Tu o sens życia chodzi, proszę pani!

IMG_20140912_085303

Zimno i ciemno na zewnętrzu. Sporo z nas jęczy i marudzi i wyciąga termometr depresyjny sprawdzając czy już ma SADa (afektywne zaburzenie sezonowe) czy jeszcze nie. Ech no, samo się nasuwa – taki mamy klimat i już. Znajomi mnie pytają: „Ty to pewnie całe uszy roboty masz, nie?”. Mam. Ale nie więcej niż latem.

Ale rzeczywiście rozmyślam sobie częściej o tych depresjach. I o tych prawdziwych, klinicznych, ostrych, niemożliwych czasem do przeżycia, tak niebezpiecznych. Ale też tych, które depresjami wcale nie są. Tak się tylko nauczyliśmy etykietować nastroje, bo łatwiej, bo „wszyscy wiedzą o co chodzi”.

Ale tak patrząc na lata spędzone na fotelu terapeutycznym, wiem, że tyle odcieni „depresji”, ilu z nas ją przeżywających. A czasem nie o depresję wcale chodzi.

Bo często pod koniec roku właśnie przychodzi czas rozliczeń i my funkcjonując w tym turbopośpiechu z dziesiątkami obowiązków nakładanych czy nałożonych samym sobie, z tymi planami zmian, nie dorastamy czasem do swoich założeń ultrapędu i obrazu supersiebie. I jak już te rozliczenia przychodzą, bo zaraz sezon podsumowań się zacznie, to może czasem blado we własnych oczach wypadamy i bęc! „depresja” gotowa.

Albo inna – ta, która przysparza terpeutów o frustracje największe (przynajmniej kilku, których znam) – ta, która ukryta pod płaszczykiem symptomów, kryje w sobie pytanie, tajemnicę, nas samych. I jak już przedrzemy się, wraz z Cierpiącym, przez zawiłości zniekształceń, to wdzimy, że tylko i aż o to chodzi – sens życia. „No to grubo” – choć nie przystoi, zazwyczaj tak sobie myślę i zaczyna się prawdziwa Przygoda, bieganie po znaczeniach doświadczeń i pięknie „tu i teraz”, i odkrywaniu, często tego, co najprostsze.

Ale czasem jest już tak, że cierpienie nie pozwala na takie trochę filozoficzne rozważania jasnego umysłu. Bo on już tak zaciemniony cierpieniem i bólem, jawnym i tym wewnętrznym, że nijak nie można się niczego złapać. Nie widać co się ma. Widać tylko te potrzeby niespełniane, wymarzone. Widać tylko porównywanie się do innych w niemym krzyku bezradności, widząc tylko kawałek obrazka, część błyszczącego fałszywym światłem imażu. Widać tylko te braki, dziury w życiu, w codziennej powtarzalnej rzeczywistości. Widać tylko…nie, nic już nie widać. NIC.

Wtedy słychać rady zewsząd – najgorsze jakich można udzielić – „to minie”, „ale zobacz ile masz, ile osiągnąłeś”, „jesteś potrzebny innym”. I to wszystko pewnie prawda, ale nie wtedy. Wtedy to zdaje się być kłamstwem, wkurza i boli. Rady porady, won!

Jakieś dwa życia temu, pracując dla armii amerykańskiej stacjonującej na południu Węgier, gdzie front konfliktu jugosławiańskiego był praktycznie za oknem, śpiąc urywanym snem w koszarach, pośród kobiet w mundurach, od jednej z nich dostałam najważniejsze słowa, które pamiętam do tej pory.

Im nie było łatwo, walczyły ramię w ramię z mężczyznami, ale dodatkowo narażone na przemoc, tak, to nie fikcja filmowa, często padały ofiarami nadużyć, molestowania fizycznego i psychicznego. Wróg był na zewnątrz i wewnątrz.

I właśnie jedna z nich, przy śniadaniu, które akurat wypadło ok.4 nad ranem, opowiedziała mi prawie szeptem o upokorzeniu bycia zgwałconą przez swoich kolegów. Nie przytoczę szczegółów. Niepotrzebne. Nad kubkiem z kawą wybrzmiały tylko jej słowa: „Myślisz, że nie chciałam ze sobą skończyć? Chciałam, bo wiem, że prawo ich nie dosięgnie, bo nie. Bo tak już jest. Ale wtedy mówię sobie, tylko się nie śmiej, bo to takie banalne – „not dead yet, can’t give up” – tak, jeszcze nie umarłam, nie mogę się poddać…. Mówiłam, że banał. I tak sobie jestem, dopóki się budzę…”.

