Tropikalny seks-wkurw

Na wakacjach się w końcu znalazłam, po trudnym i arcyciekawym roku dla mnie, potrzebowałam ostudzenia synaps i i trochę większego geodystansu od geolokacji pierwotnej.

Małą pocztówkę przesyłam więc, jak to drzewiej bywało:

Jesteśmy na jakiejś ciupince wysepce zawrotnie pięknej, jak wszystkie tutaj. Nadszedł czas powrotu do cywilizacji, towarzystwo jakoś się zbiera powolutku bo „się nie chce”, bo „małpy się plecaków czepiają”, bo „jesteśmy w Azji, więc się nie spieszę”. Mam tak, że na wyjazdach, niestety dla towarzyszy, ciągle chcę więcej i dalej i wszystko. No mam tak. Wracam więc jako pierwsza do łódeczki naszej łupineczki, żeby dalej, no dalej, coś…

Nasz miejscowy „przewodnik łódkowy”, przezwany czule „Kapitanem Ryngitem” (od malezyjskiej waluty) ma jakieś 23 lata i w spokojności biologicznej mógłby być moim synem. Wskakuję do łódeczki-łupineczki, pokrzykując na pozostałą szóstkę, która myślałam, że jest tuż za mną, ale zaginęli w dżungli najwyraźniej, że „chodźciejużno”, „ejno”, i „boodpłyniemybezwas”, próbując w tym samym czasie zetrzeć z siebie piasek, wody resztkę po pływaniu i pot oczywiście. Taki taniec-łódko-wygibaniec robię, żeby siebie i Ryngita do wody nie wrzucić, kręcąc się dookoła kręgosłupa, nagle napotykam się na, w swoją stronę wycelowanego…uwaga… penisa w całej swojej męskiej okazałości, pięknie brązowy z różowawym czubkiem, całkiem słusznych rozmiarów, no co ja będę tu penisa opisywać, wiemy jak wyglądają, nawet te „egzotyczniejsze” nie?

Jak już tak się na niego prawie nadźgałam, wzrokiem na szczęście tylko, i na „łódkowego” paluszek który ewidentnie wskazywał, że on, „pan łódkowy” chętnie by mi potowarzyszył w czymś bardziej dorosłym, to z zaskoczenia i absurdu całej sytuacji, wybuchnęłam śmiechem, nie perlistym, bo ja i perlisty śmiech to raczej nie, ale tak szczerym jak z głębi jajników potrafię. Odkiwałam głową, że raczej nie skorzystam z tak dostojnie okazanej oferty, że w sumie to bardziej bym go do piersi, kapitana „łódkowego”, nie jego penisa, przytuliła, tak matczynie, raczej, a on mi tu z takim tym..heh…Ryngit w panice, wstydzie i zażenowaniu atomowym próbował ukryć w spodenkach swoją donośną erekcję a ja obśmiewałam się dalej. Towarzystwo się przyczołgało. Popłynęliśmy dalej, kapitan Ryngit, jego grzeczny i spokojny już penis, i my.

I jak sobie tak przez ten raj płynęliśmy, to oczywiście, najpierw sobie wewnętrznie rechotałam, i też trochę zastanawiałam, czy powiedzieć reszcie, czy nie. Ale uznałam, że raczej nie, bo nie wiadomo czym to dla biednego Ryngita mogło się skończyć, jak trzech rosłych, krzepkich facetów made in Poland, by się zdenerwowało, no i kobiety jeszcze przecież tam były, też nie stroniące od ekhm, argumentu, więc dla spokojności międzynarodowej, wybrałam opcje „silence”.

Kilka godzin później jak oglądałam swoją skórę w lustrze, która przypominała już odcieniem wkurzonego indyka wzrok mi padł w swój wzrok. Stanęła (hyh) mi scena przed oczami i po prostu się wkurwiłam. Siarczyście, na głos podkreśliłam swój stan i zaczęłam sobie przypominać historie ze swojego i innych kobiet życia, kiedy w taki, mniej lub bardziej wyszukany sposób, „zachęcano” nas do seksu, gwałcąc granice, przekraczając bariery szacunku i często naruszając na zawsze, osobowość i poczucie siebie. „Co jest do cholery? rozmawiałam ze sobą w lustrze – Pamiętasz jak E. ci opowiadała, jak była w Maroku i na jej widok faceci zaczynali się masturbować, tylko dlatego, że była „biała”, a „białe” to wiadomo! Albo jak ręce ultraprzystojnego Włocha z siedzenia obok, zaczęły niebezpiecznie blisko latać, po tym jak się okazało, że wasz lot odwołali, i trzeba jechać do jakiegoś hotelu, więc jakoś siebie wesprzyjmy, a wiadomo, że Polki to ten! Albo jak P.ci mówiła, że bała się do windy z typem jednym z kamienicy swojej wsiadać, bo robił takie uwagi na temat jej wyglądu, że wolała schodami chodzić?!!”.

Nie chciałam sobie przypominać tych gorszych, dużo gorszych kobiecych historii nadużyć, gwałtów, molestowania. To co nagle mnie spotkało w rajskim tropiku to król pikusiów, ale się zdarzył i dał do myślenia skurczybyk.

Czy jest szansa na zmianę Tego? Czy ścieżka „walki” z Tym to na pewno dobra ścieżka? Czy ona przypadkiem nie tworzy więcej agresji i przyzwolenia na przedmiotowe traktowanie? Jak edukować? Kogo? Osoby z penisami? Osoby z waginami? Jak o tym mówić? A najważniejsze – do kogo?

