50 twarzy Greya czyli ból dupy wcale nie z seksownego powodu

images

Zmusiłam się do obejrzenia, żeby uniknąć pytań, zbędnych dyskusji i komentarzy. Po książce, którą przeczytałam, z tegoż samego powodu, bo jednak wolę mieć swoje zdanie na tak „kontrowersyjny” temat jak ten (s)hit dziesięciolecia.

Spojlerów nie będzie, z resztą myślę, że spojlować nie ma co, bo nie ma czego.

Nie powiem, zajadałam się ciekawością, jak te sceny „BDSMowe” będą sfilmowane, jak ten seks, tak romantycznie-soczysto-orgazmistyczny-aczkolwiek-zupełnie-nierealny będzie pokazany, jak gra aktorska, bo przecież Grey to skomplikowane ciacho ciach, co tam, cały tort miał być! No i to niewinne idiosynkratyczne zagryzanie ust przez Anastazję, och, ach!

Zasiadam do oglądania podekscytowana.

Mija pierwsze 15 minut. Czuję odpływające podniecenie, gdybym była mężczyzną, pewnie bym to odczuła organoleptycznie.

Mija kolejne 5. Mrużę oczy w uwewnętrznionym „WTF?”.

Po 3 następnych, tak bardzo, bardzo wciąż pragnę, żeby to był dobry film.

Po minucie jednak mi przechodzi i zaczynam się brechtać, ale nie śmieszkiem wujka-zbereźnika, tylko takim prawdziwym, bo tracąc nadzieję, zdałam sobie sprawę, co mi to przypomina. Pamiętacie pornosy eNeRDowskie z lat circa about 70tych? To jest to! Wątek i gra aktorska tu mniej więcej na tym się opiera!

I już zrelaksowana (prawie) do końca seansu czyli jakieś jeszcze 105 minut chichoczę się bez opamiętania – wychodzę z kina w bukolicznym (prawie) nastroju i z bólem dupy, bo to jednak dłuuuga produkcja, szczególnie jak się zna zakończenie.

Obśmiewałabym się do dziś, gdyby nie jedna rzecz. Jakoś w lekturze, nie skupiałam się na relacji Christiana i Anastazji, bo czekałam (znając siebie) na tzw.momenty, na to jak wątek BDSMowy jest przedstawiony w mainstreamie, i żeby ewentualnie wypunktować ewidentne przekłamania, gdyby ktoś mnie o nie pytał.

Z tego względu, że sceny seksu, no powiedzmy hojnie, są nieco żałosne, to przyjrzałam się bardziej powstawaniu tzw. relacji. Z tego też względu, przez jakieś 80% filmu, siedziałam z głową odchyloną do tyłu, poziomymi zmarszczkami na czole, które u mnie naocznie symbolizują niestrawność graniczącą z obrzydzeniem. To też czułam, w przerwie na śmiech.

Może dlatego, że w książce to jednak moja osobista wyobraźnia pracowała, a tu po prostu już było wszystko na wierzchu, hyh – Grey to socjopata, który znalazł sobie dziewicę, żeby przysposobić ją sobie do swoich upodobań, nie tylko seksualnych. Kontroluje, śledzi, zmusza do jedzenia, kupuje jej ciuchy, wypełnia czas wolny, zarzuca ofertami, których bidulka nie może odrzucić, sprzedaje jej samochód bez jej pozwolenia itp. Uroczy ten Krystek, nie? Może rzeczywiście niektórym by to pasowało, ale serio? Całe to BDSM to pikuś przy traktowaniu bohaterki, która nie ma oczywiście wyboru i się w nim zakochuje. Nihil novi.

Zastanawia mnie ten ciąg do idealizowania tej toksycznej relacji, takiej biało-czarnej, takiej z bajki złej cioci. I tak, myślę, taki łatwy świat – on się boi zaufać, ona bardzo chce kochać, on chce mieć wszystko pod kontrolą, ona zrzeka się swojej, żeby być częścią jego świata, on realizuje swoją seksualność w jedynie dla siebie akceptowalny sposób, ona dopiero swoją odkrywa, badając, na oślep trochę, jej granice.

Ręce w horrorze unoszę ku niebom, bo przecież ileż takich relacji na kozetce widziałam, ba, poza nią jeszcze więcej. I to mnie boli najbardziej. Wychowane na bajkach, na mitach wielkiej miłości, w której rozmantyzm dzielony jest przez toksynę i mnożony przez dysfunkcje, tak bardzo tego mitu spełnienia potrzebujemy??? Tego mitu? Tak spełnionego? Naprawdę? I wcale nie chce mi się szukać cienkich usprawiedliwień pt: „no ale tak już jest”, „świata nie zbawisz, pogoni za miłością, jakąkolwiek, nie zatrzymasz”.

