Świadomość nie przychodzi bez bólu*

Przyznaję. Bardzo nie lubię pisać o książkach, a jeszcze mniej lubię o nich czytać. Ale niestety przykuta powypadkowo do łóżka, sięgnęłam po taki tytuł i no, nie miałam odwrotu:

 

z14973955Q,-Nocne-zwierzeta---Patrycja-Pustkowiak--wyd--W-A-B

 

Wszystko zawiesza się na pierwszym zdaniu, proszę:

„W dniu, w którym ją zabiła, nic nie zapowiadało katastrofy”.

Nie mogłam nie czytać dalej. Na koniec, dwie godziny później, odkładając na bok Kindelka, sforsowanego emocjonalnie jak ja, radosne „Łot a fak?” wyrwało mi się, kiedy zobaczyłam cień Wujka Junga z czułością poprawiającego mi poduszkę. Nie, nie mam neurologicznych uszkodzeń czaszki!

W swoim niezdrowym podekscytowaniu sięgnęłam po telefon do przyjaciółki, żeby się podzielić wrażeniami, która mnie grzecznie zrzuciła i zesemesowała, siedząc i nudząc się na rozdaniu nagród Nike: „Rzuciłam cholerę w kąt, nie będę tego gówna czytać” czy coś pokrewnego. Ale do początku..

Książka wcale nie jest dobra. Nierówna, choć zdarzają się „cycatowe” perełki, np:

„- Tamcia! – mówi i klepie ją wesoło w ramię. – No jak życie, dalej jesteś singlem?

– Nie, kurwa, albumem The Greatest Hits – odpowiada ponuro Tamara. – Pośmiertnym”.

Albo:

„(…) podejrzewam, że kiedy Bóg organizował świat i rzekł „niech stanie się jasność”, to poprosił mnie, żebym się przesunęła”.

Albo:

„(…) Tobie się udaje jeszcze coś zaruchać? Ale wiesz, coś w miarę normalnego, bez psychiatrycznego rozpoznania?

– Ja piję – odpowiada Tamara. – To się nazywa sublimacja”.

I jeszcze kilka innych. No ślicznie instagramowo nie jest.

Nie zaspojluję, jak napiszę, że rzecz o samotności w wielkim mieście się ma, i to nie byle jakiej samotności, bo singielki po trzydziestce. Aa, i o piciu, i ruchaniu i ćpaniu. I można się oddać tej iskrze świętej rozpisując się smutnie o samotności, i jakie to straszne jest, no można. Opowieść wręcz zaprasza, żeby się tu pomasturbować Joyce’em albo Hoppera obrazek wkleić.

Ja tam się zamotałam sromotnie za dużo sobie pytań zadając i marszcząc w zdziwieniu psychologicznym poorane zmarszczkami czoło. Bo niby co my tu wiemy o bohaterce? Bo dlaczego ona taka bidniutka? No nie będę zamęczać, bo nuda. Chodzi o to, że jest morderstwo (patrz wyżej, pierwsze zdanie powieści).

I tu Wujek Jung już leżący obok mojego ciała poturbowanego, zupełnie aseksulanie szepce mi do ucha: „Ależ mord! Co ona tam zabiła?”.

Nie pytam skąd umie po polsku, bo to przecież Jung, bohater moich lat młodzieńczych. Tamara zabija przecież xxx, bo trochę jej się „należy” i już puściło w bohaterce wszystko, co tak umiejętnie porno-drago-alko zasłoną przykrywała. Zabiła. Ale czy rzeczywiście ją, a może to taki „Fightclub” dla singielki?

Poczułam, że wcale mi się nie chce odwołań do literatury i sztuki tej wielkiej i niższej (jakby różnica była) odwołań szukać. Bo się zatrwożyłam, zawiesiłam nad tym morderstwem. Nad tym „morderstwem”, które popełniam codziennie na sobie.

Nie, nie uprawiam tu jakiegoś egzaltowanego ekshibicjonizmu emocjonalnego, hyh, od tych etykiet mam hejterów. Nie, wolę o sobie pisać, niż używać „królewsko- partyjnego” „My”.

Ale Ja, to My przecież.