I tak mi to zapadło. I właśnie w tych ciemnych chwilach, i tych, które przeżywam z innymi cierpiącymi, i w swoich własnych, o tym „banale” pamiętam.

I na wtedy, to staje się sensem, samo przeżycie. Tylko tyle. Bo ciągle jestem. To wystarczy.

Tu o sens życia chodzi, proszę pani!

Znasz kogoś z chorobą psychiczną?

Ale taką zdiagnozowaną? Z etykietą jakiegoś F. coś.. (wg ICD -10, Klasyfikacji Zaburzeń Psychicznych)?

Ja znam wielu. Jasne – it goes with the job. Ale znam też osobiście, kilku kochanych „wariatów”. I pamiętam też czasy, kiedy stażowałam do upadłego w warszawskich szpitalach i przychodniach, tam to już można było przebierać w zaburzeniach. Jasne.

Znam tych ludzi. Wielu z nich, walczących i poddających się.  Chodzących ze swoim cierpieniem pod rękę. Nadwrażliwych, delikatnych, często bezwiednie, krzywdzących innych, bo nie mogą inaczej, ale częściej raniących siebie, przede wszystkim.Na lekach, albo próbujących przetrwać rzeczywistość bez.

Ale najwięcej nauczył mnie kiedyś, na 3 roku studiów na stażu, pewien pacjent z etykietą schizofrenii, takiej kolorowej, z urojeniami i halucynacjami. Kiedyś na papierosie, kiedy już ustabilizowany był na długim pobycie w szpitalu, opowiedział mi coś, czego na sesjach nigdy nie słyszałam od niego: „Wiesz co jest najgorsze?? Nie te wytwory, nie szał emocji, nie to, że widzę coś, czego nie ma. Nie. To, że jestem skreślany, jak tylko ktoś usłyszy, że żyję z taką chorobą. Na wszystko co robię patrzy się przez:”Wiesz, to wariat..”. Bez względu, czy jest akurat remisja, czy pigsy działają..Nie! Zawsze jestem tym kurwa pierdolonym wariatem! Po co się wysilać? Po co być szczerym?”.

Czy etykietujemy? Prostych heurystyk używamy? Dyskredytujemy na „dzień dobry”?

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo1_500

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo4_500

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo3_500

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo2_500

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo5_500

Rozponawani?

1 i 2: Abraham Lincoln, Sylvia Plath – całe życie w ciężkiej depresji

3 i 4: Vincent van Gogh i Virginia Woolf – psychoza maniakalno – depresyjna

5: John Nash – schizofrenik i genialny matematyk – ten z „Pięknego umysłu”…

Wariaci, nie? No tak, wg kryteriów… i wg wyszukań googlowych*, wstukiwanych nie przez boty. Nie. To my. Osądzamy. Etykietujemy. Może nie dajemy szansy? Może upośledzamy swoje postrzeganie? Może nie jesteśmy w stanie poza uproszczenia wyjść?

A tych znasz? Wariatów?

Ludwig van Beethoven – psychoza maniakalno – depresyjna (uroczo nazywana dwubiegunówką)

Marlon Brando – chroniczna depresja

Jim Carey – wieloletnia depresja

Winston Churchill i Kurt Cobain – dwubiegunówka

Charles Dickens – chroniczna depresja

Ernest Hemingway – depresja, która wiemy jak się skończyła

Billy Joel – ostra depresja z próbą samobójczą

Michał Anioł i Izaak Newton też coś mieli, ale trudno teraz to zdiagnozować na 100%.

J.K. Rowling – autorka „Harry Pottera” – depresja..

Winona Ryder – ataki paniki i ostra depresja

Philip K. Dick – schizofrenia

Ci, pierwsi przychodzą mi do głowy. Lista jest długa. Nieoczekiwana. Nie wspominam innych zaburzeń, bo za długo by było.