Powielanie stereotypów zawsze nam świetnie wychodzi, a wyjścia z labiryntu fałszywych, nierealnych do spełnienia przekonań, nie widać. A Hollywód daje pożywkę, a my się we wzorcach utrwalamy i utrwalać pozwalamy.

Od złej książki gorsza jest tylko jej adaptacja.

50 twarzy Greya czyli ból dupy wcale nie z seksownego powodu

Lustra

Ktoś ten stary wpis znalazł. Wpis trudny, bo osobisty, bo w bólu pisany. Ten sam Ktoś mnie potem zapytał: „Serio myślisz, że tych luster wokół siebie potrzebujemy, żeby siebie lepiej zobaczyć?”.

Automatycznie zaczęłam odpisywać, że tak przecież, że jesteśmy bestiami wspólnotowymi, że w związku z innym, te wszystkie schematy i uwarunkowania najbardziej widoczne, bo jest bliskość, intymność, otwarcie, jesteśmy, my wtedy, całkiem nadzy, emocjonalnie i fizycznie, że jak u Herberta prawieki temu przeczytałam: „Człowiek sam jest śle­py. Mu­si mieć wokół siebie lus­tra al­bo in­ne oczy. Kocha – to znaczy przygląda się sobie”, i w ogóle ewolucyjnie tak przysposobieni.

I już prawie „enter” z gotową odpowiedzią nacisnęłam, ale jakoś z przekory trochę, do siebie „Serio?”.

Porozmawiałyśmy sobie wtedy – ja i ja – tak, wiem, nieco schizofreniczny duet tworzymy, no ale padło na mnie, bo jednak już pora zapadła ciemna, kiedy ludzie zazwyczaj śpią, a nie filozofują.

Przeczytałam jeszcze raz ten stary wpis, ten sam ból poczułam, może nie ten sam, a jego wspomnienie, bo ciało pamięta, wszystko. Popatrzyłam na swoją drogę, od tego momentu. Wciąż pamiętam inspirację, natchnienie, flow i to co w tej relacji było. Dla mnie. I to w jaki sposób myślałam o sobie wtedy, przez jej pryzmat. I pomyślałam – nie.

Grube NIE. Wiele rzeczy TAK, był moim lustrem (jak we wpisie) ale nie do końca. Przecież on też miał swój zestaw uwarunkowań, schematów, przyzwyczajeń emocjonalnych. Widział mnie przez swoje filtry poznawcze. I tak reagował. Nie mógł nie.

Jakie to zdradzieckie, pomyślałam, tak przeglądać się w oczach innego, bo kiedy „kochamy”, tak mocno ślepo wierzymy, że cokolwiek tam widać, to prawda najprawdziwsza, bo słowa, zachowania, traktowanie przez, na ten czas, osobę najważniejszą, najważniejsze, więc najprawdziwsze. Brakuje emocjonalnego dystansu, widzenia siebie, bo zauroczenie skutecznie oczy zalewa. I tak dajemy sobie strzał w serce – podwójnie trucizną naładowany: z jednej strony – kłamstwo filtrów drugiego człowieka, a z drugiej mózg na amfie hormonów.

Bacik sobie można z obwiniania siebie niezły utkać, że przecież można inaczej, że powinnam wiedzieć lepiej, że przecież to nie miało prawa zaistnieć i takie tam śliczne razy sobie raz po razie zadawać.

Wzdechnęłam sobie głęboko. Niczego już przecież dawno nie ma. Czasem tylko sobie coś o nim przypomnę, tylko ten stary wpis wbija się w świadomość, przeszłą rzeczywistością emocjonalną.

Nie ma sensu się biczować. Lustra są nam potrzebne, żeby zobaczyć siebie, inaczej, przez perspektywę Innego. Ale już nie ufać temu odzwierciedleniu tak mocno, już pamiętać, że to może być krzywe zwierciadło, a my tacy pokrzywieni, karykaturalni, nieprawdziwi tacy w nim jesteśmy. Bo to nie my. To nie ja. Nie do końca. Banalnie? Czy można to od razu czy szybciej zobaczyć? Można. Trzeba. Ale czasem nie wychodzi. I kropka. I nie biczować się. Nie ma po co i dla kogo.

 

 

Lustra

Trójkąty i kwadraty

Czasem gabinety nawiedza geometria.

Bo niby przychodzą w pojedynkę, ale nie do końca. Bo jest On + 2 (w domyśle). Albo Ona + 1On + 1Ona. Albo są Oni we dwójkę + Ona (wirtualnie, niby w przeszłości). Albo Ona + On i jego 1 żona. Albo Oni na kozetce + 1 On od Niej + 1 Ona od Niego.

