Jej Wysokość Miesiączka

Tytuł już odstraszył część czytaczy, więc spokojnie mogę pisac dalej dla wytrwałych i nie bojących się Tego słowa.

Rzeczywiście rzecz o miesiączce będzie.

2016, Wysokie Obcasy – okładka, która wywołała burzę medialną i dużo kontrowersji, same komentarze pod artykułami, bo się ich naroiło wtedy, pokazywały polaryzację opinii u samych kobiet. Jak zwykle, przy temacie dotykającym tabu.

b8d602369c3d53ae49371995e6637a2f640000

Krew miesięczna to wciąż tabu. Pisałam o tym wcześniej. Nie ma sensu się powtarzać.

Oglądałam komentarze, bo to jednak „głos ludu” w tym wypadku w większości kobiecego i jedno co przeważało w komentarzach to słowa o bólu takim, że tylko zastrzyki pomogą, immobilizacji i w ogóle „gdybym mogła już tego nigdy nie przeżywać, to byłoby git”. Nic dziwnego, w sumie. Wiem, bo znam organoleptycznie.

Sama marzyłam skrycie, żeby była jakaś publikacja, która by głęboko i prawdziwie podeszła do problemu – żeby w „te” dni chociaż lżej było.

I jest! Jest! Drogie Kobiety i od tematu zdala się trzymający Panowie!

sposob_na_bolesne_miesiaczki

Tak! Bardzo tak! I od razu od bólu do przyjemności!

Ok…przyznam, że tytuł mnie w ogóle nie zachwycił, bo boję się tych uproszczeń i standaryzowania rozwiązań ale „nie oceniaj książki po jej okładce” tudzież po tytule.

Usiadłam w przerwie między obowiązkami, przy zupie, żeby zacząć, obejrzeć rozdziały itp. I… już nie wstałam dopóki nie przeczytałam całej. Zupa wystygła. Obowiązki płakały w kącie zaniedbane.

Tak, ze spokojną duszą i macicą mogę powiedzieć, że to jest TO.

Autorki (które znam osobiście i cenię bardzo) dokonały rzeczy pięknej i potrzebnej.  Pokazały od prostej medycznej strony cały cykl miesięczny. Oczywiście nie poprzestając na tym, przedstawiły sposoby (praktyczne bardzo) na to, jak sobie radzić z bólem, ale nie tylko poprzez spożycie „2 ibupromy poproszę” ale na głębszym poziomie, zmiany swojego po pierwsze stylu bycia, a po drugie rozprawiania się z naszymi (również kulturowymi) skryptami które blokują naszą kobiecość i przyjemność.

Bo miesiączka wg autorek to klucz do kobiecości, do jej uznawania, poczucia siebie jako istoty seksualnej i funkcjonowania w relacji do swojego ciała przede wszystkim. Zaznajomienie się z ciałem, uważne przyglądanie się swoim stanom emocjonalnym, nie lekceważenie tego co ciało ” mówi” a czasem wręcz krzyczeć musi, bo inaczej nikt nie słyszy. Poprzez obserwację bólu, bycie dla siebie dobrą, dążenie a właściwie podążanie za przyjemnością w końcu. Doznaniami, które mogą być dla Ciebie dostępne, kiedy nie będziesz od nich uciekać, przyjemność, i dodam od siebie – ekstaza na pograniczu z mistyką.

Oszalałam?

Zakochałam się zupełnie, a zakochanym się takie wielkie słowa wybacza. Zakochałam się, bo czułam jakbym czytała swoje myśli i słowa, które w urywkach w rozmowach w gabinecie padają. I jak śmiała się jedna z moich klientek : „Czy ty znasz wszystkich cykle czy tylko mój??”. Słowa świadczyły tylko o tym, jaką wagę przywiązuję do „bycia w cyklu”, jak wływa on na nasz stan emocjonalny, jak „walczymy” ze sobą, żeby się „normalnie” czuć, jak zapominamy o cyrkularności doświadczenia. Ech. Tak. Zawsze, zawsze zwracam na to uwagę, od kiedy, kilka lat temu, uleczyłam swój ból i zaczęłam szanować cykl, tak jak piszą o tym Voca i Natalia.

Rozrzewniłam się i wzruszałam. Łzy do zupy wpadały (a potem się dziwi, że za słona), bo smutek (bo tyle Innych cierpienia) mi się z radością przeplatał.

Publicznie więc apeluję:

Kochana Kobieto! Jeśli masz przeczytać jedną książkę w tym roku, albo w następnym, to niech będzie ta. Ok? Zrób to z szacunku do siebie, bo na taki Ty i Twoje ciało zasługujecie!

Mała książka (160 str.) i na razie tylko w ebooku do kupienia tutaj pod choinkę, na urodziny, na pierwszy dzień okresu, na poniedziałek, albo wtorek, i w ogóle bez okazji, albo z okazji, że Ty to Ty i już.

ps. Jedyny prawdziwy zarzut jaki mam: DLACZEGO ONA JEST TAKA KRÓTKA???

pps. Nie, nie jest to post sponsorowany. Oh, wait! „Sponsorem niniejszego postu jest miesiączka, która domaga się twojej uwagi, ciepła i troski!”. Może być?

Jej Wysokość Miesiączka

Tropikalny seks-wkurw

Na wakacjach się w końcu znalazłam, po trudnym i arcyciekawym roku dla mnie, potrzebowałam ostudzenia synaps i i trochę większego geodystansu od geolokacji pierwotnej.

Małą pocztówkę przesyłam więc, jak to drzewiej bywało:

Jesteśmy na jakiejś ciupince wysepce zawrotnie pięknej, jak wszystkie tutaj. Nadszedł czas powrotu do cywilizacji, towarzystwo jakoś się zbiera powolutku bo „się nie chce”, bo „małpy się plecaków czepiają”, bo „jesteśmy w Azji, więc się nie spieszę”. Mam tak, że na wyjazdach, niestety dla towarzyszy, ciągle chcę więcej i dalej i wszystko. No mam tak. Wracam więc jako pierwsza do łódeczki naszej łupineczki, żeby dalej, no dalej, coś…

Nasz miejscowy „przewodnik łódkowy”, przezwany czule „Kapitanem Ryngitem” (od malezyjskiej waluty) ma jakieś 23 lata i w spokojności biologicznej mógłby być moim synem. Wskakuję do łódeczki-łupineczki, pokrzykując na pozostałą szóstkę, która myślałam, że jest tuż za mną, ale zaginęli w dżungli najwyraźniej, że „chodźciejużno”, „ejno”, i „boodpłyniemybezwas”, próbując w tym samym czasie zetrzeć z siebie piasek, wody resztkę po pływaniu i pot oczywiście. Taki taniec-łódko-wygibaniec robię, żeby siebie i Ryngita do wody nie wrzucić, kręcąc się dookoła kręgosłupa, nagle napotykam się na, w swoją stronę wycelowanego…uwaga… penisa w całej swojej męskiej okazałości, pięknie brązowy z różowawym czubkiem, całkiem słusznych rozmiarów, no co ja będę tu penisa opisywać, wiemy jak wyglądają, nawet te „egzotyczniejsze” nie?

Jak już tak się na niego prawie nadźgałam, wzrokiem na szczęście tylko, i na „łódkowego” paluszek który ewidentnie wskazywał, że on, „pan łódkowy” chętnie by mi potowarzyszył w czymś bardziej dorosłym, to z zaskoczenia i absurdu całej sytuacji, wybuchnęłam śmiechem, nie perlistym, bo ja i perlisty śmiech to raczej nie, ale tak szczerym jak z głębi jajników potrafię. Odkiwałam głową, że raczej nie skorzystam z tak dostojnie okazanej oferty, że w sumie to bardziej bym go do piersi, kapitana „łódkowego”, nie jego penisa, przytuliła, tak matczynie, raczej, a on mi tu z takim tym..heh…Ryngit w panice, wstydzie i zażenowaniu atomowym próbował ukryć w spodenkach swoją donośną erekcję a ja obśmiewałam się dalej. Towarzystwo się przyczołgało. Popłynęliśmy dalej, kapitan Ryngit, jego grzeczny i spokojny już penis, i my.

I jak sobie tak przez ten raj płynęliśmy, to oczywiście, najpierw sobie wewnętrznie rechotałam, i też trochę zastanawiałam, czy powiedzieć reszcie, czy nie. Ale uznałam, że raczej nie, bo nie wiadomo czym to dla biednego Ryngita mogło się skończyć, jak trzech rosłych, krzepkich facetów made in Poland, by się zdenerwowało, no i kobiety jeszcze przecież tam były, też nie stroniące od ekhm, argumentu, więc dla spokojności międzynarodowej, wybrałam opcje „silence”.

Kilka godzin później jak oglądałam swoją skórę w lustrze, która przypominała już odcieniem wkurzonego indyka wzrok mi padł w swój wzrok. Stanęła (hyh) mi scena przed oczami i po prostu się wkurwiłam. Siarczyście, na głos podkreśliłam swój stan i zaczęłam sobie przypominać historie ze swojego i innych kobiet życia, kiedy w taki, mniej lub bardziej wyszukany sposób, „zachęcano” nas do seksu, gwałcąc granice, przekraczając bariery szacunku i często naruszając na zawsze, osobowość i poczucie siebie. „Co jest do cholery? rozmawiałam ze sobą w lustrze – Pamiętasz jak E. ci opowiadała, jak była w Maroku i na jej widok faceci zaczynali się masturbować, tylko dlatego, że była „biała”, a „białe” to wiadomo! Albo jak ręce ultraprzystojnego Włocha z siedzenia obok, zaczęły niebezpiecznie blisko latać, po tym jak się okazało, że wasz lot odwołali, i trzeba jechać do jakiegoś hotelu, więc jakoś siebie wesprzyjmy, a wiadomo, że Polki to ten! Albo jak P.ci mówiła, że bała się do windy z typem jednym z kamienicy swojej wsiadać, bo robił takie uwagi na temat jej wyglądu, że wolała schodami chodzić?!!”.

Nie chciałam sobie przypominać tych gorszych, dużo gorszych kobiecych historii nadużyć, gwałtów, molestowania. To co nagle mnie spotkało w rajskim tropiku to król pikusiów, ale się zdarzył i dał do myślenia skurczybyk.

Czy jest szansa na zmianę Tego? Czy ścieżka „walki” z Tym to na pewno dobra ścieżka? Czy ona przypadkiem nie tworzy więcej agresji i przyzwolenia na przedmiotowe traktowanie? Jak edukować? Kogo? Osoby z penisami? Osoby z waginami? Jak o tym mówić? A najważniejsze – do kogo?

Mam dużo do przemyślenia i jeszcze więcej do zrobienia. Bo nie wierzę w jedną jedyną formatkę postępowania w tak różnych przypadkach. Ech no.

Ps. A tu ten kawałek raju, niby bez cienia, ale jednak trochę już mniej kolorowy…

IMG_0253

Tropikalny seks-wkurw

Jestem zboczeńcem

Potocznie – zboczeniec –  «człowiek, którego zachowania seksualne odbiegają od normy».

Siada na jednym z foteli na przeciwko mnie. „Hmm..dlaczego wybrał akurat ten?” – mogłabym pomyśleć, ale nie myślę, bo może po prostu siada gdzie chce. Wypija cały kubek wody. I nie szukając kontaktu wzrokowego, wbija wzrok gdzieś za horyzont za oknem.

„Na początek, chciałbym, żeby pani wiedziała, że jestem zboczeńcem.”

Aha. „Jak mogę nie kochać swojej pracy?!!!” – miga mi na korze przedniej.

„A co sprawia, że tak pan o sobie myśli?” – przemyka mi po twarzy spojrzeniem, koncentrując się na pięknie seksownym kalendarzu Zbyluta Grzywacza na ścianie. Wzdycha.

„Znaczy ja tak o sobie nie do końca myślę, moja partnerka raczej..”

„Tak panu powiedziała?”

„No może nie dosłownie, ale czasem jak rozmawiamy po seksie, jeśli rozmawiamy po seksie, to mam wrażenie, że ona tak o mnie myśli, tylko nie chce tego na głos powiedzieć…”.

Aha. Czyli nie do końca zboczeniec jest zboczeńcem.

Okazuje się, że on „coś” robi, czego ona nie lubi, nie aprobuje, nie zgadza się, co okazuje dość otwarcie, bez zahamowań. On się wtedy zamyka i obrzuca wewnętrznie najgorszymi epitetami.

Po rozmowie z Oną, wychodzi na to, że ona tego nie lubi, bo jej po prostu niewygodnie i uważa, że jej ciało wcale nie wygląda w tej pozycji zbyt podniecająco, więc się zamyka i pożądanie znika, i się wycofuje i nici ze szczytowania jej i jego. I po seksie. A ona tonie w falach wstydu.

Jej. Prosta sprawa niby. Chór głosów może się wznieść: „No to dlaczego ze sobą nie pogadali!”. Ano nie pogadali, bo i jedno i drugie miało w głowie swój film na temat tego co się między nimi wydarza. Tak łatwo jest przecież ocenić z pozycji czytacza co zrobić, nie? A ileż razy w związkach o tych wyobrażeniach i projekcjach nijak rozmawiać nie umiemy, trzymając się Swojej Prawdy, która z Prawdą Prawdą niewiele ma wspólnego. No nic. Oni mają się dobrze, i z tego co wiem, pożycie kwitnie! (przesyłam pozdrowienia, bo przeczytają)

Ale to co mnie tak zawsze, ale to zawsze zastanawia, to ilekroć słyszę kogoś przylepiającego sobie łatkę „zboczeniec”, „nienormalna”, „chory” kiedy mowa jest o zachowaniach seksualnych, to prawie na 100% wychodzi później, że to tylko ten pęd wciśnięcia się w normy, czy raczej to, co ktoś uważa za normy. Bo broń mnie o Buddo, żebym odstawać miała od całości, wielości, przeciętności statystycznej???

A co ta „normalność” w ogóle oznacza? Bo słuchając innych i w gabientach i poza nimi, jak już rozmowa czasem schodzi na „te sprawy” to jak ten seks „normalnie” przeciętny, statystycznie ujęty wygląda?

– jest niezręcznie, czasem niewygodnie

– komunikacja bywa ograniczona

–  trochę „orka na ugorze”, a nie zabawa

– zrelaksowanie dopiero po znacznej często dawce alkoholu

– obsesyjne przejmowanie się „jak wypadnę?”

– niepewność co do upodobań partnera

– jak się coś nie podoba, to się czeka, aż to zaniknie, albo po męczeńsku znosi

– masturbacja to tajemnica

– „ciało nie takie” – za grube, za chude, za stare, za owłosione, niewydepilowane

– „penis za mały” tudzież za cienki

– „czy ona miała orgazm? czy tylko tak mówi?”

– „niech już dojdzie, i będzie po wszystkim”.

 

Tak mniej więcej, jest przeciętnie = normalne.

Myślę sobie, że jak się wypada „poza normy” to może być całkiem ciekawie.

 

Jestem zboczeńcem

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Z Dżerzim (wym. „Dż-e-r-z-i) znamy się krótko. Zanim wszedł do gabinetu, długo wybierał herbatę, potem długo czekał na gotującą się wodę. Strategie zwlekania ma opracowane, sam później powiedział.

– Z czym przychodzisz? – jeszcze przez telefon poprosił, żebym mówiła do niego po imieniu.

– Tak od razu, prosto z mostu? – uniesione w zadziwieniu brwi.

– A od czego chciałbyś zacząć?

– Yyyy..no w sumie…jestem trochę jak u lekarza..

– Zależy. Myślisz, że jesteś chory?

(patrzy na mnie uważnie, przełyka ślinę, herbata nie pomaga) Nie wiem..nigdy nie myślałem, o sobie, że jestem chory chory, ale to raczej zależy od definicji choroby.

– I organu, jesteś u seksuologa.

– Taak..Fak, nie myślałem, że będzie tak trudno..Przepraszam…

– Nie ma za co zupełnie.

– Tak, no tak… No dobrze… Mam problem z erekcją… (spuszcza głowę i z całej siły trzyma się kubka).

Całej rozmowy, a później rozmów następnych oszczędzę, bo analizowanie stanu zdrowia fizycznego i poziomów testosteronu, tudzież stylu życia nie musi być dla innych tak fascynujące jak dla mnie. Przy czym dodam, że Dżerzi zdrowy jak koń wyścigowy.

Dżerzi opowiada o tym, jak była olimpiada szkolna w podstawówce, to on się z niej wycofał, prawie w ostatnim momencie. Jak wygrał konkurs geograficzny, to nie mógł uwierzyć i dopytywał, czy komisja się nie pomyliła, nie, więc uznał, że było mało startujących i dlatego wygrał. Poszedł do liceum, nie tego prestiżowego, tego którego chciał, tylko do słabego, bo wiedział, że tam sobie poradzi, no bo gdzie on, w tym dobrym. Studia, jak studia, niewiele pamięta, nie, że tyle melanżował, po prostu niewiele się działo, wolał grać w gry, sam, nie w jakieś MMOGi tylko on sam i komp, no może czasem w LOLa. Pracę wybrał taką jakąś, żeby była, bo ta co by chciał, to raczej nie będzie startował, bo tylko się rozczaruje.

– Powiesz mi co się wtedy stało? – pytam, bo na temat „tego incydentu” milczał, ciszą znaczącą.

– Kiedy? – odpowiada, chociaż doskonale widzę, że wie, o co pytam, wzdycha głęboko i po chwili jednak kontynuuje – Jak już mogłaś wywnioskować, moje stosunki z kobietami układały się różnie, były jakieś..w sensie kobiety, ale to raczej przypadkowo, często po alkoholu.. No i jest ona..

Długo milczymy. W ogóle z Dżerzim sporo milczymy, nie, że to źle, po prostu tak mamy z Dżerzim.

– Wiesz, ja się trochę w niej …. no nie wiem, no cholernie mi się podobała, nie tylko mnie. Byliśmy na tej imprezie razem, znaczy dużo osób było, i w ogóle nie piłem, bo się bałem, że palnę coś debilnego! I co? I jakoś zaczeliśmy rozmawiać, znaczy ona mówiła, więcej, że fajnie, że jestem taki miły, że nie jak inni. No i jakimś cudem szamańskim chyba, znaleźliśmy się u niej w domu. I mówiła mi, że już mnie obserwuje od pewnego czasu i że… Jezu, a mój mózg oczywiście cały czas tylko jedno: Nie spierdol tego, nie spierdol tego, nie spierdol tego. Jak przyszło co do czego, to już wiesz… Już nigdy nie dotknę kobiety…Na ręcznym będę jechał…

Nie trzeba tu wszechboga psychoterapii i cesarza seksuologii, żeby zobaczyć, że Dżerziego mózg uzależnił się od złego myślenia o Dżerzim. To ciągłe wycofywanie się, „usprawiedliwianie” sukcesów, deprecjacja umiejętności. I niektórzy mogliby pomyśleć – o! na łatwiznę idzie! Nie idzie. Nie potrafi inaczej, on, ciągle ten gorszy, ten nie radzący sobie, nie zasługujący. Ta głowa Dżerziego inaczej nie potrafi myśleć, hamuje go, tak, jedzie na ręcznym, hamulcu. Fakty interpretuje sobie na pohybel, wszędzie, nawet w łóżku, silniejsza ta głowa od penisa.

Myślę sobie, patrząc na w połowie zapisany ekran, że pewnie każdy z nas uzależniony jest od jakiegoś myślenia, czy o sobie, czy o świecie. Od myślenia, które nas krzywdzi. Czasem nie wiemy, że można myśleć inaczej, czuć inaczej, a bożebroń zachować się inaczej. I tak w tym uzależnieniu nieujawnionym trwamy, krzywdę za krzywdą sobie robiąc, wycofując się, nie próbując, odpuszczając kiedy jednak nie trzeba było odpuszczać.

Można inaczej.

I trzymaj kciuki za Dżerziego – bo idzie na randkę z Oną. Bo Ona się wcale nie wystraszyła, powiedziała, że zdarza się, i tak, Dżerzi nie uwierzył najpierw, pomyślał, że z litości pewnie idzie, ale potem powiedział, że spróbuje, że może rzeczywiście, nie z litości, tylko z sympatii, i że może te problemy z erekcją mogą się zdarzyć, jak ktoś tak sobie „w głowie napierdala”, cytuję, bo Dżerzi już przestaje, powoli.

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Na 2015 – seksownie

Nie zapomniałam o życzeniach na Nowy Rok! Chociaż to data raczej symboliczna, to rytuałów przejścia potrzebujemy nawet w erze 2.0 czy już 3.0? Nieważne. I tak ich potrzebujemy. Co prawda Stare można zostawić w każdej chwili, a Nowe zacząć od poniedziałku, któregokolwiek, ale jakoś potrzebujemy zaczepienia w czasie, odcięcia przez datę, błogosławieństwa kalendarza na „nowej drodze życia”.

Chciałam coś publicznie „po-życzyć” i jak to z życzeniami, ugrzęzłam…

Na szczęście, na ratunek przyszła sztuka, wysoka czy niska, phi, nieważne.

Przedsylwestrowo udało mi się dostać, dzięki uprzejmości przyjaciół, na spektakl kabaretu mocno warszawskiego „Pożar w burdelu”. Jeśli nie słyszeliście, to koniecznie zjutubować, bo to jedyny polski kabaret, który jestem w stanie znieść, którego gorzko – śmieszne, ale błyskotliwe do bólu show, pozostawia mnie w stanie arcyprzyjemnej nieważkości za każdym razem. W skrócie – Polecam!

W kabarecie, jest jedna mi postać niezwykle bliska: doktor Janusz Fak – terapeuta miasta. Już wiecie dlaczego, bliski, hyh.

W tym odcinku, Dr Fak zaczął właśnie od trudności składania sobie życzeń. Monolog jakby mi z głowy wyjął.

No bo czego sobie życzymy, tak ogólnie? No zdrowia, no szczęścia, no miłości, no „czego tam Ci potrzeba”. No takie bylejakonijakie te życzenia trochę. I tu nareszcze przełom! A jakbyśmy tak sobie życzyli: „Dobrego Seksu!”?

No nie wybrażam sobie, że moim 90+ letnim babciom tak życzę, które są fankami pewnej opcji religijnej, bez wpędzania ich w przedwczesny atak serca, choć dobry seks każdemu do tzw. śmierci się wg mnie należy.

Ale tak serio – tego właśnie bym chciała Wam życzyć: „Dobrego Seksu!”.

Takiego przed duże S, albo małe. I wg indywidualnej oceny, co jest dla niego „dobre”, byle tylko innych nie ranić i wykorzystywać!

Ale może pójdźmy dalej, a co! A gdybyśmy mieli takie całe „dobre, seksowne życie”? Bynajmniej, nie oznaczałoby to, że ganiamy codziennie w podwiązkowych kabaretkach, bez bielizny, z wyćwiekowaną obrożą na szyi, choć znam kilka osób, płci różnych, którym by się to podobało.

Nie no, jak sobie tak to przetwarzam, to czuję bardziej: pełne, soczyste, przyjemne, spełnione, orgazmami różniastymi wypełnione, życie. Mmmmm… Miło, prawda?

Zrób sobie mały eksperyment. Czy pamiętasz tzw. „seks życia”? Taki co to od razu po takim haśle przychodzi do głowy…. (już? jest wspomnienie? jest czucie? może, jakieś…małe…podniecenie?).

To nie musi być 100 bilionów pozycji z Kamasutry. To może być ten, gdzie emocje i ciało, potrąciły obręcze Saturna, hyh. Albo ten, gdzie nawet „ziemia się nie poruszyła”, ale odczuwana bliskość z partnerem/ partnerką, sięgnęła Twojego rdzenia, duszy. Może, nie musi. To może być ten, którego nie można zdefiniować, dlaczego jest „seksem mojego życia”. Bo jest i koniec. I nikomu nic do tego.

No dalej. Zamknij oczy i pamiętaj.

Pozwól sobie.

Poczuć.

W ciele. Całym…..

W emocjach…..

W mikroodczuciach…..

W obrazach…

W zapachach…

W dźwiękach….

W Tobie, na Tobie, od Ciebie….

Już?

To jeszcze trochę…

Czuj.

Niech ta wyobraźnia i pamięć pracuje.

Już wiesz? Pamiętasz?

To takiego życia Ci życzę.

Życia.

Love!

images (2)

Na 2015 – seksownie

Lustra

Ktoś ten stary wpis znalazł. Wpis trudny, bo osobisty, bo w bólu pisany. Ten sam Ktoś mnie potem zapytał: „Serio myślisz, że tych luster wokół siebie potrzebujemy, żeby siebie lepiej zobaczyć?”.

Automatycznie zaczęłam odpisywać, że tak przecież, że jesteśmy bestiami wspólnotowymi, że w związku z innym, te wszystkie schematy i uwarunkowania najbardziej widoczne, bo jest bliskość, intymność, otwarcie, jesteśmy, my wtedy, całkiem nadzy, emocjonalnie i fizycznie, że jak u Herberta prawieki temu przeczytałam: „Człowiek sam jest śle­py. Mu­si mieć wokół siebie lus­tra al­bo in­ne oczy. Kocha – to znaczy przygląda się sobie”, i w ogóle ewolucyjnie tak przysposobieni.

I już prawie „enter” z gotową odpowiedzią nacisnęłam, ale jakoś z przekory trochę, do siebie „Serio?”.

Porozmawiałyśmy sobie wtedy – ja i ja – tak, wiem, nieco schizofreniczny duet tworzymy, no ale padło na mnie, bo jednak już pora zapadła ciemna, kiedy ludzie zazwyczaj śpią, a nie filozofują.

Przeczytałam jeszcze raz ten stary wpis, ten sam ból poczułam, może nie ten sam, a jego wspomnienie, bo ciało pamięta, wszystko. Popatrzyłam na swoją drogę, od tego momentu. Wciąż pamiętam inspirację, natchnienie, flow i to co w tej relacji było. Dla mnie. I to w jaki sposób myślałam o sobie wtedy, przez jej pryzmat. I pomyślałam – nie.

Grube NIE. Wiele rzeczy TAK, był moim lustrem (jak we wpisie) ale nie do końca. Przecież on też miał swój zestaw uwarunkowań, schematów, przyzwyczajeń emocjonalnych. Widział mnie przez swoje filtry poznawcze. I tak reagował. Nie mógł nie.

Jakie to zdradzieckie, pomyślałam, tak przeglądać się w oczach innego, bo kiedy „kochamy”, tak mocno ślepo wierzymy, że cokolwiek tam widać, to prawda najprawdziwsza, bo słowa, zachowania, traktowanie przez, na ten czas, osobę najważniejszą, najważniejsze, więc najprawdziwsze. Brakuje emocjonalnego dystansu, widzenia siebie, bo zauroczenie skutecznie oczy zalewa. I tak dajemy sobie strzał w serce – podwójnie trucizną naładowany: z jednej strony – kłamstwo filtrów drugiego człowieka, a z drugiej mózg na amfie hormonów.

Bacik sobie można z obwiniania siebie niezły utkać, że przecież można inaczej, że powinnam wiedzieć lepiej, że przecież to nie miało prawa zaistnieć i takie tam śliczne razy sobie raz po razie zadawać.

Wzdechnęłam sobie głęboko. Niczego już przecież dawno nie ma. Czasem tylko sobie coś o nim przypomnę, tylko ten stary wpis wbija się w świadomość, przeszłą rzeczywistością emocjonalną.

Nie ma sensu się biczować. Lustra są nam potrzebne, żeby zobaczyć siebie, inaczej, przez perspektywę Innego. Ale już nie ufać temu odzwierciedleniu tak mocno, już pamiętać, że to może być krzywe zwierciadło, a my tacy pokrzywieni, karykaturalni, nieprawdziwi tacy w nim jesteśmy. Bo to nie my. To nie ja. Nie do końca. Banalnie? Czy można to od razu czy szybciej zobaczyć? Można. Trzeba. Ale czasem nie wychodzi. I kropka. I nie biczować się. Nie ma po co i dla kogo.

 

 

Lustra

Dlaczego w polskim radio nie mogłam opowiedzieć o „pochwicy”?

W mediach do których jestem czasem zapraszana jako ekspert, zdarzają się różne tematy. Tym razem w Czwórce miałam mieć temat „Ciało, nagość i media”. Podskoczyłam z radości, bo to przecież temat – samograj można powiedzieć, i o każdej jego części spokojnie mogę mówić godzinami – i z perspektywy psychologicznej i seksuologicznej oczywiście. Razem z psychologiem społecznym, który zdecydowanie rozszerzał podejście na różne kultury, stworzyliśmy bardzo udany duet!

I było o stereotypach płci i ciała wykorzystywanych przez media. I o podwójnych standardach, że nagi biust na plaży to prawie ok, ale już karmiąca matka w Arkadii to już nie. I o stabuizowanym ciele, i wychowaniu seksualnym, tym niedostępnym. I o tym jak bezmyślnie często dzielimy się pewnymi treściami i fociami w soszialach. I jak przesuwamy granice tzw. „przyzwoitości”. I jakich konsekwencji możemy się spodziewać po takim „ekshibicjoniźmie” – emocjonalnym, cielesnym i statusowym (nikt nie może przewidzieć, bo technokraci zaskakują nas coraz bardziej i szybciej). I było o tym, jak te standardy tzw. piękna ciała wpływać mogą na młode, kształtujące się dopiero samooceny chłopców i dziewczyn. I udało mi się też o pozytywnych aspektach tego wszędobylsko „odkrytego ciała” nadmienić. No git, nie??

I się pośmieliśmy, i podopytywaliśmy, i poteoretyzowaliśmy. Uwielbiam. Ale.

W pewnym momencie, w tzw. przerwie na utwór muzyczny, prowadzący, świetny gość (nazwisk nie przytaczam, ktoś bardzo zdeterminowany sobie znajdzie), pyta: ” Iza, a może jakąś historię gabinetową, z pełnym zachowaniem pufności i anonimowości, co??”. Masz, no pewnie, myślę, bo to mało znam!! „Słuchaj to może o pochwicy opowiem, jak już jesteśmy w temacie wstydu i uwarunkowań kulturowych???”. Panowie obaj się zawiesili na chwilę, zafrasowali z nienacka. „Yyyyy, wiesz co, obawiam się, że w polskim radio ok. godziny 13.30 to może być mimo wszystko niezjadliwe, może jakiś skandalik z tego wyjść…tak ci tylko mówię z mojego doświadczenia..”. Mój drugi rozmówca dodał tylko „Wiesz, może po 22.00 to by poszło..”. Zamknęłam więc paszczę i przytoczyłam bardziej „cywilizowaną” historię o chłopcu, któremu zakazano edukacji seksualnej, i kiedy „zmazy nocne” się pojawiły, uznał, że jest śmiertelnie chory…no…. .

Zafrasowałam się, później o tym rozmyślając w pojedynkę gdzieś między Stacja Racławiacka a Metro Centrum. Dlaczego „publiczność” nie jest gotowa do rozmowy o tak częstym zaburzeniu dotykającym wiele kobiet? Bo co? Bo nazwa boli – „pochwica”?? To jest zaburzenie, choroba w klasyfikacji chorób ma swój prawowity numerek, tak jak zapalenie płuc, ospa czy inne, bardziej dopuszczalne medialnie.

A gdybym podała przykład mężczyzny z zaburzeniem erekcji, albo zanikiem popędu, to byłoby ok?? Nie mówimy o chorobach tzw. wstydliwych? A skąd można się dowiedzieć, jak nie z mediów? Że w ogóle jest coś takiego (wiele kobiet nie wie, że takie schorzenie istnieje i jest praktycznie w 100% uleczalne), że takie a takie są symtomy, że można się pozbyć cierpienia, że to się leczy, że są specjaliści, którzy są w stanie się tym zająć. I że nie ma się czego wstydzić, i po co cierpieć. No ale nie.

W radio polskim publicznym o 13.30 nie można. Bo tak.

 

Dlaczego w polskim radio nie mogłam opowiedzieć o „pochwicy”?

Jak wykastrować kobietę?

Bo mężczyznę wg Woodiego Allena tak: „ Wolę, abyś był moim przy­jacielem niż kochankiem”.

Zadumałam się chwilę i żeby nie przesadzić z tym topieniem się we własnych myślach, zadałam pytanie na Fejsuniu, na znakomitym (hyh) fanpejdżu tegoż bloga – i co? (Jak ja uwielbiam z Wami tam rozmawiać!!). Posypały się podpowiedzi i wiadomości na privie.

Ano okazuje się, wg opinii publicznej (i nie tylko), że prawie dokładnie tak samo – jednym, pojedynczo złożonym zdaniem, które brzmieć może ono różnie np:

Zrób coś, żeby twoja przyjaciółka zwróciła na mnie uwagę.

Lubię cię, jesteś mi jak siostra.

Nie jesteś w moim typie.

Kocham Cię, jak siostrę.

To takie wytchnienie – aseksualna relacja.

Udowadniasz mi, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną może istnieć.

Zakochałem się. ” Dlaczego mi to mówisz” ” A komu mam powiedzieć? Jesteś moją przyjaciółką.

Piękne, nieprawdaż?

Prawdaż, jeśli czyta się niektóre z nich bez kontekstu. Tak – wolnostojąco. Bo cóż złego jest w miłości siostrzanej, w przyjaźni damsko – męskiej, w nieseksualizowaniu relacji??? No nic przecież.

Gorzej, kiedy kontekst sobie podepniemy pod te wiekopomne zdania. Bo tam ta jedna strona, w tym wypadku kobieta, pewnie kocha, albo przynajmniej bardzo jej zależy na danym osobniku, a tu dostaje kołek osikowy prosto w serce. Żeby tam w serce! Strzał prosto w łechtaczkę, wargi sromowe i waginę, tak mocny, że cycki również odpadły.

Jednym zdaniem pozbawione kobiecości, unieważnione, aseksualne. W relacji, która jest/ była ważna. Och, boli. Bardzo. Krew emocjonalna się leje i nie ma jak jej zatamować.

I co dalej?

Często się trwa w tym zawieszeniu, w nieodklejeniu, na granicy masochizmu, bo nie można nie. W relacji, która kiedyś uskrzydlała. A tu biedna „jużniekobieta” tępy skalpelek w rączki „oprawcy” sama wręczyła, a on jej te skrzydła umiejętnie odpiłował. Siedzi więc, patrzy na cząstki genitalne siebie i poplamione juchą skrzydła duszy i myśli, że już zawsze na zawsze tak będzie.

Ech, tak siebie nawzajem „kastrujemy”, z sił witalnych obrzezujemy, niespełnieniem się napełniamy. Bo to nie tylko mężczyźni nam, kobietom, my też, ofiary bezpenisowe gdzieś za sobą pewnie pozostawiłyśmy.

I myślę sobie, że potrzeba trochę serca, trochę uważności na siebie nawzajem, w szczególności w tych niewyrównanych relacjach.

Jeśli tak Pana Ego w sobie chcecie dopieścić, to nieładnie. Bo dźwięczy mi zdanie przez kumpla wypowiadane:

Karma to dziwka, zawsze musisz płacić

Może nie dziś. Może nie jutro. Ale trzeba będzie.

Ku rozwadze. Dla nas wszystkich. Czasem „wykastrowanych”, czasem „kastrujących”.

Favim.com-3802
art by Favim.com

Jak wykastrować kobietę?

Jakie porno oglądacie?

Z ciekawości pytam, zawodowej, też.. Ale nie będę psychologizować pt.”Pokaż mi jakie porno oglądasz, a powiem Ci jakim perwersem jesteś”. No nie.

Ja porno oglądam, również z powodów zawodowych, żeby wiedzieć co w trendach kopuluje. Mam niestety dość mocno wyrobioną opinię na temat ogólnie dostępnej sexrozrywki, o czym pisałam tu i tu. Trudno mnie zadowolić (hyh, nie wczytywać tu nic, bo podtekstów nie ma). Przaśność mnie odrzuca. Hardcore często śmieszy. Erotyki miziające nudzą do omdlenia. A inne brzydzą, bo są po prostu brzydkie, źle zrealizowane i szczują obleśnością. Wymagająca ze mnie kobieta, no cóż.

Na szczęście jest nisza, jest cudo, jest tajemnica, jest transgresja, jest miejsce na wyobraźnię, jest uruchamiacz fantazji!

20130913_131550

Suka Off! To team realizujący projekty z pogranicza, no tak, dla niektórych smaku, dla niektórych legalności, dla niektórych hardcore pornografii. Dla mnie inspiracja. Śledzę ich poczynania artystyczne od kilku lat, i jak wydali porno ze swoim udziałem, pobiegłam do klawiatury jako pewnie jedna z pierwszych, żeby tylko zamówić i oglądać i oglądać…

Nie zawiodłam się. Znając ich działania – performance, teledyski (tak, tak..polecam c.h. district, vilgoć czy wiracki) och..Podnoszące tematy trangresji i umowności płci jako konceptu, przemocy i strachu jako infekcji, choroby. Szukające nowych nośników komunikacji – ciało, nadpłciowość, maszyna, substancja. Przekraczające granice naszych osobistych zahamowań, kompleksów i frustracji kulturowych – nie zawiodłam się.

W końcu na zeszłorocznym festiwalu wydawnictwa Okultura, w końcu, zobaczyłam ich performance na żywo, co w Polsce jest rzadkością. Niestety. Ale widziałam. Nie pamiętam czy oddychałam. Magia. Gęsia skórka. Ciało reagowało tak jak ciało chciało. Wyzwanie rzucone każdej sferze tożsamości. Serio. Och. Tak.

To nie jest materiał dla każdego. Rozumiem, że może odpychać. Być niezrozumiały. Może obrzydzać. Wg mnie – powinien być obowiązkowy dla studentów seksuologii, psychologii i życia.

A porno, jest..takie jak lubię. Nieoczywiste, pełne niedomówień i nagości, z tajemnicą i historią, i pięknymi ciałami i świetnymi kadrami. Oj, no więcej chcę!

#nienasycenie Suka Off!

Jakie porno oglądacie?

Prawdziwy Mężczyzna

Odpalam Fejsbunia rano, a tam na wallu siedzi od przyjaciółeczki, co to dba o moje zdrowie psychiczne taki tam artykulik, a w nim same zdjęcia. I to jakie! Rzuciłam się więc od razu (czyli po 10 h) do klawiatury, bo muszę to dla potomności (czyt. dla siebie na długie wieczory zimowe) uwiecznić. Oto są, piękni Panowie!

The Sun sesję zdjęciową zrobiło, a potem już poszła lawina lajków, sharów, retweetów, reblogów i innych reprintów (w tym Queerty). Internety się w Panach rozmiłowały, i dobrze! Nareszcie –  z damskich, podeksyctowanych piersi się wyrwać chciało, ale zamilkło, bo oglądało! Panowie po lewej, odważni, bo wobec bogowo – herosowo- gladiatorskich ciał stanęli! Tych znanych, przez rzesze i reklamodawców uwielbianych. Oto efekt..

tumblr_msywbkjgpz1ql3ntoo9_1280

tumblr_msywbkjgpz1ql3ntoo7_1280

tumblr_msywbkjgpz1ql3ntoo3_1280

tumblr_msywbkjgpz1ql3ntoo5_1280

Piękni, nieprawdaż? Ci po lewej. Prawdziwi. Męscy jak cholera. Bo właśnie, autentyczni. Ci po prawej, no są, ok..Ale jakoś tak, jak w muzeum się czuję patrząc na nich – zbyt estetyczni, wymuskani w tej swojej seksualności, zbyt mało prawdziwi,  „uprasza się o niedotykanie”.

Jak się czuje facet patrząc na tych bogów olimpijskich? Nie wiem osobiście, ale jak wyraził to mój niedoszły narzeczony, komentując kampanię H&M z Beckhamem: „Facet ma nie być piękny, tylko charakterystyczny, a mięśnie ma mieć od pracy albo od uprawiania seksu”. No cóż. Pozamiatał. Ale trochę prawdy w tym było. Wiem też, bo tak się „powszechnie uważa” (cudowne stwierdzenie), że panowie z samooceną ciał swych problemów nie mają. Bujda to na kółkach bo jak już się z facetami porozmawia szczerze, ja mam taką sposobność zawodową (ale nie tylko), jak wiemy, to kompleks na kompleksie siedzi, i tak jak u kobiet często, zupełnie bez pokrycia w prawdzie, czyli w ciele narzekającego.

Panowie martwią się swoją wagą (za małą, albo za dużą). Za małą masą mięśniową. Za wzrost niski, za wzrost za wysoki. Za owłosienie lub jego brak. Brzuch kompleksem naczelnym bywa – ten z ciąży spożywczo- piwnej, tak, tak.. Nie wspomnę już o kompleksie małego Pana i Władcy, bo o tym drzewiej pisałam.

I co? I dobrze, że takich śmiałków Janów Kowalskich wobec herosów marketingowych pokazują, bo może wtedy Panowie spojrzycie na siebie, potem na nich i się okaże, że wcale nie jest tak źle. Jest dobrze, ba, nawet bardzo! Bo my kobiety, tak no, trochę tak głosem połowy ponad narodu przemówię – my Was uwielbiamy, takimi jakimi jesteście, z waszymi kompleksami, z łysinami, z brzuchami (tylko, ej..nie odpuszczać sobie przesadnie).

Jesteś seksowny, kiedy jesteś autentyczny, wstydu ciała w tobie nie ma, tylko używasz go do, no well, np. dawania nam przyjemności i brania jej z naszych ciał… mmmm… Nie musisz być ideałem, nie musisz się porównywać zbytnio, chociaż wiem, że w swej naturze Wojownika zawsze będziesz chciał być najlepszy. Jesteś – dla swojej kobiety, skoro Ciebie właśnie wybrała, i Ciebie kocha. Z mięśniami, czy bez.

Nie musisz sobie nic udowadniać.

Kompleksy nie są sexy.

Popatrzę sobie jeszcze na powyższe zdjęcia – takie jedno w szczególności..mniam… 😉

Prawdziwy Mężczyzna