Najlepszy prezent na świecie

Życie nie rozpieszcza czasem. Daje po twarzy z plaskacza wysuwając w kaprawym uśmieszku z satysfakcją swoje dziurawe trzonówki. Znasz to, nie? (Jak nie, to ja się cieszę z Tobą bardzo). Chichra się jeszcze pod nosem z wystającymi zeń włochami. Tak ma.  Ponad trzydzieści lat temu przestałam się temu dziwić. Taka natura rzeczy.

Tak się jakoś zadziało, że mnie na pojedynek wyzwało kilka miesięcy temu. Życie. Zrzucałam zbroję i mądrości karabiny wielokrotnie. Białą flagę wyciągałam zza stanika. Poddawałam się na wszystkich frontach. A ono szydząc jeszcze, podawało mi parchawą łapę skrzecząc „Dawaj Mała, o co tam! Słabiaczku! Stawaj..”. I wstawałam. Jak wańka-wstańka chybotałam się na boki. A ono z prawego sierpowego wybijało mi z głowy nadzieję na lepsze jutro, czy choćby cywilizowaną godzinę spokoju. Tak ma. Przynajmniej moje. Życie.

I w głowie mojej te myśli, i rzeczywistość zewnętrzna poleczkę sobie tańczyły, a ja? Trwałam. Do sensu tego wszystkiego dodrapac się próbowałam. Ale pewnego pięknego popołudnia zdałam sobie sprawę, że nie ma. Nie ma sensu sensu szukać, bo go nie znajdę. Tak jest. I już. I tylko liczyć to co mam mi zostało, okej, no niewiele może. Ale liczyć zaczęłam.

Małe błogosławieństwa. Małe cuda. Małe przyjemności. Małe i wielkie rozmowy z wielkimi dla mnie ludźmi. Małe wiadomości dla mnie przeznaczone. Mikroesemesy ku radości wysłane. Wszystko w tabelkach exela zapisywałam – no dobra, mentalnych tylko, ale zawsze. I wyłoniła mi się prawda najbardziej oczywista z oczywistych. Tadam!!

Dużo prezentów dostałam. (Pewnie nawet od Ciebie, czytającego, serio, nawet tego nie wiesz). I ten najlepszy na świecie Król Prezentów – Czas i Uwaga!

Pakiecik mistrzowski.

Swój czas dając innym, dajesz to co najlepsze, najdroższe, bo bez ceny, bo bezzwrotne przecież. Jak z uważnością słuchasz kogoś, to wchodzisz w Jego świat, w Jego piękno i brzydotę też. I jesteś w nim i może czasem ciemność się rozjaśnia, a ciężar lżejszy nieco. I tak miałam. Tak dostałam – najlepszy prezent na świecie. Zwielokrotniony.

Nawet nie wiesz czasem, że dajesz. Nie ma sprawy. Dziękuję i tak. Keep on giving.

A jak nie dajesz, to zacznij. Satysfakcja osób biorących – gwarantowana.

Ja staram się, i powiem.. it feels fucking wonderful.

 

Najlepszy prezent na świecie

Jestem ofiarą, jestem katem

Ostatnio po gabinetach hulało mi słowo „przebaczenie”. Jakoś tak się stało. Dużo się o nim mówiło. Ktoś przebaczył swojemu katowi z dzieciństwa, a ja znowu o mało terapeutańca radości nie odtańczyłam. Ktoś inny dowiedział się, że mu przebaczono i łzom wycierania nie było końca. W pewnym małżeństwie też grzech wielki odpuszczono, i znowu po pudełko chusteczek pobiec musiałam, bo się skończyły. Tak było.

Bo jak mocno dotyka ten brak przebaczenia za zbrodnie mniejsze i większe na sobie popełnione? Co robię gdy ktoś mnie zranił, do szpiku? Co jeśli jako dzieciak byłam bita, albo molestowana? Co, gdy byłam zdradzana? A gdy to ja zdradzałam? Co, kiedy słyszę słowa o sobie jadem podszyte, albo gorzej jeszcze, obojętnością? Co jeśli ktoś coś za moimi plecami zrobił? Co jeśli..?

Gniewam się, wściekam, złoszczę, urazę chowam. Tak. Mam do tego prawo. Ktoś mnie skrzywdził. Głębiej albo płycej. I to boli. I to ma boleć. I czasem skaza traumy na całe życie zostaje. I nawet, kiedy już się jakoś uporałam, i jakoś funkcjonuję to ciągle pamiętam.

