FOMO sex

Pod tak wdzięcznym hasłem Anonimowi Szukacze znajdowali w przestrzeniach internetu mojego blogusia przez ostatnie kilka miesięcy. Nie raz, nie dwa.. Najpierw myślałam, że to wredna literówka się wkradła, że najzwyczajniej w świecie szukali „homo sex”, ale że tyle razy? Tyle razy paluszek stuknął w „h” zamiast w niedalekie, bo tylko okrąglusim „g” oddzielone, „f”??

Stwierdziłam, że to pewnie nie przypadek, więc może trend nowy jakiś, bo o FOMO pisałam, że kiedyś o FOMO pisałam, a o sexie, no cóż, daleko nie trzeba szukać przecież.

Z wujkiem Googlem unisono stwierdziliśmy, że to nie hipsterski trend, a trochę trend jednak. Tak, tak, jak to u psychologa – nic nie jest jednoznaczne i wszystko niesie znaczenie. (śmiejemy się)

FOMO (dla leniuszków, którym się nie chce kliknąć, #przypominajka) to „fear of missing out” czyli „strach, że coś nas ominie”. Strach to stary jak ludzkość przecież, chociaż dobrze opisany dopiero przez Dziadka Freuda (oczywiście), więc nie ma co się dziwić, że w czasach technorewolucji przy wielości opcji dostępnych, neuroza wzrasta wraz z dostępem do informacji.

Jak sobie połączymy ten fatalny akronim z seksem, to już wiadomo o co chodzi. O wszystkie te „okazje” seksu, seksualne okazje. Co ciekawe, nie tyczy się on mężczyzn, bo ewolucyjnie ponoć, oni spełnianie FOMO sexu mają pałętające się w genach, ale kobiet, młodych. Tzn. kobiety doświadczają takiej neurozy (ponoć), przed „osiądnięciem” w stałym związku, obawiając się, że jak już będą z tym Jednym Jedynym, to ominą je te wszystkie okazje seksualnego spełnienia.

Bo wybierać można i przebierać! Kiedyś, abstrahuje już od tzw. moralności i statusu finansowo-politycznego przeciętnej kobiety, wybory były dość ograniczone. Dostępni byli samcy w wiosce, tudzież miasteczku, a jak na odludziu, to tylko jacyś przejeżdżający pewnie. Teraz, well, mamy appki np.: Grinder, Tinder, Blendr, Tingle, Pure, Down, no i stronki symulujące biura matrymonialne jak nasza rodzima Sympatia, czy po prostu zwykłe społecznościówki, które niewinnie, mniej lub bardziej użytkujemy. Głowy i pochwy bolą od nadmiaru!

Nie żebym była, Cnotką-Klotką. Jestem ZA seksualnym spełnianiem siebie i swoich fantazji, z jednym partnerem, w trójkątach, czy w tylu -kątach, jak ktoś lubi. Jestem ZA eksperymentowaniem. Jestem ZA wielokrotnymi orgazmami. Jestem ZA nabywaniem doświadczeń. (Jeśli tylko mamy zgodę osób, z którymi tych wszystkich sexprzyjemności doświadczamy).

Ale.

Na taki trend reaguję rozdwojeniem jaźni własnej. Bo tak jw. jestem ZA, tak samo mam dużo przeciw:

– co z kobietami, które nie mają chęci seksualnego spełniania z przypadkowymi partnerami? Ulegną modzie? Z jakimi konsekwencjami presji muszą się liczyć?

– pierwsze „razy” z nowymi partnerami nie zawsze są seksami potrząsającymi kulą ziemską u podstaw, i trochę jest później „kac”, że było „meh” a miało być „oh Boże!”

– jak tylko w związku stalszym, seks nie jest przez jakiś czas sięgający nieboskłonu, z różnych przyczyn przecież, może chwilowych, to sięga się po następnego partnera, bo tam ma być lepiej. Zapomina się, że związek to praca, często niestety ciężka, wymagająca troski i cierpliwości, szczególnie często w „tych” sprawach..I z łatwością przeskakuje się dalej..

– nowe, nie znaczy lepsze. Często w długoletnich związkach, znajmość ciała drugiej osoby, preferencji, nastrojów prowadzić może do nieprawdopodobnych doznań, bo dodatkowo mamy bliskość i intymność na niezwykłym poziomie..ok, wiem, habituacja bodźców, ale come on.. dotknąć można otwarcia siebie, które być może w przypadkowych znajomościach nie byłoby możliwe..

Tyle „ale” na pierwszy rzut umysłem mi się pojawia, no i w gabinecie bólu i cierpienia się nasłucham z tych przygodnych „przygód” i nadmiaru wyborów..ech..

Powtórzę: jestem ZA, ale świadomym konsekwencji, siebie, potrzeb, i konsekwencji tych potrzeb..

Tak jak się nie zgadzamy z tym antyhumanistą Foucault’em, to on mi to jednak podsumowuje:

„każdy musi przejść seks, ustalony przez urządzenie seksualności urojony punkt, by zrozumieć samego siebie […] zrealizować w pełni swoją cielesność […] osiągnąć własną tożsamość”

Jednak podkreślę, świadomie, proszę.