Mam dużo do przemyślenia i jeszcze więcej do zrobienia. Bo nie wierzę w jedną jedyną formatkę postępowania w tak różnych przypadkach. Ech no.

Ps. A tu ten kawałek raju, niby bez cienia, ale jednak trochę już mniej kolorowy…

IMG_0253

Tropikalny seks-wkurw

Jestem zboczeńcem

Potocznie – zboczeniec –  «człowiek, którego zachowania seksualne odbiegają od normy».

Siada na jednym z foteli na przeciwko mnie. „Hmm..dlaczego wybrał akurat ten?” – mogłabym pomyśleć, ale nie myślę, bo może po prostu siada gdzie chce. Wypija cały kubek wody. I nie szukając kontaktu wzrokowego, wbija wzrok gdzieś za horyzont za oknem.

„Na początek, chciałbym, żeby pani wiedziała, że jestem zboczeńcem.”

Aha. „Jak mogę nie kochać swojej pracy?!!!” – miga mi na korze przedniej.

„A co sprawia, że tak pan o sobie myśli?” – przemyka mi po twarzy spojrzeniem, koncentrując się na pięknie seksownym kalendarzu Zbyluta Grzywacza na ścianie. Wzdycha.

„Znaczy ja tak o sobie nie do końca myślę, moja partnerka raczej..”

„Tak panu powiedziała?”

„No może nie dosłownie, ale czasem jak rozmawiamy po seksie, jeśli rozmawiamy po seksie, to mam wrażenie, że ona tak o mnie myśli, tylko nie chce tego na głos powiedzieć…”.

Aha. Czyli nie do końca zboczeniec jest zboczeńcem.

Okazuje się, że on „coś” robi, czego ona nie lubi, nie aprobuje, nie zgadza się, co okazuje dość otwarcie, bez zahamowań. On się wtedy zamyka i obrzuca wewnętrznie najgorszymi epitetami.

Po rozmowie z Oną, wychodzi na to, że ona tego nie lubi, bo jej po prostu niewygodnie i uważa, że jej ciało wcale nie wygląda w tej pozycji zbyt podniecająco, więc się zamyka i pożądanie znika, i się wycofuje i nici ze szczytowania jej i jego. I po seksie. A ona tonie w falach wstydu.

Jej. Prosta sprawa niby. Chór głosów może się wznieść: „No to dlaczego ze sobą nie pogadali!”. Ano nie pogadali, bo i jedno i drugie miało w głowie swój film na temat tego co się między nimi wydarza. Tak łatwo jest przecież ocenić z pozycji czytacza co zrobić, nie? A ileż razy w związkach o tych wyobrażeniach i projekcjach nijak rozmawiać nie umiemy, trzymając się Swojej Prawdy, która z Prawdą Prawdą niewiele ma wspólnego. No nic. Oni mają się dobrze, i z tego co wiem, pożycie kwitnie! (przesyłam pozdrowienia, bo przeczytają)

Ale to co mnie tak zawsze, ale to zawsze zastanawia, to ilekroć słyszę kogoś przylepiającego sobie łatkę „zboczeniec”, „nienormalna”, „chory” kiedy mowa jest o zachowaniach seksualnych, to prawie na 100% wychodzi później, że to tylko ten pęd wciśnięcia się w normy, czy raczej to, co ktoś uważa za normy. Bo broń mnie o Buddo, żebym odstawać miała od całości, wielości, przeciętności statystycznej???

A co ta „normalność” w ogóle oznacza? Bo słuchając innych i w gabientach i poza nimi, jak już rozmowa czasem schodzi na „te sprawy” to jak ten seks „normalnie” przeciętny, statystycznie ujęty wygląda?

– jest niezręcznie, czasem niewygodnie

– komunikacja bywa ograniczona

–  trochę „orka na ugorze”, a nie zabawa

– zrelaksowanie dopiero po znacznej często dawce alkoholu

– obsesyjne przejmowanie się „jak wypadnę?”

– niepewność co do upodobań partnera

– jak się coś nie podoba, to się czeka, aż to zaniknie, albo po męczeńsku znosi

– masturbacja to tajemnica

– „ciało nie takie” – za grube, za chude, za stare, za owłosione, niewydepilowane

– „penis za mały” tudzież za cienki

– „czy ona miała orgazm? czy tylko tak mówi?”

– „niech już dojdzie, i będzie po wszystkim”.

 

Tak mniej więcej, jest przeciętnie = normalne.

Myślę sobie, że jak się wypada „poza normy” to może być całkiem ciekawie.

 

Jestem zboczeńcem

50 twarzy Greya czyli ból dupy wcale nie z seksownego powodu

images

Zmusiłam się do obejrzenia, żeby uniknąć pytań, zbędnych dyskusji i komentarzy. Po książce, którą przeczytałam, z tegoż samego powodu, bo jednak wolę mieć swoje zdanie na tak „kontrowersyjny” temat jak ten (s)hit dziesięciolecia.

Spojlerów nie będzie, z resztą myślę, że spojlować nie ma co, bo nie ma czego.

Nie powiem, zajadałam się ciekawością, jak te sceny „BDSMowe” będą sfilmowane, jak ten seks, tak romantycznie-soczysto-orgazmistyczny-aczkolwiek-zupełnie-nierealny będzie pokazany, jak gra aktorska, bo przecież Grey to skomplikowane ciacho ciach, co tam, cały tort miał być! No i to niewinne idiosynkratyczne zagryzanie ust przez Anastazję, och, ach!