Wtedy, kiedy czegoś nienawidzę w drugiej osobie, a może jej całej, wtedy nienawidzę tej części w sobie. Bo to co nie jest częścią mnie, mnie nie dotyka, nie boli, nie wkurwia.

Co robię, żeby tego nie widzieć przypadkiem? Żeby nie było, że, broń cię Buddo przenajświętszy, mam coś „nieprzyjemnego” w sobie, że mój obraz siebie, nie jest tak śliczny, powabny i inteligentny, jak mój profil na Facebooku? Co wtedy? Ano, usuwam skrzętnie w Cień, taki niekorzystny dla własnej samooceny, wgląd. A Cień mój biedny tyje od tych moich usuwanek.

Ja w ogóle w Cień nie chcę zaglądać. Tam wszystko to, co nieuświadomione siedzi, to czego o sobie nie wiem, a raczej wiedzieć nie chcę. To co smutne, zranione, zazdrosne, mszczące się, ciemne…jak to w cieniu. Wolę to „zabić”, stąd morderstwo, jak u Tamary, u „nocnego zwierzęcia”. Bo to nie jest przyjemne, to boli, cierpię. Tak.

A kulturowo przecież, wszystko ma być pięknie i kolorowo, o cierpieniu mówić nie chcemy, chyba, że w ramach akcji charytatywnych. Cierpienie, won!

Ale sadysta Jung, już mi tu szepce: „Liebling, pełny człowiek to ta­ki, który zarówno przechadza się z Bo­giem, jak i zma­ga z diabłem”.

„Oh, really?” – odpowiadam po europejsku, strosząc sztucznie emocjonalne piórka, bo już wiem, że pełnia świadomości siebie kusi i silniejsza jest, niż cierpienie. To, co wyjdzie z Cienia mojego, do światła, wtedy już mi nie zagraża, wiem kim jestem, w pełni mojego człowieczeństwa.

Takim „nocnym zwierzęciem” jestem, od lat patrzącym na swój Cień, nie uciekam już przed Nim, nauczyłam się, że i tak mnie dogoni i w dupę sztucznej samooceny ugryzie.

A książkę polecam, mimo wszystko, bo może błysk siebie, jak w lusterku, zobaczysz..

 

* cytat zboczka Junga oczywiście

 

Świadomość nie przychodzi bez bólu*

Jakie porno oglądacie?

Z ciekawości pytam, zawodowej, też.. Ale nie będę psychologizować pt.”Pokaż mi jakie porno oglądasz, a powiem Ci jakim perwersem jesteś”. No nie.

Ja porno oglądam, również z powodów zawodowych, żeby wiedzieć co w trendach kopuluje. Mam niestety dość mocno wyrobioną opinię na temat ogólnie dostępnej sexrozrywki, o czym pisałam tu i tu. Trudno mnie zadowolić (hyh, nie wczytywać tu nic, bo podtekstów nie ma). Przaśność mnie odrzuca. Hardcore często śmieszy. Erotyki miziające nudzą do omdlenia. A inne brzydzą, bo są po prostu brzydkie, źle zrealizowane i szczują obleśnością. Wymagająca ze mnie kobieta, no cóż.

Na szczęście jest nisza, jest cudo, jest tajemnica, jest transgresja, jest miejsce na wyobraźnię, jest uruchamiacz fantazji!

20130913_131550

Suka Off! To team realizujący projekty z pogranicza, no tak, dla niektórych smaku, dla niektórych legalności, dla niektórych hardcore pornografii. Dla mnie inspiracja. Śledzę ich poczynania artystyczne od kilku lat, i jak wydali porno ze swoim udziałem, pobiegłam do klawiatury jako pewnie jedna z pierwszych, żeby tylko zamówić i oglądać i oglądać…

Nie zawiodłam się. Znając ich działania – performance, teledyski (tak, tak..polecam c.h. district, vilgoć czy wiracki) och..Podnoszące tematy trangresji i umowności płci jako konceptu, przemocy i strachu jako infekcji, choroby. Szukające nowych nośników komunikacji – ciało, nadpłciowość, maszyna, substancja. Przekraczające granice naszych osobistych zahamowań, kompleksów i frustracji kulturowych – nie zawiodłam się.