 

 

 

 

 

FOMO sex

Dlaczego tak chętnie się wszystkim dzielimy?

Nie chodzi oczywiście o dzielenie chleba czy oddanie przysłowiowej ostatniej koszuli z pleców, ale o nasze aktywności w serwisach społecznościowych.

Jakiś czas temu, po moim nieudanym e-samobójstwie, zaczęłam z większą uważnością przyglądać się własnej i innych aktywności . Jak użytkujecie to wiecie, że treści i wiadomości różne ludzie o sobie publikują. Jedni bardziej wylewnie, łącznie z tym co na śniadanie jedli albo swoje wyczyny parasportowe, inni bardziej konserwatywni, tylko frapujące, niestety często tylko ich, linki do artykułów. Jeszcze jest grupa tzw. „zdawkowiczów”, gdzie nad sensem postów, mocno i głęboko trzeba się pochylić. No ok. Po to serwisy istnieją przecież. A statystyki nie kłamią – 80% treści zamieszczanych, to treści natury osobistej, wiem, trudno uwierzyć, że aż tyle.

(Bezkonkurencyjny jest Snapchat, ale o tym kiedy indziej).

Po przejrzeniu tych arcyważnych treści pojawia się tylko jedno pytanie – dlaczego?

Dlaczego taki dostęp do siebie dajemy? Dlaczego te treści wydają się takie ważne? Co nam to daje? Oprócz tzw.promocji siebie, gdzieś na granicy narcyzmu lewitującej. Ano naukowcy z Harvardu też się nad tym zastanowili, zbadali i już wiemy.

Nie chodzi tylko o to, że żyjemy w świecie ekshibicjonizmu, ale o to, że robi nam się dobrze, tak jak wtedy kiedy jemy coś dobrego, dostajemy pieniążka albo uprawiamy sex, kiedy dzielimy się informacjami o sobie i swoimi opiniami. Nie wyssali sobie tego z czystej teorii, ale podłączyli ochotników do maszyn badających mózgi i tak wyszło.

Te same ośrodki odpowiedzialne za odczuwanie przyjemności z powyżej wymienionych czynności, pobudzają się wtedy, kiedy np. wrzucam na Instagram swoje selfie, albo się melduję w jakimś ultraważnym miejscu dla siebie, albo dzielę się własną opinią o filmie itp.itd.

Wszystko już jasne.

Biologia, układ nerwowy, dopamina. Ach, ta dopamina – ten mityczny „przekaźnik przyjemności”, ten prowodyr wszelkich uzależnień!

Jak już zaczynamy „się dzielić” to przestać nie można, co? Ano niełatwo. Ale przecież wolę i inne zdolności poznawcze mamy, takie jak np. ooops, staromodny „zdrowy rozsądek”, którego czasem brak myślę sobie.

Może czasem warto by wziąć ze trzy głębsze oddechy, chwilę, momencik, zanim coś wpuścimy na fejsunia, zretweetujemy, zinstagramujemy się? Bo może nie warto? No ale cóż, my, współczesne ofiary dopaminy, zrobić mamy? Pozostaje nam nieczysta walka z własną biologią. Ech.

 

5244452488_39ec7c312d_z

Dlaczego tak chętnie się wszystkim dzielimy?

Jak chciałam popełnić e-samobójstwo

Kilku znajomych wymknęło się z Targowiska Próżności, o przepraszam, z Fejsbunia. Kilku innym nie podobały się moje posty (miały na pewno wiekopomne znaczenie), o czym nie omieszkali mi nadmienić. W radio komentowałam rodzaje aktywności w mediach społecznościowych i ich wpływ na nasz dobrostan. Czytałam badania o E-migrantach i Tubylcach sieciowych. W międzyczasie „obsługiwałam” swoje zwyczajowe profile, no i zaniedbywałam blogusia tegoż w efekcie.

Aż dostałam e-zadyszki. Autentycznie poczułam się zmęczona. Tak sobie chodziłam z decyzją, tak się powoli we mnie wykluwała. No i proszę – obwieściłam, najpierw tym, którzy w cyberprzestrzeni nie istnieją, albo tylko niszowo. „Odchodzę, rzucam, znikam, wylogowuję się, dezaktywuję! Wszystko!” – okrzyknęłam z dumą, czekając na aplauz, albo przynajmniej dobrotliwą akceptację licząc na wsparcie. Tia. Usłyszałam: „Ty???? Buahahaaha! Chciałbym to zobaczyć!”, „Przecież to część twojego życia, po cholerę chcesz sobie rękę odrąbać?”, „Ale z Instagramu też? To kto mi będzie serducha dawał?”. Ogólnie nieszczególnie.

Potem to samo już na profilu Próżnościowym – no powiedzmy, że reakcje były mieszane.

No ale decyzja to decyzja. Popełniam e-samobójstwo, zabieram swoją tożsamość online’ową i nie będę się już sobą dzielić!

Plan był obmyślony ze szczegółami – najpierw taki minidetoks, czyli nie wchodzenie na społecznościówki, a potem swobodne zamykanie profili, nikt już nie zauważy, że mnie nie ma.