Ale złość, gniew i ból wwierca się w skórę duszy jak kleszcz. Infekuje teraźniejszość. Coś się kiedyś stało, a ja wciąż emocjonalnie tkwię w tym samym miejscu, nie pozwalając sobie na przebaczenie. Siedzę z tą raną swoją i dłubie w niej paluchem jak się trochę zasklepi. Strupek sobie odrywam. Z blizną się obnoszę. A w środku ciągle te same emocje. Mam obiekt nienawiści. Powydzieram się w duchu na niego, albo na kogoś podobnego, aby te emocje jakoś wyrzucic. Bo tak nie może być przecież nieukarany! Musi zapłacić za to co zrobił!!

I tak minęło wczoraj. Mija dzisiaj. Minie pewnie też jutro. Ja wciąż z głową w moim bólu i pokrzywdzeniu. Jak kierowca ciągle we wsteczne lusterko spoglądający, nie widzi co przed nim, ale jedzie tak w teraźniejszość.

I tak z ofiary staję się swoim własnym katem. Niszczę siebie.

Z przebaczeniem komuś, przychodzi też po cichu, współczucie dla siebie, ale prawdziwe, bo ze świadomością i zrozumieniem. „Tak zraniono cię, tak cierpiałaś, tak bolało.” I jakby lżej. I przystaję. I wyciągam rękę do siebie. I do niego też. I przestaję być ofiarą kogoś i katem siebie. I już lepiej się skupiam na drodze codzienności. Nie, nie zapomniałam. Pamiętam. Przebaczenie nie zmieni przeszłości, zmienia za to moje teraz i moje jutro.

Trudne słowo.

images

Jestem ofiarą, jestem katem

Samotność w wielkim mieście

Gabinety…

Wchodzi on – szef wielkiej korporacji – siadają obok siebie, na krańcach kozetki, ona taka zimna, aż mrozi.

A oni razem przyszli – 12 lat razem – on ze swoją zaprzyjaźniony już, zaznajomiony – ona jeszcze nie, ta jej, taka trochę poobijana, kolana starte, tak dziecinnie wygląda.

Ona – już ze swoją zasiada, ramię w ramię, jak z dobrą przyjaciółką – bez obaw, bez lęku, bez strachu egzystencjalnego.

Inna ona – młodziutka, z małego miasteczka ją przywiozła – och ale jej nie lubi, nie pozwala jej nawet na kozetce na skrawku usiąśc, biedaczka stoi w kącie, koło roślinki.

Tak przychodzą z tymi swoimi samotnościami. Pogodzeni, albo nie. Walczący i przegrywający. Lubiący i nienawidzący.

Ilu ludzi, tyle rodzajów samotności.

Kneblują ją, przywiązują do krzeseł przeszłości, żeby im tylko w dziś nie wpełzła, żeby w codzienności się nie rozsiadła. Zagłuszają jej cichy głos. Pracą, rodziną, zabawą, hobby, znajomymi. Spędzają wolne chwile online, bo wierzą, że są połączeni. A technologie nie kreują przecież samotności, jak niektórzy na ambonach internetu krzyczą, one ją obnażają, ukazują w krasie smutku.

A niektórzy się z nią zmierzyli, zaakceptowali. nawet cieszą się jej obecnością. W byciu samemu ładują swoje emocjonalne baterie, schodzą do swojego wnętrza, do piwnic duszy, tam odnajdują siebie. Bez strachu już. Bez lęku, że przestaną istniec. Bez płaczy w poduszkę w nocy przed zaśnięciem. Bez usypiania jej wódeczką. Sami, ale też samotni po swojemu.

Jak Mark Twain wiedzą:

Najgorszym rodzajem samotności jest brak poczucia komfortu w byciu sobą.

Ech, te samotności nasze, wszyscy je mamy, tylko co z nimi robimy?

imagesCALC17RA

Samotność w wielkim mieście

I tematy krążą wokół głowy jak sputniki wokół ziemi. I jak wybrac ten jeden, który opisze to co chcę napisac, po tym co już napisałam?

