jak w przedłużoną grę wstępną z nimi grałam! Och! Bo słabość mam ogromną, publicznie się przyznaję – uwielbiam składanie mebli. Ale uwielbiam, tak fetyszystycznie wręcz. Z lubieżnością więc na odpowiednią chwilę czekałam, żeby proces zacząć.

Składałam pieczołowicie, każdy tomik, tomiszcze, tomunio ładnie odkurzałam. Co i raz z sentymentem jakiś przytulałam. No orgia panie. Kiedy już stały, takie piękne do sufitu i wystarczyło tylko 4 ostatnie śrubki wkręcić, okazało się, że śrubek nigdzie nie ma.

Na początek nie panikowałam, bo przecież jasno pamiętałam odliczanie systemowe powyższych i wszystko się zgadzało. Przerzuciłam kilka rzeczy. I flashback miałam – między niestety odbieraniem telefonu a pisaniem niecierpiącego zwłoki maila, śrubki niechcący wylądowały w jednym z kilku worów „przydasiów”, które zostały wyniesione na wieczne potępienie czyli do śmietnika.

Decycja. Zostawiam taką niedoróbkę czy idę szukać? Niełatwa to, bo śnieg i mróz na świecie przeokrutny, poza tym śmietnik??? No ale popatrzyłam na kilkanaście bezdomnych albumów co to miały zagwarantowany penthouse pod sufitem…

Moja Wewnętrzna Dresiara była przeszczęśliwa, kiedy już pod przykrywą nocy wymknęłam się na poszukiwania. No bo jak się ubrać do przeszukiwania ogromniastych koszy na śmieci na kółkach?? Takich na wpół pełnych, które sprawiedliwie workami po równo nakarmiłam?

Podpowiem: ciepło i wygodnie i dobrze jest mieć cos długiego do odsuwania rzeczy, które są miękkie i mogły stanowić podstawy grupy żywieniowej albo pieluszki albo inne pokrewne, ekhm.

Na wpół wisząc na kolejnym pojemniku udało mi się namierzyć mój worek. Co w ciemnościach wcale nie było takie łatwe. Już poddałam go bliższym oględzinom, kiedy u wejścia do altanki ukazały się dwie postaci. Jedna błysnęła mi latarką po oczach, potem po „moich” śmieciach, które zgrabnie z worka wyłuskiwałam. Nie bardzo wiedziałam jak zareagować, aż usłyszałam zachrypnięty głos jednego z panów, którzy niebezpiecznie blisko się przybliżyli:

„A czego tam tak szuka?”

„Śrubek” odpowiedziałam zgodnie z prawdą przecież.

Latarka zgasła.

„Chodź Tadzik, to jakaś wariatka. Przyjdziemy później”.

I odeszli wolno ciągnąc wózek z różnościami.

Już w domu, przykręcając ostatnią półkę, (śrubki znalazłam dwa worki później), zamyśliłam się.

Jak to nam łatwo te oceny innych przychodzą, co? Jak patrzymy, jak postrzegamy i już wiemy. Namyślać się nie trzeba. Dociekanie zbyteczne. Dopytywać – a po co? Pochylić się i zobaczyć co pod okładką? Eee tam. Widzę, więc wiem.

Phi, jakie to proste. Jak śrubka.

Jak zostałam wariatką

2 uwagi do wpisu “Jak zostałam wariatką

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s