Tia.

Czytam literaturę do jakiegoś zaburzenia psychologicznie niszowego i przypominam sobie, że przecież gdzieś badania najnowsze widziałam – tak, i owszem, nawet zalinkowałam – na Twitterze. Nie poddaje się, i szukam przez Wujka Google a potem przez Ciocię Wiki, z myślą, że może ktoś to znalazł i podrzucił. Nie. Namęczyłam się przeokrutnie, ale znalazłam. A wystarczyło tyko wejść i migusiem odszukać. No ale z twarzy cholewy nie będę robić..

Potem jakieś pytanie seksuologiczne miałam, więc chwytam za telefon i myślę, zadzwonię do M. na pewno będzie wiedzieć. I pewnie wie, ale ja się nie dowiem, bo nie mam do niej telefonu! Okazuje się, że nasza obszerna komunikacja i znajomość kilkuletnia opiera się na czacie FB. Wstydzę się trochę.

Przypomina mi się, że miałam iść na wernisaż, chyba dziś..Yyyy no i znowu, mój kalendarz na FB wie, a ja nie jestem pewna. Trzeba będzie gdzieś indziej te eventy wpisywać..

Już na samej wystawie twórczość mi przypomina coś co wcześniej widziałam (#pokolenieobrazka), odruchowo sięgam po Tumblera, bo tam sobie takie smakowite sztuki kąski składuję. No tak. Ale przecież nie mogę..Nigdy się nie dowiedziałam, do czego twórczość była podobna, a nawet inspirowana kim. Ych.

Gdzieś na mieście będąc włączam internet komórkowy, żeby rozkład tramwaju sprawdzić (banał) i zalewają mnie powiadomienia z różnych miejsc – sporo wiadomości nieprzeczytanych od znajomych i nieznajomych. Ważne. Ciekawe. Serce łąmiące niektóre. Ech. Potrzeba kontaktu.

Zaliczyłam jeszcze kilka takich wpadek w tym swoim „samobójstwie”. Zmęczyłam się jescze bardziej niż przed. Oczywiście, były plusy, uznałam, że z niektórych serwisów zrezygnuję (co uczyniłam – dwa już odpadły), bo nie wnoszą mi w życie nic konstruktywnego, więc won! Nad kolejnym się zastanawiam.

Te które zostają oczyszczam z rzeczy, ludzi, instytucji, stron których nie chcę już raczej oglądać – coś się jednak zmieniło.

Inaczej korzystam, większa uważność i koncentracja na zawartości, większa wybiórczość, tak poprzez szacunek dla swojej często przebodźcowanej głowy.

Ciekawy eksperyment na sobie popełniłam. Może nieprzemyślany do końca. Może następnym razem będzie lepiej. Tylko po co mi następny raz???

tumblr_ml1p5w4PlC1s3x1lno1_500

 

 

Jak chciałam popełnić e-samobójstwo

Jak zombiaki uczą etyki

Zmęczona jestem głosami pt:”Gry video niszczą młodą psychikę”, „Gry video uczą agresji” itp. Nie dyskwalifikuję mnogości badań na ten temat, ale mam wrażenie, że umykają zupełnie głosy nie traktujące gier jako Samo Zuo, Narzędzie Szatana. Jakoś nie po drodze mediom i szkolnictwu, by uznać gry za zajebiste narzędzie, nie tylko do ćwiczenia umiejętności czysto poznawczych (są na to badania), kontroli emocji, czy też są czysto informacyjne i pokazujące doświadczenia, których naczej nie moglibyśmy mieć – pisałam o tym wcześniej tu.

Gram w gry. Z braku czasu głównie rekreacyjnie i bardzo nieregularnie i mam ogromne zaległości. Nie lubię strzelanek, ale uwielbiam dobrze napisaną historię, emocje i niejednoznacznych bohaterów.

„The Walking Dead” daje mi to wszystko i więcej. Yesu! Akcja toczy się dzięki wyborom, które podejmuje gracz. I właśnie te wybory powodowały, że nieraz i nie dwa, chciałam rzucić padem w ekran i zabrać się za szydełkowanie. Bo wyborów trzeba dokonywać szybko, głębokich, moralnych – kogo uratuję? Kto zginie „przeze mnie”? Czasem też głośno krzycząc „whyyyyyy?” patrzyłam jak opcje wybrane wpływają na rozwój fabuły- czyt.: „zombiaki właśnie zjadły jednego z moich ulubionych bohaterów”. Potem używając słów dosadniejszych próbowałam jakoś „naprawić” sytuację – czyt.: ułagodzić poszargane sumienie, trochę sama się przed sobą wybielić. Potem z emocjami na sznurkach, wycieńczona mówiłam (wersja ocenzurowana) – „Dość tego, już więcej nie gram” (kłamstwo nr 1). Ale już kolejnego wieczora: „Eeee, no dobra, to pogram tak z godzinkę” – kłamstwo nr 2, bo 6 godzin później trzęsącymi się łapkami odkładałam zapoconego pada, kiedy słońce cmokało świat w czółko. Ech. Tyle emocji. A potem w tramwaju do pracy, zachodziłam w głowę – dlaczego tak wybrałam? Co to o mnie mówi? Co ze mnie za człowiek? Barbarzyńca i egosita raczej!!No? Ale się nauczyłam i uczę, czekając na kolejne odcinki 2 sezonu. Byle szybciej.