Pogubiliście się już? Bo ja czasem się gubię, na krótko na szczęście, wyjmuję ekierkę terapeutyczną i zaczynam mierzyć kąty. I wcale nie poliamoryczne, bo to akurat przecież w miarę łatwo idzie ustalić, kto z kim kiedy, kto w kim jak bardzo. Wszystko otwarte, przyjęte, choć społecznie niepopularne.

Ale tu o te kąty chodzi, często niewidoczne. Bo niektóre o sobie nie wiedzą, że są nagle w jakiejś figurze geometrycznej, a nie w dotychczasowym wektorze, który jak wiemy, ma dwa końce, tylko.

Mierzymy więc, patrzymy czy jest szansa na bycie w linii prostej ze sobą samym, i z którąś z tych osób. Moralność, tak szeroko znana i dyskutowana, na szczęście zostaje za drzwiami gabinetu, bo tylko by nam to mierzenie niepotrzebnie zakłócała.

Czy wybrać osobę w starym zbiorze pozostającą, czy jednak nowy jakiś tworzyć?

Czy da się wyleczyć po tym jak figura się stworzyła, i na rzutniku rzeczywistości wobec wszystkich zajaśniała – da się do wektora powrócić?

Czy godzić się na bycie tym trzecim kątem przy wektorze na zewnątrz idealnym?

Tyle i więcej tych pytań. A odpowiedzi smutne i trudne. Bo zawsze, nieodwracalnie, ktoś będzie cierpiał, kiedy już wszystkie kąty są zmierzone. Zostanie ten jeden, a czasem dwa, grzecznie gumką wytarty, tak żeby wektor wektorem pozostał, w nowej lub starej wersji.

Wytarty cierpi, wycierający jeśli nie jest psychopatą, czy w najmniejszym ilorazie, socjopatą, też, ale inaczej.

W całym tym mierzeniu nie zapomina się o dzieciach, a może właśnie czasem tak. One też cierpią, na zawsze często, i po latach, stawiają się, tak, tak, w gabinetach, ech, sami wektorów nie umiejący stworzyć, albo też pogubieni w geometrii przez siebie już przerabianej.

Ale są też takie wektory, które zjawiają się na kozetce, żeby się godnie rozstać, żeby powiedzieć sobie, że od dzisiaj stanowią punkty wolne, unoszące się pośród innych, na wtórnym rynku matrymonialnym.

Cenię to bardzo. Takie rozstanie, takie zakończenia. Nie trzeba oczywiście gonić od razu do terapeuty, ale może czasem łatwiej tak, w warunkach kontrolowanych. I nawet jak są emocje, a mogą wciąż być, jak jest uczucie, jednostronne czasem. Otwarcie powiedzieć sobie – jak jest, coś się skończyło, pójdźmy dalej zanim się bardziej pokiereszujemy poprzez tworzenie jakichś figur właśnie. Nie zbywając się milczeniem, smsem, czy FB. Z szacunkiem dla jakiejś, wspólniedzielonej kiedyś przeszłości i przestrzeni.

Taka to geometria nasza, Trójkąty i Kwadraty, Pożegnania i Rozstania, Cierpienie i Ból.

Smutno.

 

Trójkąty i kwadraty

Żałoba po

Ile trwa żałoba po związku, relacji, kimś Najważniejszym, który żyje i ma się dobrze?

Z jakichś przyczyn wiele osób podaje 2 lata. Hmm, aż tyle, myślę sobie? Ale tyleż zmiennych trzeba wziąć pod uwagę – jak długo, jak głęboko, platonicznie czy nie, dziki seks czy czasem wanilia, jak wiele łączyło, czy są dzieci, czy jeszcze trzeba hordami znajomych się podzielić, czy intymnie, czy powierzchownie, czy inspirująco, czy z lęku, czy z przymusu już? Może 2 to czasem za mało..

A może inna szkoła, matematyczna bardziej – żałoba trwa połowę trwania związku, a potem wolność..No, to mocne – czyli jak byłam z kimś 15 lat, to teraz 7,5 lamentu i chodzenia w czerni?? Wysoka cena życiowa..

Tak jakoś z doświadczenia, i gabinetowego i życiowego, myślę, że żałoba trwa tyle, ile ma trwać. Po co siebie w te ramki, suwmiarki, zegarki na siłę pchać, skoro i tak, tak mało kontroli nad tym wszystkim mamy – dowód? Miłość Wielka Na Całe Życie miała być – i co?

Tyle ile mi potrzeba za kółkiem żałoby będę jechać i czasem zawracać. Bo długa droga może mnie czekać i wcale nie taka prosta, jak mówią. I może się nawet w niej pogubię czasem.

Minę Zaprzeczenie – nie wierzyć będę chciała, że to koniec już, że On już tam gdzie indziej wybrał.