Coś z gabinetu? Pewnie..Tony tematów. Coś o związkach? Hyh, jasne. Następne kubełki treści. Coś z własnej historii wzięte? Tomów kilka.

amor fati [łac., ‘miłość do losu’], filoz. akceptacja, a wręcz miłość ludzkiego losu, w którym konieczne jest zarówno zło, jak i dobro

Wielu myśli, chociaż może zniekształcam, że terapeuta, to rozkminiacz nad rozkminiacze, i ze wszystkimi rozkminkami życia sobie radzi. Myślę, że innipsychosuperterapeuci tak. Prawie wiem, że nieomylni. Ja nie. Ja się zastanawiam. Wiecznie. Ciągle pytania sobie zadaję. Różne. I nie wierzę, że wciąż brak odpowiedzi. Inni mają. Wiedzą, że wiedzą, że mają rację, że odpowiedzi na wszystko mają, że lata doświadczeń, że inteligentniejsi, że mądrzejsi. Ja nie. Ja mam chmary znaków zapytania. Jak już jeden zlikwiduję, bo mi się prawda najprawdziwsza objawi, to w jego miejsce 5 nowych wyskakuje, jakby na pogrzeb przyszły, jak siwe włosy, jak się wyrywa, to 5 innych się pokazuje, słyszałam..

Ja wciąż nie wiem, i wciąż pytam. (A jak ktoś z moich pacjentów/ klientów/ rozmawiaczy czyta, to wiecie o czym mówię!).

Jedno wiem. Oj, oj, uwaga! Kocham swoje życie. Ale nie po amerykańsku, z uśmiechem na buźce bananowym. Ja kocham je, jak polską reprezentację piłki nożnej. No trzeba. No muszę. No nie wypada nie. No nawet jak nie jestem kibicem, a jestem, no cóż..Kibolem nawet, ech..

No kocham. No amore i w ogóle. I nie to, że moje życie to pasmo nieustających sukcesów. Boshhh, no nie…Bo ostatnio, czyli jakieś miesięcy kilka, to fakap za fakapem. Regularnie zaliczam. Proszę pytac, odpowiem. Fakap fakapem pogania. Z każdej strony. Aj min, z każdziusiętkiej. Niereformowalna jestem.

Ale i tak. Kocham.

Na przekór cynikom, sarkastom i innym okołointeligentom. Nic mnie nie obchodzą. Zupełnie. Bo kocham bez ograniczeń. Bo czekam na każdy dzień. I nie wiem co przyniesie. I może nic.

A może życie – zmieniającą – rozmowę- telefoniczną przeżyję, jak dziś, czyli wczoraj. Może..

A może będę myślec – o – tym – kim – nie – powinnam- bo – po – co..

A może spojrzę na – kogoś- po – raz – pierwszy – ale przecież – tysięczny – i – się zachwycę, jak dziś..ech..oj..

A może – znowu – dojadę – do – pracy- i pomyślę – ej- no – łatwiej- by- mi – było – w korpo –  gdzieś..

A może się zachwycę życiem, po prostu..

I powiem to, w tramwaju, na głos, i studenci Poli się wzdrygną, zajebiście jest, żyję..ej..

Po prostu.

Ej..

Doigrałam się

Nie, nie jestem w ciąży, dla tych głodnych sensacji!

Spędzając wiele inspirujących godzin w ostatniej podróży do Berlina z moimi współtowarzyszami na dyskusjach, taką tezę wysnułam, że chciałabym znaleźc się w głowie człowieka, który ślepo wierzy w swoją ideologię, np. takiego neonazisty – co on tam sobie myśli, co on tam czuje jak np. takiego gejożyda adoptującego polskie dziecko widzi? Cośtam potem sobie wnioskowaliśmy, ale jak się nie przeżyje, to się nie wie i już.

Potem jeszcze na którejś z sesji terapeutycznych z moją hirołską jedną, co to przełamuje swoje schematy, rozmawiałyśmy o różnych niewygodnych emocjach, jakimś dziwnym trafem – jak to się odczuwa, co to z nami robi itp. No i fajnie, wszystko w sferze teorii. Jak się później okazało – takie tam, tzw. zbiegi tzw. okoliczności.

Gwoli wyjaśnienia – ja naprawdę pokojowonastawionym człowiekiem jestem, może Nobla za to nie dostanę, ale zawsze pełna tolerancji, akceptacji i miłości dla siebie i bliźniego jestem. Bez wyjątków. Moja paleta emocjonalna jest wypełniona wszelkimi odcieniami ogromniastej ilości kolorów, ale raczej z naciskiem na tę poztywną stronę. Z tymi ciemnymi emocjami jest różnie, łell, no znam je przecież, bo też człowiekiem jestem. Ale niektóre z nich były mi obce i dalekie, jak Uran albo jakiś Mars. Niby wiem, że są, ale nie widziałam, tylko na obrazkach może.