A tu mi jedna Bogini Graczowa podsyła takie cudo:

Proszę! Młodzież uczy się etyki w szkole za pomocą moich zombiaków! Świetna metoda! Młodzi zainteresowani, wciągnięci w dyskusje! Super! Myślę sobie – jeśli ja, stara baba, która wyborów w życiu podjąć musiała, już chyba z kilka milionów, a sobie kilka pytań o sobie zadałam, to tym bardziej, piękni, młodzi wchodzący dopiero w życie, nie?

Drogi GameDevie polski i niepolski! Padam krzyżem z błaganiem – róbcie takich gier więcej, gdzie można się uczyć siebie na kilku poziomach. Róbcie gry, które dotykają środka, które nie odchodzą w niepamięć do szuflady „Zagrane Zapomniane”. Róbcie gry, które nie tylko ćwiczą zręczność, spostrzegawczość i koncentrację. Takie, gdzie nawet pańcia psycholog psychoterapeuta seksuolog, która z emocjami i wyborami oswojona może się wciągnąć na tyle, żeby zapomnieć o wstawionym czajniku na gazie. Proszę! Ze łzami w oczach!

Drodzy Terapeuci i Terapeutki! Nie bójcie się pytać o to w co grają wasi klienci. Jak grają. W jaki sposób radzą sobie z wyborami, z zagadkami. Patrzcie jak te umiejętności można wykorzystać w gabinecie. Dopytajcie jakie mają awatary albo nicki, jeśli trzeba. Tam jest kopalnia wiedzy o podświadomości, o zdrowych mechanizmach i często życiowych dążeniach. Serio. Można! Póbowałam wielokrotnie, jak już się odważyłam, ze świetnymi skutkami. Tam jest świat, który jest często zamknięty dla innych, ale tam właśnie drzemią ukryte zasoby, o których nawet sam gracz często nie ma pojęcia, że może je przenieść ze świata wirtualnego na swoje codzienne funkcjonowanie.

Dobra. Rozpisałam się. Idę pograć.

Jak zombiaki uczą etyki

Czym nie jesteś?

Jesteśmy otoczeni słowami. Dostajemy je, wypuszczamy z siebie, przetwarzamy w umysłach. Niektóre wypowiadane przez nam bliskich zapadają w serca, na zawsze. Słowa budowane na fundamentach standardów społecznych i przekazów medialnych. Słowa, opisujące doświadczenia, które niestety mieliśmy, albo których niestety nie mamy. Słowa, które pęcznieją w duszy i rozsiadają się na zawsze cieniem na teraźniejszości i przyszłości. Taka wielość.

I te najtrudniejsze pływają wciąż w głowie. Stają się częścią tożsamości. „Jestem….”. Te nazwy siebie. Skrzętnie przed innymi ukrywane, żeby nikt nigdy się nie dowiedział, jaka jestem. Te uformowane z jakichś dziecięcych sprzed laty spostrzeżeń, z małych gestów niehcęci, z wyzwisk szkolnych, z chorób przeżytych, z wypadków, z tego co dziecku zrobili źli dorośli ludzie. Cegłówkami prawd ogólnych odkładają się w środku, odgradzając mnie murem od cieszenia się życiem, takim jakim jest. Słowa, które żenią się ze wstydem, smutkiem, rozpaczą. I tak, Ja Dorosła, jestem.

Słowa, które ktoś nieopacznie, czasem żartem wypowie. Słowa, które się cisną, gdy oglądam zdjęcia, które media rzucają mi w oczy. Słowa, którymi opisuje się tych z defektami, tych niepasujących do sielskiego obrazu narcystycznego świata.

Kilogramy niepotrzebnych, raniących słów, skrywanych w sobie, w próbie dopasowania się do norm.

A co gdyby tak te słowa pokazać innym? Odkryć siebie? Swoje „najgłębsze” tajemnice? Czy w kulturze „instanthedonizmu” i rozbujałych Ego przetrwać mogą Ci, którzy pokażą swoje niepewności? Co by sie stało, gdybyśmy je nosili „wypisane” na ciałach? Nasze wewnętrzne koszmary? Gdyby świat mógł zobaczyć, że jesteśmy czymś więcej niż tylko swoim defektem?

Projekt „What I be?” – przejrzyj setki zdjęć ludzi, którzy się odważyli. Mocne. Prawdziwe.

Iamnotmyadoption

„Nie jestem swoją adopcją”

Iamnotmydysmorphia

„Nie jestem swoją dysmorfią”

Iamnotmysadness

„Nie jestem swoim smutkiem”

Iamnotmythoughts

„Nie jestem moim myślami”

Iamnotmymolestation

„Nie jestem molestowaniem mnie”

To są tylko cząstki Ciebie, twoich doświadczeń, słów, które były usłyszane, standardów, które obowiązują, niepisane, raniące do szpiku. To tylko jeden aspekt Ciebie, nie cała, cały, Ty.