Zasiadam do oglądania podekscytowana.

Mija pierwsze 15 minut. Czuję odpływające podniecenie, gdybym była mężczyzną, pewnie bym to odczuła organoleptycznie.

Mija kolejne 5. Mrużę oczy w uwewnętrznionym „WTF?”.

Po 3 następnych, tak bardzo, bardzo wciąż pragnę, żeby to był dobry film.

Po minucie jednak mi przechodzi i zaczynam się brechtać, ale nie śmieszkiem wujka-zbereźnika, tylko takim prawdziwym, bo tracąc nadzieję, zdałam sobie sprawę, co mi to przypomina. Pamiętacie pornosy eNeRDowskie z lat circa about 70tych? To jest to! Wątek i gra aktorska tu mniej więcej na tym się opiera!

I już zrelaksowana (prawie) do końca seansu czyli jakieś jeszcze 105 minut chichoczę się bez opamiętania – wychodzę z kina w bukolicznym (prawie) nastroju i z bólem dupy, bo to jednak dłuuuga produkcja, szczególnie jak się zna zakończenie.

Obśmiewałabym się do dziś, gdyby nie jedna rzecz. Jakoś w lekturze, nie skupiałam się na relacji Christiana i Anastazji, bo czekałam (znając siebie) na tzw.momenty, na to jak wątek BDSMowy jest przedstawiony w mainstreamie, i żeby ewentualnie wypunktować ewidentne przekłamania, gdyby ktoś mnie o nie pytał.

Z tego względu, że sceny seksu, no powiedzmy hojnie, są nieco żałosne, to przyjrzałam się bardziej powstawaniu tzw. relacji. Z tego też względu, przez jakieś 80% filmu, siedziałam z głową odchyloną do tyłu, poziomymi zmarszczkami na czole, które u mnie naocznie symbolizują niestrawność graniczącą z obrzydzeniem. To też czułam, w przerwie na śmiech.

Może dlatego, że w książce to jednak moja osobista wyobraźnia pracowała, a tu po prostu już było wszystko na wierzchu, hyh – Grey to socjopata, który znalazł sobie dziewicę, żeby przysposobić ją sobie do swoich upodobań, nie tylko seksualnych. Kontroluje, śledzi, zmusza do jedzenia, kupuje jej ciuchy, wypełnia czas wolny, zarzuca ofertami, których bidulka nie może odrzucić, sprzedaje jej samochód bez jej pozwolenia itp. Uroczy ten Krystek, nie? Może rzeczywiście niektórym by to pasowało, ale serio? Całe to BDSM to pikuś przy traktowaniu bohaterki, która nie ma oczywiście wyboru i się w nim zakochuje. Nihil novi.

Zastanawia mnie ten ciąg do idealizowania tej toksycznej relacji, takiej biało-czarnej, takiej z bajki złej cioci. I tak, myślę, taki łatwy świat – on się boi zaufać, ona bardzo chce kochać, on chce mieć wszystko pod kontrolą, ona zrzeka się swojej, żeby być częścią jego świata, on realizuje swoją seksualność w jedynie dla siebie akceptowalny sposób, ona dopiero swoją odkrywa, badając, na oślep trochę, jej granice.

Ręce w horrorze unoszę ku niebom, bo przecież ileż takich relacji na kozetce widziałam, ba, poza nią jeszcze więcej. I to mnie boli najbardziej. Wychowane na bajkach, na mitach wielkiej miłości, w której rozmantyzm dzielony jest przez toksynę i mnożony przez dysfunkcje, tak bardzo tego mitu spełnienia potrzebujemy??? Tego mitu? Tak spełnionego? Naprawdę? I wcale nie chce mi się szukać cienkich usprawiedliwień pt: „no ale tak już jest”, „świata nie zbawisz, pogoni za miłością, jakąkolwiek, nie zatrzymasz”.

Powielanie stereotypów zawsze nam świetnie wychodzi, a wyjścia z labiryntu fałszywych, nierealnych do spełnienia przekonań, nie widać. A Hollywód daje pożywkę, a my się we wzorcach utrwalamy i utrwalać pozwalamy.

Od złej książki gorsza jest tylko jej adaptacja.

50 twarzy Greya czyli ból dupy wcale nie z seksownego powodu

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Z Dżerzim (wym. „Dż-e-r-z-i) znamy się krótko. Zanim wszedł do gabinetu, długo wybierał herbatę, potem długo czekał na gotującą się wodę. Strategie zwlekania ma opracowane, sam później powiedział.

– Z czym przychodzisz? – jeszcze przez telefon poprosił, żebym mówiła do niego po imieniu.

– Tak od razu, prosto z mostu? – uniesione w zadziwieniu brwi.

– A od czego chciałbyś zacząć?

– Yyyy..no w sumie…jestem trochę jak u lekarza..

– Zależy. Myślisz, że jesteś chory?

(patrzy na mnie uważnie, przełyka ślinę, herbata nie pomaga) Nie wiem..nigdy nie myślałem, o sobie, że jestem chory chory, ale to raczej zależy od definicji choroby.

– I organu, jesteś u seksuologa.

– Taak..Fak, nie myślałem, że będzie tak trudno..Przepraszam…

– Nie ma za co zupełnie.

– Tak, no tak… No dobrze… Mam problem z erekcją… (spuszcza głowę i z całej siły trzyma się kubka).

Całej rozmowy, a później rozmów następnych oszczędzę, bo analizowanie stanu zdrowia fizycznego i poziomów testosteronu, tudzież stylu życia nie musi być dla innych tak fascynujące jak dla mnie. Przy czym dodam, że Dżerzi zdrowy jak koń wyścigowy.

Dżerzi opowiada o tym, jak była olimpiada szkolna w podstawówce, to on się z niej wycofał, prawie w ostatnim momencie. Jak wygrał konkurs geograficzny, to nie mógł uwierzyć i dopytywał, czy komisja się nie pomyliła, nie, więc uznał, że było mało startujących i dlatego wygrał. Poszedł do liceum, nie tego prestiżowego, tego którego chciał, tylko do słabego, bo wiedział, że tam sobie poradzi, no bo gdzie on, w tym dobrym. Studia, jak studia, niewiele pamięta, nie, że tyle melanżował, po prostu niewiele się działo, wolał grać w gry, sam, nie w jakieś MMOGi tylko on sam i komp, no może czasem w LOLa. Pracę wybrał taką jakąś, żeby była, bo ta co by chciał, to raczej nie będzie startował, bo tylko się rozczaruje.

– Powiesz mi co się wtedy stało? – pytam, bo na temat „tego incydentu” milczał, ciszą znaczącą.

– Kiedy? – odpowiada, chociaż doskonale widzę, że wie, o co pytam, wzdycha głęboko i po chwili jednak kontynuuje – Jak już mogłaś wywnioskować, moje stosunki z kobietami układały się różnie, były jakieś..w sensie kobiety, ale to raczej przypadkowo, często po alkoholu.. No i jest ona..

Długo milczymy. W ogóle z Dżerzim sporo milczymy, nie, że to źle, po prostu tak mamy z Dżerzim.

– Wiesz, ja się trochę w niej …. no nie wiem, no cholernie mi się podobała, nie tylko mnie. Byliśmy na tej imprezie razem, znaczy dużo osób było, i w ogóle nie piłem, bo się bałem, że palnę coś debilnego! I co? I jakoś zaczeliśmy rozmawiać, znaczy ona mówiła, więcej, że fajnie, że jestem taki miły, że nie jak inni. No i jakimś cudem szamańskim chyba, znaleźliśmy się u niej w domu. I mówiła mi, że już mnie obserwuje od pewnego czasu i że… Jezu, a mój mózg oczywiście cały czas tylko jedno: Nie spierdol tego, nie spierdol tego, nie spierdol tego. Jak przyszło co do czego, to już wiesz… Już nigdy nie dotknę kobiety…Na ręcznym będę jechał…

Nie trzeba tu wszechboga psychoterapii i cesarza seksuologii, żeby zobaczyć, że Dżerziego mózg uzależnił się od złego myślenia o Dżerzim. To ciągłe wycofywanie się, „usprawiedliwianie” sukcesów, deprecjacja umiejętności. I niektórzy mogliby pomyśleć – o! na łatwiznę idzie! Nie idzie. Nie potrafi inaczej, on, ciągle ten gorszy, ten nie radzący sobie, nie zasługujący. Ta głowa Dżerziego inaczej nie potrafi myśleć, hamuje go, tak, jedzie na ręcznym, hamulcu. Fakty interpretuje sobie na pohybel, wszędzie, nawet w łóżku, silniejsza ta głowa od penisa.

Myślę sobie, patrząc na w połowie zapisany ekran, że pewnie każdy z nas uzależniony jest od jakiegoś myślenia, czy o sobie, czy o świecie. Od myślenia, które nas krzywdzi. Czasem nie wiemy, że można myśleć inaczej, czuć inaczej, a bożebroń zachować się inaczej. I tak w tym uzależnieniu nieujawnionym trwamy, krzywdę za krzywdą sobie robiąc, wycofując się, nie próbując, odpuszczając kiedy jednak nie trzeba było odpuszczać.

Można inaczej.

I trzymaj kciuki za Dżerziego – bo idzie na randkę z Oną. Bo Ona się wcale nie wystraszyła, powiedziała, że zdarza się, i tak, Dżerzi nie uwierzył najpierw, pomyślał, że z litości pewnie idzie, ale potem powiedział, że spróbuje, że może rzeczywiście, nie z litości, tylko z sympatii, i że może te problemy z erekcją mogą się zdarzyć, jak ktoś tak sobie „w głowie napierdala”, cytuję, bo Dżerzi już przestaje, powoli.

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Na 2015 – seksownie

Nie zapomniałam o życzeniach na Nowy Rok! Chociaż to data raczej symboliczna, to rytuałów przejścia potrzebujemy nawet w erze 2.0 czy już 3.0? Nieważne. I tak ich potrzebujemy. Co prawda Stare można zostawić w każdej chwili, a Nowe zacząć od poniedziałku, któregokolwiek, ale jakoś potrzebujemy zaczepienia w czasie, odcięcia przez datę, błogosławieństwa kalendarza na „nowej drodze życia”.

Chciałam coś publicznie „po-życzyć” i jak to z życzeniami, ugrzęzłam…

Na szczęście, na ratunek przyszła sztuka, wysoka czy niska, phi, nieważne.