Np. nigdy nie myślałam, że jestem zdolna do zemsty. Jak się okazało w okolicach początku roku, jestem. Nie to, że się tym chwalę, czy dumnie cycki wypinam, nie. Ale jestem. Już to o sobie wiem. Mam zdolnośc zimnobezkrwistej zemsty przeprowadzonej w białych rękawiczkach bez mrugnięcia oka w stylu makiawelicznym, nawet cień podniecenia odczuwając. Tak. Potwór. Wiem. Korzystac z tej umiejętności nie zamierzam, ale „fajnie”, że ją mam.

Ale jeszcze jedna emocja mi obca zupełnie była, do zeszłego tygodnia. Królowa Zła Wszelkiego, jak dla mnie.

Pewną nocną porą, coś tam sobie rozkminiałam, jak to ja, i nagle jakieś niedalekie wspomnienie mi wpadło do głowy w sieci skojarzeń. I poczułam coś, czego serio, jak Majka Pattona kocham, nigdy w życiu nie odczuwałam. Tak silne to coś było, że w komórkach ciała mi zasiadło i drążyc tkanki zaczęło. Nie umiałam zidentyfikowac. Szybciutko do walizeczki podręcznej Doskonałego Przecież Terapuety zajrzałam. Wyciagnęłam niezbędny skalpel zapytań sokratejskich, skaner emocji i duszę sobie rozprułam, badaniu się dobrowolnie poddając.

I co znalazłam? No w środeczku, w okolicach okołosercowych rozsiadła się na tronie – Nienawiśc. Najpierw w panikę wpadłam. Jak to ja? Ta prawiematkateresazwarszawy zdolna do nienawiści?? Musiałam to sobie głośno kilka razy powiedziec, żeby uwierzyc. No jestem jak się okazuje. Powiem otwarcie, ja Izabela, zdolna do nienawiści jestem. Przez całe życie nie byłam. A teraz jestem. Proszę. Dojrzewam znaczy się. Lepiej późno niż wcale, nie?

Z pokorą przyznaję, niedaleko mi do łysola neonazisty. Czuję z nim połączenie w swoim człowieczeństwie. Hyh. No i paleta mi się poszerzyła.

Doigrałam się

Bardzo TAK!

To był najdziwniejszy sylwek w moim życiu. Pierwszy raz, zupełnie świadomie i z determinacją spędziłam go sama. Bo Sylwestry od malutkiego to dla mnie świętośc była, wyssana z mlekiem matki można powiedziec, bo moi rodzice to melanżowcy pierwszej wody, z klasą, żeby nie było, że jakaś patologia. Nie, nie! Och oni to się bawic potrafią. Nie tylko sylwestrowo! Ale o tym kiedy indziej, hyh.

Tego jednego postanowiłam spędzic sama. Nie, że kalendarz nam się kończy (bo to 2012) i w moje urodziny kolejne ma byc koniec świata i trzeba rozrachunek z życiem zrobic. Nie, że powalona chorobą psychosomatyczną byłam. Nie, że werwy do tupania nóżką mi zabrakło, bo to, no, się prawie nie zdarza. Nie!

Chciałam nowego doświadczenia. I miałam. Miało byc duchowo-oczyszczająco-emocjonalniewyzwalająco- i w ogóle-megawzniośle. Tiaa..Oglądałam serial. I gdyby nie dziwny hałas za oknem to nawet bym nie zauważyła, że przyszedł, nadszedł, przybył nowy rok nam. Yey!

Obudziłam się rano, bez bólu głowy świadczącego o nadużyciach szampanowoalkoholowych. Bez bólu nóg, stawów, i innych części ciała, świadczących o pląsaczach-wygibańcach. Bez przypominania sobie historii żenująco-nieprawdopodobno-„to się nie stało”- „a jednak”. I to był dziwny stan. I jak już wypiłam kawulę, to miałam katharsis. Nie wiem czy intejkiem kofeiny spowodowany, ale był ciałemtrzęsący- i – medytacjiwymagający. Mocarrrny!

Się objawiło słowo TAK. W korze przedniej mi zaczęło jak neon migac.

Cokolwiek przyjdzie ze świata – tak. Co mi w duchu zagra – tak. Kto mnie o co poprosi – tak.

Dziwaczne- nie?

Przyswoiłam za filozofię życiową, wiedząc, że hardkorowo się wystawiam na lęki osobiste, konfrontacje ze swoim krajobrazem wewnętrznym i otwieram na niewiadomą.