Oczywiście. Nie wszyscy „wariaci” to geniusze. Nie każdy geniusz to wariat.

Może ta stygmatyzacja, te etykiety, ten brak wrażliwości i osłonki nietolerancji to wyrzućmy za siebie? Bo co będzie, kiedy Tobie się przydarzy, że „zwariujesz”, tak klinicznie??

*o „wypełnieniach Googla”  pisałam tu 

Znasz kogoś z chorobą psychiczną?

#wstyd

Nie-gabinety i gabinety. Życie i nie-życie.

Wstyd.

2605784-16x9-340x191

Zżera. Konsumuje. Nadgryza. Jest. Obecny.

Ile razy o nim słyszałam? Ile razy sama go czułam? Ile razy chciałam kimś potrząsnąć, krzycząc: „Nie masz się czego k….a wstydzić!!”.

I te zdania wypowiadane sobie, a w gabinecie przede mną:

„Wstydzę się siebie, wiesz, tego, że taka jestem. Gorsza.”

„Wstydzę się swojego ciała, tego jak wyglądam. Wiesz kulę się. Chcę się schować, żeby tylko nikt na mnie nie patrzył”.

„Wstydzę się tego, że nigdy nie będę wystarczająco dobra dla niego”.

„Wstydzę się tego, że się wstydzę. Bo jakby ktoś wiedział kim naprawdę jestem..Umarłbym. Gdyby mnie zobaczył, naprawdę”.

„Wstydzę się swojej przeszłości. Tego co było i może bardziej, czego nie było”.

„Wstydzę się..Siebie..”.

My. Nieperfekcyjni. Nieudolni. Nieładni. Niezręczni. Niemądrzy. Nieinteligentni. Niecool. Niepasujący. W naszych głowach tylko. Bo coś kiedyś ktoś powiedział, skomentował, zrobił albo nie zrobił właśnie. Nie zaakceptował, nie zadbał, nie kochał. Skrytykował, wytknął, nie docenił.

A my na wiarę, uwarunkowani tak, wierzymy w coś, co już dawno prawdą przestało być, a najpewniej nigdy nie było. Wstydzimy się. To potężna emocja. Ciemna. Duszę infekująca. W głębi rdzenia osadzona. To nie jest „poczucie winy” – to czuję, gdy coś źle zrobiłam, kogoś zraniłam. Wstyd jest zawsze.

I próbujemy markować, zasłaniać, chować, kryć. Jeszcze tylko kilka nagród, jeszcze awansów ze dwa, jeszcze ładniejsza partnerka, jeszcze bardziej zajebisty partner, jeszcze kilka zer po jedynce na koncie, jeszcze podróż dookoła świata, jeszcze.., jeszcze… . I nic. Nic nie jest w stanie tego wstydu siebie, przed sobą i innymi, zatrzeć.

Może czas popatrzeć w oczy tego toksycznego potwora. I zawstydzić go, swoją prawdą, na #tuiteraz. Bo prawda jest skrajnie inna, jeśli tylko ją zobaczymy.

Pomyśl, kim byś był bez swojego wstydu?

#wstyd

„Nie histeryzuj!”

„Tylko bez dramy!”, „Przestań się tak  emocjonować!”, „Przesadzasz!”.

Drogie Panie! Czy słyszałyście któreś z powyższych, albo pochodne, kiedykolwiek od ważnego dla siebie mężczyzny?

Jeśli nie, to chylę warkocz przed Wami, jeśli tak to pewnie też pamiętacie, w jaki sposób to na Was podziałało. Jestem kobietą, jak ostatni raz sprawdzałam, a później dopiero psychologiem, i w takich momentach, które na szczęście zdarzają się rzadko, bardzo, zostaję nawiedzona przez demonicę Furię, no cóż..

Ale stało się tak, że to usłyszałam całkiem niedawno. Co prawda na Fejsbookostanie, na czacie. Siła rażenia nie była jednak mniejsza. Trudno jest tylko poczciwie się pokłócić, no bo jak? Zarzucę go emotikonami „rozhisteryzowanymi”? BĘDĘ PISAĆ DUŻYMI LITERAMI? Ooo, wtedy to ja mu pokażę te swoje emocje, hoho!

No ale stało się. Pokłóciłam się. Rozemocjonowane paluszki ledwo natrafiały na odpowiednie klawisze, a autocorrect tworzył nowopoezję znaczeniową. Pokazałam to co mnie bolało, co wkurzało, co uwierało niemiłosiernie. I co?

I usłyszałam tytułowe – „nie histeryzuj!”.

W kłóceniu się na czacie jedna rzecz jest naprawdę bardzo, bardzo pozytywna – można przytoczyć słowa i znaczenia i wytłumaczyć, jak paluszki nadążają, intencje za słowami. Powrót do słów pisanych działa też jak kubeł, niestety w tym wypadku uryny, na głowę wylany. I przychodzi oprzytomnienie. Perspektywa.

Po tym jak już się zwentylowałam, włączyłam skaner autoterapeutyczny:

Czy ja naprawdę tu dramatyzowałam, bez potrzeby, teatralnie?

Nie.

Czy miałam powody tak się poczuć?

Tak.

(Tutaj niestety dłuższa pauza była mi potrzebna, bo ławę przysięgłych musiałam powołać, pod postacią Głosu Rozsądku, Obiektywizacji Przyczyn, Poprawności Komunikacji).

Czy to był pierwszy raz, kiedy jego zachowanie w taki sposób mnie zraniło?

Nie.

Czy mówiłam o tym wcześniej w bardziej „cywilizowany” sposób (czyt. bez zbędnych emocji)?

Tak.

Czy nastąpiła zmiana o którą prosiłam, którą jasno i wyraźnie sygnalizowałam?

Nie.

Czy jest nadzieja, ech ta Matka Głupich i Naiwnych, że zmiana nastąpi?

Raczej nie.

Czy jestem w stanie iść na kompromis w tym właśnie, co jest dla mnie arcyważne?

Nie. Już nie.

Na pewno?

Taaak?

Serio, serio czy tylko trochę serio?

Serio (z westchnieniem i lękiem).

Czy ta relacja jest dla mnie ważna?

Cholernie.

Czy godzę się na takie traktowanie, mimo ocenianej wysoko ważności relacji?

Czas przeszły – godziłam. Chyba.

Czy jestem w stanie nie reagować emocjonalnie, nie „histeryzować”, odciąć ten kawałek siebie i pogodzić się z takim stanem rzeczy?

Nie.

Nie zgodziłam się w sobie na lobotomię osobowości, w zagrożeniu, że On zamilknie, odsunie się, przeczeka i jak już „Drama Queen” ostygnie, to znowu będzie miło i przyjemnie i wygodnie.

Nie zgadzam się na brak autentyczności w relacjach. W szczególności tych, które są dla mnie ważne, bardzo.

Położyłam siebie na wadze (hyh) – moja autentyczność i integralność vs. relacja z Nim. Zważyłam potencjalny ból, zawód i poharatane serce. Popatrzyłam na drugą szalkę – trwanie w częściowym kłamstwie siebie, chowanie emocji, tuptanie na paluszkach, żeby „był spokój” i relacja zafałszowana. Neee.

On jest dla mnie ważny, może najważniejszy – ja jednak, dla siebie, na dziś i zawsze, jestem ważniejsza.

Trochę będzie tak jak poniżej, ale to przecież mój świat na Nim się nie kończy, nie?

tumblr_mrrng9DJv91r6lg92o1_500
rys. by podeszczu

„Nie histeryzuj!”

Siła w trawie?

Gabinet.

Siedzi uśmiechnięty i wpatruje się we mnie tym swoim psychopatycznym błękitem. Ale to tylko kolor. Za grosz w nim psychopaty.

– Miałaś rację z  trawą.

Zdania wypowiedziane tańczą oberka, czarna skrzynka uruchomiona, ale nie, nic o żadnego rodzaju trawie nie pamiętam!

– No wiesz..że mamy być jak trawa.

Teraz to już się dziwię zewnętrznie. Moje breżniewowskie brwi pełzną po czole.

– Mogą mnie deptać, w piłkę grać, srać i sikać na mnie a ja i tak się podniosę. A to wszystko jest dla mnie tylko nawozem. Robię się przez to silniejszy. I rosnę. I się rozwijam.

– Chodziło o drzewa, nie urosną do nieba jeśli korzeni w piekle nie zapuszczą. I to nie ja, tylko Jung.