W końcu na zeszłorocznym festiwalu wydawnictwa Okultura, w końcu, zobaczyłam ich performance na żywo, co w Polsce jest rzadkością. Niestety. Ale widziałam. Nie pamiętam czy oddychałam. Magia. Gęsia skórka. Ciało reagowało tak jak ciało chciało. Wyzwanie rzucone każdej sferze tożsamości. Serio. Och. Tak.

To nie jest materiał dla każdego. Rozumiem, że może odpychać. Być niezrozumiały. Może obrzydzać. Wg mnie – powinien być obowiązkowy dla studentów seksuologii, psychologii i życia.

A porno, jest..takie jak lubię. Nieoczywiste, pełne niedomówień i nagości, z tajemnicą i historią, i pięknymi ciałami i świetnymi kadrami. Oj, no więcej chcę!

#nienasycenie Suka Off!

Jakie porno oglądacie?

Dlaczego self- helpy nie pomagają?

Nagrodę temu, kto kiedyś nie myślał o kupieniu, albo nie kupił nigdy poradnika. No takiego okołopsychologicznego. Serio. Mam nagrodę – Poradnik!

Anyone???? Za darmo daję???No kaman??

Żarcik. Jest ich setki. Nie przesadzam. To jest zazwyczaj jedna z największych sekcji w księgarniach. Rady, porady na wszystkie możliwe psychologiczne dolegliwości. I niby fajnie. Dokształcajmy się.

No ale nie. I jakości się czepiać nie będę, bo nie. Tłumaczeń też się nie będę czepiać, bo zazwyczaj tłumaczone, bardziej lub mniej udolnie, ale ok.

Bo jaka jest akcja? Kupujesz poradnik, coby Ci pomógł. Odmienił życie. W końcu. Czytasz. Inspiracja wszerz i wzdłuż. Myślisz: No nareszcie. Koniec moich problemów. Yeah! Tylko, że, well, nie do końca. Jakoś chcesz to wprowadzić w życie, te wszystkie rady, porady. I jakoś próbujesz. I jakoś nic się nie dzieje. No przynajmniej nie za wiele. Bo czegoś brakuje? Bo coś tu nie działa? No i się pewnie zniechęcasz.

No tak sobie fantazjuję, że tak właśnie jest. W gabinetach często pada pytanie o „coś dobrego do poczytania”. No to z ociąganiem wielkim podaję jakieś tytuły. Z przekory czasem. Tak.

Nie.

Brakuje doświadczenia. Brakuje ucha do wysłuchania. Brakuje tego „czynnika ludzkiego”. Gdzieśtam dostałam wiadomość – dlaczego terapia jest sexy? Bo jest. Bo jest interakcja. Bo jest żywy człowiek. Bo jest coś czego żadna książka czy e-książka nie da. Empatia. Bycie. Przebywanie. Reakcja prawdziwa na to co przeżywasz. Bo tamto to trochę jak oglądanie Kamasutry zamiast prawdziwego seksu.

Czy jest rada, porada? Nie. Ale jestem w Twoim doświadczeniu. Biorę je. Czasem rozkładam na czynniki pierwsze. Czasem identyfikujemy mechanizmy. Czasem po prostu jesteśmy. I idziemy dalej. Do Twojego celu.

Jestem Twoim przewodnikiem. Towarzyszem. Może nie byłam tam gdzie Ty byłeś, jesteś. Ale też byłam w wielu miejscach, w których Ty nie chciałbyś być. I to jest dobre. I żaden poradnik tego Ci nie da. Bo nie będzie „czynnika ludzkiego”, który będzie z Tobą. Który widzi CIEBIE. Nie przypadek. Nie uśrednioną średnią statystyczną. Ciebie.

Poradnik wkłada Cię w formatkę. Jak Ci to pasuje to spoko. Wierzę w doświadczenie. W bycie. W ocieraniu się naskórków, jak w ostrzenie metalu. W energię między dwójką ludzi. Żywą. Bijącą. W starcie się głów. Przekonań. W siłę, no ok, empatii i współczucia. I współodczuwania.