Weszłam w to jak z lubrykantem.

Co się okazuje? Bo rok się przecież jeszcze nie skończył..

stomilionów pomysłów  – książka jedna ma już 65stron, czyli za jakieś 4 lata ją wydam, w formie selfpublishing. Inny to krystalizująca się filozofia życiowa, która mnie frapuje i aż oczęta ze zdumienia przecieram.. I jeszcze komiks, tylko rysownika zajebistego muszę znaleźc, co roboty ładnie rysuje. Serio.

niezliczone media, gdzie jako ekspert figuruję..ykhm..i dobrze mi z tem..

udział w 2 zajebistych konferencjach, jako spiker, a nie uczestnik, co mnie mega zaskoczyło

praca z nieprawdopodobnymi ludźmi – tzn. pacjentami, serio, powala mnie to

i jeszcze ten, no, taki jeden:

 to lustro moje, bez którego nie byłabym tam gdzie jestem, czyli tu i teraz, hyh

i bloguś, którego czytasz, czytujesz, albo czytac będziesz, yeah

i warsztaty pewne, które mi potwierdziły moje życiowe calling

i osoby, tak pełne zajebistości, że im się ulewa uszami, a ja je znam i nóżkami z radości przebieram

i setki rozmów, konfrontacji, w które bym nie wlazła, gdybym nie powiedziała sobie – tak, wchodzę w to, bo TAK.

Jestem na bardzo tak! Tak, cokolwiek. Tak, tu. Tak, teraz. Tak, boję się śmiertelnie. Tak, umrę niechybnie. Tak, jezusiemaryjocooniomniepomyślą. Tak, bez względu na wszystko. TAK.

Chcesz coś ode mnie? Zapytaj. Jest szansa, że powiem tak. Duża szansa. Jeśli jest legalne (albo prawie, wtedy przyjdź z dobrym adwokatem, i nie chodzi o alkohol okołojajeczny). Jeśli nie chcesz mnie wykorzystac, chociaaaażżżż, ja wieeeemmm.. Jeśli mnie to rozwinie, wzmocni, pięknem ujmie, nawet jak będzie bolało. TAK.

Jes-menka, to ja.

 

Bardzo TAK!

Jak Felix

I chce się powiedziec, gdzie byłeś jak skakał Felix? Bo ja na przykład, byłam na jedzonku i winku i o aberracjach losu rozmowy toczyłam, ale moja dusza trzymała kciuki caaaały czas. I się dotrzymała, oh!

I już nie mogę przestac o nim myślec, bo mi się w serce wdarł i mózg porwał na strzępki i chyba sekwencje DNA mi poprzestawiał. No dobra, że co? Że się ekscytuję łatwo? Ych, no trudno. Że to był najlepszy chwyt marketingowy świata? So łot. Że bez przesady, są większe osiągnięcia? Kupkę wiórków z ołówka mnie to interesuje co myślisz w tej chwili, soraski.

Bo mam swoje marzenia, Ty też je masz. Czy ja w nie wierzę, że się spełnią? Ykhm, no zazwyczaj mówię: absofakinlutli! Ale gdzieś pod skórą mi wątpliwośc siedzi jak jakaś menda mała demotywacyjna. I tak z lękiem łypię na te swoje wyobraźni wytwory, że niby gdzie ja to bym chciała byc, jakim człowiekiem i co bym chciała zrobic?? I tak się boję, że się spełnią, tak szczerze, jak Apokalipsa w Nowym Testamencie. Tak więc, jak dobra, przyzwoita, średnio uzdolniona osóbka przeżywam dzień jak codzień, miesiąc plecąc, rok jak wyrok, życie obficie. I wszystko jest średnio na jeża, chwilą złapaną szczęśliwą tu i tam. A te moje marzenia łepek czasem swój podnoszą, słabym głosikiem zakwiczą: izuś, izuś, jesteśmy, wymyśliłaś nas, gdzieś ty się podziała, spełniaj, spełniaj! Tiaa..

Aż do momentu jak mi taki austriacki Batman na łeb spada, nos od trotuaru codzienności odrywa i pokazuje swój tatuaż. Nie wiem, czy wiesz, ale ma: „Born to fly!”. Słabe? Miałkie? Pod publiczkę? Łoteva. Krytykuj i oceniaj jeśli pokonałeś prędkośc światła. Jeśli nie, to siedź na pupie i drżącymi paluszkami z brudnymi paznokietkami sobie hejtuj do śmierci. I don’t mind. Felix również. Jak myślę.