W Gniewie i Złości przystanki sobie zrobię, jak już uwierzę, bo zobaczę jego z nią razem albo nie, jak nie w życiu, to w wirtualnej dokumentacji życia .

Potem dojadę do Negocjacji samej ze sobą, że ok, no było i się skończyło, i nie wróci, a może wróci, ale może jak zrobię to, to on…

Nie On już nic nie zrobi…

I w czapce Depresji, jak już wszystkie opcje negocjacyjne wyczerpię, posiedzę. W ciemność się przyozdobię, przecież do twarzy mi w czarnym, będę się trochę oszukiwać. Uspokoję się. Z klaustrofobii emocji się zacznę leczyć. I znajdę miejsce w Przebaczeniu. W proszeniu o nie, jeśli trzeba, ale i też sobie go udzielę, żebym w końcu do Akceptacji mogła dojechać. Akceptacji tego co widać nieuniknione. Niech tak będzie. Niech się stanie.

Potem już tylko dobre postaram się pamiętać. I taki magnes na lodówce powieszę:

tumblr_mz3wtnlgZe1rdbzymo1_500

A może inaczej teraz wszystko zrobię?

Żałoba po

To nie jest kraj dla samotnych kobiet

Jeżdżę do pracy z radosnym, studenckim tłumem mocno zatłoczonym tramwajem. Godziny szczytu, miasto stoliczne – nie ma się co dziwić, tym bardziej, że po drodze naliczyłam trzy znakomite uczelnie. Są dodatkowe plusy dodatnie – można się dowiedzieć co młode pokolenie czyta. Oprócz tabelek, wykresów i budowy układu krwionośnego studenci czytają różne rzeczy.

Ostatnio z zaciekawieniem, trochę wymuszonym, bo fala ludzka mnie popchnęła, pochyliłam się nad studentką, która z rumieńcami na twarzy studiowała jedno z licznych pism, tzw. kobiecych. A tu tytuł artykułu – „Jak zdobyć faceta – 10 sprawdzownych sposobów”. Uuuuu! Myślę sobie, poczytam, a nuż się czegoś praktycznego nauczę, bo przecież wiadomo, że my, psychologowie, to czysta teoria (prawie spójnik tam wstawiłam). Kocopała na kocopale niestety, aż mi się żal Panny Studentki zrobiło, bo jak będzie tak postępować, to tylko choroby wenerycznej się nabawi i załamania nerwowego. No ale ok. Pismo poczytne, więc siwowłosy głos rozsądku rozsądnie stłumiłam. Oooo! Kartkujemy dalej. Zatrzymujemy się na „Jak być prawdziwą kobietą?”. Mmmm! Oh, czytamy!

Ze znakiem zapytania na twarzy z tramwaju wysiadłam, o mało nie wpadłam pod Lexusa z tego wszystkiego, bo zadumanie wielkie mnie ogarnęło.

Bo z artykułów jasno wynikało, że albo jedno, albo drugie. No nijak się nie sprzęgały. Zasmuciłam się.

Z jednej strony kobiety bombardowane tzw. tradycyjnymi wartościami: rodzina, macierzyństwo, dom; i przekonaniami: „partner/ mąż nade wszystko” itp. I trzeba być „Z”, bo jak się nie jest, to należy sie przyzwyczaić do pytania „Co z Tobą nietak?”.  By sprostać, z Matki Desperacji, nierzadko kobiety pakują się w relacje, gdzie Przegrana to Siostra, bo Dziwadłem być nie można. Albo nieelegancko odbijają samca zajętego, raniąc inną a czasem i dziatki. Cena nie gra roli. Nie słuchają siebie, tylko by dopasować się do normy. Rozumiem. 

A z drugiej strony –  te kobiety, świadome, gdzieś w tym wszystkim też pogubione.

No bo z trzeciej strony słyszę:” Jestem tzw. feministką, szklany sufit mi nie groźny, walczyć o swoje będę, o moje orgazmy, o moje uczucia, o siebie”.

A z czwartej: „Nie mogę przecież przyznać, że brak mi faceta, że chcę się czasem wypłakać, bo mi smutno, dlatego, że tak. Że potrzebuję „silnego, męskiego ramienia”, bo jestem krówką – ciągutką w środku, a nie anyżkową – hardkorową- landryną. Bo chcę, żeby ktoś mnie przytulił, i nie pytał dlaczego, a potem kochał się ze mną, kiedy ja wcale nie muszę udawać orgazmu, bo wystarczy, że On jest i tyle. Bo… „. Ad infinitum.

Nakaz bycia z kimś vs świadoma siebie kobieta się nie wyklucza. Ale gdzieś w tym rozciągnięciu wartości, gubimy się, próbując odnaleźć siebie w samotności, kiedy Ten czy Ta się nie pojawia. Tak trudno przetrwać w samotności, kiedy wszyscy wokół „sparowani”. Tak trudno rozpoznać własne, a nie uwarunkowane tłumem potrzeby. Ech.