Gdzie jesteś, jestem z Tobą. Bez ocen. Po prostu.

Ale to ja.

Pamiętaj, że to mój subiektywny wpis na subiektywnym blogusiu.

Dlaczego self- helpy nie pomagają?

Siła w trawie?

Gabinet.

Siedzi uśmiechnięty i wpatruje się we mnie tym swoim psychopatycznym błękitem. Ale to tylko kolor. Za grosz w nim psychopaty.

– Miałaś rację z  trawą.

Zdania wypowiedziane tańczą oberka, czarna skrzynka uruchomiona, ale nie, nic o żadnego rodzaju trawie nie pamiętam!

– No wiesz..że mamy być jak trawa.

Teraz to już się dziwię zewnętrznie. Moje breżniewowskie brwi pełzną po czole.

– Mogą mnie deptać, w piłkę grać, srać i sikać na mnie a ja i tak się podniosę. A to wszystko jest dla mnie tylko nawozem. Robię się przez to silniejszy. I rosnę. I się rozwijam.

– Chodziło o drzewa, nie urosną do nieba jeśli korzeni w piekle nie zapuszczą. I to nie ja, tylko Jung.

– (śmieje się) No popatrz, ale chociaż tematycznie pamiętałem. Jezu, jak ten mózg działa…

– To teraz jesteś taki podeptany i obsikany?

– Przez to wszystko, co się działo. Ze mną. We mnie. Co mi życie w twarz rzuciło. Ale żyję. I rozumiem.

Milczymy wygodnie razem.

– Otworzyłaś mnie na strach.

– Otworzyłeś się.

– (znowu uśmiech) Wiedziałem, że tak powiesz. Czekaj..jak to było..”Depresja to nie śmierć. To nie koniec.”

– Dla Ciebie już nie.

Strzela błękitem znowu. Ale tym razem już zasnutym mgłą wodną. I kilka łez ucieka.

– Siedziałaś ze mną w tym gównie. Nie ubrudziłaś się za bardzo?? Teraz czuję się silny, wiesz, przez to co było chyba..

Wiem. Wiem. Bardzo wiem. I podam Ci tylko pudełko z chusteczkami. I posiedzę sobie z Twoją nową siłą. Z Tobą odmienionym. I trochę jej sobie od Ciebie wezmę, jak mi pozwolisz. I Twojej metafory będę używać, bo chyba lepsza jest od tej Dziadka Junga.

Dobrze, że ciągle tu jesteś. Wśród żywych.

I nie. Nie pobrudziłam się. A nawet gdyby tak, to wiesz, jestem jak trawa..

 

1017439_469191336502249_1980370900_n

Siła w trawie?

Psychologia pewnego „lajka”

Czasem patrząc na fanpejdża (hyh, na którego zapraszam oczywiście)  tegoż szlachetnego blogusia, zamyślam się niemiłosiernie nad „lajkami”. Nie to, że diagnozuję od razu (no dobra zdarza mi się coś wymamrotać o stanie somatopsychicznym niektórych), aczkolwiek mam prawie 100% trafność w zgadywaniu, co się komu spodoba z osób mi znanych i mnie lubiących. Ale czasem pytanie mi się zajawi – dlaczego tyle osób lubi ten post?

I tak też ostatnio było przy cytacie Ojca Pratchetta:

Wiesz co jest naj­większą tra­gedią te­go świata? Ludzie, którzy nig­dy nie odkryli, co nap­rawdę chcą ro­bić i do cze­go mają zdol­ności. Sy­nowie, którzy zos­tają ko­wala­mi, bo ich oj­co­wie by­li ko­wala­mi. Ludzie, którzy mog­li­by fan­tastycznie grać na fle­cie, ale starzeją się i umierają, nie widząc żad­ne­go in­stru­men­tu mu­zyczne­go, więc zos­tają oracza­mi. Ludzie ob­darze­ni ta­len­tem, które­go nig­dy nie poz­nają. A może na­wet nie rodzą się w cza­sie, w którym mog­li­by go od­kryć.

