Świadomość nie przychodzi bez bólu*

Przyznaję. Bardzo nie lubię pisać o książkach, a jeszcze mniej lubię o nich czytać. Ale niestety przykuta powypadkowo do łóżka, sięgnęłam po taki tytuł i no, nie miałam odwrotu:

 

z14973955Q,-Nocne-zwierzeta---Patrycja-Pustkowiak--wyd--W-A-B

 

Wszystko zawiesza się na pierwszym zdaniu, proszę:

„W dniu, w którym ją zabiła, nic nie zapowiadało katastrofy”.

Nie mogłam nie czytać dalej. Na koniec, dwie godziny później, odkładając na bok Kindelka, sforsowanego emocjonalnie jak ja, radosne „Łot a fak?” wyrwało mi się, kiedy zobaczyłam cień Wujka Junga z czułością poprawiającego mi poduszkę. Nie, nie mam neurologicznych uszkodzeń czaszki!

W swoim niezdrowym podekscytowaniu sięgnęłam po telefon do przyjaciółki, żeby się podzielić wrażeniami, która mnie grzecznie zrzuciła i zesemesowała, siedząc i nudząc się na rozdaniu nagród Nike: „Rzuciłam cholerę w kąt, nie będę tego gówna czytać” czy coś pokrewnego. Ale do początku..

Książka wcale nie jest dobra. Nierówna, choć zdarzają się „cycatowe” perełki, np:

„- Tamcia! – mówi i klepie ją wesoło w ramię. – No jak życie, dalej jesteś singlem?

– Nie, kurwa, albumem The Greatest Hits – odpowiada ponuro Tamara. – Pośmiertnym”.

Albo:

„(…) podejrzewam, że kiedy Bóg organizował świat i rzekł „niech stanie się jasność”, to poprosił mnie, żebym się przesunęła”.

Albo:

„(…) Tobie się udaje jeszcze coś zaruchać? Ale wiesz, coś w miarę normalnego, bez psychiatrycznego rozpoznania?

– Ja piję – odpowiada Tamara. – To się nazywa sublimacja”.

I jeszcze kilka innych. No ślicznie instagramowo nie jest.

Nie zaspojluję, jak napiszę, że rzecz o samotności w wielkim mieście się ma, i to nie byle jakiej samotności, bo singielki po trzydziestce. Aa, i o piciu, i ruchaniu i ćpaniu. I można się oddać tej iskrze świętej rozpisując się smutnie o samotności, i jakie to straszne jest, no można. Opowieść wręcz zaprasza, żeby się tu pomasturbować Joyce’em albo Hoppera obrazek wkleić.

Ja tam się zamotałam sromotnie za dużo sobie pytań zadając i marszcząc w zdziwieniu psychologicznym poorane zmarszczkami czoło. Bo niby co my tu wiemy o bohaterce? Bo dlaczego ona taka bidniutka? No nie będę zamęczać, bo nuda. Chodzi o to, że jest morderstwo (patrz wyżej, pierwsze zdanie powieści).

I tu Wujek Jung już leżący obok mojego ciała poturbowanego, zupełnie aseksulanie szepce mi do ucha: „Ależ mord! Co ona tam zabiła?”.

Nie pytam skąd umie po polsku, bo to przecież Jung, bohater moich lat młodzieńczych. Tamara zabija przecież xxx, bo trochę jej się „należy” i już puściło w bohaterce wszystko, co tak umiejętnie porno-drago-alko zasłoną przykrywała. Zabiła. Ale czy rzeczywiście ją, a może to taki „Fightclub” dla singielki?

Poczułam, że wcale mi się nie chce odwołań do literatury i sztuki tej wielkiej i niższej (jakby różnica była) odwołań szukać. Bo się zatrwożyłam, zawiesiłam nad tym morderstwem. Nad tym „morderstwem”, które popełniam codziennie na sobie.

Nie, nie uprawiam tu jakiegoś egzaltowanego ekshibicjonizmu emocjonalnego, hyh, od tych etykiet mam hejterów. Nie, wolę o sobie pisać, niż używać „królewsko- partyjnego” „My”.

