Dlaczego tak chętnie się wszystkim dzielimy?

Nie chodzi oczywiście o dzielenie chleba czy oddanie przysłowiowej ostatniej koszuli z pleców, ale o nasze aktywności w serwisach społecznościowych.

Jakiś czas temu, po moim nieudanym e-samobójstwie, zaczęłam z większą uważnością przyglądać się własnej i innych aktywności . Jak użytkujecie to wiecie, że treści i wiadomości różne ludzie o sobie publikują. Jedni bardziej wylewnie, łącznie z tym co na śniadanie jedli albo swoje wyczyny parasportowe, inni bardziej konserwatywni, tylko frapujące, niestety często tylko ich, linki do artykułów. Jeszcze jest grupa tzw. „zdawkowiczów”, gdzie nad sensem postów, mocno i głęboko trzeba się pochylić. No ok. Po to serwisy istnieją przecież. A statystyki nie kłamią – 80% treści zamieszczanych, to treści natury osobistej, wiem, trudno uwierzyć, że aż tyle.

(Bezkonkurencyjny jest Snapchat, ale o tym kiedy indziej).

Po przejrzeniu tych arcyważnych treści pojawia się tylko jedno pytanie – dlaczego?

Dlaczego taki dostęp do siebie dajemy? Dlaczego te treści wydają się takie ważne? Co nam to daje? Oprócz tzw.promocji siebie, gdzieś na granicy narcyzmu lewitującej. Ano naukowcy z Harvardu też się nad tym zastanowili, zbadali i już wiemy.

Nie chodzi tylko o to, że żyjemy w świecie ekshibicjonizmu, ale o to, że robi nam się dobrze, tak jak wtedy kiedy jemy coś dobrego, dostajemy pieniążka albo uprawiamy sex, kiedy dzielimy się informacjami o sobie i swoimi opiniami. Nie wyssali sobie tego z czystej teorii, ale podłączyli ochotników do maszyn badających mózgi i tak wyszło.

Te same ośrodki odpowiedzialne za odczuwanie przyjemności z powyżej wymienionych czynności, pobudzają się wtedy, kiedy np. wrzucam na Instagram swoje selfie, albo się melduję w jakimś ultraważnym miejscu dla siebie, albo dzielę się własną opinią o filmie itp.itd.

Wszystko już jasne.

Biologia, układ nerwowy, dopamina. Ach, ta dopamina – ten mityczny „przekaźnik przyjemności”, ten prowodyr wszelkich uzależnień!

Jak już zaczynamy „się dzielić” to przestać nie można, co? Ano niełatwo. Ale przecież wolę i inne zdolności poznawcze mamy, takie jak np. ooops, staromodny „zdrowy rozsądek”, którego czasem brak myślę sobie.

Może czasem warto by wziąć ze trzy głębsze oddechy, chwilę, momencik, zanim coś wpuścimy na fejsunia, zretweetujemy, zinstagramujemy się? Bo może nie warto? No ale cóż, my, współczesne ofiary dopaminy, zrobić mamy? Pozostaje nam nieczysta walka z własną biologią. Ech.

 

5244452488_39ec7c312d_z

Dlaczego tak chętnie się wszystkim dzielimy?

14 uwag do wpisu “Dlaczego tak chętnie się wszystkim dzielimy?

  1. P. pisze:

    Ot durna iluzja, że… kogoś to obchodzi.

    Ja tam z przymrużeniem oka reaguję na posty „pozytywne”.
    Gdy ktoś np. wrzuca zdjęcie z wesela, zdjęcie narodzonego dziecka itp.
    Po prostu rozpiera go radość i chce się nią dzielić. Kiedyś chłop biegł przez wieś krzycząc „mam syna”. Dziś od tego mamy fejsbunia:)

    Lubię też od czasu do czasu włączyć się do jakiejś dyskusji światopoglądowej, choć to solidny pochłaniacz czasu.

    Jedyne czego nie ogarniam to ludzi wrzucających posty: „ale mi się nie chce”, „Pada deszcz” itp.

    Polubienie

  2. Warto wyobrazić sobie, kto czyta nasze wiadomości/ posty i ŻE je czyta. I zastanowić się, CZY na pewno chcemy, żeby ta konkretna osoba to wiedziała.