Nie jakieś setki osób ale w powakacyjnym moim rozruchu stronki, to naprawdę niezły wynik. I oczywiście – dlaczego? Chmurki hipotez mi się od razu na nieboskłonie umysłu pojawiły. Bo co? Bo tyle osób nie znalazło tego czego naprawdę kocha robić? Bo nie realizują się w pracy? Bo wolą status quo, niż trochę wychylić się poza wyściełaną poduszeczkami z pieniążkami strefę komfortu? Nie odkrywają swoich talentów, albo grzebią je gdzieś między kredytami hipotecznymi? Albo nie znaleźli tej pasji jeszcze?

A może po prostu tak jak ja – płaczą nad tymi, którzy tak właśnie mają?

Bo fakt – serce mi się urywa jak słyszę, czy widzę osoby, które nie spełniają swojego potencjału, bo np. w niego nie wierzą. Albo nie szukają pracy, która jednocześnie będzie ich pasją, albo chociaż w jakimś stopniu będzie spełniać. W której jest fun, jest flow, jest lekkość, albo wyzwania takie, że mkną przez życie jak kometa.

Nawet mnie to z lekka wkurza (obiecałam sobie, że nie będę już przekleństw używać). No dobra, bardzo mnie to wkurza. Bo jak spotykam kogoś takiego, który się ze sobą męczy, to ja też się męczę, bo chce mi się nim potrząsnąć i powiedzieć: „Stary, szkoda życia na życie miałkie, bez pasji, bez jaj, bez spełnienia!”.

Czuję, że mam prawo, bo tak w życiu postępowałam. To, że teraz jestem gdzie jestem, w pracy, którą uwielbiam (Ci, którzy mnie znają, mówią, że za bardzo, łącznie z moją szefową, no cóż, liczę, że nie przeczyta). Na to miejsce pracowałam jakieś 15 lat. Nie było lekko. Wiedziałam co i jak chcę robić. I mam. I żeby nie było – wkurza mnie sporo spraw z zawodem związanych, ale reszta, ta naj jest właśnie Naj!

Czego wszystkim czytającym życzę, żeby było NAJ, bo po ludzku, zasługujesz na to. I tyle.

pobrane (1)

Psychologia pewnego „lajka”

Bez uprzedzeń

Oj, The Sessions trzeba obejrzec!

 

Bo u nas w ogóle się o tym nie mówi. Bo tabu się narusza. Bo nie wypada. Bo to obrzydliwe. No jak? Niepełnosprawny i sex??? No jak?? Fuj!! A film dobry. Może nie arcydzieło. I mam nadzieję, że Oskarka nie popełni, bo to już malutka przesada by była. No ale, temat ważny! Bo zaniedbany.

No, dla wrażliwych niecyników.

Polecam.

Film

I tematy krążą wokół głowy jak sputniki wokół ziemi. I jak wybrac ten jeden, który opisze to co chcę napisac, po tym co już napisałam?

Coś z gabinetu? Pewnie..Tony tematów. Coś o związkach? Hyh, jasne. Następne kubełki treści. Coś z własnej historii wzięte? Tomów kilka.

amor fati [łac., ‘miłość do losu’], filoz. akceptacja, a wręcz miłość ludzkiego losu, w którym konieczne jest zarówno zło, jak i dobro

Wielu myśli, chociaż może zniekształcam, że terapeuta, to rozkminiacz nad rozkminiacze, i ze wszystkimi rozkminkami życia sobie radzi. Myślę, że innipsychosuperterapeuci tak. Prawie wiem, że nieomylni. Ja nie. Ja się zastanawiam. Wiecznie. Ciągle pytania sobie zadaję. Różne. I nie wierzę, że wciąż brak odpowiedzi. Inni mają. Wiedzą, że wiedzą, że mają rację, że odpowiedzi na wszystko mają, że lata doświadczeń, że inteligentniejsi, że mądrzejsi. Ja nie. Ja mam chmary znaków zapytania. Jak już jeden zlikwiduję, bo mi się prawda najprawdziwsza objawi, to w jego miejsce 5 nowych wyskakuje, jakby na pogrzeb przyszły, jak siwe włosy, jak się wyrywa, to 5 innych się pokazuje, słyszałam..