Jak już mi ten freefall master duszę na strzępki rozniósł, to sobie przypomniałam o swoich marzeniach. I zrobiłam rachunek sumienia i lat przeżytych i co się okazało? Się aż wystraszyłam, bo one skórkowane mi się spełniają. Jeden do jednego. Jak bardzo chcę, i się przyłożę. No cholery się spełniają, od 12 roku życia mojego, bo wcześniej nie pamiętam. A ja w całej swojej glorii i chwale, co zamarzę to się spełnia. Że łotefak? Bo aż przysiadłam na półpupku, jak to zobaczyłam. A jedynie mea culpa w tym, że boję się marzyc BIG. Że tak delikatnie, skromnie wręcz, bo nie wypada, i przecież co będzie jak się spełni, hyh marzątko jakieś sobie wypierdnę.

No to basta! I koniec z tym. Już mam azymut. Już nie będę nad krawędź możliwości wyczołgiwac się ze strachem, i z czystej przyzwoitości, jakiś cel obierac. Niet, rebiata! Ja będę życ nad krawędzią, i raz po raz z niej skakac.

W niemożliwe.

Pa! Lecę!

Jak Felix

Bez tytułu, bo kryzys

No to już się obnażyłam. Jak w moim powtarzającym się śnie, gdzie stoję na scenie, światła mnie oślepiają, nic nie widzę. I mam jakąś kwestię powiedziec i nie znam tekstu, i wszyscy pewnie patrzą i widzą, i się budzę, z krzykiem zazwyczaj. Och..

Dziś tylko podsumowanie mi się ciśnie, takie proste.

Jak to jest, że potrzeba kryzysu, żeby zobaczyc prawdy proste o sobie?Dlaczego muszę gębą po betonie się przejechac, żeby zrozumiec? Dlaczego w błotku emocjonalnym się trochę jak świnka potarzac, żeby zobaczyc swoje fakapy? Dlaczego dopiero jak stoję na krawędzi, to mnie schemat oświeca? Po co mi te wszystkie megahisterie?

Od kiedy pamiętam, serio, te momenty, które teraz mnie definiują, były no powiedzmy, raczej hardkorowe. Jak ktoś mnie zna, to wie, że robokopem pracy jestem, projekt nowy och tak, napisac coś, bejbe no pewnie, krew mi w uszach szumi, stukanie w klawiaturę włos mi rozwiewa, bogowie dedlajnów krwawej ofiary się ze mnie domagają. Och skwierczę z radości i włączam do taktu Slayera! I mocnego pindolnięcia potrzeba, żebym przystanęła na chwilę.  Co trochę smutne jest, bo pewnie można to inaczej załatwic, tak? No ja mam na siebie taki sposób. Dziwaczny dośc, wiem. Masochistyczny, pewnie tak. Ale niech tam.

Ocenzuruję, żeby na mdłości się nie zbierało szanownemu czytelnictwu!

Jak mój najlepszy kumpel został zabity, ot bo w szkaradnej dzielnicy mieszkaliśmy. Po 18 lat wtedy mieliśmy. Czasem na chodniku jeszcze świeczkę zapalę.

Jak pierwszy raz na malarię zachorowałam, gdy w Afryce czarniutkiej mieszkałam, i budząc się ze śpiączki po tygodniach, nie widziałam, dlaczego wszyscy tacy wzruszeni byli.

Jak widząc kolesia, który ukradł nic wielkiego, a Nairobi samosąd przez ukamieniowanie wyrok wymierzyło, a ja tylko mózg rozpryskujący się widziałam.

Jak w obozach uchodźców z Zairu wodę roznosiłam, bo ich były tysiące bezbronnych, bezsilnych.

Jak brałam najdroższy na ziemi prysznic w Dubaju na lotnisku, chociaż w ogóle mnie nie było stac.

Jak uciekałam przed złodziejską populacją w rumuńskich Karpatach, bo chcieli nam samochód ukraśc, w środku na nocy, na zapupiu totalnym.

Jak mieszkałam w slamsach Kampali, bo tak wyszło.

Jak spotkałam najbardziej podziwianego olimpijczyka, i jak się przed nim zbłaźniłam, zupełnie.

Jak lekarze w Danii, rozkładali ręce, bo już się nic nie da zrobic, i czas umierac.