– (śmieje się) No popatrz, ale chociaż tematycznie pamiętałem. Jezu, jak ten mózg działa…

– To teraz jesteś taki podeptany i obsikany?

– Przez to wszystko, co się działo. Ze mną. We mnie. Co mi życie w twarz rzuciło. Ale żyję. I rozumiem.

Milczymy wygodnie razem.

– Otworzyłaś mnie na strach.

– Otworzyłeś się.

– (znowu uśmiech) Wiedziałem, że tak powiesz. Czekaj..jak to było..”Depresja to nie śmierć. To nie koniec.”

– Dla Ciebie już nie.

Strzela błękitem znowu. Ale tym razem już zasnutym mgłą wodną. I kilka łez ucieka.

– Siedziałaś ze mną w tym gównie. Nie ubrudziłaś się za bardzo?? Teraz czuję się silny, wiesz, przez to co było chyba..

Wiem. Wiem. Bardzo wiem. I podam Ci tylko pudełko z chusteczkami. I posiedzę sobie z Twoją nową siłą. Z Tobą odmienionym. I trochę jej sobie od Ciebie wezmę, jak mi pozwolisz. I Twojej metafory będę używać, bo chyba lepsza jest od tej Dziadka Junga.

Dobrze, że ciągle tu jesteś. Wśród żywych.

I nie. Nie pobrudziłam się. A nawet gdyby tak, to wiesz, jestem jak trawa..

 

1017439_469191336502249_1980370900_n

Siła w trawie?

Zagraj w depresję

(Już słyszę komentarze do tytułu: „sama se graj, ja nie muszę..”, ‚po jaką cholerę mam się dołować”, „co za głupota, nie mają już co wymyślać”. Ano. Przymusu czytania nie ma.)

Oczy mam otwarte na nowe rozwiązania w kwestii diagnozy czy leczeniu chorób psychicznych, co nam nowe technologie co i raz coś fajnego podrzucają. Co prawda, obiektywnym, ekhm, okiem psychoterapeuty, większość tych rozwiązań (jak niektóre appki – kiedyś opiszę), jest powiedzmy, no ładnie wyglądająca. No ale progres jest, i o to chodzi. Nie czepiam się w ogóle i czekam, niecierpliwie, bo wszędzie Postęp a w psychoterapii postęp, mam wrażenie, przypomina wyścig żółwia ze ślimakiem. Nie myślę tu o postępie w neuropsychiatrii i w ogóle w badaniach nad mózgiem, ale tak bardziej w rozwiązaniach doraźnych, jakoś słabo.

No ale wpadło mi ostatnio, coś ciekawego. Gra w depresję. Czyli – jak czuje się osoba, która rzeczywiście przeżywa depresję, nie jakieś chwilowe czy sytuacyjne obniżenie nastroju. Podejmujesz małe decyzje życiowe z podanych opcji, limitowanych do tego, co może myśleć i czuć osoba chorująca na depresję.

I można sobie zadać pytanie: po co? Ano po to, żeby poczuć się w skórze takiej osoby. Jaki to świat, jakie uczucia, jakie trudności, jakie błędne koła zapętlające się serpentynami zniekształceń poznawczych. To jedno, ale z drugiej strony, gra może posłużyć osobom przeżywającym takie trudności do poszukania pomocy, kiedy grając uzmysłowić mogą sobie opcje rozwiązań w ich sytuacji, a to już zajebiście dużo. (Na forach gry pojawiło się sporo głosów podkreślających terapeutyczny wymiar tej gry, właśnie jeśli o rozwiązania chodzi!).

Tak się zaczyna:

images

Grałam do końca. Coraz bardziej się wkurzałam – „nie, no daj spokój, tu trzeba to i sro..!!”. Frustracja na bezsilność. I właśnie o to chodzi. Bo taka emocja niestety często dominuje w depresji. Wiem. I poczułam.

Z tego też powodu gra nie jest skierowana do osób z ciężką depresją czy rozważających samobójstwo, ale do tych którzy chcieliby może troszkę lepiej zrozumieć o co chodzi, jak to jest. A jest naprawdę trudno.