Ja wciąż nie wiem, i wciąż pytam. (A jak ktoś z moich pacjentów/ klientów/ rozmawiaczy czyta, to wiecie o czym mówię!).

Jedno wiem. Oj, oj, uwaga! Kocham swoje życie. Ale nie po amerykańsku, z uśmiechem na buźce bananowym. Ja kocham je, jak polską reprezentację piłki nożnej. No trzeba. No muszę. No nie wypada nie. No nawet jak nie jestem kibicem, a jestem, no cóż..Kibolem nawet, ech..

No kocham. No amore i w ogóle. I nie to, że moje życie to pasmo nieustających sukcesów. Boshhh, no nie…Bo ostatnio, czyli jakieś miesięcy kilka, to fakap za fakapem. Regularnie zaliczam. Proszę pytac, odpowiem. Fakap fakapem pogania. Z każdej strony. Aj min, z każdziusiętkiej. Niereformowalna jestem.

Ale i tak. Kocham.

Na przekór cynikom, sarkastom i innym okołointeligentom. Nic mnie nie obchodzą. Zupełnie. Bo kocham bez ograniczeń. Bo czekam na każdy dzień. I nie wiem co przyniesie. I może nic.

A może życie – zmieniającą – rozmowę- telefoniczną przeżyję, jak dziś, czyli wczoraj. Może..

A może będę myślec – o – tym – kim – nie – powinnam- bo – po – co..

A może spojrzę na – kogoś- po – raz – pierwszy – ale przecież – tysięczny – i – się zachwycę, jak dziś..ech..oj..

A może – znowu – dojadę – do – pracy- i pomyślę – ej- no – łatwiej- by- mi – było – w korpo –  gdzieś..

A może się zachwycę życiem, po prostu..

I powiem to, w tramwaju, na głos, i studenci Poli się wzdrygną, zajebiście jest, żyję..ej..

Po prostu.

Ej..

3 x F

Pamiętam swoją pierwszą legalną pracę, tuż po maturze. Za żadne skarby nie chciałam iśc od razu na studia, więc wybrałam taki kierunek, żeby się na niego nie dostac. Nieważne co to. Na miejsce tam wtedy,  było jakieś pińcet milionów kandydatów, więc szanse powiedzmy, miałam raczej nikłe. Ale jeśc i rachunki trzeba było płacic, więc..do pracy!  Rekrutacje prowadziła wtedy Straż Miejska. Tylko nie do biura, o nie! Ale zostałam wybrana do pracy na ulicy, jakkowliek niejednoznacznie to brzmi. Oh, yeaaaH! To była zabawa! Dziewiętnastolatka w świecie, no raczej męskim. I były patrole, i służby 48godzinne, i interwencje no, siłowe, i mandaty, och mandaty.. I w mundurze wyglądałam zajebiście! I Warszawa była wtedy oazą spokoju, bo funkcjonariuszka Iza dzielnie broniła bezpieczeństwa swoich ziomków, ha!

I jak sobie przeglądam moją cefałkę, to myślę, że zawsze tak było, że robiłam to, co mi w życiu pasowało. A jak przestało pasowac, to się przbranżawiałam i..robiłam to, co chciałam znowu. Zaczynając kompletnie od zera. Bez „znajomości”, bez nepotyzmu i takich tam świetnych pierdół. No tak mam.. No „głupi to ma szczęście” i już.

Bo jestem debilką. Jestem wariatką. Kompletną idiotką przecież. Bo??? Bo uwielbiam swoją pracę. Ja w ogóle nie „chodzę do pracy”, tylko spędzam czas przy pl. Konstytucji, na 2 albo 4 piętrze. I jeszcze taka w czepku urodzona, że mogę tego czasu sporo tam spędzac, a co! I się dziwią ludzie. A ja dziwię się tym, którzy tak nie mają. Ale serio! O co cho???

Noel Coward, taki Brytyjczyk sławny, powiedział kiedyś:

„Work is more fun than fun.”