Przedsylwestrowo udało mi się dostać, dzięki uprzejmości przyjaciół, na spektakl kabaretu mocno warszawskiego „Pożar w burdelu”. Jeśli nie słyszeliście, to koniecznie zjutubować, bo to jedyny polski kabaret, który jestem w stanie znieść, którego gorzko – śmieszne, ale błyskotliwe do bólu show, pozostawia mnie w stanie arcyprzyjemnej nieważkości za każdym razem. W skrócie – Polecam!

W kabarecie, jest jedna mi postać niezwykle bliska: doktor Janusz Fak – terapeuta miasta. Już wiecie dlaczego, bliski, hyh.

W tym odcinku, Dr Fak zaczął właśnie od trudności składania sobie życzeń. Monolog jakby mi z głowy wyjął.

No bo czego sobie życzymy, tak ogólnie? No zdrowia, no szczęścia, no miłości, no „czego tam Ci potrzeba”. No takie bylejakonijakie te życzenia trochę. I tu nareszcze przełom! A jakbyśmy tak sobie życzyli: „Dobrego Seksu!”?

No nie wybrażam sobie, że moim 90+ letnim babciom tak życzę, które są fankami pewnej opcji religijnej, bez wpędzania ich w przedwczesny atak serca, choć dobry seks każdemu do tzw. śmierci się wg mnie należy.

Ale tak serio – tego właśnie bym chciała Wam życzyć: „Dobrego Seksu!”.

Takiego przed duże S, albo małe. I wg indywidualnej oceny, co jest dla niego „dobre”, byle tylko innych nie ranić i wykorzystywać!

Ale może pójdźmy dalej, a co! A gdybyśmy mieli takie całe „dobre, seksowne życie”? Bynajmniej, nie oznaczałoby to, że ganiamy codziennie w podwiązkowych kabaretkach, bez bielizny, z wyćwiekowaną obrożą na szyi, choć znam kilka osób, płci różnych, którym by się to podobało.

Nie no, jak sobie tak to przetwarzam, to czuję bardziej: pełne, soczyste, przyjemne, spełnione, orgazmami różniastymi wypełnione, życie. Mmmmm… Miło, prawda?

Zrób sobie mały eksperyment. Czy pamiętasz tzw. „seks życia”? Taki co to od razu po takim haśle przychodzi do głowy…. (już? jest wspomnienie? jest czucie? może, jakieś…małe…podniecenie?).

To nie musi być 100 bilionów pozycji z Kamasutry. To może być ten, gdzie emocje i ciało, potrąciły obręcze Saturna, hyh. Albo ten, gdzie nawet „ziemia się nie poruszyła”, ale odczuwana bliskość z partnerem/ partnerką, sięgnęła Twojego rdzenia, duszy. Może, nie musi. To może być ten, którego nie można zdefiniować, dlaczego jest „seksem mojego życia”. Bo jest i koniec. I nikomu nic do tego.

No dalej. Zamknij oczy i pamiętaj.

Pozwól sobie.

Poczuć.

W ciele. Całym…..

W emocjach…..

W mikroodczuciach…..

W obrazach…

W zapachach…

W dźwiękach….

W Tobie, na Tobie, od Ciebie….

Już?

To jeszcze trochę…

Czuj.

Niech ta wyobraźnia i pamięć pracuje.

Już wiesz? Pamiętasz?

To takiego życia Ci życzę.

Życia.

Love!

images (2)

Na 2015 – seksownie

FOMO sex

Pod tak wdzięcznym hasłem Anonimowi Szukacze znajdowali w przestrzeniach internetu mojego blogusia przez ostatnie kilka miesięcy. Nie raz, nie dwa.. Najpierw myślałam, że to wredna literówka się wkradła, że najzwyczajniej w świecie szukali „homo sex”, ale że tyle razy? Tyle razy paluszek stuknął w „h” zamiast w niedalekie, bo tylko okrąglusim „g” oddzielone, „f”??

Stwierdziłam, że to pewnie nie przypadek, więc może trend nowy jakiś, bo o FOMO pisałam, że kiedyś o FOMO pisałam, a o sexie, no cóż, daleko nie trzeba szukać przecież.

Z wujkiem Googlem unisono stwierdziliśmy, że to nie hipsterski trend, a trochę trend jednak. Tak, tak, jak to u psychologa – nic nie jest jednoznaczne i wszystko niesie znaczenie. (śmiejemy się)

FOMO (dla leniuszków, którym się nie chce kliknąć, #przypominajka) to „fear of missing out” czyli „strach, że coś nas ominie”. Strach to stary jak ludzkość przecież, chociaż dobrze opisany dopiero przez Dziadka Freuda (oczywiście), więc nie ma co się dziwić, że w czasach technorewolucji przy wielości opcji dostępnych, neuroza wzrasta wraz z dostępem do informacji.

Jak sobie połączymy ten fatalny akronim z seksem, to już wiadomo o co chodzi. O wszystkie te „okazje” seksu, seksualne okazje. Co ciekawe, nie tyczy się on mężczyzn, bo ewolucyjnie ponoć, oni spełnianie FOMO sexu mają pałętające się w genach, ale kobiet, młodych. Tzn. kobiety doświadczają takiej neurozy (ponoć), przed „osiądnięciem” w stałym związku, obawiając się, że jak już będą z tym Jednym Jedynym, to ominą je te wszystkie okazje seksualnego spełnienia.