Oczywiście, czepnę się – za dużo tekstu (dobra znajomość angielskiego niezbędna), mała interaktywność (gra w przeglądarce, no ale kurczę..), grafika prawie nieistniejąca. Ale ścieżka dźwiękowa fajnie dobrana, najlepiej zanurzyć się w tym smutnym świecie ze słuchawkami na uszach. Na własną odpowiedzialność, ale z dużym ładunkiem empatii proszę!

Zagraj, jak się odważysz. „Depression Quest”

Zagraj w depresję

Brzydula

imagesCA7ULHRE

Gabinet.

Zawsze siada tak pięknie, z gracją i delikatnością. Zawsze z tym uśmiechem uśmiechniętym. Nikt by nie zgadł, że tak mocno walczy z depresją, taką moc odbierającą. I już zwycięża. Już jest dobrze. Lepiej.

„Mam zdjęcia”, mówi mi z ledwodostrzegalnym rumieńcem na twarzy. Wyjmuje album opasły przeszłością. Pytam wzrokiem czy mogę. Otwieram trochę jak białego kruka, bo przecież takim jest – niesie życie utrwalone na papierze. Jej ważne momenty. Jej tożsamośc liczoną obrazami.

„Pamiętam pani minę nieodowierzenia ostatnio, kiedy powiedziałam, że wszyscy uważali mnie za brzydką i nawet trochę prześladowana byłam, niepasująca. No to jest potwierdzenie..”.

Ta moja twarz elastyczno-plastyczna zgubi mnie kiedyś w tej pracy, myślę sobie, za to reagowanie, w 1-osobowym piekle złych psychoterapeutów wyląduję, ech..Otwieram album. Ona opowiada mi o kilku zdjęciach: „tu z siostrą, prawda, że śliczna?”, „tu komunia, ja w sukience, ależ się wtedy wstydziłam”, „tu koniec podstawówki”, „a tu już liceum, z moją przyjaciółką, zawsze się czułam jak brzydkie kaczątko przy niej..”. A moje oczy okrąglutkie, obietnica „niereagowania twarzą” w pył się zamieniła. Kręcę głową i nie wierzę. Idę przez młode życie tej ślicznej dziewczynki a potem młodej kobiety.. Zupełnie nie pasującej do reszty – wysoka, niezwykle szczupła z twarzą tak fotogeniczną, tyle umiejąca wyrazic! Zjawiskowa!

I tak, to był jej jedyny „grzech”. Różniła się od swoich rówieśników, nie pasowała do standardów społeczności małego miasteczka, do kanonów urody Polski lat 90. I została oznaczona. Wmawiano jej brzydotę. Porównywano do siostry, która już trochę bliższa tym standardom była. I dorastała wstydząc się siebie i swojego ciała!

Wkurwiam się na to strasznie! Jak rażące są te słowa w dzieciństwie wypowiadane przez ważnych innych! Jak stają się prawdą, dla tych którzy je słyszą i ocenic nie umieją! Jak oni później muszą życ z tymi stygmatami przez innych zadanymi! Jak te rany krwawią, czasem przez całe życie! Jak niepotrzebne to!

Łzy mi same po twarzy lecą…Czasu nie mogę zawrócic dla niej i dla innych…Może tylko lustrem będę, żeby już jako dorośli mogli się przejrzec, w prawdzie już, nie w kłamstwach schematów..

Bądźcie uważni na swoje słowa do innych kierowane, proszę..

Zostają na długo. Na zawsze czasem.

Brzydula

Pierwszy genialny opis depresji to biblijna Księga Hioba „Piekło jest domem moim: i w ciemnościach usłałem łóżko moje (…) Wody twardnieją jako kamień i ścina się wierzch przepaści”. Ja chyba tylko tego dotknąłem. Człowiek jest jakby zatruty sam sobą i w sobie uwięziony. Staje się dla siebie izbą tortur, celą bez okien i drzwi. Nie ma ucieczki od siebie samego i samemu jest się źródłem i celem cierpienia.
Nic dziwnego, że śmierć, nieistnienie, wydaje się luksusem. Dla mnie zagadką nie jest wysoki procent samobójstw popełnianych przez będących w depresji, ale że nie robią tego wszyscy chorzy. Niech to będzie dowodem na potęgę instynktu życia.
Niesamowite. Życie jest niesamowite. Dopiero kiedy leży się na dnie, widać to w całej okazałości.