Ja tak mam. Bo w tym co robię muszą byc 3 Efy…

Pierwszy eF:  Flow

Za Wiki podaję: „(w polskim tłumaczeniu przepływ) – koncepcja psychologiczna, którą stworzył amerykański psycholog węgierskiego pochodzenia Mihály Csíkszentmihályi. Flow można określić jako stan uskrzydlenia, który towarzyszy wykonywaniu skomplikowanych działań przy jednoczesnym wysokim poziomie wykorzystywanych umiejętności osoby jej dokonujących. Przepływ można zdefiniować jako stan poza nudą i niepokojem. Nuda występuje kiedy posiadane umiejętności są wysokie, zaś wykonywane działania są nieskomplikowane. Niepokój zaś występuje w sytuacji odwrotnej: kiedy wykonywane działanie jest zbyt skomplikowane względem posiadanych przez osobę umiejętności.”

No jestem „uskrzydlona”. Praca z ludźmi, w taki settingu jakim jest psychoterapia, jest/ bywa skomplikowana. Czerpię z wszystkich zmysłów, siedzę w „tu i teraz”, bo robienie mentalnej listy zakupów jak ktoś opowiada o swojej traumie z dzieciństwa, to takie lekkie faux pas, nie? Żeby ogarniac te trudności z jakimi zgłaszają się ludzie, ciągle szukam nowych rozwiązań, bo i nowe zaburzenia nam kwitną, ciągle się uczę i głowę łamię jak to wszystko dla pacjenta najlepiej wykorzystac. Nie ma miejsca na nudę..Fruwam wysoko!

Drugi eF: Fiero

To po włosku – duma. Ale taka duma, emocjonalny haj, kiedy udaje się pokonac jakieś przeciwności losu, kiedy sie próbuje, i nie można, a w końcu jest!! W gabinecie przekładam to na te momenty, które nawet mogą byc niewidoczne dla pacjenta, a ja widzę jak on się zmienia, jak przełamuje swoje schematy, jak wychodzi na prostą, jake leczy zranione emocje, jak składa się do kupy.. Jak ja to widzę, to właśnie mam takie fiero. Bo to jest zajebiste uczucie, że prawie chce mi się krzyczec i płakac ze szczęścia, a duma z tego co pacjentowi się udało, unosi mnie jakiś metr nad podłogę, i chciałabym zatańczyc taniec – zwycięstwa, ale nie wypada przecież, nie?? Udało się!!!

Trzeci eF: I fucking love my work!!!!I tyle. Mogę doświadczac tylu historii, spotykac tylu niesamowitych ludzi, patrzec na to jak ludzie się zmieniają i uczestniczyc w tym…I są łzy, emocje, ból, trauma, ale jest i śmiech, i żywioł, i autentycznośc. Jaki to jest przywilej??? Nie mówię, że zawsze jest różowo, boshh.., nie. I czasem się zniechęcam, i jest mi trudno, a czasem wręcz niemożliwie trudno. Ale to jest częśc obrazka. Bo trzy eFy zawsze wygrywają.

Kiedyś zastanawialiśmy się z kolegami z pracy, co bysmy zrobili, jakbyśmy wygrali jakiś znaczny pieniądz (tak, tak terapeuci, też ludzie, nie zapominajmy, o takich głupotach też gadają). No różne pomysły padały. A mnie nic nie przychodziło do głowy…No co, mieszkanie sobie kupię większe, i co? No w podróż dookoła świata, no okej? No to wrócę, i co? Widząc moją konsternację, jeden z kolegów skwitował: „No ty to nawet nie musisz myślec – za darmo byś pewnie pracowała”. No tak już mam. Mówiłam, debilka..;)

3 x F

I was born to play

Scena: dziupla moja

Czas: jakiś zajebiście gorący wieczór..późny..bardzo..

Osoby: ja

Zaczynamy dialogiem wewnętrznym: „Boshh, jak mi się nic nie chce..Nie chcę mi się czytac (rozglądam się po trylionach książek na półkach, podłodze, parapetach, pewnie mnie niedługo zjedzą..)..Nie chcę mi się oglądac..Nic..Nie chce mi się słuchac…Nic..Boże! Na pewno mam depresję!!! (włącza się psychoterapeutka) Szybciutko objawy. (ICD – 10 w łapkę – nie doczytuję do końca). Mam depresję!! Teścik szybciutko. (Wyciągam Becka..) O boshh..depresja o średnim nasileniu..Eeeee..co robic? Co robic?”.