Ale Ja, to My przecież.

Wtedy, kiedy czegoś nienawidzę w drugiej osobie, a może jej całej, wtedy nienawidzę tej części w sobie. Bo to co nie jest częścią mnie, mnie nie dotyka, nie boli, nie wkurwia.

Co robię, żeby tego nie widzieć przypadkiem? Żeby nie było, że, broń cię Buddo przenajświętszy, mam coś „nieprzyjemnego” w sobie, że mój obraz siebie, nie jest tak śliczny, powabny i inteligentny, jak mój profil na Facebooku? Co wtedy? Ano, usuwam skrzętnie w Cień, taki niekorzystny dla własnej samooceny, wgląd. A Cień mój biedny tyje od tych moich usuwanek.

Ja w ogóle w Cień nie chcę zaglądać. Tam wszystko to, co nieuświadomione siedzi, to czego o sobie nie wiem, a raczej wiedzieć nie chcę. To co smutne, zranione, zazdrosne, mszczące się, ciemne…jak to w cieniu. Wolę to „zabić”, stąd morderstwo, jak u Tamary, u „nocnego zwierzęcia”. Bo to nie jest przyjemne, to boli, cierpię. Tak.

A kulturowo przecież, wszystko ma być pięknie i kolorowo, o cierpieniu mówić nie chcemy, chyba, że w ramach akcji charytatywnych. Cierpienie, won!

Ale sadysta Jung, już mi tu szepce: „Liebling, pełny człowiek to ta­ki, który zarówno przechadza się z Bo­giem, jak i zma­ga z diabłem”.

„Oh, really?” – odpowiadam po europejsku, strosząc sztucznie emocjonalne piórka, bo już wiem, że pełnia świadomości siebie kusi i silniejsza jest, niż cierpienie. To, co wyjdzie z Cienia mojego, do światła, wtedy już mi nie zagraża, wiem kim jestem, w pełni mojego człowieczeństwa.

Takim „nocnym zwierzęciem” jestem, od lat patrzącym na swój Cień, nie uciekam już przed Nim, nauczyłam się, że i tak mnie dogoni i w dupę sztucznej samooceny ugryzie.

A książkę polecam, mimo wszystko, bo może błysk siebie, jak w lusterku, zobaczysz..

 

* cytat zboczka Junga oczywiście

 

Świadomość nie przychodzi bez bólu*

Podnieca mnie Twoje 14-letnie ciało..

Skusiłam się na ponoć najbardziej kontrowersyjną książkę tego lata.

Przyznam się. Mam słabość do seksownych bestsellerów, a tak był chrzczony. Ech..

indeks

Nie spodziewałam się siły rażenia. Jak zwykle trochę z przymrużeniem oka potraktować chciałam lekturę. Ale nie udało się. Po kilku stronach już chciałam rzucić Kindlem o ścianę. No ale w porę przyszła refleksja na szczęście i to wielopiętrowa. Przeczytałam do końca w dwie godziny, prawie nie oddychając.

Rzecz jest pisana z perspektywy 26 letniej nauczycielki w czymś, co u nas pewnie byłoby gimnazjum. Celeste, piękna, zamężna, ale Ford jej mąż, jest dla niej po prostu za stary:

But thirty – one is roughly seventeen years past my window of sexual interest.

Tak. Celeste jest kobietą pedofilem, pedofilką. Pracuje jako nauczycielka, żeby mieć możliwość uwiedzenia uczniów, nie, jednego, jedynego, wybranego z całej rzeszy innych. Młode ciało, 14- letnie, żeby być dokładnym, tylko takie jest w stanie ją podniecić do czerwoności, o nim fantazjuje, do marzenia o nim się masturbuje, agresywnie. Zasadza się, uwodzi, śledzi, aż do momentu kiedy jej obsesje mogą się ziścić. I spełnia swoje fantazje wielokrotnie, w każdy możliwy sposób, łącznie z seksem analnym na biurku w klasie pełnej biurek.