T. Jastrun

Bez ciemności nie ma światła. Bez upadania, nie ma siły powstawania. Bez łez, nie docenia się uśmiechu.

Cytat

Między piekłem a piekłem

imagesCAFB3E7D

„Spytasz mnie pewnie jak to przeżywam, prawda? Co to dla mnie znaczy? Już bywałam na terapiach, wiem co mówić. Nie boję się.

Wolisz o górkach najpierw, czy o dołkach? Dla mnie bez różnicy. To o górkach, delikatniej. To jest tak, jak z piciem. Na początku całkiem przyjemnie. Wszystko takie jasne i proste się wydaje. I łatwe. Nie ma rzeczy, która byłaby trudna. Nie ma nic, co byłoby niemożliwe. I jest energia. Och, jak ja kocham tę energię. Jaka jestem roześmiana, towarzyska, najlepszy kumpel do wszystkiego. I tak! Jestem w stanie i robię wszystko. Jestem piękna, seksowna, inteligentna i bystra. Łączą mi się wątki w głowie. Pomysły nabierają kształtu. I to różnie może trwać, czasem kilka godzin, czasem dni, tygodni. Potem nagle zauważam, że już coraz mniej snu potrzebuję. Wątki się ze sobą przeplatają..Trochę gubię ich końce i początki. Koncentracja mi się urywa. Zaczynam ileśtam rzeczy, ale niecierpliwa się robię. Siadam, wstaję. Gotuję obiad o 4 nad ranem. Albo idę biegac o północy, bo jest ta energia. Tak dużo rozpierającej głowę energii. Nie ma ujścia. Wydaję kasę, och jestem panią życia wtedy, wiesz przecież. Pewnie dla znajomych to dobrze. Chociaż nieprzyjemna się robię, bo miałkie rozmowy wtedy to już nie dla mnie. Ja potrzebuję górnolotnej stymulacji, już nie dla mnie rozmowy o psach, youtubie i pracy. Ja chcę latać. I agresywna się robię, tak na początek cynizm się ze mnie wylewa, potem już tylko wolę się upić na przykład. I wtedy jest najgorzej, bo jeszcze faceci, no i tak, kobiety się pojawiają, jak króliki z cylindra magika wyskakują. Prawie nigdy nie mówię nie. Sama sytuacje prowokuję. A w głowie karuzela, złość, krótkie, oślepiające błyski myśli, rozedrganie. To nie boli. Nic nie boli wtedy. Dlatego ten pęd za stymulacją, żeby coś poczuć. Złudnie, żeby było tak jak kiedyś. Skóra tylko swędzi, jak tysiąc robali mi się pod nią wiło, a ja wtedy chcę tylko wydłubywac je widelcem spod skóry.. Moje piekło manii.

A potem jakoś nie wiadomo jak, skąd, budzę się i nie wiem kto zgasił światło. Nie mogę nawet wstać, żeby poszukać kontaktu. I szukam tego światła. I nie ma. I słabnę. Więdnę. Chodzę jak w gęstym syropie. Mówię coraz wolniej. Głowa jak durszlak. Słów i zdań zapominam. Pójście do łazienki to wyczyn olimpijski. Wyjście z domu to wspinaczka na MountEverest. Źle słyszę. Wszystko wokół mnie jak w jakimś pędzie rozszalałym, a ja pełznę i nie nadążam za własnym oddechem. Chcę tylko leżeć i spać. Tylko nic nie robić, bo wszystko, mówię ci, wszystko mnie przerasta. Nic nie daje wytchnienia. I ten smutek. Już nawet nie smutek, rozpacz. I jedna tylko myśl włączona na Replay – skończ z tym, skończ z tym, skończ ze sobą. Tylko to.

Czy próbowałam skończyć? Tak. Kilka razy. Nie udało się, jak widzisz. Ten głos myśli jest tak ogłuszający, że nie ma nic, oprócz niego wtedy. Najgorsze jest to, że nie wiadomo, kiedy koniec tego będzie. Bo wtedy się wydaje, że nie ma końca. Nie będzie. Że już zawsze taka będę, głupia i beznadziejna, i gruba. Glista do rozdeptania. Jak ktoś mi opowiada o piekle, to myślę o tym, że tam właśnie tak jest.

