Teoria Wywróconych Gaci

Zawodowo, wiadomo, teorie wylewają mi się uszami. Do każdego zagadnienia psychologicznego można przypasować przynajmniej z pięć, wykluczających się nawzajem, ale każda ważna i jedynozbawcza, prawdę wszelką ogłaszająca. I jak to z teoriami, są świetne i pożyteczne, aż do momentu kiedy skonfrontowane z życiem, bledną i mówią: „No tak, ale wiesz..”. Wiem, i ignorując je wspaniałomyślnie, pozwalam sobie na eklektyczny punkt widzeniopatrzenia. Oprócz jednej. Tytułowej. Autorstwa mojej przyjaciółki.

Zademonstruję ją na przykładzie. Własnym. Bo na siebie się nie obrażę.

Czasoprzestrzeń: jakiś czas temu, osobiste siedlisko czyt. Dziupla

Dramatis personae: ja z moimi myślami (sporo nas tu)

Scena: łażę z rozczochranymi kudełkami, wyrywając je sobie, jeden po drugim, a jest z czego wyrywać, głośno lamentując:

„Och ja biedna, ja pokrzywdzona, odrzucona, niezrozumiana, nieważna, nieistotna (kończą się przymiotniki, więc zaczynam od początku, niższym głosem). Och ja, bidulka, jak ja cierpię, jak boleję, jak bardzo, bardzo niepotrzebnam jest…”.

No dobra, może nie tak poetycko, tylko bardziej przyziemnie i wulgarnie momentami. W każdym razie, ocieram się o dno egzystencji i już wiem, że nie ma gorzej potraktowanej jednostki na ziemi. Rozżalona i cierpiętnicza, łzami ten ból wielki wycierająca, w pozie Rejtana emocjonalnego występująca.

Widzimy obrazek, prawda? No. Koronowana Drama Queen. Aż przychodzi oprzytomnienie (trening psychologiczny, hohoho). Pochlipując jeszcze, patrzę na Gacie. Niedosłowne oczywiście.

Gacie = mój stan, moje odrzucienie, moja krzywda, moja nieważność. (Bystry czytacz już widzi nadużycie wariacji „Moje”), och jakie te moje Gacie ciasno przylegające, jakie moje, intymne takie, ładne w sumie, może nawet w tej złości i frustracji, czerwone. Ba, to nawet koronkowa robota, te krzywdy moje..

I  wg zaleceń teorii wywracam je na drugą stronę, tę ważniejszą, ekhm – tam gdzie widnieją, tak, widzimy przecież wszyscy, tzw. fakty, to co jest, bez ściemy, bez wymówek, bez kwestionowania. Jest jak jest. Oszczędzę detali, bo każdy ma swoje, którymi niechętnie pewnie by się dzielił, nie dzielę się i ja. <używamywyobraźni>

Fakty są takie: <fakty, nic nie dodajemy>

Jest: <wstawiamy całą prawdę>

Osobista Ściema: <myślałam, że to …. wina, a to był mój…well, niech będzie, bączek..>

Wywrócone Gacie mi „powiedziały”, że spieprzyłam, że wyciągnęłam głupie i dziecinne wnioski, zniekształciłam prawdę, nieodwracalnie zniszczyłam relację, na której mi zależało. Bo myślałam, że te moje potrzeby, ktoś inny może zaspokoić. Źle interpretowałam zachowanie albo jego brak. Popsułam.

Tak działa ta teoria – bo nic już nie można przed sobą ukryć, bo przecież Gacie to najintymniejsza część garderoby, a ich prawdę możemy chować przed innymi ale nie przed sobą, ech.

PS: A jak historia się skończyła? Ano przyznałam przed sobą – moja wina, moja bardzo wielka wina. Widzę, wiem – a teraz, karma ugryzła mnie w dupę, na której szlachetne czerwone, koronkowe, schematyczne gacie nosiłam.

Przeprosiłam. I cieszę się cząstkami relacji, które udało mi się pozbierać. I tylko tyle zostało. MikroKawałeczki. Dobrze, że chociaż tyle.

Teoria Wywróconych Gaci