    Nauczyłam się sztuki kamuflażu i jestem dość zachowawcza. Primo, bo mam krewnych i znajomych informatyków, którzy załamują ręce nad nieostrożnością użytkowników. Secundo, bo mam walniętego byłego, który nader chętnie poluje na wszelkie informacje o mnie w celu podtrzymywania kontaktu (na który ja nie mam najmniejszej ochoty). Tertium, wiem, że to, co wrzucone w sieć, nie znika z niej. I jak mogę się teraz wstydzić jakichś wyznań naskrobanych w zeszytach ‚Złotych myśli’ w podstawówce, nie chcę palić się ze wstydu za jakiś czas czytając coś, co teraz wrzucę pod wpływem impulsu (choć zdarza się, nie powiem).

    Mam wielkie szczęście, że mój facet nie prowadzi aktywnego życia facebookowego, dzięki czemu nie muszę oglądać jego zdjęć z byłymi dziewczynami i czytać o jego życiu „przed moją erą”. Cieszę się też, że moi znajomi z pracy nie mieszają życia prywatnego z osobistym i nie nagabują mnie na portalach społecznościowych. A wiem, że tak bywa i są to sytuacje trudne.

    Fakt, jest w tym afiszowaniu się trochę potwierdzenia własnej egzystencji. Jest też potrzeba dzielenia się dobrymi wiadomościami. Ale podejrzewam też, że wpisuje się to w modę ‚bycia zabieganym i zajętym’. To manifest: spójrzcie, jakie mam ciekawe życie, w ilu miejscach jestem, na co mnie stać, ile mam spraw na głowie. I oczywiście dopieszczanie się lajkami. Co jest absolutnie naturalne (tak jak pokazywanie komuś nowego mieszkania, nowej lalki czy chwalenie się autem), o ile jest robione z głową. A tego właśnie brakuje. Bo często nie tyle jesteśmy tacy spontaniczni i otwarci, tylko tacy bezmyślni.

    Polubienie

    1. Mam podobne spostrzeżenia dot.bezmyslnosci a może raczej niskiej refleksyjnosci stąd „apel” o staromodny zdrowy rozsądek. A o niebezpieczeństwach bycia w sieci i nietykalności różnych treści pewnie się dopiero przekonamy w przyszłości, ech..ostrożność, uwaznosc, „postowanie” z głową…

      Polubienie

      1. Symbolicznie niemalże pod Twoim wpisem na mojej liście blogowej wyświetlił mi się inny, koleżanki – zniesmaczonej zdjęciami wrzuconymi na FB przez jej znajomych. Zdjęciami dziecka tuż po porodzie.

        Zastanawiam się, jak będą się czuły te dzieci oglądając za jakiś czas swoje zdjęcia i wiedząc, ile osób mogło je obejrzeć. I pomyśleć, że myśmy się wstydzili, gdy nasze mamy pokazywały ciociom kompromitujące zdjęcia typu ‚Zuzia bez pieluszki’ 😉

        Polubienie

  3. Anonim pisze:

    Dzielenie się wszystkim tzn mam na myśli zdjęcia typu selfie stało się tak popularne i powszechne, przez co odnoszę wrażenie że w środowisku osób w moim wieku (19 l.) osoby nie wrzucające do sieci samojebek są rzadkością.

    Polubienie

      1. Anonim pisze:

        NCzy warto…? Dla lajkow najwyraźniej warto. Niby mówi się, że nieistotna jest liczba kliknięc, ale tak na prawde po wyrzuceniu zdjęcia przychodzi zawód jakieś rozczarowanie, że liczba polubien nie przekroczyła 20 czy 30 cży też innej liczby, która jest wyznacznikiem popularności. Profil na fb w pewnym sensie staje się nasza wizytówką, a co za tym idzie warto zaprezentować się z jak najlepszej strony.
        Chociaż liczę ma to że z oceniania po jakze wymiernyn

        Polubienie

  4. Anonim pisze:

    Czy warto…? Dla lajkow najwyraźniej warto. Niby mówi się, że nieistotna jest liczba kliknięc, ale tak na prawde po wyrzuceniu zdjęcia przychodzi zawód jakieś rozczarowanie, że liczba polubien nie przekroczyła 20 czy 30 cży też innej liczby, która jest wyznacznikiem popularności. Profil na fb w pewnym sensie staje się nasza wizytówką, co za tym idzie warto zaprezentować się z jak najlepszej strony.
    Chociaż liczę ma to że z oceniania po obejrzeniu profilu na fb albo wyrzucania tam nikogo nieinteresujacych szczegóło że swoje’go życia po prostu się wyrasta. Jeszcze inną sprawa jest ustawianie związków na fb i życzenie sobie ‚szczęścia i wytrwałośći ‚przez szalone gimnazjalistki lub co gorsza starsze osoby.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s