Bo wybierać można i przebierać! Kiedyś, abstrahuje już od tzw. moralności i statusu finansowo-politycznego przeciętnej kobiety, wybory były dość ograniczone. Dostępni byli samcy w wiosce, tudzież miasteczku, a jak na odludziu, to tylko jacyś przejeżdżający pewnie. Teraz, well, mamy appki np.: Grinder, Tinder, Blendr, Tingle, Pure, Down, no i stronki symulujące biura matrymonialne jak nasza rodzima Sympatia, czy po prostu zwykłe społecznościówki, które niewinnie, mniej lub bardziej użytkujemy. Głowy i pochwy bolą od nadmiaru!

Nie żebym była, Cnotką-Klotką. Jestem ZA seksualnym spełnianiem siebie i swoich fantazji, z jednym partnerem, w trójkątach, czy w tylu -kątach, jak ktoś lubi. Jestem ZA eksperymentowaniem. Jestem ZA wielokrotnymi orgazmami. Jestem ZA nabywaniem doświadczeń. (Jeśli tylko mamy zgodę osób, z którymi tych wszystkich sexprzyjemności doświadczamy).

Ale.

Na taki trend reaguję rozdwojeniem jaźni własnej. Bo tak jw. jestem ZA, tak samo mam dużo przeciw:

– co z kobietami, które nie mają chęci seksualnego spełniania z przypadkowymi partnerami? Ulegną modzie? Z jakimi konsekwencjami presji muszą się liczyć?

– pierwsze „razy” z nowymi partnerami nie zawsze są seksami potrząsającymi kulą ziemską u podstaw, i trochę jest później „kac”, że było „meh” a miało być „oh Boże!”

– jak tylko w związku stalszym, seks nie jest przez jakiś czas sięgający nieboskłonu, z różnych przyczyn przecież, może chwilowych, to sięga się po następnego partnera, bo tam ma być lepiej. Zapomina się, że związek to praca, często niestety ciężka, wymagająca troski i cierpliwości, szczególnie często w „tych” sprawach..I z łatwością przeskakuje się dalej..

– nowe, nie znaczy lepsze. Często w długoletnich związkach, znajmość ciała drugiej osoby, preferencji, nastrojów prowadzić może do nieprawdopodobnych doznań, bo dodatkowo mamy bliskość i intymność na niezwykłym poziomie..ok, wiem, habituacja bodźców, ale come on.. dotknąć można otwarcia siebie, które być może w przypadkowych znajomościach nie byłoby możliwe..

Tyle „ale” na pierwszy rzut umysłem mi się pojawia, no i w gabinecie bólu i cierpienia się nasłucham z tych przygodnych „przygód” i nadmiaru wyborów..ech..

Powtórzę: jestem ZA, ale świadomym konsekwencji, siebie, potrzeb, i konsekwencji tych potrzeb..

Tak jak się nie zgadzamy z tym antyhumanistą Foucault’em, to on mi to jednak podsumowuje:

„każdy musi przejść seks, ustalony przez urządzenie seksualności urojony punkt, by zrozumieć samego siebie […] zrealizować w pełni swoją cielesność […] osiągnąć własną tożsamość”

Jednak podkreślę, świadomie, proszę.

 

 

 

 

 

FOMO sex

Dlaczego w polskim radio nie mogłam opowiedzieć o „pochwicy”?

W mediach do których jestem czasem zapraszana jako ekspert, zdarzają się różne tematy. Tym razem w Czwórce miałam mieć temat „Ciało, nagość i media”. Podskoczyłam z radości, bo to przecież temat – samograj można powiedzieć, i o każdej jego części spokojnie mogę mówić godzinami – i z perspektywy psychologicznej i seksuologicznej oczywiście. Razem z psychologiem społecznym, który zdecydowanie rozszerzał podejście na różne kultury, stworzyliśmy bardzo udany duet!

I było o stereotypach płci i ciała wykorzystywanych przez media. I o podwójnych standardach, że nagi biust na plaży to prawie ok, ale już karmiąca matka w Arkadii to już nie. I o stabuizowanym ciele, i wychowaniu seksualnym, tym niedostępnym. I o tym jak bezmyślnie często dzielimy się pewnymi treściami i fociami w soszialach. I jak przesuwamy granice tzw. „przyzwoitości”. I jakich konsekwencji możemy się spodziewać po takim „ekshibicjoniźmie” – emocjonalnym, cielesnym i statusowym (nikt nie może przewidzieć, bo technokraci zaskakują nas coraz bardziej i szybciej). I było o tym, jak te standardy tzw. piękna ciała wpływać mogą na młode, kształtujące się dopiero samooceny chłopców i dziewczyn. I udało mi się też o pozytywnych aspektach tego wszędobylsko „odkrytego ciała” nadmienić. No git, nie??

I się pośmieliśmy, i podopytywaliśmy, i poteoretyzowaliśmy. Uwielbiam. Ale.

W pewnym momencie, w tzw. przerwie na utwór muzyczny, prowadzący, świetny gość (nazwisk nie przytaczam, ktoś bardzo zdeterminowany sobie znajdzie), pyta: ” Iza, a może jakąś historię gabinetową, z pełnym zachowaniem pufności i anonimowości, co??”. Masz, no pewnie, myślę, bo to mało znam!! „Słuchaj to może o pochwicy opowiem, jak już jesteśmy w temacie wstydu i uwarunkowań kulturowych???”. Panowie obaj się zawiesili na chwilę, zafrasowali z nienacka. „Yyyyy, wiesz co, obawiam się, że w polskim radio ok. godziny 13.30 to może być mimo wszystko niezjadliwe, może jakiś skandalik z tego wyjść…tak ci tylko mówię z mojego doświadczenia..”. Mój drugi rozmówca dodał tylko „Wiesz, może po 22.00 to by poszło..”. Zamknęłam więc paszczę i przytoczyłam bardziej „cywilizowaną” historię o chłopcu, któremu zakazano edukacji seksualnej, i kiedy „zmazy nocne” się pojawiły, uznał, że jest śmiertelnie chory…no…. .