Tak, brałam leki. Czułam się..eee..nie wiem, pewnie lepiej, ale nie sobą. Jakby mi kawałki siebie ktoś poucinał. Spróbuj życ bez stopy, ucha, trzech palców, biodra..Niefajnie, nie? Tak się czułam. I mówili mi – musisz, bo to genetyka, lepiej nie będzie, tylko gorzej..Mają rację przecież. Wiem o tym, ale już nie chcę. Przez prawie dwadzieścia lat od diagnozy uczyłam się siebie, wygryzałam każdą chwilę przejrzystości, śledziłam każdy nastrój, namierzałam w sobie zapalniki, podążałam, nieudolnie czasem, za myślami, i w dołkach i w górkach. Dotarłam do takiego miejsca, które wyobraź sobie, się nie zmienia. Tam chyba mieszkam. Ta prawdziwa. Tam jestem ja. Albo to tylko brednie. Ale tam się wczołguję jak już nie mogę dalej żyć, i czekam. Tam wbiegam jak oszalała w manii, żeby siebie dotknąć, i trzymać pazurami i nie zapomnieć, że jestem. Jest we mnie. To jedno wiem.

Co jest najgorsze??……. Samotność w tym jest najgorsza. Bo niby ludzie są, ale ich nie ma, nie tak jak marzę, żeby byli. Bo też nie chcę skazywać nikogo na życie ze mną. No jak?

Chciałabym żeby ktoś wiedział, jak to jest żyć między piekłem a piekłem, z kroplą siebie w środku.”

Już wie.

Między piekłem a piekłem

Puść się!

Jest w południowej Afryce plemię,  żyjące od wieków w półpustynnych warunkach. I jak to z pustyniami bywa, bardzo trudno tam o wodę. Ale też człowiek zmyślny bywa, i owi buszmeni znaleźli sposób na zdobywanie jej nawet w bardzo trudnych warunkach. Zaobserwowali, że pawiany zawsze jakoś wodę znajdują, i mają się świetnie. Buszmeni zaczęli zastawiac na nich pułapki. Zostawiali orzeszki (pawiański przysmak!) w pniach drzew, w dziurkach na tyle małych, że jak obśliniony pawianek chwytał za orzeszki, to już łapki nie mógł wyjąc. I tak biedny siedział godzinami i nie wiedział co z tym orzeszkowym fantem zrobic, bardzo się przy tym odwadniając. I jak już taki spragniony niemiłosiernie był, to puszczał w końcu te wymarzone orzeszki i w te pędy wody szukał, a buszmeni za nim. I voila – woda znaleziona na pustyni!

Nie, nie zmieniam się w panią z National Geographic ani Animal Planet, ale historia o dzielnym pawianie mnie po głowie walnęła. Bo jak często trzymamy się tych swoich „upragnionych” rzeczy? Tych relacji na przykład, które toksyną nam dusze zarażają, a my w łapkach umysłu ją trzymamy, bo przecież taaaaaka dobra jest. Jest? Dusi i zatruwa, a my chorujemy, ale trzymamy ją jak świętego Graala. Inni jakieś cele mają, które wiadomo dobrze miec jest, ale po trupach do nich dochodzic to już nie zafajne. Ale my się trzymamy i nie stac nas na powiedzenie, ok, to nie jest dla mnie dobre. Wykańczam się. Trzymamy w łapkach opinie o sobie, uwarunkowane jakimś niezbyt szczęśliwym dzieciństwem na przykład, i nie ma bata, nie puszczamy ich, bo co w zamian?? Lęków się swoich trzymamy, bo co się stanie jak przestanę się tego czegoś bac???

Obsesyjnie i destrukcyjnie trzymam się tego, co jest dla mnie złe, co mnie zabija, co mi skrzydła podcina.

A gdyby tak się puścic???

Tak po prostu, rzucic te smakowite przecież kłamstwa? Puścic się i pobiec szukac wody, tej dla duszy, żeby nie zdechnąc emocjonalnie? Żeby nie patrzec na swoją powolną śmierc? Żeby spragnione wolności serce napoic???

Chcę się puścic.

I w końcu pofrunąc.

184560_505562422816930_1815317436_n

Puść się!