I jak rzuciłam długi, myślałam, że na życie, związek. I w tym samym czasie straciłam firmę, a potem śliczny kontrakt i mieszkałam ze swoimi książkami i szpilkami na Woli w kawalereńce, kiedy wcześniej miałam zajebisty apartament w centralnym Centrum.

Jak pokochałam kogoś, kogo nie powinnam.

I pewnie stertę książek można o tym napisac, i niejedną noc przy Dżaku Danielsie przegadac. Bo każda nieodwracalnie zmieniła moje życie. Tak mocno. I wtedy się siebie pytałam: po co to? Dlaczego? Na haka jest mi to potrzebne?

No jest, było. Bo każdy z tych, ocenzurowanych i tych o których jednak pisac na razie przynajmniej nie będę, momentów, mnie ukształtował. I może tak rzeczywiście mam, że muszę krew, pot i łzy z siebie wydac, żeby zrozumiec. Że jak się tak w sobie, w tym swoim komforcie zasiedzę, to mogę tam zmurszec wewnętrznie. Jak przestaję słuchac siebie, swojego serca, a łypię oczyskami tylko na zawnętrznośc, kokosząc się w jej iluzorycznych benefitach, spijam śmietankę spokojnej „normalności”, aż do wyrzygu. I dopiero chaos zmian, dopiero siekierka kryzysu mi ten śmierdzący komforcik uświadamia. Ale wtedy też mam wybór oczywiście.

Zobaczyc siebie albo uciekac przed sobą.

Kryzys jest dobry.

Bez tytułu, bo kryzys

Jesteś moim lustrem

I wierzgam, i się kręcę, i wstaję z fotela, i łażę po Dziupli warkocza wykręcając. Bo wcale nie chcę tego napisac. Nie chcę tego czuc, znowu. Bo to pewnie najbardziej osobisty z wpisów będzie.

Bo ktoś napisał w wiadomości prywatnej pytając, po wczorajszym wpisie: „Co jeśli tak nago będę stał przed życiem? Nie chcę tak. Co, jeśli mnie zobaczy ktoś? Co jeśli dam siebie a to ja, nie będzie mu się podobało? Co, jeśli ryzykuję i tylko będzie bolec? Co potem?”.

I nie chce się wymądrzac, ciocia dobra rada umarła.

I tylko tym mogę odpowiedziec:

„- Lustereczko, lustereczko powiedz przecie, kto najpiękniejszy w Twoim świecie?

– No nie ty, przecież”.

Tak było. Jakiś czas temu. Nie tak bardzo dawno. Taki ktoś mi to powiedział. Nie takimi słowami może. Nie takim pytaniem to sprowokowałam. Ale tak mnie odrzucił. Tak całkowicie. I nie wiedziałam nawet, że to się zdarzy, ot znienacka. Ten znienacek wziął moje serce, i tak już otwarte, i jego kochające i wyrzucił gdzieś. Do tej pory błąkam się po Wawie i go szukam. Pewnie gdzieś w śmietniku, a jeszcze nie w resajklingu. Ale może znajdę.

I ta chwila, kiedy to słyszę, a moment później leżę gdzieś z obtartym ryjem na chodniku i mamroczę do siebie o sobie słowa nienawiści. Nie, spokojnie, nie pobił mnie, fizycznie. Emocjonalnie. Obdarta ze zwyczajowej zbroi i zwijająca się z bólu, potem zdycham na podłodze u siebie. Skowyt tylko. Upokorzenie. I już nie wiem kim jestem, nie umiem wstac. Oczy ślepotą zapuchłe od łez. Rozpadam się. I wgryzam się w żyły, żeby tego bólu razem z krwią sobie upuścic. I pękam.

Świt nie przynosi wytchnienia, tylko wszystko widac wyraźniej.

I nagle rozumiem. Jesteś moim lustereczkiem konfrontacji, zwierciadełkiem pieprzonym, w którym mogę się przejrzec bez ściemy. Gdzie moje schematy zaprzeszłe świecą jak choinka w święta, tysiącem lampeczek. Gdzie to czego się najbardziej boję, wlepia mi się w ślipia. I moje przekonania o sobie samej trzymają powieki za rzęsy i wrzeszczą: Patrz! To ty! Ślicznaś, nie?? I nie mogę mrugnąc przecież, więc patrzę, oblepiona łzami, smarkiem i kupą emocjonalną. A moje lęki tańczą tango z moimi oczekiwaniami. Ach, co za widok! Oł, yeah, podgłośnijcie muzę!