6 h później.

Dzwonek do drzwi. Pani w błękitnym szlafroku. Pewnie sąsiadka:”Jak pani nie wyłączy tego odkurzacza, to ja dzwonię na policję!! Wie pani, która jest godzina??? (widząc znak zapytania na mej twarzy) 4.30, droga pani, 4.30!!!”.

4.30? Serio???

Nie, nie jestem fanką sprzątania w nocy. Nie, nie alkoholizowałam się. To przez nią. To ona jest winna, błękitno- szlafroko – sądzie! Ona. Playstation. 3. Zagrałam. Zwyciężyłam. Posprzątałam. Veni vidi vici. Że miałam depresję? Że co miałam? Eeee..ja nie rozumiec..

Dzień następny?? yyy..ten sam, tylko później?? Wieczór. Po pracy. Idę eMDeMem. Twarz wykrzywia uśmiech. No płynę! Jak mi dobrze! Co za praca! Powinnam dopłacac, chyba!!( mam nadzieję, że szefowa nie czyta 😉 ). I nagle wielki młotek z nieba stuka mnie po głowie. (Uważny czytelnik już zajarzył, że ja powolna jestem w tych swoich katharsis!). I głos z młotka mnie dochodzi, za każdym pizgnięciem: „Przecież (łup), masz tak samo (łup), jak (łup – nie oszczędza) grasz! (łup, łup, łup)!

No taaaak! Depresja minęła. I nawet posprzątałam…Ja dziś, pełna energii i żywotności. Jak po pracy dobrze wykonanej, terapeutycznej, ej! Pytam się siebie: łot a ef???

Jak gram i terapeutyzuję to to samo??? No, helołłłł? (mówiłam, że powolna jestem, tak??)

Ale tak. Bo wychodzi (młotek mi to wyjaśnił) na to, że psychoterapia jest jak gra video, a gra video jak psychoterapia. Łot a eff, ju majt ask??

Też się zdziwiłam. I będzie to dziwne, dla tych, którzy grają, a się nie psychoterapeutyzowali (yesu, jakie trudne słowo) i dla tych, którzy się psychoterapeutyzowali, ale nie grali. A dla tych co ani to, ani tamto, to nie wiem. Odpuśccie, sobie już teraz. Bo nie wiem jak do was rozmawiac 😉

I to jakieś obrazoburcze eee..nie wiem jak to napisac, takie świętokradcze, że psychoterapia jak gra video, już po mnie jedzie ta policja psychologiczna, no cóż..

Player to ja psychoterapeutka. Character =  pacjent, klient,  osoba siedząca na przeciwko mnie. (Nie to nie jest master of papets, kajnd of gejm..)

Script = życie osoby na kozetce.

Kłest = trudności z jakimi się zmaga.

Gra = szukanie najlepszych rozwiązań dla trudności, choc czasem ściany wyrastają nieoczekiwanie i wpada się na nie, i trzeba zaczynac od początku..

I najlepsze = absolutne pochłonięcie, tu i teraz, i nie istnieje nic poza, dla plejera! I emocje rosną! I (pamiętamy, że to terapia) i..jest progres…i ja wyrywam się w szaleńczym tańcu (bez wizualizacji proszę) kiedy pacjent/ klient przechodzi dalej niż kiedykolwiek był, w swoim skrypcie życia! Yey!

No może nieporadne to, bo może nie umiem przekazac tej ekscytacji, tego flow, kiedy widzę jak człowiek się zmienia, jak pokonuje, jak idzie dalej, victorious, aach, no nie umiem..ale czuję, jak gram, i wszystko się zlewa..

I was born to play! Bo to, to samo. Praca? Jaka praca? To gra, piękna, boska, życiezmieniająca, głębidoświadczająca i miejącawszystkowd..Gra? Jaka gra? I was born to live it 😉

A o tym dlaczego tak jest, kiedy indziej.

I was born to play