Zafrasowałam się, później o tym rozmyślając w pojedynkę gdzieś między Stacja Racławiacka a Metro Centrum. Dlaczego „publiczność” nie jest gotowa do rozmowy o tak częstym zaburzeniu dotykającym wiele kobiet? Bo co? Bo nazwa boli – „pochwica”?? To jest zaburzenie, choroba w klasyfikacji chorób ma swój prawowity numerek, tak jak zapalenie płuc, ospa czy inne, bardziej dopuszczalne medialnie.

A gdybym podała przykład mężczyzny z zaburzeniem erekcji, albo zanikiem popędu, to byłoby ok?? Nie mówimy o chorobach tzw. wstydliwych? A skąd można się dowiedzieć, jak nie z mediów? Że w ogóle jest coś takiego (wiele kobiet nie wie, że takie schorzenie istnieje i jest praktycznie w 100% uleczalne), że takie a takie są symtomy, że można się pozbyć cierpienia, że to się leczy, że są specjaliści, którzy są w stanie się tym zająć. I że nie ma się czego wstydzić, i po co cierpieć. No ale nie.

W radio polskim publicznym o 13.30 nie można. Bo tak.

 

Dlaczego w polskim radio nie mogłam opowiedzieć o „pochwicy”?

Orgazm, orgazmik, orgazmiczunio

Popłakałam się. Ze śmiechu, na szczęście. Video Improv Everywhere, gdzie odgrywana jest pamiętna scena orgazmu z „Kiedy Harry poznał Sally”. Koniecznie całość!

Ale jak to u mnie bywa, refleksje mnie zalały, jak już łzy przetarłam.

Jak to jest z tym udawaniem orgazmu Drogie Panie, Drodzy Panowie?

Panie, w gabinecie, często się przyznają, że zdarza im się poudawać – „żeby było szybciej”, „żeby był spokój”, „żeby on się dobrze czuł”, „żeby się nie foczył”. W ogóle tych powodów udawactwa pojawia się sporo. Jedne bardziej wymyślne od drugich. I statystyki „amerykańskich badaczy” krzyczą – bo do aktorstwa przyznaje się od 60 do 80% badanych pań! Tsk, tsk…

Zasmucam się bardziej, kiedy wiem, że kobietka udaje, bo np. nigdy nie poczuła orgazmu, albo nie wie, co to jest (a może go przeżywać), albo boi się otworzyć na tyle przed partnerem, żeby pozwolić sobie na taką intymność. Myślę sobie o tym, bo tak jak mawiano, że orgazm, to taka la petit mort – mała śmierć, tak pięknie intensywny może być, to niezbędna jest własna przed sobą otwartość a do partnera zaufanie. Tak, by tę małą śmierć umieć w pełni przeżyć. I tak, tu dłuższe związki mają potencjał wygranej.

Swoją drogą, I mean, Lejdis!!! 80%?? Serio? A panowie, którzy w tych performansach artystycznych brali czynny udział, to co przepraszam? Rozumiem, zajęci sobą, wtopieni w moment, zafascynowani ogólną atmosferą sensualizmu. Jasne. Niezła ta gra aktorska musi odchodzić! Jakąś nagrodę dla najlepiej udawanego orgazmu trzeba by stworzyć!

(Ciekawe czy są statystyki panów, którzy sztuczne orgazmy wykryć zdołali…)

Po mojemu, i wedle ksiąg mądrych medyczno – seksuologicznych, to widać, słychać i czuć organoleptycznie. Pewnych zjawisk nie da się udawać i tyle. A uważnemu oku też takie artystowskie wybiegi od razu się ujawnią.

Ale pytanie – wiedzieć, że udaje, po co??? Przecież wszyscy są zadowoleni, nie? No niekoniecznie. Bo to może być, nie musi, jakimś światełkiem na czerwono migającym w związku, że coś nie styka, coś się psuje, albo poziom benzynki uczuć jest już na wyczerpaniu.

Po hamletowsku – udawać, czy nie udawać? Osąd w sercu niech się odbędzie.

PS. Jeśli musisz pytać, czy miała orgazm, to wiedz, że nie miała.

Orgazm, orgazmik, orgazmiczunio

Ściana z penisami

Jako wielofunkcyjny robot terapeutyczny zajmuję się przeróżnymi treściami, trudnościami, odchyleniami od tzw. normy. „Tak zwanej normy”, bo tak naprawdę to każdy z ludźmi pracujący pewnie się zastanawia jak ta norma była ustalona, przez kogo i dlaczego obowiązuje trylion lat po jej ustaleniu, choć czasy, tak, tak, they are changing. No ale to taka moja minifrustra.

Co jest niezmienne za to, to Królowa Wszelkich Zaburzeń Niepodzielnie nam Panująca, pewnie od początku Homo Erectus, tadam!!

– Pani Samoocena.

Niska, zaniżona, nierealistycznie wysoka, pikująca, z możliwościami opadów.