„Nie jesteś swoją chorobą”

„Nie jesteś swoją samotnością”

„Nie jesteś swoim zranieniem”

„Nie jesteś swoim odrzuceniem”

„Nie jesteś swoim obrazem ciała”

Czym nie jesteś?

Czym nie jesteś?

#książkojebka

Zmowa straszna nastąpiła u mnie w domostwie ostatnio. Wszystkie, ale to wszystkie urządzenia elektryczne zakrzyknęły unisono: „Strajkujemy!”. I zastrajkowały. Padł również internet, co jak wiadomo, niestety, jest przerażającym dla mnie zjawiskiem. Zainterweniowałam w panice, czyli błyskawicznie, pozostając na łasce niełasce internetów z kijka, który popłakiwał tylko megabajtami. Pan Mechanik z firmy obsługującej zjawił się po 4 dniach, jak na najlepszego usługodawcę przystało.

– Gdzie ma pani złączkę?

Skonfundowałam się przeokrutnie, bo właśnie czytałam artykuł o sexie przyszłości z robotami jakiegoś japońskiego blogera:

– Yyyyy…Zzzzzłąączkęęę???

– Dobra, sam sobie poszukam..

I ruszył rześko w moją stronę. Stanął przede mną wmurowaną w posadzkę dębową. Popatrzył długo i wymownie, aż mi się gorąco zrobiło.

– Będzie tak pani stała i przeszkadzała, czy pomoże, bo szafę trzeba odsunąć widzę.

Ech no, z szafy trzeba bylo zdjąć „kilka rzeczy”. Jeden taki szpilek z pary z cekinami (nie wstydzę się, że mam takie, wcale) pan uchwycił w locie, ale z dezaprobatą, ba, z obrzydzeniem prawie…”Może nie lubi różowego” – pomyślałam przytomnie. Złączkę odnaleźliśmy.

– Podłączę panią teraz.. – I zasiadł przed kompikiem, gdzie moje roboty w pełni okazałości swej androidalnej i stronka sexszopu zaprzyjaźnionego, gdzie ceny pobożonarodzeniowe sprawdzałam. – Czyta to pani, czy mogę wyłączyć?? Z jakimś nieukrywanym niesmakiem spytał.

– Ależ proszę, znajdę sobie potem..

– Nie wątpię… – wymamrotał. Mowę mi odjęło na mikrosekundę, na szczęście komórka zadzwoniła, moja.

Pan jeszcze marudził coś do siebie, poczym podłączył mi jakąś maszynę do telewizora (mam znowu kablówkę, rety!!!).

– No tu pani ma zwykłe programy, a tu pakiety, np. taki „dla dorosłych” pewnie panią zainsteresuje, tylko trzeba aktywować.

– A nie, nie będzie potrzeby, przecież w internetach takie bogactwo porno….

Pan przebąkał coś nieodszyfrowalnego i szybko zbiegł, zapominając o bardzo ważnych dokumentach, po które musiał się jednak wrócić. Nieswój taki.

Ucieszona mocą połączenia zasiadłam w Centrum Zarządzania Wszechświatem (czyt.przy biurku), gdzie po jakimś czasie, kawałkiem mózgu analizując niemiłą dość wizytę i dziwaczne momentami zachowanie pana Mechanika, pojęłam w czym rzecz. Popatrzyłam na otwarte stronki, na stosy książek, gdzie wbijały się w oczy tytuły:

„Puszczalscy z zasadmi”

„Poliamoria”

„Inna rozkosz”

„Święta seksualność”

„Jak się kochać?”

„Inteligencja seskualna”

„Miłosny potencjał mężczyzny”

„Sekrety wielokrotnych orgazmów”

I jeszcze kilkanaście innych okołoseksualnych pozycji (hyh), które najzwyczajniej w świecie potrzebne mi są do pracy. Studiuję i wracam do nich z pasją. A pan Mechanik pomyślał sobie bógjedenwie co. No cóż.

Może nowym słowem na ten rok idąc w ślad za 2013 – „selfie” – u nas pieszczotliwie nazywana „samojebką”, będzie #shelfie (od półki w langłydżu) = #książkojebka??? Bo ileż te słitfocie mówią o nas – „tak, tak, jesteśmy osom i trochę narcystycznie przegięci”, ale już taka #shelfie?? Ha?? Albo pokaż mi swój czytnik e-bookowy, to powiem Ci kim jesteś??

Co Twoja „shelfie” powie o Tobie?

Bo o mnie to już wiadomo…Hyh..

#książkojebka

Znasz kogoś z chorobą psychiczną?

Ale taką zdiagnozowaną? Z etykietą jakiegoś F. coś.. (wg ICD -10, Klasyfikacji Zaburzeń Psychicznych)?

Ja znam wielu. Jasne – it goes with the job. Ale znam też osobiście, kilku kochanych „wariatów”. I pamiętam też czasy, kiedy stażowałam do upadłego w warszawskich szpitalach i przychodniach, tam to już można było przebierać w zaburzeniach. Jasne.

Znam tych ludzi. Wielu z nich, walczących i poddających się.  Chodzących ze swoim cierpieniem pod rękę. Nadwrażliwych, delikatnych, często bezwiednie, krzywdzących innych, bo nie mogą inaczej, ale częściej raniących siebie, przede wszystkim.Na lekach, albo próbujących przetrwać rzeczywistość bez.

Ale najwięcej nauczył mnie kiedyś, na 3 roku studiów na stażu, pewien pacjent z etykietą schizofrenii, takiej kolorowej, z urojeniami i halucynacjami. Kiedyś na papierosie, kiedy już ustabilizowany był na długim pobycie w szpitalu, opowiedział mi coś, czego na sesjach nigdy nie słyszałam od niego: „Wiesz co jest najgorsze?? Nie te wytwory, nie szał emocji, nie to, że widzę coś, czego nie ma. Nie. To, że jestem skreślany, jak tylko ktoś usłyszy, że żyję z taką chorobą. Na wszystko co robię patrzy się przez:”Wiesz, to wariat..”. Bez względu, czy jest akurat remisja, czy pigsy działają..Nie! Zawsze jestem tym kurwa pierdolonym wariatem! Po co się wysilać? Po co być szczerym?”.

Czy etykietujemy? Prostych heurystyk używamy? Dyskredytujemy na „dzień dobry”?

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo1_500

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo4_500

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo3_500

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo2_500

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo5_500

Rozponawani?

1 i 2: Abraham Lincoln, Sylvia Plath – całe życie w ciężkiej depresji

3 i 4: Vincent van Gogh i Virginia Woolf – psychoza maniakalno – depresyjna

5: John Nash – schizofrenik i genialny matematyk – ten z „Pięknego umysłu”…

Wariaci, nie? No tak, wg kryteriów… i wg wyszukań googlowych*, wstukiwanych nie przez boty. Nie. To my. Osądzamy. Etykietujemy. Może nie dajemy szansy? Może upośledzamy swoje postrzeganie? Może nie jesteśmy w stanie poza uproszczenia wyjść?

A tych znasz? Wariatów?

Ludwig van Beethoven – psychoza maniakalno – depresyjna (uroczo nazywana dwubiegunówką)

Marlon Brando – chroniczna depresja

Jim Carey – wieloletnia depresja

Winston Churchill i Kurt Cobain – dwubiegunówka

Charles Dickens – chroniczna depresja

Ernest Hemingway – depresja, która wiemy jak się skończyła

Billy Joel – ostra depresja z próbą samobójczą

Michał Anioł i Izaak Newton też coś mieli, ale trudno teraz to zdiagnozować na 100%.

J.K. Rowling – autorka „Harry Pottera” – depresja..

Winona Ryder – ataki paniki i ostra depresja

Philip K. Dick – schizofrenia

Ci, pierwsi przychodzą mi do głowy. Lista jest długa. Nieoczekiwana. Nie wspominam innych zaburzeń, bo za długo by było.

Oczywiście. Nie wszyscy „wariaci” to geniusze. Nie każdy geniusz to wariat.

Może ta stygmatyzacja, te etykiety, ten brak wrażliwości i osłonki nietolerancji to wyrzućmy za siebie? Bo co będzie, kiedy Tobie się przydarzy, że „zwariujesz”, tak klinicznie??

*o „wypełnieniach Googla”  pisałam tu 

Znasz kogoś z chorobą psychiczną?

Rozprawiczony

Jasiek nie ma Facebooka, Twittera, Tumblera, Instagramu, nie melduje się na Foursquerze, nie miał też NK, jak jeszcze była cool. Nie ma. Bo po co? Dziwne trochę, bo to on wprowadził mnie kiedyś, kiedyś w świat Mario, hyh.

Widzimy się po latach, dwudziestu z hakiem, więc nadrabiamy zaległości jak wściekli. Jak już docieramy do #tuiteraz, to coraz częściej łapię się na: „a widziałeś? Na Fejsie ostatnio..”, „A pamiętasz jak na Tweeterze taka akcja polityczna z dementi w 15 minut się rozegrała?”, „a ten GIF, wiesz, z…”.

„Izzy, polowy z tego co do mnie mówisz, nie rozumiem”.

„No ok, rozumiem, że chcesz być poza systemem, ale może poznaj najpierw system, żeby wiedzieć, czego się wyrzekasz? Na zasadzie – poznaj wroga swego…”.

Nie wiem jaki to internetowy demon we mnie wtedy wstąpił, może po prostu chciałam mu pokazać ułamki swojego wirtualnego życia? Może naprawdę zapragnęłam, żeby się otworzył na świat obcy sobie? Może, z babskiej przekory, chciałam, well, no, mieć rację?? <słabe> Może ciekawość mną owładnęła – jak to jest być „niepodłączonym”? No i oczywiście Izunia- Mądralina: patrz jak ja tu wiem, patrz jak się znam, phi!  Że niby.

No bez względu na moje czysto- nieczyste motywacje, przedstawiłam Jaśka serwisom społecznościowym. Można sobie śmiało wyobrazić – głównie ja gadałam, opowiadałam, pokazywałam – o, a tu troll w pełnej krasie, a tu flejm mały ktoś robi, oooo, pokażę ci moich hejterów, hej! Siedzieliśmy tak z pół nocy i godzinę więcej. Taka rozbudowana gra wstępna. A oczy Jaśka robiły się coraz  bardziej okrągło – czerwone, bynajmniej nie od ręcznie zwijanych papierosów (oczywiście..le sigh..).

No cóż.

Dochodzimy do profili znajomych <serdecznie przepraszam>. Jasiek wydaje jęk i przechylając kieliszek własnoręcznie sporządzonej księżycówki artykułuje wiekopomne:

„Ale po co to wszystko? Po co te focie kotków, obiadów, buziek, latorośli? Po co ten artykuł tutaj? Po co te „lajki”, do czego niby?? Ktoś się nie zgadza? A powie mu to w twarz?? A powiedziałby Ci prosto w oczy, ten koleś, że jesteś głupia i gruba, jak tu? Po co takim chłamem się dzielić..czekaj, jak to się nazywa? „Warsaw Shore”, to nie ma już polskich nazw? Po jaką cholerę to wrzucać? A komentowanie siebie i pod siebie, to jakiś trend o którym mi nie powiedziałaś??”.

Odpowiedź mi zajęła do rana i o godzinę dłużej. A konstatacja rozmówcy:

„Kartezjusz własną pięścią się dławi – myślę, więc jestem?  No nieee, teraz masz: Dzielę się, więc jestem”.

A po chwili usłyszałam:

„Oddaj mi moją niewinność, diable…”.

Zasmuciłam się.

Tak źle z nami „podłączonymi”? Tacy bezmyślni jesteśmy? Tacy bezrefleksyjni? Tak tylko siebie autopromować umiemy? Tak powierzchownie połączeni jesteśmy?

Jasiek tej notki nie przeczyta, bo uważa, że blogi, to idioci dla idiotów piszą.

No cóż.

tumblr_mvmdeiqDKw1r62zwpo5_500

Rozprawiczony

Drodzy Marketingowcy!

Kilka tygodni temu uczestniczyłam czynnie w dorocznej konferencji pewnej agencji mediowej. Tym razem na panelu, z arcyciekawymi osobami, mieliśmy okazję opowiedzieć co nasz wkurza w reklamach i jak media społecznościowe wpływają na percepcję odbiorców. Publiczność składała się z osób odpowiedzialnych za marketing różnego rozmiaru firm. Było nas z 500 osób. Fajnie! Yey! Jedyna szansa, żeby powiedzieć co mi kręgosłup wykręca jak widzę kolejne działania marketingowe szanowanych, również przeze mnie, marek. Też.

Każdy ma swojego konika, jeśli chodzi o reklamy. Moim, ujeżdżanym często, są stereotypy, więc o nich powiedziałam. Jak są zbudowane, jak ich powielanie wpływa na Jana i Annę Kowalskich. I jak oni później lądują na kozetce. I jak trudno jest odwrócić ich znaczenia i „uzdrowić” przekonania o sobie („jestem gruba, powinnam mieć zawsze orgazm, jestem złą matką etc.), innych, i świecie, i „jak to powinno być”, i „jak to naprawdę powinno wyglądać”, itp. Szczególnie wtedy, kiedy zatopieni jesteśmy w diametralnie innym przekazie. Opowiedziałam. Howgh.

Później w kuluarach, próbowano mi uświadomić, że nie znam życia, i jak stereotypowo myślą klienci, i produkt ma się sprzedać. Ad infinitum.

Ja to wszystko rozumiem. Naprawdę! Naprawdę! (Mogę dla efektu powtórzyć).

Przykład. To widzieli już chyba wszyscy:

I wszyscy teraz na 3,4.. #ziew – „Przecież to wiadomo!!!!”. Pewnie, że wiadomo. I co z tego? Pokiwamy w zadumie płytszej lub głębszej, klikniemy „Udostępnij” i żyjemy dalej w tzw. świadomości – „media = fuj”. A powoli, modelowo stereotypowe reklamy na różnych nośnikach wsiąkając utrwalają nam już i tak mocne stereotypy, czasem metodą „prosto w twarz” a czasem skubane – podprogowo, no wtedy to już na pewno dużo mamy w sferze decyzji nie podążania za makromózgiem, do powiedzenia.

Nie obchodzi mnie stwierdzenie, że przecież wpływa na nas kultura, społeczeństwo, przekaz historyczny. Bo to wszystko tworzone jest przez jednostki – jak mur nie do przejścia, cegła po cegle. W moich mokrych snach, marzę sobie o świadomych jednostkach tkających otaczającą nas rzeczywistość wg prostego prawa przyczynowo – skutkowego.  Jak to co robię, stworzę, puszczę w obieg wpłynie na odbiorcę? Jaki obraz siebie utrwalam w tym człowieku? Jakie role społeczne propaguję? Czym nasiąkam tkankę społeczną, przecież żywą, rozwijającą się?

Ale może uda nam się gdzieś złapać wspólny grunt, kiedy naprawdę będzie się o tym mówić otwarcie i jasno i nie propagować najprostszych, najbanalniejszych rozwiązań? Mam wrażenie, że wiele osób odpowiedzialnych za reklamę, ma w głębokim znaku nieskończoności wagę swoich działań. To co robią naprawdę wpływa na odbiorców. Często, a może głównie nieświadomych. Patrz młodych – ale o tym, kiedy indziej.

Wiem. Walczę z wiatrakami.

Mam świadomość.

Drodzy Marketingowcy!

„Nie histeryzuj!”

„Tylko bez dramy!”, „Przestań się tak  emocjonować!”, „Przesadzasz!”.

Drogie Panie! Czy słyszałyście któreś z powyższych, albo pochodne, kiedykolwiek od ważnego dla siebie mężczyzny?

Jeśli nie, to chylę warkocz przed Wami, jeśli tak to pewnie też pamiętacie, w jaki sposób to na Was podziałało. Jestem kobietą, jak ostatni raz sprawdzałam, a później dopiero psychologiem, i w takich momentach, które na szczęście zdarzają się rzadko, bardzo, zostaję nawiedzona przez demonicę Furię, no cóż..

Ale stało się tak, że to usłyszałam całkiem niedawno. Co prawda na Fejsbookostanie, na czacie. Siła rażenia nie była jednak mniejsza. Trudno jest tylko poczciwie się pokłócić, no bo jak? Zarzucę go emotikonami „rozhisteryzowanymi”? BĘDĘ PISAĆ DUŻYMI LITERAMI? Ooo, wtedy to ja mu pokażę te swoje emocje, hoho!

No ale stało się. Pokłóciłam się. Rozemocjonowane paluszki ledwo natrafiały na odpowiednie klawisze, a autocorrect tworzył nowopoezję znaczeniową. Pokazałam to co mnie bolało, co wkurzało, co uwierało niemiłosiernie. I co?

I usłyszałam tytułowe – „nie histeryzuj!”.

W kłóceniu się na czacie jedna rzecz jest naprawdę bardzo, bardzo pozytywna – można przytoczyć słowa i znaczenia i wytłumaczyć, jak paluszki nadążają, intencje za słowami. Powrót do słów pisanych działa też jak kubeł, niestety w tym wypadku uryny, na głowę wylany. I przychodzi oprzytomnienie. Perspektywa.

Po tym jak już się zwentylowałam, włączyłam skaner autoterapeutyczny:

Czy ja naprawdę tu dramatyzowałam, bez potrzeby, teatralnie?

Nie.

Czy miałam powody tak się poczuć?

Tak.

(Tutaj niestety dłuższa pauza była mi potrzebna, bo ławę przysięgłych musiałam powołać, pod postacią Głosu Rozsądku, Obiektywizacji Przyczyn, Poprawności Komunikacji).

Czy to był pierwszy raz, kiedy jego zachowanie w taki sposób mnie zraniło?

Nie.

Czy mówiłam o tym wcześniej w bardziej „cywilizowany” sposób (czyt. bez zbędnych emocji)?

Tak.

Czy nastąpiła zmiana o którą prosiłam, którą jasno i wyraźnie sygnalizowałam?

Nie.

Czy jest nadzieja, ech ta Matka Głupich i Naiwnych, że zmiana nastąpi?

Raczej nie.

Czy jestem w stanie iść na kompromis w tym właśnie, co jest dla mnie arcyważne?

Nie. Już nie.

Na pewno?

Taaak?

Serio, serio czy tylko trochę serio?

Serio (z westchnieniem i lękiem).

Czy ta relacja jest dla mnie ważna?

Cholernie.

Czy godzę się na takie traktowanie, mimo ocenianej wysoko ważności relacji?

Czas przeszły – godziłam. Chyba.

Czy jestem w stanie nie reagować emocjonalnie, nie „histeryzować”, odciąć ten kawałek siebie i pogodzić się z takim stanem rzeczy?

Nie.

Nie zgodziłam się w sobie na lobotomię osobowości, w zagrożeniu, że On zamilknie, odsunie się, przeczeka i jak już „Drama Queen” ostygnie, to znowu będzie miło i przyjemnie i wygodnie.

Nie zgadzam się na brak autentyczności w relacjach. W szczególności tych, które są dla mnie ważne, bardzo.

Położyłam siebie na wadze (hyh) – moja autentyczność i integralność vs. relacja z Nim. Zważyłam potencjalny ból, zawód i poharatane serce. Popatrzyłam na drugą szalkę – trwanie w częściowym kłamstwie siebie, chowanie emocji, tuptanie na paluszkach, żeby „był spokój” i relacja zafałszowana. Neee.

On jest dla mnie ważny, może najważniejszy – ja jednak, dla siebie, na dziś i zawsze, jestem ważniejsza.

Trochę będzie tak jak poniżej, ale to przecież mój świat na Nim się nie kończy, nie?

tumblr_mrrng9DJv91r6lg92o1_500
rys. by podeszczu

„Nie histeryzuj!”