I wstaję w końcu z klęczek, na które jakoś się zdobyłam. Stoję i patrzę. Prosto w oczy. Sobie. Na moje własne podwórko cierpienia. Na te myśli o sobie, te kłamstwa, których się trzymam jak ślepy swojej laski. I w końcu widzę czym są. Kłamstwami.

Cięcie.

Przeżyłam. I mam się zajebiście. No dobrze, z małym fakapem tu i tam. A on pozostaje moim lustrem, chociaż już coraz rzadziej muszę w nie zerkac. Ale jak już taka obrośnięta pączusiem i wanilią jestem, to on robi coś, co mnie do parteru schematów momentalnie sprowadza. I wiem wtedy, że swojej pracy domowej jeszcze do końca nie odrobiłam, że moje pokrzywione przekonania o sobie mają się świetnie, dziękuję. Ale teraz patrzę i się uśmiecham. Naga przed tłumem. Przed sobą. Autentyczna i oddychająca.

Nie żałuję.

Wolę tak.

Jesteś moim lustrem

Uczę się oddychać

„Pęknę. Zaraz się rozpadnę. Na tysiąc milionów kawałków. Na atomy. Nie będzie mnie. Może w końcu spokój. Rozpadam się.”

Ile razy to słyszę. Ile razy chcę powiedziec:

Pęknij! Proszę. Rozpadnij się. Przestań się ze sobą siłowac.

Ale tak nie mogę. To nieterapeutyczne.

Dziś sobie pozwolę.

Dla Siłaczek Codziennych i Atlasów Swój Ból noszących.

Chodzą jak rycerze, wojownicy i wojowniczki Dnia Codziennego w zbroje poubierani. Zbroje, którą sami sobie nałożyli, ale nie mogli inaczej. Już w rodzinie uczyli się walczyc, żeby przetrwac, chociaż o przetrwaniu nic nie wiedzieli. Nie umieli jeszcze wtedy uciekac przed wrogiem, który był ojcem, albo matką. Jeszcze sie starali o miłośc, i bycie najlepszymi synami i córkami. I tylko ochłapy akceptacji im z ust tych najważniejszych spadały. Wśród innych, tak samo. Trzeba się starac, żeby nie przegrac. Wyścig i skryte wołanie – nie odrzucajcie mnie! I tak, najpierw kolczuga, żeby strzały samotności tak nie bolały, z tysięcy kółeczek bólu zrobiona. Na to ten ciężki pancerz. Chronic się. Schowac uczucia. Nie pokazywac słabości.

I tak dorastali, a zbroja z nimi. I już nie można odróżnic, gdzie żywe ciało, a gdzie zimny metal się zaczyna. Podziwiani! Tacy silni. Tak bez lęku przez życie idący. Wszystkie bitwy wygrywający. Wyzwanie? Biorę! Problem? Rozwiążę. Ból? Poradzę sobie. I świat pada u ich stóp. Zbroja błyszczy.

I nagle w jakiejś potyczce życiowej, jakaś strzała w ten miękki środek się wbija. I ból Cię przeszywa. Taki prawdziwy. Bo nie ma tam w środku pancerza, tak głęboko nie sięga. I chcesz zobaczyc co tam tak boli, ale przecież metal dookoła. I wyginasz się, i próbujesz to cholerstwo z siebie zedrzec i chcesz zajrzec do środka, ale tylko coś z ciebie wycieka. I boli. I tracisz siły do walki. I upadasz. Leżysz w tym błocku lęków, i tracisz przytomnośc, i głosy tylko słyszysz: „Ty nie dasz rady? Eeee, tam..”. I nie ma nikogo. Ciemno.

Wleczesz się po tym betonie życia, szukasz kryjówki, żeby rany wylizac. Broń gdzieś pogubiona. I gangrena bezsilności już się wdała. Już śmierdzisz w tym swoim zamknięciu. I już głowę od siebie odwracasz, z obrzydzenia do siebie spluwasz. I już oddechu nie starcza. I drapiesz w ten pancerz. I paznokcie połamane, paluchy krwawią. A pod spodem jakby setki robaków strachu pod skórą Ci się wiło. Nie wytrzymujesz. Wyjesz lękiem i samotnością.

Pękasz.

I wtedy zbroja sama opada. Kolczuga się rwie. Stoisz Ty. Prawdziwy. W skórę czującą tylko przyodziany.

I po raz pierwszy oddychasz.

Ja też. Uczę się oddychac.

 

 

Uczę się oddychać