Taka jest. I radzimy sobie z nią, nierówną, różnie. Tak, truizm, wiem. <głośno ziewasz>

Jednym z ubytków najpaskudniejszych jest ubytek (subiektywny, oczywiście) w Męskości/ Kobiecości. Jakież cuda wyczyniamy, żeby sobie udowodnić jakimi to Męskimi Mężczyznami jesteśmy, albo Kobiecymi Kobietami! Jakież zabiegi stosujemy!

Najpopularniejszym ze znanych, jest zdobycie jak największej liczby trofeów – kobiet, mężczyzn. (Nie dyskryminuję ze względu na orientację bo w sumie to nie ma ona żadnego znaczenia).

Cele bywają różne – czasem wystarczy flirt, albo niewinna randka i już patrzymy na siebie z uśmiechem, bo wcześniej nie. Czasem potrzeba ofiarę – trofeum do łóżka zaciągnąć, żeby jednak przeżyć pełnię rozkwitu swojej samooceny i na pasku skórkowanym sobie spinaczem biurowym odznaczyć kolejną kreseczkę zdobywcy dla potomności i chwiejnego ego swego. Czasem ofiarę – trofeum trzeba wabić i zabawić i trochę się uczuciami pobawić, zamotać, omotać a potem z klasą zostawić, nawet bez seksualnego podboju, bo on już niepotrzebny dla tych najbardziej eleganckich, wtedy wystarczy złamane serce, ew. nadwyrężona dłoń od smsów i wiadomości na Fejs – zbóju pisania. Itd. Tu rzeczywiście – sky is the limit.

Żeby nie było, że nagle Ciotką Dziewicą Warszawską się stałam. Dupa ze mnie, a nie seksuolog by był, gdybym zachowań proseksualnych nie pochwalała. Ba! Chciałabym, co by każdy kochał się do wystąpienia setnych potów i bólu w mięśniach, jeśli ma tylko na to ochotę a z drugiej strony jest wola.

Ale. No właśnie, ale. Mam podejrzenia co do tych, którzy seksują się z powodu niskiej lub nieistniejącej samooceny. Trofea zbierają. Ściany sobie dekorują, jak myśliwi porożami czy innymi ryjami.

Jamie McCartney i Joseph Taylor tak to pięknie zobrazowali, choć nie przypuszczam, że z takim przesłaniem w zamyśle:

wall-of-penises

the-great-wall-of-vagina

Tak zbierają te swoje trofea. Nie patrząc na drugą stronę. Zapominając, że do genitaliów przyspawany jest człowiek myślący, czujący. Ściany zapełniają, a dziura w samoocenie jak była tak jest, bo te penisy i cipki, żadnej dziurawej jak durszlak oceny siebie, zapełnić nie mogą. Może nawet ją powiększają. Ściana trofeów ścianą płaczu się staje. I tyle.

Ściana z penisami

Jakie porno oglądacie?

Z ciekawości pytam, zawodowej, też.. Ale nie będę psychologizować pt.”Pokaż mi jakie porno oglądasz, a powiem Ci jakim perwersem jesteś”. No nie.

Ja porno oglądam, również z powodów zawodowych, żeby wiedzieć co w trendach kopuluje. Mam niestety dość mocno wyrobioną opinię na temat ogólnie dostępnej sexrozrywki, o czym pisałam tu i tu. Trudno mnie zadowolić (hyh, nie wczytywać tu nic, bo podtekstów nie ma). Przaśność mnie odrzuca. Hardcore często śmieszy. Erotyki miziające nudzą do omdlenia. A inne brzydzą, bo są po prostu brzydkie, źle zrealizowane i szczują obleśnością. Wymagająca ze mnie kobieta, no cóż.

Na szczęście jest nisza, jest cudo, jest tajemnica, jest transgresja, jest miejsce na wyobraźnię, jest uruchamiacz fantazji!

20130913_131550

Suka Off! To team realizujący projekty z pogranicza, no tak, dla niektórych smaku, dla niektórych legalności, dla niektórych hardcore pornografii. Dla mnie inspiracja. Śledzę ich poczynania artystyczne od kilku lat, i jak wydali porno ze swoim udziałem, pobiegłam do klawiatury jako pewnie jedna z pierwszych, żeby tylko zamówić i oglądać i oglądać…

Nie zawiodłam się. Znając ich działania – performance, teledyski (tak, tak..polecam c.h. district, vilgoć czy wiracki) och..Podnoszące tematy trangresji i umowności płci jako konceptu, przemocy i strachu jako infekcji, choroby. Szukające nowych nośników komunikacji – ciało, nadpłciowość, maszyna, substancja. Przekraczające granice naszych osobistych zahamowań, kompleksów i frustracji kulturowych – nie zawiodłam się.

W końcu na zeszłorocznym festiwalu wydawnictwa Okultura, w końcu, zobaczyłam ich performance na żywo, co w Polsce jest rzadkością. Niestety. Ale widziałam. Nie pamiętam czy oddychałam. Magia. Gęsia skórka. Ciało reagowało tak jak ciało chciało. Wyzwanie rzucone każdej sferze tożsamości. Serio. Och. Tak.

To nie jest materiał dla każdego. Rozumiem, że może odpychać. Być niezrozumiały. Może obrzydzać. Wg mnie – powinien być obowiązkowy dla studentów seksuologii, psychologii i życia.

A porno, jest..takie jak lubię. Nieoczywiste, pełne niedomówień i nagości, z tajemnicą i historią, i pięknymi ciałami i świetnymi kadrami. Oj, no więcej chcę!

#nienasycenie Suka Off!

Jakie porno oglądacie?