To samo ad infinitum

Gabinety.

Z eRem się znamy. Z jego schematami i przeszłością kolorową również. Jego mądrość mnie zadziwia, a jego ponowna obecność w gabinecie bardziej.

– Ha! Wiedziałem, że cię zaskoczę.

– Udało się. Co cię do mnie sprowadza? Nie widzieliśmy się ze trzy lata..

– Jedno zdanie, które kiedyś powiedziałaś.

(Manipulant, hyh, głaszcze mi terapeut-ego..myślę..).

– Nie, nie przymilam się (jeszcze czyta w myślach! skubany!). Po prostu zostało i w końcu ogarnąłem co znaczy, dla mnie – „Lekcje życiowe będą się powtarzały aż się nauczysz,to czego masz się nauczyć”.

– Aha. (broń każdego terapeuty, jak chce wypaść na tak mądrego jak postrzega go rozmówca/pacjent/ klient). To czego się nauczyłeś?

– Jeszcze dokładnie nie wiem. Przed wejściem w ostatni związek, myślałem i pilnowałem się, żeby tylko nie popełnić błędów z tego ostatniego. Okazało się, że popełniłem dokładnie te same, tylko trochę inaczej. Iza, no, ciągle jest tak samo, coś mnie przeciąga po tych samych koleinach. Niby inaczej a tak samo… No kurna…

– Szukamy wzorca, mechanizmu?

– (wzdycha) No tak…Dziękuję, że powiedziałaś „my”… Już nie mam siły sam..

(Wcześniej mnie za to punktował, teraz docenia… Ludzie się zmieniają, hyh).

– Chcę już siebie normalnego! Wiesz..Bez tych starości, naleciałości przeszłości..Bez błędów…

– Popełnisz nowe, wiesz..

– (kręci głową, przyglądając się mi) Czy ty masz jakieś szkolenie na psucie ludziom nadziei?? Nie uczą was, że macie pomagać, a nie uziemiać??

– O mój dyplom ze złośliwości poproś w recepcji. (śmiejemy się, bo to nasze zwyczajowe wymianki..).

No śmichy chichy, ale podziwiam eR, że zauważył, że widzi, że wszystkie drogi prowadzą do tego samego przekonania, o sobie, o tym jaki on jest w relacjach z kobietami. I kobieta inna, ze swoim setem przekonań, ale on jest ten sam przecież. Te same mechanizmy. I widzi, że to nie działa.

Bo lekcja będzie się powtarzać, dopóki się nie nauczę. Nie zmienię. Nie odkryję, tego co mnie trzyma w warunkowanej przeszłości.

Zmienia się partnerów, partnerki, żeby było lepiej, a tu trzeba siebie. Trochę jak z urlopem, wyjazdem, albo zmianą pracy, zamieszkania. Jak to się ładno – niecenzuralnie mówi – „Same shit, different place”.

Ech.

 

To samo ad infinitum

Jak wykastrować kobietę?

Bo mężczyznę wg Woodiego Allena tak: „ Wolę, abyś był moim przy­jacielem niż kochankiem”.

Zadumałam się chwilę i żeby nie przesadzić z tym topieniem się we własnych myślach, zadałam pytanie na Fejsuniu, na znakomitym (hyh) fanpejdżu tegoż bloga – i co? (Jak ja uwielbiam z Wami tam rozmawiać!!). Posypały się podpowiedzi i wiadomości na privie.

Ano okazuje się, wg opinii publicznej (i nie tylko), że prawie dokładnie tak samo – jednym, pojedynczo złożonym zdaniem, które brzmieć może ono różnie np:

Zrób coś, żeby twoja przyjaciółka zwróciła na mnie uwagę.

Lubię cię, jesteś mi jak siostra.

Nie jesteś w moim typie.

Kocham Cię, jak siostrę.

To takie wytchnienie – aseksualna relacja.

Udowadniasz mi, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną może istnieć.

Zakochałem się. ” Dlaczego mi to mówisz” ” A komu mam powiedzieć? Jesteś moją przyjaciółką.

Piękne, nieprawdaż?

Prawdaż, jeśli czyta się niektóre z nich bez kontekstu. Tak – wolnostojąco. Bo cóż złego jest w miłości siostrzanej, w przyjaźni damsko – męskiej, w nieseksualizowaniu relacji??? No nic przecież.

Gorzej, kiedy kontekst sobie podepniemy pod te wiekopomne zdania. Bo tam ta jedna strona, w tym wypadku kobieta, pewnie kocha, albo przynajmniej bardzo jej zależy na danym osobniku, a tu dostaje kołek osikowy prosto w serce. Żeby tam w serce! Strzał prosto w łechtaczkę, wargi sromowe i waginę, tak mocny, że cycki również odpadły.

Jednym zdaniem pozbawione kobiecości, unieważnione, aseksualne. W relacji, która jest/ była ważna. Och, boli. Bardzo. Krew emocjonalna się leje i nie ma jak jej zatamować.

I co dalej?

Często się trwa w tym zawieszeniu, w nieodklejeniu, na granicy masochizmu, bo nie można nie. W relacji, która kiedyś uskrzydlała. A tu biedna „jużniekobieta” tępy skalpelek w rączki „oprawcy” sama wręczyła, a on jej te skrzydła umiejętnie odpiłował. Siedzi więc, patrzy na cząstki genitalne siebie i poplamione juchą skrzydła duszy i myśli, że już zawsze na zawsze tak będzie.

Ech, tak siebie nawzajem „kastrujemy”, z sił witalnych obrzezujemy, niespełnieniem się napełniamy. Bo to nie tylko mężczyźni nam, kobietom, my też, ofiary bezpenisowe gdzieś za sobą pewnie pozostawiłyśmy.

I myślę sobie, że potrzeba trochę serca, trochę uważności na siebie nawzajem, w szczególności w tych niewyrównanych relacjach.

Jeśli tak Pana Ego w sobie chcecie dopieścić, to nieładnie. Bo dźwięczy mi zdanie przez kumpla wypowiadane:

Karma to dziwka, zawsze musisz płacić

Może nie dziś. Może nie jutro. Ale trzeba będzie.

Ku rozwadze. Dla nas wszystkich. Czasem „wykastrowanych”, czasem „kastrujących”.

Favim.com-3802
art by Favim.com

Jak wykastrować kobietę?

„Nie histeryzuj!”

„Tylko bez dramy!”, „Przestań się tak  emocjonować!”, „Przesadzasz!”.

Drogie Panie! Czy słyszałyście któreś z powyższych, albo pochodne, kiedykolwiek od ważnego dla siebie mężczyzny?

Jeśli nie, to chylę warkocz przed Wami, jeśli tak to pewnie też pamiętacie, w jaki sposób to na Was podziałało. Jestem kobietą, jak ostatni raz sprawdzałam, a później dopiero psychologiem, i w takich momentach, które na szczęście zdarzają się rzadko, bardzo, zostaję nawiedzona przez demonicę Furię, no cóż..

Ale stało się tak, że to usłyszałam całkiem niedawno. Co prawda na Fejsbookostanie, na czacie. Siła rażenia nie była jednak mniejsza. Trudno jest tylko poczciwie się pokłócić, no bo jak? Zarzucę go emotikonami „rozhisteryzowanymi”? BĘDĘ PISAĆ DUŻYMI LITERAMI? Ooo, wtedy to ja mu pokażę te swoje emocje, hoho!

No ale stało się. Pokłóciłam się. Rozemocjonowane paluszki ledwo natrafiały na odpowiednie klawisze, a autocorrect tworzył nowopoezję znaczeniową. Pokazałam to co mnie bolało, co wkurzało, co uwierało niemiłosiernie. I co?

I usłyszałam tytułowe – „nie histeryzuj!”.

W kłóceniu się na czacie jedna rzecz jest naprawdę bardzo, bardzo pozytywna – można przytoczyć słowa i znaczenia i wytłumaczyć, jak paluszki nadążają, intencje za słowami. Powrót do słów pisanych działa też jak kubeł, niestety w tym wypadku uryny, na głowę wylany. I przychodzi oprzytomnienie. Perspektywa.

Po tym jak już się zwentylowałam, włączyłam skaner autoterapeutyczny:

Czy ja naprawdę tu dramatyzowałam, bez potrzeby, teatralnie?

Nie.

Czy miałam powody tak się poczuć?

Tak.

(Tutaj niestety dłuższa pauza była mi potrzebna, bo ławę przysięgłych musiałam powołać, pod postacią Głosu Rozsądku, Obiektywizacji Przyczyn, Poprawności Komunikacji).

Czy to był pierwszy raz, kiedy jego zachowanie w taki sposób mnie zraniło?

Nie.

Czy mówiłam o tym wcześniej w bardziej „cywilizowany” sposób (czyt. bez zbędnych emocji)?

Tak.

Czy nastąpiła zmiana o którą prosiłam, którą jasno i wyraźnie sygnalizowałam?

Nie.

Czy jest nadzieja, ech ta Matka Głupich i Naiwnych, że zmiana nastąpi?

Raczej nie.

Czy jestem w stanie iść na kompromis w tym właśnie, co jest dla mnie arcyważne?

Nie. Już nie.

Na pewno?

Taaak?

Serio, serio czy tylko trochę serio?

Serio (z westchnieniem i lękiem).

Czy ta relacja jest dla mnie ważna?

Cholernie.

Czy godzę się na takie traktowanie, mimo ocenianej wysoko ważności relacji?

Czas przeszły – godziłam. Chyba.

Czy jestem w stanie nie reagować emocjonalnie, nie „histeryzować”, odciąć ten kawałek siebie i pogodzić się z takim stanem rzeczy?

Nie.

Nie zgodziłam się w sobie na lobotomię osobowości, w zagrożeniu, że On zamilknie, odsunie się, przeczeka i jak już „Drama Queen” ostygnie, to znowu będzie miło i przyjemnie i wygodnie.

Nie zgadzam się na brak autentyczności w relacjach. W szczególności tych, które są dla mnie ważne, bardzo.

Położyłam siebie na wadze (hyh) – moja autentyczność i integralność vs. relacja z Nim. Zważyłam potencjalny ból, zawód i poharatane serce. Popatrzyłam na drugą szalkę – trwanie w częściowym kłamstwie siebie, chowanie emocji, tuptanie na paluszkach, żeby „był spokój” i relacja zafałszowana. Neee.

On jest dla mnie ważny, może najważniejszy – ja jednak, dla siebie, na dziś i zawsze, jestem ważniejsza.

Trochę będzie tak jak poniżej, ale to przecież mój świat na Nim się nie kończy, nie?

tumblr_mrrng9DJv91r6lg92o1_500
rys. by podeszczu

„Nie histeryzuj!”

Ex-, ja i social media

images

Kiedyś to było łatwo. Ludzie się rozstawali. Przestawali do siebie dzwonić. Najwyżej wpadło się gdzieś na Exa, albo Exę. Trochę przez moment kwadratowo, ale później już do przodu. Ale teraz z tymi mediami społecznościowymi oszaleć można!

Pół biedy jak polubownie. Ale jak ktoś od kogoś odchodzi, rzuca, to serce jednej strony krwawi i zaczyna się tango rozpamiętywania. I już byłoby może bliżej uleczenia, już może serce by tak juchą nie buchało, gdyby nie np. update exa na Facebooku, a jeszcze gorzej zdjęcie z jakąś nową love.

I tango od początku gra. I przyrzekasz sobie, że wykasujesz, zablokujesz i w ogóle wielkie „Won!” zastosujesz, kiedy człowiekiem w bardzo przecież delikatnym właśnie stanie jesteś i niestety ciekawość czysto masochistyczna wygrywa z rozsądkiem i radami mądrych ludzi. Które brzmią właśnie – bardzo rozsądnie:

„Męczyć się będziesz tylko. Rozstanie to rozstanie.”

„Oddychaj, a potem zrób dla siebie coś dobrego.”

„Kup sobie nowe buty. Zawsze pomaga.”

Inni, zaprawieni w bojach, optują za słodką zemstą podawaną w społecznościowych porcyjkach, jak kawałki zatrutego tortu: „Weź wrzuć zdjęcia z tego melanżu, najlepiej z jakimś superboyem, albo „samojebkę” tuż przed wyjściem na jakąś intelektualną imprezę. Albo focie z wyjazdu mocno koedukacyjnego na plaży, na basenie, przy barze”.

Jeszcze inni twierdzą, że posty z aśramu w Indiach, gdzie aktualnie przebywasz szukając siebie, będą dowodem na to, że na pewno się wznosisz ponad to co Ci on zrobił, albo ona, płeć przecież nie ma znaczenia.

Super. Rady zawsze pozostaną tym czym są, czyli kupą…śmieci, dla kogoś kto akurat jest w stanie bliskim psychotycznemu, bo tak boli i już. Odzywają się więc najgłębiej skrywane instynkty i z samobójczą ciekawością – bo to ty właśnie konasz w mękach, stając się superStalkerem, buszując po wszelkich możliwych portalach na których twój Ex gości, odkrywasz, co, gdzie i najgorsze z kim, robi. Każdy status, jak mały gwoździk w już i tak czołgającą się po żwirze samoocenę. Ale ty nie dajesz spokoju i dalej – może Instagram jeszcze Cię bardziej przekona, że cierpienie uszlachetnia. A już śledzenie nowej love, na pewno. Tia. Zapewne.

W życiu i w gabinecie doświadczam karuzeli płaczu, jęków i bólu codziennie właśnie przez cyberstalkowanie podawanych.

Social media rozstań nam nie ułatwiają. Ileż trzeba mieć samokontroli, żeby jednak nie zamienić się w Prześladowcę, który tak naprawdę prześladuje tylko siebie, zdzierając tylko zasychające strupki, gmera paluchem w ranach?

I po co?

Ex-, ja i social media

Dlaczego facet zdradza?

„Bo może” – tak moje rozmyślania nt. natury płci skwitował mój niegdysiejszy narzeczony.  Oburzyłam się nieludzko wręcz.

„No halo, ale, że co? Jestem kobietą, też mogę, nie?”.

„Twój wybór” odparł, i zajął się zmienianiem Wszechświata.

Przyznaję. Pokonał mnie wtedy. I tak do mnie ta krótka nasza wymiana powracała. I powraca. Bo na kozetce i w życiu tych poturbowanych przez zdradę dziesiątki. Jak bumerang wracają więc te zdania. Bo masz wybór? Serio? To jest takie proste? Ekhm, znaczy trudne?

Zdradę oglądałam ze wszystkich dostępnych stron już chyba. We wszystkich możliwych konfiguracjach. Chociaż pewnie życie mnie jeszcze zaskoczy, na co liczę, i nie chcę oczywiście.

Bo normalnie to napisałabym że przecież chodzi o niespełnione potrzeby, takie długofalowo niespełniane, więc szuka się gdzie indziej – bo jak się chce piciu to trzeba i już. Tak o seksie mówię, ale nie tylko. Taka deprywacja przez lata się ciągnąca, kusi spełnieniem. A panowie – sorry, wiecie, że Was kocham – potrzeby swoje dla tzw. świętego spokoju zawieszają i cierpią, ale jak już się przydarzyć okazja może to z tego wyczerpania, chcą, pragną siebie urzeczywistnić. Może w końcu się poczuć dobrze, ze sobą, ze światem. Może.

Normalnie też popatrzyłabym na tych, którzy swoją samoocenę wzmocnić muszą ciałem i duszą kolejnej kobiety, żeby ciut bardziej męsko się poczuć. Ciut bardziej pełnokrwistym facetem. Ciut bardziej gorącym kochankiem. Ciut mocniej podziwianym przez inny model, niż szanowna kobieta długoletnia, bez względu jaką Kocicą by nie była. Co z tego, że to krótką trwałośc ma. Co z tego, że zaraz jak tylko z łoża wyskoczysz, to już za drzwiami czarna dziura własnej wartości jest jeszcze większa, bo wiesz przecież, że kolejna kobieta Ci jej nie zszyje. Co z tego?

I tak, zdradzają.

Oczywiście, biologia, rozsiewanie genów itd aż do zupełnego upojenia się stereotypami.

A co, Drogi Mężczyzno, jeśli masz wybór po prostu? I to od Ciebie zależy? Bez względu na braki, potrzeby, niezrozumienie, nieistniejącą samoocenę, czy psychologię ewolucyjną? Nie ma na co zwalić winy? Nie ma. Możesz co najwyżej „zwalić konia” (brzydkie wyrażenie) albo „niechcący” wpaść między już rozłożone nogi chętnej, no bo jakże, kobiety tudzież pośladki mężczyzny (nie dyskryminujemy).

Bo może właśnie to jest Twoja i tylko Twoja odpowiedzialność? Nie masz spełnianych potrzeb? A co zrobiłeś żeby mieć je spełnione? Odszedłeś? Szukałeś dalej? Pracowałeś nad związkiem? Aaaa, masz niską samoocenę? Rozumiem.. A jakoś chciałeś to zmienić, bez ranienia kobiety swojego życia? Bo nie wiem przypadkiem, czy seksik bez zobowiązań, czy nawet romansik na boczku, to przypadkiem nie plasterek na gangrenę?

Może gdzieś o tzw. moralność się rozbijamy. Ja nie wiem co to znaczy. Każdy chyba ma swoją z wierzeń i przesądów ukutą. Patrzę na tych zdradzonych i zdradzających i myślę, że nie o to tu chodzi. Tylko o rany, o integralność, o odpowiedzialność. Tak, wiem, same nudne słowa, jakże niepopularne dziś dla nas, w Krainie Wiecznej Przyjemności żyjących. No cóż.

Idziemy na łatwiznę.

Twój wybór.

Dlaczego facet zdradza?

„..i że nie opuszczę Cię, dopóki mi będzie z Tobą wygodnie.”

Środek tygodnia, środek nocy, w ramionach Morfeusza oddaję się marzeniom sennym, kiedy wbija mi się gdzieś w ucho środkowe dzwonek komórki. No tak,  Car BadBoyów czasoprzestrzeń międzykontynentalną traktuje wg własnych potrzeb.

„Czy ty wiesz która u mnie jest godzina?”

„Nie za bardzo, ale nie śpisz przecież”

„Bo mnie obudziłeś!”

„Pomóc mi musisz, bo się pokłóciliśmy z Lynn i myślę, że to już koniec. A z kim mam o tym rozmawiać??”

Całuję Morfeusza w mityczne czółko i drepcę do lodówki po coś orzeźwiającego, bo to długa rozmowa będzie. I była. Co on powiedział, jak ona zareagowała, co powiedziała, kto pierwszy talerzem rzucił, kto kieliszkiem do wina się odrzucił. Drama, panie, sama drama. No ale u Cara zawsze tak było. Tłumaczę mu meandry kobiecej psychiki, że to nie o to chodziło, że ona tylko chciała pokazać mu swoje potrzeby (swoją drogą dość dynamicznie to zrobiła, bo przecież zwykły „foch kobiecy” pewnie by wystarczył), że to nie świadczy o tym, że coś się psuje, że właśnie wprost przeciwnie. Car milczy.

„Halo! Jesteś tam??”

„Yeah..ale wcale mi nie pasuje co mi mówisz, bo to znaczy, że mam się nie poddawać i porozmawiać z nią o tym. Wiesz, że ja nigdy tego nie robię.”

„No to zacznij! To nie musi być koniec. Nie spieprzaj, tylko dlatego, że się poróżniliście, bożżż..”

„Nienawidzę Cię”

„Ja Ciebie też. Dobranoc”.

Oczywiście już usnąć nie mogłam, bo się nad tematem zamyśliłam i ptaki zaczęły drzeć dzioby, bo słońce już wstało.

No tak, bo w relacjach jest fajnie jak jest fajnie. I tak myślimy, że z usteczek miodzio spijać sobie na wieczność będziemy. No miło by było, choć to pewnie przesłodzeniem i wymiocinami by groziło. Ale jak się jakiś konflikt pojawia, to wtedy co? Czy ja ciągle kocham? Czy to koniec nam zapowiada?

Ale myślę, że wtedy dopiero, kiedy druga osoba lustro nam do twarzy przystawia, i siebie widzę, i zmienić coś w sobie muszę, test związku następuje. Bo widzę, co ja tam w sobie trzymam, coś do przerobienia, do zrozumienia. To w relacji mogę niszczyć te ściany w sobie, które mnie przed byciu prawdziwie sobą powstrzymują. Jak w zwierciadełku widzę kompleksy, uwarunkowania, pokrzywione oczekiwania. Ale czy zaryzykuję i się zmienię? Czy usłyszę drugiego? Czy z odwagą w lusterko spojrzę? Czy się zamknę i pielęgnować swoje rabatki Racji będę?

imagesCAXZJIEH

„..i że nie opuszczę Cię, dopóki mi będzie z Tobą wygodnie.”

Zagraj w depresję

(Już słyszę komentarze do tytułu: „sama se graj, ja nie muszę..”, ‚po jaką cholerę mam się dołować”, „co za głupota, nie mają już co wymyślać”. Ano. Przymusu czytania nie ma.)

Oczy mam otwarte na nowe rozwiązania w kwestii diagnozy czy leczeniu chorób psychicznych, co nam nowe technologie co i raz coś fajnego podrzucają. Co prawda, obiektywnym, ekhm, okiem psychoterapeuty, większość tych rozwiązań (jak niektóre appki – kiedyś opiszę), jest powiedzmy, no ładnie wyglądająca. No ale progres jest, i o to chodzi. Nie czepiam się w ogóle i czekam, niecierpliwie, bo wszędzie Postęp a w psychoterapii postęp, mam wrażenie, przypomina wyścig żółwia ze ślimakiem. Nie myślę tu o postępie w neuropsychiatrii i w ogóle w badaniach nad mózgiem, ale tak bardziej w rozwiązaniach doraźnych, jakoś słabo.

No ale wpadło mi ostatnio, coś ciekawego. Gra w depresję. Czyli – jak czuje się osoba, która rzeczywiście przeżywa depresję, nie jakieś chwilowe czy sytuacyjne obniżenie nastroju. Podejmujesz małe decyzje życiowe z podanych opcji, limitowanych do tego, co może myśleć i czuć osoba chorująca na depresję.

I można sobie zadać pytanie: po co? Ano po to, żeby poczuć się w skórze takiej osoby. Jaki to świat, jakie uczucia, jakie trudności, jakie błędne koła zapętlające się serpentynami zniekształceń poznawczych. To jedno, ale z drugiej strony, gra może posłużyć osobom przeżywającym takie trudności do poszukania pomocy, kiedy grając uzmysłowić mogą sobie opcje rozwiązań w ich sytuacji, a to już zajebiście dużo. (Na forach gry pojawiło się sporo głosów podkreślających terapeutyczny wymiar tej gry, właśnie jeśli o rozwiązania chodzi!).

Tak się zaczyna:

images

Grałam do końca. Coraz bardziej się wkurzałam – „nie, no daj spokój, tu trzeba to i sro..!!”. Frustracja na bezsilność. I właśnie o to chodzi. Bo taka emocja niestety często dominuje w depresji. Wiem. I poczułam.

Z tego też powodu gra nie jest skierowana do osób z ciężką depresją czy rozważających samobójstwo, ale do tych którzy chcieliby może troszkę lepiej zrozumieć o co chodzi, jak to jest. A jest naprawdę trudno.

Oczywiście, czepnę się – za dużo tekstu (dobra znajomość angielskiego niezbędna), mała interaktywność (gra w przeglądarce, no ale kurczę..), grafika prawie nieistniejąca. Ale ścieżka dźwiękowa fajnie dobrana, najlepiej zanurzyć się w tym smutnym świecie ze słuchawkami na uszach. Na własną odpowiedzialność, ale z dużym ładunkiem empatii proszę!

Zagraj, jak się odważysz. „Depression Quest”

Zagraj w depresję

Popatrz w lustro

Tak. Popatrz. Nie odwracaj głowy. Co widzisz?

Ja widzę zmarszczki mimiczne, i te niemimiczne, i rozszerzone pory, i przebijające gdzieniegdzie siwe włosy, i pełne usta od razu składające się w uśmiech, i moje szare oczy. A w nich, na dziś, głęboki spokój.

Ale to ja. A TY?

Może wzrok Ci wędruje do twoich przez siebie postrzeganych mankamentów. Może cieszysz się z zajebistych genów. A może z niesmakiem odwracasz głowę. Może.

Ale dziś popatrz sobie w oczy. Kogo tam widzisz? Może mózg nie pozwala Ci zobaczyć tego kim jesteś. Może mówi „Luzer”, „Dziwka”, „Przegrany”, „Samotna”, „Nieudacznica”. Może.

????????????????????????????????????????????????????
art by Philipp Igumnov

Spójrz jeszcze raz i przypomnij sobie co przeżyłeś.

Ja mam w swoim secie życiowym: śmierci i samobójstwa, chorobę, która potencjalnie ma mnie zabic, traumy rozstań, odejścia swoje i niemoje, złamane serce (cud, że jeszcze działa), kilka traum z dzieciństwa, kryzysy finansowe i zawodowe, dwie rany, które krwawią codziennie. Mam. Ale to ja.

A Ty?

Masz swój secik? Pewnie tak. Każdy ma. Bardziej lub mniej traumolski. Ale spytam tylko – jak Ty to robisz? Tyle przeżyłeś? Tyle wycierpiałaś? I żyjesz. I ciągle tu jesteś. I stoisz i patrzysz na siebie. A mózg śmie, Tobie, podsuwać te kłamstwa?

Ech, zobacz Siebie, naprawdę. True Survivor. Wojownik. Twardzielka z sercem na dłoni.

Jesteś zajebista. Jesteś nieprawdopodobny.

Jesteś.

Fajnie, że jesteś. Po prostu.

Popatrz w lustro

„Krwawię..

…naprawdę, patrz..”.

Patrzę. I uśmiechamy się do siebie. