Cisza brzmi dobrze

Na zakończenie pewnego arcyważnego etapu w swoim życiu niedawno, dostałam prezent pod postacią zaproszenia na występ Grigorija Sokołowa w warszawskiej Filharmonii. Ucieszyłam się jak szalona, bo tak jak w latach nastoletnich bywałam tam często, tak później jakoś się rozdrobniłam na inne hobby. I to jeszcze Sokołow! Ech no!

Jak miło było patrzeć na ludzi z tabliczkami „Kupię bilet” i „Help! I need 1 ticket!” – serio! W czasach ogólnego powiedzmy sobie dobrobytu i wszechdostępności, zapachniało reglamentacją kultury jak w starych niezbyt dobrych czasach!

Pierwsza połowa to zazwyczaj trochę jak gra wstępna, jest miło, przyjemność się rozlewa po ciele, kuszenie coraz większe, ale chce się tego głównego dania. Nie inaczej. Po antrakcie miał być Szopen z nokturnami. No niby znane, ubóstwiane ale tak jakoś może właśnie tego „znania” się obawiałam, znowu, trochę jak w związku wieloletnim, seks jest fajny, bo zna się wszystkie nuty na ciele, ale też może nie być jakoś szczególnie zaskakujący. Ale tym razem, tak jak w seksie bywa, zaskoczyłam się, tak bardzo, bardzo…

Byłam tak dotknięta tym okrutnym pięknem, same łzy mi płynęły po twarzy i wcale nie miałam ochoty ich ukrywać. Stary Mistrz rozebrał mi duszę na cząstki, pokawałkował emocje i doprowadził do drżenia każdej komórki ciała. Bisował Siedem Razy!

I już pewnie możnaby ukłuć średniolotną metaforę, że to właśnie tak jak w seksie czasem, że takie zaskoczenie, mimo znanego materiału, że przecież tyle razy już, ale nie. Nie o to tu.

Zachwyciłam się ciszą.

I wiadomo przecież, że ta dychotomia tworzy muzykę. Taniec między ciszą a dźwiękiem. Ja też to wiedziałam. Ale najwyraźniej nie przeżyłam jej naprawdę.

Na sali wraz z kilkoma setkami ludzi usłyszałam, pierwszy raz tak wyraźnie, ciszę. Między nutami, między frazami, między tonami. I w tej ciszy, kiedy jeden dźwięk przechodził w drugi i następny, płynęły emocje i tworzyły historie w ciele. Ale opowieści bez słów, tylko  wspólne nam przeżycia, straty, żalu, żałoby, melancholii. Wszystkie bez wyjątku, absolutnie piękne. Przez ciszę, która brzmiała.

Noszę tę ciszę w sobie. Zauważam ją w tych momentach kiedy się pojawia. Między wypowiedzianymi słowami. Między „robionymi” czynnościami. Między oddechami. I między myślami. Tam odpoczywam, tam kontaktuje się z doświadczeniem siebie. Tam jestem naprawdę. Nie w wymawianych słowach. Nie w „myślanych” myślach. Nie w „robionych” rzeczach. Tam. Jestem.

I takiego bycia życzę na ten rok. Znajdowania momentów takiej ciszy.

Cisza brzmi dobrze.

2015-12-06 21.27.33

(fot: własna; przed kolejnym bisem)

Cisza brzmi dobrze

Tropikalny seks-wkurw

Na wakacjach się w końcu znalazłam, po trudnym i arcyciekawym roku dla mnie, potrzebowałam ostudzenia synaps i i trochę większego geodystansu od geolokacji pierwotnej.

Małą pocztówkę przesyłam więc, jak to drzewiej bywało:

Jesteśmy na jakiejś ciupince wysepce zawrotnie pięknej, jak wszystkie tutaj. Nadszedł czas powrotu do cywilizacji, towarzystwo jakoś się zbiera powolutku bo „się nie chce”, bo „małpy się plecaków czepiają”, bo „jesteśmy w Azji, więc się nie spieszę”. Mam tak, że na wyjazdach, niestety dla towarzyszy, ciągle chcę więcej i dalej i wszystko. No mam tak. Wracam więc jako pierwsza do łódeczki naszej łupineczki, żeby dalej, no dalej, coś…

Nasz miejscowy „przewodnik łódkowy”, przezwany czule „Kapitanem Ryngitem” (od malezyjskiej waluty) ma jakieś 23 lata i w spokojności biologicznej mógłby być moim synem. Wskakuję do łódeczki-łupineczki, pokrzykując na pozostałą szóstkę, która myślałam, że jest tuż za mną, ale zaginęli w dżungli najwyraźniej, że „chodźciejużno”, „ejno”, i „boodpłyniemybezwas”, próbując w tym samym czasie zetrzeć z siebie piasek, wody resztkę po pływaniu i pot oczywiście. Taki taniec-łódko-wygibaniec robię, żeby siebie i Ryngita do wody nie wrzucić, kręcąc się dookoła kręgosłupa, nagle napotykam się na, w swoją stronę wycelowanego…uwaga… penisa w całej swojej męskiej okazałości, pięknie brązowy z różowawym czubkiem, całkiem słusznych rozmiarów, no co ja będę tu penisa opisywać, wiemy jak wyglądają, nawet te „egzotyczniejsze” nie?