Sceny seksu są dokładnie opisane. Każda część ciała przedstawiona jak fotografia. Każdy zapach, smak opisany. Niewiele pozostawione wyobraźni, chociaż może za dużo właśnie. Nie wiem.

Bo po lekturze, to moja główna refleksja – „nie wiem”.

Przyznam się, przeszłam przez różne fazy czytając. Jako psychologowi seksuologowi, od razu mi się wszystkie światełka pozapalały jeśli chodzi o jej „ofiary”. Bo przecież komponenta emocjonalna, bo rozwój psychoseksualny zaburzony, bo cierpienie, bo ślad na całe życie, bo krzywda. Bo właśnie – kat i ofiara.

Jak już mi się udało wyłączyć mózg pracowy, to wpadłam na ścianę swoich własnych misternie przez społeczeństwo utkanych stereotypów. I moich własnych ograniczeń. Emocjonalnych, poznawczych, seksualnych. I cieszę się, że tak się stało. Bo to ważne.

Kiedy już odrzucę te okulary przyzwyczajeń i schematów myślenia, otworzę głowę to ciągle mi pytania wirują. Czy aby na pewno? Te normy  zachowania seksualnego, czy one w pełni odzwierciedlają pełnię naszego człowieczeństwa? Czy to co chłopcom się działo, to na pewno krzywda? Jak taka inicjacja, i praktyki wpływają na młody umysł, a w efekcie na późniejsze potrzeby seksualne? Czy na pewno inaczej postrzegamy facetów pedofilów, a inaczej kobiety? Czy może należałoby stosować inne kryteria? Co to znaczy, że podniecały mnie niektóre sceny? A niektórych nie mogłam czytać? A co jeśli, w emocjach i pragnieniach identyfikowałam się z bohaterką? No co to znaczy cholera?

Nie wiem. Nie jestem pewna.

Wiem natomiast, że każdy człowiek jest inny. Każde doświadczenie nie jest takie samo. Zasady są ogólne. Mają chronić. Ale też mam wrażenie, że często zbyt szybko etykietujemy (to do moich kolegów, i koleżanek po fachu, chociaż pewnie nie tylko). Zbyt szybko może nadajemy znaczenie czynom, nie słuchając indywidualnych historii. Zbyt szybko odciąc się chcemy od tego, co społecznie nieakceptowalne, bo nuż, broń cie panie bosze, może rozpoznamy swoje stany w tych złych.

To jest bardzo dobra historia – kobieta pedofil (a może raczej kobieta – efebofil, chociaż granica to 15 lat..ech..). Kiedy czyta się ją z otwartą głową, bez przedwczesnych osądów i kalek stereotypów. Ale to jest naprawdę cholernie trudne.

Ciągle szukam odpowiedzi.

Podnieca mnie Twoje 14-letnie ciało..

„I like your kinky f…ery, I whisper” czyli 50 odcieni porno cz.2

Są dobre strony czytania na Kindle – nikt nie wie co się czyta. Kulturowo „wiadomo”, że kobiety porno nie oglądają, powiedzmy, ale czytają, och, czytają..Bo tym „Fifty Shades of Grey” jest, harlekinowym pornolem. I zastanawiam się, czy ta książka odniosłaby taki oszałamiający sukces, gdyby nie była dostępna na e-czytnik, tak na marginesie.

Scenka z gabinetu (wszystkie scenki publikowane tutaj są za zgodą pacjentów!!!):

Przede mną piękna para z długim stażem. Nieważne z czym przyszli, przecież w każdym związku coś można podreperować. Siadają. Uśmiechają się. Hmm..Podejrzane. Bo niewiele osób uśmiecha się przychodząc do psychoterapeuty i seksuologa. „Co dobrego słychać?” – moje podstawowe pytanie.”Bo ewidentnie, coś dobrego słychać, patrząc na wasze uśmiechnięte twarze..” – pytam ze szczerym zaciekawieniem. „No mów” – odzywa się pan ze stoickim spokojem. „Nie no, ty mów”. Odpiera pani z nutką zażenowania w głosie. Pan uśmiecha się szeroko: „Nie, nie kochanie..Pochwal się sama.”. Pani:”Ale ty jesteś..No więc, Pani Izo, yyyyy, ta książka, co ostatnio pani o niej mówiła..yyyy…no to ja ją czytam i..yyy…”. Pani się gubi w zaczerwienieniu swoim. „Tak? Czyta pani „Fyfti Szejds..”?” Pan reaguje gwałtownie: „Ona ją pochłania! Ale wie pani co, no bomba, mam nadzieję, że jej nigdy nie skończy, bo no..ten..no..sex jest fantastyczny!!Dawno już się tak dobrze nie bawiliśmy!”. I wszystkie techniki terapeutyczne i lata szkolenia się w materii głębi umysłu i seksualności kobiecej o kant stołu potłuc, skoro wystarczy odpowiednią książkę podrzucić! No nic, myślę sobie, grunt, że zadziałało…

I tak sobie później przy kawce siedząc rozmyślałam, o wpływie porno na związki. Zazwyczaj zewsząd płyną głosy, jakie to złe, bo niszczy, bo oddala, bo nie ma bliskości, bo to zdrada, bo sex później nie może być udany itp. No ale czy zawsze? Bo jaki tu wyznacznik można zastosować? Nie mówię o pornografii z moralnego ani feministycznego punktu widzenia, o tym kiedy indziej, może. Ale czy istnieje dobre porno dla związku??

Patrząc na moją pacjentkę, hej , no na pewno! Książka jest fantazją. A z fantazjami tak jest, szczególnie seksualnymi, że nie trzeba ich spełniać, nie muszą być politycznie poprawne, nie są też zdradą, ale mają za zadanie podniecać, otwierać na nowe, pomagają powrócić do swojej seksualności, jeśli z jakichś przyczyn została „zamknięta” na jakiś czas. Pewne zachowania też można przenieść do sypialni, jeśli partner czy partnerka jest na to otwarta, więc jest dobre porno!

A kiedy jest niszcząca dla związku?

Wystarczy posłuchać par, których pożycie zostało zupełnie zniszczone przez cyberseks. Dostępność jest praktycznie nieograniczona. Czytałam gdzieś (niestety nie ma siły żebym sobie przypomniała gdzie), że 25% zadań wyszukiwania związane jest z pornografią. A z ostatnich badań nad uzależnieniami wynika, że ok.10% dorosłych użytkowników internetu uznaje się, lub spełnia kryteria uzależnionych od cyberseksu. No nic, straszyć, nie chcę, ale to twarde fakty. Ale nie o tym przecież.

Każdy związek jest inny. Każdego nakręca coś innego. Co zrobić, żeby nie zepsuć sobie związku przez pornografię??

Ano zadać sobie (potem partnerowi, czy partnerce) kilka pytań i szczerze, tak z ręką na sercu odpowiedzieć:

Czy porno, które oglądam czy czytam sprawia, że czuję się usatysfakcjonowana sexem z z partnerem, czy wprost przeciwnie, wydaje się on mniej atrakcyjny? Oceniam go częściej (w sensie partnera)?

Czy pornografia, której używam, otwiera czy zamyka mnie na inne zachowania w łóżku, czy seks jest wtedy bardziej kreatywny, interesujący dla obydwu stron?

Czy porno mnie otwiera czy zamyka na potrzeby partnera?

Czy ja w ogóle zauważam mojego partnera w łóżku?

Tak na początek.

Jeśli porno mnie rozpala, przez co mam większą chęć na mojego partnera, co sprawia, że sex jest po prostu gorący i spełnia potrzeby obydwu stron, to hej, czytać, oglądać!! I kochać się 😉 , tak żeby później sąsiedzi musieli zapalić papierosa.

„I like your kinky f…ery, I whisper” czyli 50 odcieni porno cz.2