Moja recenzentka skomentowała, przed opublikowaniem: „Phi, Izuś, jaki kraj, wszechświat raczej..”.

Nie znam wszechświata całego, ale wiem, że to nie jest kraj dla samotnych kobiet.

tumblr_mym60kP9d61qdy7vgo1_500

To nie jest kraj dla samotnych kobiet

Jak wykastrować kobietę?

Bo mężczyznę wg Woodiego Allena tak: „ Wolę, abyś był moim przy­jacielem niż kochankiem”.

Zadumałam się chwilę i żeby nie przesadzić z tym topieniem się we własnych myślach, zadałam pytanie na Fejsuniu, na znakomitym (hyh) fanpejdżu tegoż bloga – i co? (Jak ja uwielbiam z Wami tam rozmawiać!!). Posypały się podpowiedzi i wiadomości na privie.

Ano okazuje się, wg opinii publicznej (i nie tylko), że prawie dokładnie tak samo – jednym, pojedynczo złożonym zdaniem, które brzmieć może ono różnie np:

Zrób coś, żeby twoja przyjaciółka zwróciła na mnie uwagę.

Lubię cię, jesteś mi jak siostra.

Nie jesteś w moim typie.

Kocham Cię, jak siostrę.

To takie wytchnienie – aseksualna relacja.

Udowadniasz mi, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną może istnieć.

Zakochałem się. ” Dlaczego mi to mówisz” ” A komu mam powiedzieć? Jesteś moją przyjaciółką.

Piękne, nieprawdaż?

Prawdaż, jeśli czyta się niektóre z nich bez kontekstu. Tak – wolnostojąco. Bo cóż złego jest w miłości siostrzanej, w przyjaźni damsko – męskiej, w nieseksualizowaniu relacji??? No nic przecież.

Gorzej, kiedy kontekst sobie podepniemy pod te wiekopomne zdania. Bo tam ta jedna strona, w tym wypadku kobieta, pewnie kocha, albo przynajmniej bardzo jej zależy na danym osobniku, a tu dostaje kołek osikowy prosto w serce. Żeby tam w serce! Strzał prosto w łechtaczkę, wargi sromowe i waginę, tak mocny, że cycki również odpadły.

Jednym zdaniem pozbawione kobiecości, unieważnione, aseksualne. W relacji, która jest/ była ważna. Och, boli. Bardzo. Krew emocjonalna się leje i nie ma jak jej zatamować.

I co dalej?

Często się trwa w tym zawieszeniu, w nieodklejeniu, na granicy masochizmu, bo nie można nie. W relacji, która kiedyś uskrzydlała. A tu biedna „jużniekobieta” tępy skalpelek w rączki „oprawcy” sama wręczyła, a on jej te skrzydła umiejętnie odpiłował. Siedzi więc, patrzy na cząstki genitalne siebie i poplamione juchą skrzydła duszy i myśli, że już zawsze na zawsze tak będzie.

Ech, tak siebie nawzajem „kastrujemy”, z sił witalnych obrzezujemy, niespełnieniem się napełniamy. Bo to nie tylko mężczyźni nam, kobietom, my też, ofiary bezpenisowe gdzieś za sobą pewnie pozostawiłyśmy.

I myślę sobie, że potrzeba trochę serca, trochę uważności na siebie nawzajem, w szczególności w tych niewyrównanych relacjach.

Jeśli tak Pana Ego w sobie chcecie dopieścić, to nieładnie. Bo dźwięczy mi zdanie przez kumpla wypowiadane:

Karma to dziwka, zawsze musisz płacić

Może nie dziś. Może nie jutro. Ale trzeba będzie.

Ku rozwadze. Dla nas wszystkich. Czasem „wykastrowanych”, czasem „kastrujących”.

Favim.com-3802
art by Favim.com

Jak wykastrować kobietę?

„Nie histeryzuj!”

„Tylko bez dramy!”, „Przestań się tak  emocjonować!”, „Przesadzasz!”.

Drogie Panie! Czy słyszałyście któreś z powyższych, albo pochodne, kiedykolwiek od ważnego dla siebie mężczyzny?

Jeśli nie, to chylę warkocz przed Wami, jeśli tak to pewnie też pamiętacie, w jaki sposób to na Was podziałało. Jestem kobietą, jak ostatni raz sprawdzałam, a później dopiero psychologiem, i w takich momentach, które na szczęście zdarzają się rzadko, bardzo, zostaję nawiedzona przez demonicę Furię, no cóż..

Ale stało się tak, że to usłyszałam całkiem niedawno. Co prawda na Fejsbookostanie, na czacie. Siła rażenia nie była jednak mniejsza. Trudno jest tylko poczciwie się pokłócić, no bo jak? Zarzucę go emotikonami „rozhisteryzowanymi”? BĘDĘ PISAĆ DUŻYMI LITERAMI? Ooo, wtedy to ja mu pokażę te swoje emocje, hoho!

No ale stało się. Pokłóciłam się. Rozemocjonowane paluszki ledwo natrafiały na odpowiednie klawisze, a autocorrect tworzył nowopoezję znaczeniową. Pokazałam to co mnie bolało, co wkurzało, co uwierało niemiłosiernie. I co?

I usłyszałam tytułowe – „nie histeryzuj!”.

W kłóceniu się na czacie jedna rzecz jest naprawdę bardzo, bardzo pozytywna – można przytoczyć słowa i znaczenia i wytłumaczyć, jak paluszki nadążają, intencje za słowami. Powrót do słów pisanych działa też jak kubeł, niestety w tym wypadku uryny, na głowę wylany. I przychodzi oprzytomnienie. Perspektywa.

Po tym jak już się zwentylowałam, włączyłam skaner autoterapeutyczny:

Czy ja naprawdę tu dramatyzowałam, bez potrzeby, teatralnie?

Nie.

Czy miałam powody tak się poczuć?

Tak.

(Tutaj niestety dłuższa pauza była mi potrzebna, bo ławę przysięgłych musiałam powołać, pod postacią Głosu Rozsądku, Obiektywizacji Przyczyn, Poprawności Komunikacji).

Czy to był pierwszy raz, kiedy jego zachowanie w taki sposób mnie zraniło?

Nie.

Czy mówiłam o tym wcześniej w bardziej „cywilizowany” sposób (czyt. bez zbędnych emocji)?

Tak.

Czy nastąpiła zmiana o którą prosiłam, którą jasno i wyraźnie sygnalizowałam?

Nie.

Czy jest nadzieja, ech ta Matka Głupich i Naiwnych, że zmiana nastąpi?

Raczej nie.

Czy jestem w stanie iść na kompromis w tym właśnie, co jest dla mnie arcyważne?

Nie. Już nie.

Na pewno?

Taaak?

Serio, serio czy tylko trochę serio?

Serio (z westchnieniem i lękiem).

Czy ta relacja jest dla mnie ważna?

Cholernie.

Czy godzę się na takie traktowanie, mimo ocenianej wysoko ważności relacji?

Czas przeszły – godziłam. Chyba.

Czy jestem w stanie nie reagować emocjonalnie, nie „histeryzować”, odciąć ten kawałek siebie i pogodzić się z takim stanem rzeczy?

Nie.

Nie zgodziłam się w sobie na lobotomię osobowości, w zagrożeniu, że On zamilknie, odsunie się, przeczeka i jak już „Drama Queen” ostygnie, to znowu będzie miło i przyjemnie i wygodnie.

Nie zgadzam się na brak autentyczności w relacjach. W szczególności tych, które są dla mnie ważne, bardzo.

Położyłam siebie na wadze (hyh) – moja autentyczność i integralność vs. relacja z Nim. Zważyłam potencjalny ból, zawód i poharatane serce. Popatrzyłam na drugą szalkę – trwanie w częściowym kłamstwie siebie, chowanie emocji, tuptanie na paluszkach, żeby „był spokój” i relacja zafałszowana. Neee.

On jest dla mnie ważny, może najważniejszy – ja jednak, dla siebie, na dziś i zawsze, jestem ważniejsza.

Trochę będzie tak jak poniżej, ale to przecież mój świat na Nim się nie kończy, nie?

tumblr_mrrng9DJv91r6lg92o1_500
rys. by podeszczu

„Nie histeryzuj!”

Ex-, ja i social media

images

Kiedyś to było łatwo. Ludzie się rozstawali. Przestawali do siebie dzwonić. Najwyżej wpadło się gdzieś na Exa, albo Exę. Trochę przez moment kwadratowo, ale później już do przodu. Ale teraz z tymi mediami społecznościowymi oszaleć można!

Pół biedy jak polubownie. Ale jak ktoś od kogoś odchodzi, rzuca, to serce jednej strony krwawi i zaczyna się tango rozpamiętywania. I już byłoby może bliżej uleczenia, już może serce by tak juchą nie buchało, gdyby nie np. update exa na Facebooku, a jeszcze gorzej zdjęcie z jakąś nową love.

I tango od początku gra. I przyrzekasz sobie, że wykasujesz, zablokujesz i w ogóle wielkie „Won!” zastosujesz, kiedy człowiekiem w bardzo przecież delikatnym właśnie stanie jesteś i niestety ciekawość czysto masochistyczna wygrywa z rozsądkiem i radami mądrych ludzi. Które brzmią właśnie – bardzo rozsądnie:

„Męczyć się będziesz tylko. Rozstanie to rozstanie.”

„Oddychaj, a potem zrób dla siebie coś dobrego.”

„Kup sobie nowe buty. Zawsze pomaga.”

Inni, zaprawieni w bojach, optują za słodką zemstą podawaną w społecznościowych porcyjkach, jak kawałki zatrutego tortu: „Weź wrzuć zdjęcia z tego melanżu, najlepiej z jakimś superboyem, albo „samojebkę” tuż przed wyjściem na jakąś intelektualną imprezę. Albo focie z wyjazdu mocno koedukacyjnego na plaży, na basenie, przy barze”.

Jeszcze inni twierdzą, że posty z aśramu w Indiach, gdzie aktualnie przebywasz szukając siebie, będą dowodem na to, że na pewno się wznosisz ponad to co Ci on zrobił, albo ona, płeć przecież nie ma znaczenia.

Super. Rady zawsze pozostaną tym czym są, czyli kupą…śmieci, dla kogoś kto akurat jest w stanie bliskim psychotycznemu, bo tak boli i już. Odzywają się więc najgłębiej skrywane instynkty i z samobójczą ciekawością – bo to ty właśnie konasz w mękach, stając się superStalkerem, buszując po wszelkich możliwych portalach na których twój Ex gości, odkrywasz, co, gdzie i najgorsze z kim, robi. Każdy status, jak mały gwoździk w już i tak czołgającą się po żwirze samoocenę. Ale ty nie dajesz spokoju i dalej – może Instagram jeszcze Cię bardziej przekona, że cierpienie uszlachetnia. A już śledzenie nowej love, na pewno. Tia. Zapewne.

W życiu i w gabinecie doświadczam karuzeli płaczu, jęków i bólu codziennie właśnie przez cyberstalkowanie podawanych.

Social media rozstań nam nie ułatwiają. Ileż trzeba mieć samokontroli, żeby jednak nie zamienić się w Prześladowcę, który tak naprawdę prześladuje tylko siebie, zdzierając tylko zasychające strupki, gmera paluchem w ranach?

I po co?

Ex-, ja i social media

Dlaczego facet zdradza?

„Bo może” – tak moje rozmyślania nt. natury płci skwitował mój niegdysiejszy narzeczony.  Oburzyłam się nieludzko wręcz.

„No halo, ale, że co? Jestem kobietą, też mogę, nie?”.

„Twój wybór” odparł, i zajął się zmienianiem Wszechświata.

Przyznaję. Pokonał mnie wtedy. I tak do mnie ta krótka nasza wymiana powracała. I powraca. Bo na kozetce i w życiu tych poturbowanych przez zdradę dziesiątki. Jak bumerang wracają więc te zdania. Bo masz wybór? Serio? To jest takie proste? Ekhm, znaczy trudne?

Zdradę oglądałam ze wszystkich dostępnych stron już chyba. We wszystkich możliwych konfiguracjach. Chociaż pewnie życie mnie jeszcze zaskoczy, na co liczę, i nie chcę oczywiście.

Bo normalnie to napisałabym że przecież chodzi o niespełnione potrzeby, takie długofalowo niespełniane, więc szuka się gdzie indziej – bo jak się chce piciu to trzeba i już. Tak o seksie mówię, ale nie tylko. Taka deprywacja przez lata się ciągnąca, kusi spełnieniem. A panowie – sorry, wiecie, że Was kocham – potrzeby swoje dla tzw. świętego spokoju zawieszają i cierpią, ale jak już się przydarzyć okazja może to z tego wyczerpania, chcą, pragną siebie urzeczywistnić. Może w końcu się poczuć dobrze, ze sobą, ze światem. Może.

Normalnie też popatrzyłabym na tych, którzy swoją samoocenę wzmocnić muszą ciałem i duszą kolejnej kobiety, żeby ciut bardziej męsko się poczuć. Ciut bardziej pełnokrwistym facetem. Ciut bardziej gorącym kochankiem. Ciut mocniej podziwianym przez inny model, niż szanowna kobieta długoletnia, bez względu jaką Kocicą by nie była. Co z tego, że to krótką trwałośc ma. Co z tego, że zaraz jak tylko z łoża wyskoczysz, to już za drzwiami czarna dziura własnej wartości jest jeszcze większa, bo wiesz przecież, że kolejna kobieta Ci jej nie zszyje. Co z tego?

I tak, zdradzają.

Oczywiście, biologia, rozsiewanie genów itd aż do zupełnego upojenia się stereotypami.

A co, Drogi Mężczyzno, jeśli masz wybór po prostu? I to od Ciebie zależy? Bez względu na braki, potrzeby, niezrozumienie, nieistniejącą samoocenę, czy psychologię ewolucyjną? Nie ma na co zwalić winy? Nie ma. Możesz co najwyżej „zwalić konia” (brzydkie wyrażenie) albo „niechcący” wpaść między już rozłożone nogi chętnej, no bo jakże, kobiety tudzież pośladki mężczyzny (nie dyskryminujemy).

Bo może właśnie to jest Twoja i tylko Twoja odpowiedzialność? Nie masz spełnianych potrzeb? A co zrobiłeś żeby mieć je spełnione? Odszedłeś? Szukałeś dalej? Pracowałeś nad związkiem? Aaaa, masz niską samoocenę? Rozumiem.. A jakoś chciałeś to zmienić, bez ranienia kobiety swojego życia? Bo nie wiem przypadkiem, czy seksik bez zobowiązań, czy nawet romansik na boczku, to przypadkiem nie plasterek na gangrenę?

Może gdzieś o tzw. moralność się rozbijamy. Ja nie wiem co to znaczy. Każdy chyba ma swoją z wierzeń i przesądów ukutą. Patrzę na tych zdradzonych i zdradzających i myślę, że nie o to tu chodzi. Tylko o rany, o integralność, o odpowiedzialność. Tak, wiem, same nudne słowa, jakże niepopularne dziś dla nas, w Krainie Wiecznej Przyjemności żyjących. No cóż.

Idziemy na łatwiznę.

Twój wybór.

Dlaczego facet zdradza?

Psychopatka

Gabinet.

Siada bez skrępowania już. Jak u siebie. I dobrze. Ja jeszcze kawę sobie robię. I już… Już się w czerwonym fotelu moszczę. Już stolik przesuwam. I wtem słyszę:

– Pani Izo, jestem psychopatką.

No dobra, przyznaję. Profesjonalny obiektywizm i wieloletni trening emocji zawodzi na całej linii – wybucham śmiechem najprawdziwiej głośnym. Takim z głębi trzewi, ze łzami w kącikach oczu.

– Znamy się od ponad roku i ja bym tej „psychopatii” u pani nie podejrzewała???

– Pracę domową odrobiłam.

– Aaaaa….

I już, po momencie, w szczerość się obie zamieniamy.

– Jest tak…. – I widzę, że ze wstydem te słowa przyjdzie jej powiedzieć. – Jak tylko znajdę się w jakimś towarzystwie, gdzie są mężczyźni, natychmiast włącza mi się skaner. Jest obrączka, nie ma obrączki. I to nieważne, że nie wszyscy żonaci noszą obrączki, i czy są nieżonaci ale są z kimś. Obrączka, to pierwszy filtr. Selekcja naturalna. Drugi krok, w zależności od ilości, przekierować rozmowę tak, żeby dowiedzieć się, jaki jest status. Średnio interesuje mnie ich wygląd w tym momencie. Jeśli jest jakiś singiel, szukam wszelkich możliwych wytrychów, żeby ustalić jak najwięcej szczegółów z jego życia. Tak, manipuluję dyskusją. Tak, skupiam całą swoją uwagę na nim. Czym się interesuje, gdzie mieszka, czy jest w kogoś zainwestowany – głos jej się załamuje – To jak odruch bezwarunkowy, jak jakiś pieprzony pies Pawłowa. A raczej suka..

Siedzimy chwilę w ciszy.

– Mówiłam pani. Psychopatka. Zdesperowana psychopatka.

Oj, aleś mnie zadumała. Bo już uszami wyobraźni słyszałam, jak to oceny łatwo ludzie Ci mogą wystawić. Jak łatwo z ambony związku o rozwydrzonych księżniczkach rozprawiać. Jak szybko o wymaganiach niebotycznych poematami rzucać będą. Już to słyszę.

I szkoda, że gdzieś nad tymi psychopatkami, bo przecież nie jesteś jedna jedyna we wszechświecie, nikomu się nie chce pochylić i pod skorupkę silnej kobiety zajrzeć. Nie chce się popatrzeć na to, co stworzyło Cię taką jaką jesteś. Na powierzchni, silna, zaradna, nie do zdarcia model, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni.

A w środku, pod wielością masek przez życie i czasem dzieciństwo pozakładanych, jest serce. Taka tam ptaszynka, o klatkę warunkowania się rozbijająca. Ledwo już śpiewa. Już braknie jej siły. Bo tęskni za miłością. Za tym jednym odważnym, który siły się nie przestraszy, bo sam będzie silny, trochę silniejszy. A Ty sama, teraz, żyjesz tęsknotą, żeby już przestać być silną, na chwilę chociaż. I pozwolić sercu bić. Tak jak potrafi. Pełnią miłości. Ciepłem. Wrażliwością. Całą Tobą. Bo taka naprawdę jesteś. Chociaż jeszcze nie do końca w to wierzysz.

 

20130726_162213

Psychopatka