Jak już tak się na niego prawie nadźgałam, wzrokiem na szczęście tylko, i na „łódkowego” paluszek który ewidentnie wskazywał, że on, „pan łódkowy” chętnie by mi potowarzyszył w czymś bardziej dorosłym, to z zaskoczenia i absurdu całej sytuacji, wybuchnęłam śmiechem, nie perlistym, bo ja i perlisty śmiech to raczej nie, ale tak szczerym jak z głębi jajników potrafię. Odkiwałam głową, że raczej nie skorzystam z tak dostojnie okazanej oferty, że w sumie to bardziej bym go do piersi, kapitana „łódkowego”, nie jego penisa, przytuliła, tak matczynie, raczej, a on mi tu z takim tym..heh…Ryngit w panice, wstydzie i zażenowaniu atomowym próbował ukryć w spodenkach swoją donośną erekcję a ja obśmiewałam się dalej. Towarzystwo się przyczołgało. Popłynęliśmy dalej, kapitan Ryngit, jego grzeczny i spokojny już penis, i my.

I jak sobie tak przez ten raj płynęliśmy, to oczywiście, najpierw sobie wewnętrznie rechotałam, i też trochę zastanawiałam, czy powiedzieć reszcie, czy nie. Ale uznałam, że raczej nie, bo nie wiadomo czym to dla biednego Ryngita mogło się skończyć, jak trzech rosłych, krzepkich facetów made in Poland, by się zdenerwowało, no i kobiety jeszcze przecież tam były, też nie stroniące od ekhm, argumentu, więc dla spokojności międzynarodowej, wybrałam opcje „silence”.

Kilka godzin później jak oglądałam swoją skórę w lustrze, która przypominała już odcieniem wkurzonego indyka wzrok mi padł w swój wzrok. Stanęła (hyh) mi scena przed oczami i po prostu się wkurwiłam. Siarczyście, na głos podkreśliłam swój stan i zaczęłam sobie przypominać historie ze swojego i innych kobiet życia, kiedy w taki, mniej lub bardziej wyszukany sposób, „zachęcano” nas do seksu, gwałcąc granice, przekraczając bariery szacunku i często naruszając na zawsze, osobowość i poczucie siebie. „Co jest do cholery? rozmawiałam ze sobą w lustrze – Pamiętasz jak E. ci opowiadała, jak była w Maroku i na jej widok faceci zaczynali się masturbować, tylko dlatego, że była „biała”, a „białe” to wiadomo! Albo jak ręce ultraprzystojnego Włocha z siedzenia obok, zaczęły niebezpiecznie blisko latać, po tym jak się okazało, że wasz lot odwołali, i trzeba jechać do jakiegoś hotelu, więc jakoś siebie wesprzyjmy, a wiadomo, że Polki to ten! Albo jak P.ci mówiła, że bała się do windy z typem jednym z kamienicy swojej wsiadać, bo robił takie uwagi na temat jej wyglądu, że wolała schodami chodzić?!!”.

Nie chciałam sobie przypominać tych gorszych, dużo gorszych kobiecych historii nadużyć, gwałtów, molestowania. To co nagle mnie spotkało w rajskim tropiku to król pikusiów, ale się zdarzył i dał do myślenia skurczybyk.

Czy jest szansa na zmianę Tego? Czy ścieżka „walki” z Tym to na pewno dobra ścieżka? Czy ona przypadkiem nie tworzy więcej agresji i przyzwolenia na przedmiotowe traktowanie? Jak edukować? Kogo? Osoby z penisami? Osoby z waginami? Jak o tym mówić? A najważniejsze – do kogo?

Mam dużo do przemyślenia i jeszcze więcej do zrobienia. Bo nie wierzę w jedną jedyną formatkę postępowania w tak różnych przypadkach. Ech no.

Ps. A tu ten kawałek raju, niby bez cienia, ale jednak trochę już mniej kolorowy…

IMG_0253

Tropikalny seks-wkurw

Wybieram śmierć zanim ona po mnie przyjdzie

Brakowało mi ostatnio czasu na uczestnictwo w społecznościówkach. Taki „disconnect” narzucony trochę. Zawsze wtedy myślę, że jak coś ekstremalnie ważnego, to i tak się dowiem. Ale są rzeczy ważne i ważne. Każdy taką „ważność” sam przecież sobie definiuje. I jak już chwilę złapałam, to „ważność” mnie dogoniła.

Nie było nic w polskich mediach, ba nawet Ciocia Wiki jeszcze przed aktualizacją (kiedy to piszę), w zagranicznych ze 2-3 notki. Cisza. A Sandra Bem nie żyje.

Myślisz sobie pewnie „Who the fuck is Sandra Bem?” albo coś podobnie brzmiącego. Też bym nie wiedziała, gdyby nie była jednym z moich autorytetów i nauczycieli. Gdyby nie otworzyła przede mną świata gender, roli społecznych, roli męskich i kobiecych. Gdyby nie wlała mi do głowy, wcześnie bardzo, zamiłowania do kwestionowania stereotypów. Gdyby nie pokazała społecznego mózgu. Gdyby nie wyjawiła pojęcia androgyniczności. Gdyby nie walczyła do konca z narzuconymi kulturowo postrzeganiem ciała i siebie nawzajem. Gdyby nie było jej w moim życiu, nie byłoby mojego życia, które teraz znam, lubię i szanuję. A jej już nie ma.

Już trochę lat miała. Mogła poczekać i odejść jako starowinka profesorka- badaczka, ubóstwiana przez swoich studentów. Nie.

4 lata temu został u niej wykryty Alzheimer. U tego nieprawdopodobnego umysłu, który na szczęście dla epoki, ją wyprzedzał. Już wtedy zapowiedziała najbliższym, że jeśli choroba ją zdominuje, czy stanie się dla niej nie do zniesienia, zabije się.

Odeszła we wtorek. 20 maja 2014. Dwa dni wcześniej urządziła stypę dla najbliższych z którymi się godnie pożegnała. Poniedziałek spędziła z mężem, z którym przez lata dzieliła pracę naukową (Daryl jest również znakomitym psychologiem) i życie. Poszli na spacer, obejrzeli film, zjedli obiad. Wzięła proszki i odeszła we śnie. Wszyscy wiedzieli, że wtorek to ostateczny termin, deadline.

Piękny umysł odszedł, kiedy jeszcze był piękny.

Bardzo się wzruszyłam. Dotknęło mnie to do rdzenia. Nie, że jakoś żałobnie. Ale to jej postanowienie – żyć w wolności i w niej odejść, kiedy jeszcze wiem kim jestem. Wybrać najtrudniejsze z rozwiązan, a może najłatwiejsze? A ta „stypa” – pożegnanie, kiedy jeszcze żyjesz, to była taka jak w filmie „Wtorki z Morrim” czy jak w „Ćmie”? Czy jeszcze inaczej? Co myślał mąż, starszy od niej przecież? Jak podjęła taką decyzję? A co oglądali tego ostatniego dnia? Co było na obiad?

I głębiej. W jakich okolicznościach możemy w ten sposób, świadomy, zadysponować swoim życiem? Jaka choroba nas do tego kwalifikuje? Czy fizyczna tylko? A co z „chorymi” psychicznie, którzy nie są w stanie unieść tego swojego cierpienia, mimo medykamentów i remisji? Czy oni mają prawo o sobie w taki sposób zdecydować? Wg jakiego kodeksu moralnego mamy prawo osądzać – „samobójstwo jest złe”? Kto jest w stanie zważyć ilość cierpienia? Kto ma prawo oceniać? Jeśli żyjemy, ot, bo tak nam dane, to czy nie możemy też decydować o swojej śmierci? Godnej, bo świadomej?

Nie mam odpowiedzi. Jak macie to mi podrzućcie. Proszę.

PS. I’ll miss you Sandra. Your life and work changed my life and work. You will not be forgotten.

Wybieram śmierć zanim ona po mnie przyjdzie

Dlaczego tak chętnie się wszystkim dzielimy?

Nie chodzi oczywiście o dzielenie chleba czy oddanie przysłowiowej ostatniej koszuli z pleców, ale o nasze aktywności w serwisach społecznościowych.

Jakiś czas temu, po moim nieudanym e-samobójstwie, zaczęłam z większą uważnością przyglądać się własnej i innych aktywności . Jak użytkujecie to wiecie, że treści i wiadomości różne ludzie o sobie publikują. Jedni bardziej wylewnie, łącznie z tym co na śniadanie jedli albo swoje wyczyny parasportowe, inni bardziej konserwatywni, tylko frapujące, niestety często tylko ich, linki do artykułów. Jeszcze jest grupa tzw. „zdawkowiczów”, gdzie nad sensem postów, mocno i głęboko trzeba się pochylić. No ok. Po to serwisy istnieją przecież. A statystyki nie kłamią – 80% treści zamieszczanych, to treści natury osobistej, wiem, trudno uwierzyć, że aż tyle.

(Bezkonkurencyjny jest Snapchat, ale o tym kiedy indziej).

Po przejrzeniu tych arcyważnych treści pojawia się tylko jedno pytanie – dlaczego?

Dlaczego taki dostęp do siebie dajemy? Dlaczego te treści wydają się takie ważne? Co nam to daje? Oprócz tzw.promocji siebie, gdzieś na granicy narcyzmu lewitującej. Ano naukowcy z Harvardu też się nad tym zastanowili, zbadali i już wiemy.

Nie chodzi tylko o to, że żyjemy w świecie ekshibicjonizmu, ale o to, że robi nam się dobrze, tak jak wtedy kiedy jemy coś dobrego, dostajemy pieniążka albo uprawiamy sex, kiedy dzielimy się informacjami o sobie i swoimi opiniami. Nie wyssali sobie tego z czystej teorii, ale podłączyli ochotników do maszyn badających mózgi i tak wyszło.

Te same ośrodki odpowiedzialne za odczuwanie przyjemności z powyżej wymienionych czynności, pobudzają się wtedy, kiedy np. wrzucam na Instagram swoje selfie, albo się melduję w jakimś ultraważnym miejscu dla siebie, albo dzielę się własną opinią o filmie itp.itd.

Wszystko już jasne.

Biologia, układ nerwowy, dopamina. Ach, ta dopamina – ten mityczny „przekaźnik przyjemności”, ten prowodyr wszelkich uzależnień!

Jak już zaczynamy „się dzielić” to przestać nie można, co? Ano niełatwo. Ale przecież wolę i inne zdolności poznawcze mamy, takie jak np. ooops, staromodny „zdrowy rozsądek”, którego czasem brak myślę sobie.

Może czasem warto by wziąć ze trzy głębsze oddechy, chwilę, momencik, zanim coś wpuścimy na fejsunia, zretweetujemy, zinstagramujemy się? Bo może nie warto? No ale cóż, my, współczesne ofiary dopaminy, zrobić mamy? Pozostaje nam nieczysta walka z własną biologią. Ech.

 

5244452488_39ec7c312d_z

Dlaczego tak chętnie się wszystkim dzielimy?

Beksińscy. Portret cierpienia podwójny.

Grzebalkowska_Beksinscy_500pcx

 

Rzadko piszę o tym, co czytam, bo gdzieś wewnętrznie uważam, że czytanie o przeczytanym jest po prosu nudne dla czytacza, który nie przeczytał, a wtórne dla tego, który przeczytał. Ot co.

Jednak z tą książką postanowiłam zrobić wyjątek. Bo Beksiński Zdzisław. Bo ważny dla mnie pozostaje. Bo w końcu, może pozycja dotycząca relacji ojciec – syn.

Sporo osób pytało mnie o opinię. Ale też na pytanie „Co teraz czytasz?” na moją odpowiedź reagowało dość jednoznacznie: „Po co? Przecież wiadomo, że był pierdolnięty!”, „No co ty? Nie męczysz się? Przecież tam ciemność i zgrztanie zębów.”, „Eee tam, nie ma sensu sobie głowy syfem zarzucać”.

Wtedy w dialog nie wchodzę, no bo jak? Ale przeczytałam, nie powiem, że jednym tchem, bo trudno emocjonalnie mi się treści odbierało, i kilka przystanków musiałam zrobić, żeby oddech złapać. Trudna i mocna lektura.

Zadziwiona byłam rozmachem – bo to przecież przez kilka dekad przechodzimy, w tle dzieje się historia, polityczna i sztuki, zmieniają się systemy, trendy i przywódcy. Panorama czasów minionych, których jeszcze byłam świadkiem świadomym.

A na tle tych wszystkich przemian, oni, Beksińscy, bez wybielania, bez cenzury, bez zbędnego „upomnikowienia” (chylę czoło przed autorką). Tak jak żyli. Tacy byli.

Jedne z najciekawszych fragmentów, to te dotyczące inerpretacji dzieł Beksy – ilu patrzących, tyle zdań, a sam autor, skutecznie, przez lata swojej kariery, odżegnywał się od jakichkolwiek opinii i kierunków „patrzenia”. Z dystansem podchodził do swojej twórczości, co w książce jest bardzo wyraźne.

I tak jak dla wielu Beksiński „zwykłym popierdoleńcem” był, no bo „kto przy zdrowych zmysłach, takie szkarady tworzy”, tak dla mnie oswajał lęk podstawowy – lęk przed śmiercią. W jego pracach była, tak, nadzieja przemiany, zmiany. Od małego tak miałam, i nie mogłam, nie nauczyłam się na nie inaczej patrzyć. Ukrzyżujcie mnie.

Czytając jednak, nie mogłam się odseparować od tzw. „diagnostyki”. No bo tak – skrzywienie zawodowe podąża za mną, nawet w głąb tego co czytam. I co mogłam zobaczyć? No co – nerwica obsesyjno- kompulsywna, fobia społeczna, zaburzenia ze sfery autyzmu, może Asperger u Zdzisława Ojca? Depresja kliniczna, osobowość narcystyczna, dwubiegunówka, nierozwiązany kompleks Edypalny u Tomasza Syna? Może i są. Ale po co mi to.

Myślę sobie, ża tak łatwo przychodzi ocenianie i interpretacja pracy człowieka, poprzez pryzmat jego tzw. „zaburzeń”. Tak łatwiej, jak jakiś algorytm, jak heurystyka. Nie oddalamy się od osoby autora, nie potrafimy często spojrzeć co autor przekroczył, jakie granice w sobie, jakiej transgresji dokonał (tak jak u Kozieleckiego i Janion). Nie. Zamykamy się w sferze znaczeń tych najbardziej dostępnych, nie patrząc na to co autor, i Ojciec przez malarstwo, rzeźbę, fotografię i kolaże, i Syn przez audycję i pisanie w sobie przebył, przezwyciężył. Nie da się, w naszym często limitowanym zrozumieniu, uciec od biografii, od życia przeżytego. Osoba rozlewa się i definuję twórczość.

Ale może gdyby tak z dystansem, przebić się przez ból i cierpienie „codzienności” i spojrzeć świeżo, na to co jest przed nami – na dzieło, samo w sobie, na produkt ostateczny? Trochę wysiłku. Trochę empatii i współczucia dla tych, którzy nie boją się, tego co czujemy wszyscy pewnie, projektować na zewnątrz.

Przyznam, że kilka razy się popłakałam czytając, bo życie nie zawsze jest dziełem, takim jakim byśmy chcieli, żeby było.

Czytajcie i przeżywajcie. Warto.

 

 

 

Beksińscy. Portret cierpienia podwójny.

Jak chciałam popełnić e-samobójstwo

Kilku znajomych wymknęło się z Targowiska Próżności, o przepraszam, z Fejsbunia. Kilku innym nie podobały się moje posty (miały na pewno wiekopomne znaczenie), o czym nie omieszkali mi nadmienić. W radio komentowałam rodzaje aktywności w mediach społecznościowych i ich wpływ na nasz dobrostan. Czytałam badania o E-migrantach i Tubylcach sieciowych. W międzyczasie „obsługiwałam” swoje zwyczajowe profile, no i zaniedbywałam blogusia tegoż w efekcie.

Aż dostałam e-zadyszki. Autentycznie poczułam się zmęczona. Tak sobie chodziłam z decyzją, tak się powoli we mnie wykluwała. No i proszę – obwieściłam, najpierw tym, którzy w cyberprzestrzeni nie istnieją, albo tylko niszowo. „Odchodzę, rzucam, znikam, wylogowuję się, dezaktywuję! Wszystko!” – okrzyknęłam z dumą, czekając na aplauz, albo przynajmniej dobrotliwą akceptację licząc na wsparcie. Tia. Usłyszałam: „Ty???? Buahahaaha! Chciałbym to zobaczyć!”, „Przecież to część twojego życia, po cholerę chcesz sobie rękę odrąbać?”, „Ale z Instagramu też? To kto mi będzie serducha dawał?”. Ogólnie nieszczególnie.

Potem to samo już na profilu Próżnościowym – no powiedzmy, że reakcje były mieszane.

No ale decyzja to decyzja. Popełniam e-samobójstwo, zabieram swoją tożsamość online’ową i nie będę się już sobą dzielić!

Plan był obmyślony ze szczegółami – najpierw taki minidetoks, czyli nie wchodzenie na społecznościówki, a potem swobodne zamykanie profili, nikt już nie zauważy, że mnie nie ma.

Tia.

Czytam literaturę do jakiegoś zaburzenia psychologicznie niszowego i przypominam sobie, że przecież gdzieś badania najnowsze widziałam – tak, i owszem, nawet zalinkowałam – na Twitterze. Nie poddaje się, i szukam przez Wujka Google a potem przez Ciocię Wiki, z myślą, że może ktoś to znalazł i podrzucił. Nie. Namęczyłam się przeokrutnie, ale znalazłam. A wystarczyło tyko wejść i migusiem odszukać. No ale z twarzy cholewy nie będę robić..

Potem jakieś pytanie seksuologiczne miałam, więc chwytam za telefon i myślę, zadzwonię do M. na pewno będzie wiedzieć. I pewnie wie, ale ja się nie dowiem, bo nie mam do niej telefonu! Okazuje się, że nasza obszerna komunikacja i znajomość kilkuletnia opiera się na czacie FB. Wstydzę się trochę.

Przypomina mi się, że miałam iść na wernisaż, chyba dziś..Yyyy no i znowu, mój kalendarz na FB wie, a ja nie jestem pewna. Trzeba będzie gdzieś indziej te eventy wpisywać..

Już na samej wystawie twórczość mi przypomina coś co wcześniej widziałam (#pokolenieobrazka), odruchowo sięgam po Tumblera, bo tam sobie takie smakowite sztuki kąski składuję. No tak. Ale przecież nie mogę..Nigdy się nie dowiedziałam, do czego twórczość była podobna, a nawet inspirowana kim. Ych.

Gdzieś na mieście będąc włączam internet komórkowy, żeby rozkład tramwaju sprawdzić (banał) i zalewają mnie powiadomienia z różnych miejsc – sporo wiadomości nieprzeczytanych od znajomych i nieznajomych. Ważne. Ciekawe. Serce łąmiące niektóre. Ech. Potrzeba kontaktu.

Zaliczyłam jeszcze kilka takich wpadek w tym swoim „samobójstwie”. Zmęczyłam się jescze bardziej niż przed. Oczywiście, były plusy, uznałam, że z niektórych serwisów zrezygnuję (co uczyniłam – dwa już odpadły), bo nie wnoszą mi w życie nic konstruktywnego, więc won! Nad kolejnym się zastanawiam.

Te które zostają oczyszczam z rzeczy, ludzi, instytucji, stron których nie chcę już raczej oglądać – coś się jednak zmieniło.

Inaczej korzystam, większa uważność i koncentracja na zawartości, większa wybiórczość, tak poprzez szacunek dla swojej często przebodźcowanej głowy.

Ciekawy eksperyment na sobie popełniłam. Może nieprzemyślany do końca. Może następnym razem będzie lepiej. Tylko po co mi następny raz???

tumblr_ml1p5w4PlC1s3x1lno1_500

 

 

Jak chciałam popełnić e-samobójstwo

#jakżyć *

question-mark-on-road-image-via-flickr-milos-milosevic_100335083_m

*zamiast wstępu dodam, że przedstawiam tu pogląd subiektywny, nie prawdę psychologiczną objawioną, bo takich nie znam zbyt wiele

Jak żyć?

Takie krótkie pytanie. Tak obśmiane już. Myślę sobie, że każdy zna na nie swoją odpowiedź. A jak nie to podręczniki samopomocowe, programy treningowe, coachingowe, internety przepełnione stronkami prześcigającymi się w poradach pt. „100 najszybszych sposobów na to jak być najszczęśliwszą osobą, jaką znasz” na pewno taką radę – poradę, odpowiedź zaserwują. I ta najczęstsza to:

<werble>

– „żyć szczęśliwie, pełnią życia”.

Nie jestem jakoś specjalnie zaskoczona, no bo pewnie każdy, by chciał tak żyć, chyba. Ale tak się zastanawiam, jak definiujemy to szczęście dla siebie, pełnię życia??

Może kiedy zapełnimy tzw. „brak”-

– kiedy już znajdę tego jedynego (jeśli go nie ma, albo jest, ale jeszcze nie Ten)

– kiedy spełnią się moje fantazje seksualne (bo jeszcze pozostają fantazjami)

– kiedy będę mieć ……… zł na koncie (wpisać ratyfikującą poczucie szczęścia sumę)

– kiedy założę rodzinę (bo wszyscy mają, chcę i ja)

– kiedy będę miał pod sobą rząd dusz (albo miała – gender, gender)

– kiedy, kiedy, kiedy….

Upragnione „kiedyś” nadchodzi, a tu się okazuje, że nie do końca szczęśliwi jesteśmy. I co dalej??? Pojawia się następny „brak” i tak do końca żywota naszego. Amen.

Czyli jeśli bazujemy na braku, to jego zapełnienie nie przenosi nas automatycznie do Krainy Wiecznego Szczęścia? Na chwilę, później, well, różnie..

A co z tą „pełnią życia”?

Jak każda emo-nastolatka myślałam, że nie dożyję lat 25, bo przecież później już nie ma po co. Okazało się, że przeżyłam z nawiązkąąąąą i mam się coraz lepiej, no dobra, odczuwam momentami odciski wieku starczego (czyt. po 25 roku życia) ale ogólnie w emo – lata wrócić raczej bym nie chciała. „Too old to die young” – i bardzo dobrze.

Ale pełnia – czyli co tak naprawdę??

Taka rockandrollowa – sex, narkotyki i alko? Taka FOMO – „jestem wszędzie, bywam wszędzie, mam na to fotkę”? Taka podróżnicza – „świat mi stoi otworem, bynajmniej nie odbytniczym”? Pracowa – spełniam się (czyt.spalam) w mojej misjo-pracy?? A może egzystencjaln0- nihilistyczna – „żyję chwilą, jutra nie ma – carpe the fuck of that diem”? Albo ew. artystowska – „nie spocznę dopóki nie stworzę opus vitae”? Tyle opcji, ilu przedstawicieli rasy ludzkiej, a pewnie niedługo również cybernetycznej. Ech.

Myślę sobie, że to co te sposoby mają ze sobą wspólnego, to podążanie za dobrym samopoczuciem: „Czuję się dobrze = jestem szczęśliwa/y”. I w sumie nic złego w tym nie ma, tylko, że jest. (Tak, tak popaprani psychoterapeuci we wszystkim problem widzo).

Uciekamy od złych odczuć, wrażeń, emocji. Ku ciepełku, ku dobremu, ku „szczęśliwości” powierzchniowej. Bo mam wrażenie, że ta „pełnia” to raczej pozwolenie sobie na odczuwanie wszystkiego i doświadczanie wszystkiego w związku z tym odczuwaniem. Mam tezę, że nie jesteśmy w pełni odczuć „szczęścia”, jeśli ciągle uciekamy od tzw.”negatywnych” wrażeń. Tak jakbyśmy żyli połówką siebie. Widzieli świat jednym okiem. Tacy niepełni. Tacy zapętleni w pogoni za dobrym samopoczuciem obdzieramy się z pełni samoistnie. Żeby tylko nie czuć się źle. Nie czuć cierpienia, bólu, zazdrości, odrzucenia, nienawiści..

A przecież „wszystko przemija”. Wszystko. Nawet to, przed czym tak skutecznie uciec próbujemy.

PS1: Mój niegdysiejszy arcymądry narzeczony mawiał: „Jak od czegoś uciekamy, spychamy w podświadomość, to to coś, schodzi do piwnicy umysłu jak do siłowni i wyciska żelazo, a potem wraca z podwójną siłą, żeby nam dopierdolić”. Miał rację, której przyznać mu wtedy nie chciałam. No cóż.

PS2. Pozdrawiam moich hejterów – poużywajcie sobie – hyh, poczuję swoją pełnię człowieczeństwa. Namaste Darlings.

#jakżyć *

Jak zombiaki uczą etyki

Zmęczona jestem głosami pt:”Gry video niszczą młodą psychikę”, „Gry video uczą agresji” itp. Nie dyskwalifikuję mnogości badań na ten temat, ale mam wrażenie, że umykają zupełnie głosy nie traktujące gier jako Samo Zuo, Narzędzie Szatana. Jakoś nie po drodze mediom i szkolnictwu, by uznać gry za zajebiste narzędzie, nie tylko do ćwiczenia umiejętności czysto poznawczych (są na to badania), kontroli emocji, czy też są czysto informacyjne i pokazujące doświadczenia, których naczej nie moglibyśmy mieć – pisałam o tym wcześniej tu.

Gram w gry. Z braku czasu głównie rekreacyjnie i bardzo nieregularnie i mam ogromne zaległości. Nie lubię strzelanek, ale uwielbiam dobrze napisaną historię, emocje i niejednoznacznych bohaterów.

„The Walking Dead” daje mi to wszystko i więcej. Yesu! Akcja toczy się dzięki wyborom, które podejmuje gracz. I właśnie te wybory powodowały, że nieraz i nie dwa, chciałam rzucić padem w ekran i zabrać się za szydełkowanie. Bo wyborów trzeba dokonywać szybko, głębokich, moralnych – kogo uratuję? Kto zginie „przeze mnie”? Czasem też głośno krzycząc „whyyyyyy?” patrzyłam jak opcje wybrane wpływają na rozwój fabuły- czyt.: „zombiaki właśnie zjadły jednego z moich ulubionych bohaterów”. Potem używając słów dosadniejszych próbowałam jakoś „naprawić” sytuację – czyt.: ułagodzić poszargane sumienie, trochę sama się przed sobą wybielić. Potem z emocjami na sznurkach, wycieńczona mówiłam (wersja ocenzurowana) – „Dość tego, już więcej nie gram” (kłamstwo nr 1). Ale już kolejnego wieczora: „Eeee, no dobra, to pogram tak z godzinkę” – kłamstwo nr 2, bo 6 godzin później trzęsącymi się łapkami odkładałam zapoconego pada, kiedy słońce cmokało świat w czółko. Ech. Tyle emocji. A potem w tramwaju do pracy, zachodziłam w głowę – dlaczego tak wybrałam? Co to o mnie mówi? Co ze mnie za człowiek? Barbarzyńca i egosita raczej!!No? Ale się nauczyłam i uczę, czekając na kolejne odcinki 2 sezonu. Byle szybciej.

A tu mi jedna Bogini Graczowa podsyła takie cudo:

Proszę! Młodzież uczy się etyki w szkole za pomocą moich zombiaków! Świetna metoda! Młodzi zainteresowani, wciągnięci w dyskusje! Super! Myślę sobie – jeśli ja, stara baba, która wyborów w życiu podjąć musiała, już chyba z kilka milionów, a sobie kilka pytań o sobie zadałam, to tym bardziej, piękni, młodzi wchodzący dopiero w życie, nie?

Drogi GameDevie polski i niepolski! Padam krzyżem z błaganiem – róbcie takich gier więcej, gdzie można się uczyć siebie na kilku poziomach. Róbcie gry, które dotykają środka, które nie odchodzą w niepamięć do szuflady „Zagrane Zapomniane”. Róbcie gry, które nie tylko ćwiczą zręczność, spostrzegawczość i koncentrację. Takie, gdzie nawet pańcia psycholog psychoterapeuta seksuolog, która z emocjami i wyborami oswojona może się wciągnąć na tyle, żeby zapomnieć o wstawionym czajniku na gazie. Proszę! Ze łzami w oczach!

Drodzy Terapeuci i Terapeutki! Nie bójcie się pytać o to w co grają wasi klienci. Jak grają. W jaki sposób radzą sobie z wyborami, z zagadkami. Patrzcie jak te umiejętności można wykorzystać w gabinecie. Dopytajcie jakie mają awatary albo nicki, jeśli trzeba. Tam jest kopalnia wiedzy o podświadomości, o zdrowych mechanizmach i często życiowych dążeniach. Serio. Można! Póbowałam wielokrotnie, jak już się odważyłam, ze świetnymi skutkami. Tam jest świat, który jest często zamknięty dla innych, ale tam właśnie drzemią ukryte zasoby, o których nawet sam gracz często nie ma pojęcia, że może je przenieść ze świata wirtualnego na swoje codzienne funkcjonowanie.

Dobra. Rozpisałam się. Idę pograć.

Jak zombiaki uczą etyki

Znasz kogoś z chorobą psychiczną?

Ale taką zdiagnozowaną? Z etykietą jakiegoś F. coś.. (wg ICD -10, Klasyfikacji Zaburzeń Psychicznych)?

Ja znam wielu. Jasne – it goes with the job. Ale znam też osobiście, kilku kochanych „wariatów”. I pamiętam też czasy, kiedy stażowałam do upadłego w warszawskich szpitalach i przychodniach, tam to już można było przebierać w zaburzeniach. Jasne.

Znam tych ludzi. Wielu z nich, walczących i poddających się.  Chodzących ze swoim cierpieniem pod rękę. Nadwrażliwych, delikatnych, często bezwiednie, krzywdzących innych, bo nie mogą inaczej, ale częściej raniących siebie, przede wszystkim.Na lekach, albo próbujących przetrwać rzeczywistość bez.

Ale najwięcej nauczył mnie kiedyś, na 3 roku studiów na stażu, pewien pacjent z etykietą schizofrenii, takiej kolorowej, z urojeniami i halucynacjami. Kiedyś na papierosie, kiedy już ustabilizowany był na długim pobycie w szpitalu, opowiedział mi coś, czego na sesjach nigdy nie słyszałam od niego: „Wiesz co jest najgorsze?? Nie te wytwory, nie szał emocji, nie to, że widzę coś, czego nie ma. Nie. To, że jestem skreślany, jak tylko ktoś usłyszy, że żyję z taką chorobą. Na wszystko co robię patrzy się przez:”Wiesz, to wariat..”. Bez względu, czy jest akurat remisja, czy pigsy działają..Nie! Zawsze jestem tym kurwa pierdolonym wariatem! Po co się wysilać? Po co być szczerym?”.

Czy etykietujemy? Prostych heurystyk używamy? Dyskredytujemy na „dzień dobry”?

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo1_500

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo4_500

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo3_500

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo2_500

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo5_500

Rozponawani?

1 i 2: Abraham Lincoln, Sylvia Plath – całe życie w ciężkiej depresji

3 i 4: Vincent van Gogh i Virginia Woolf – psychoza maniakalno – depresyjna

5: John Nash – schizofrenik i genialny matematyk – ten z „Pięknego umysłu”…

Wariaci, nie? No tak, wg kryteriów… i wg wyszukań googlowych*, wstukiwanych nie przez boty. Nie. To my. Osądzamy. Etykietujemy. Może nie dajemy szansy? Może upośledzamy swoje postrzeganie? Może nie jesteśmy w stanie poza uproszczenia wyjść?

A tych znasz? Wariatów?

Ludwig van Beethoven – psychoza maniakalno – depresyjna (uroczo nazywana dwubiegunówką)

Marlon Brando – chroniczna depresja

Jim Carey – wieloletnia depresja

Winston Churchill i Kurt Cobain – dwubiegunówka

Charles Dickens – chroniczna depresja

Ernest Hemingway – depresja, która wiemy jak się skończyła

Billy Joel – ostra depresja z próbą samobójczą

Michał Anioł i Izaak Newton też coś mieli, ale trudno teraz to zdiagnozować na 100%.

J.K. Rowling – autorka „Harry Pottera” – depresja..

Winona Ryder – ataki paniki i ostra depresja

Philip K. Dick – schizofrenia

Ci, pierwsi przychodzą mi do głowy. Lista jest długa. Nieoczekiwana. Nie wspominam innych zaburzeń, bo za długo by było.

Oczywiście. Nie wszyscy „wariaci” to geniusze. Nie każdy geniusz to wariat.

Może ta stygmatyzacja, te etykiety, ten brak wrażliwości i osłonki nietolerancji to wyrzućmy za siebie? Bo co będzie, kiedy Tobie się przydarzy, że „zwariujesz”, tak klinicznie??

*o „wypełnieniach Googla”  pisałam tu 

Znasz kogoś z chorobą psychiczną?

Drodzy Marketingowcy!

Kilka tygodni temu uczestniczyłam czynnie w dorocznej konferencji pewnej agencji mediowej. Tym razem na panelu, z arcyciekawymi osobami, mieliśmy okazję opowiedzieć co nasz wkurza w reklamach i jak media społecznościowe wpływają na percepcję odbiorców. Publiczność składała się z osób odpowiedzialnych za marketing różnego rozmiaru firm. Było nas z 500 osób. Fajnie! Yey! Jedyna szansa, żeby powiedzieć co mi kręgosłup wykręca jak widzę kolejne działania marketingowe szanowanych, również przeze mnie, marek. Też.

Każdy ma swojego konika, jeśli chodzi o reklamy. Moim, ujeżdżanym często, są stereotypy, więc o nich powiedziałam. Jak są zbudowane, jak ich powielanie wpływa na Jana i Annę Kowalskich. I jak oni później lądują na kozetce. I jak trudno jest odwrócić ich znaczenia i „uzdrowić” przekonania o sobie („jestem gruba, powinnam mieć zawsze orgazm, jestem złą matką etc.), innych, i świecie, i „jak to powinno być”, i „jak to naprawdę powinno wyglądać”, itp. Szczególnie wtedy, kiedy zatopieni jesteśmy w diametralnie innym przekazie. Opowiedziałam. Howgh.

Później w kuluarach, próbowano mi uświadomić, że nie znam życia, i jak stereotypowo myślą klienci, i produkt ma się sprzedać. Ad infinitum.

Ja to wszystko rozumiem. Naprawdę! Naprawdę! (Mogę dla efektu powtórzyć).

Przykład. To widzieli już chyba wszyscy:

I wszyscy teraz na 3,4.. #ziew – „Przecież to wiadomo!!!!”. Pewnie, że wiadomo. I co z tego? Pokiwamy w zadumie płytszej lub głębszej, klikniemy „Udostępnij” i żyjemy dalej w tzw. świadomości – „media = fuj”. A powoli, modelowo stereotypowe reklamy na różnych nośnikach wsiąkając utrwalają nam już i tak mocne stereotypy, czasem metodą „prosto w twarz” a czasem skubane – podprogowo, no wtedy to już na pewno dużo mamy w sferze decyzji nie podążania za makromózgiem, do powiedzenia.

Nie obchodzi mnie stwierdzenie, że przecież wpływa na nas kultura, społeczeństwo, przekaz historyczny. Bo to wszystko tworzone jest przez jednostki – jak mur nie do przejścia, cegła po cegle. W moich mokrych snach, marzę sobie o świadomych jednostkach tkających otaczającą nas rzeczywistość wg prostego prawa przyczynowo – skutkowego.  Jak to co robię, stworzę, puszczę w obieg wpłynie na odbiorcę? Jaki obraz siebie utrwalam w tym człowieku? Jakie role społeczne propaguję? Czym nasiąkam tkankę społeczną, przecież żywą, rozwijającą się?

Ale może uda nam się gdzieś złapać wspólny grunt, kiedy naprawdę będzie się o tym mówić otwarcie i jasno i nie propagować najprostszych, najbanalniejszych rozwiązań? Mam wrażenie, że wiele osób odpowiedzialnych za reklamę, ma w głębokim znaku nieskończoności wagę swoich działań. To co robią naprawdę wpływa na odbiorców. Często, a może głównie nieświadomych. Patrz młodych – ale o tym, kiedy indziej.

Wiem. Walczę z wiatrakami.

Mam świadomość.

Drodzy Marketingowcy!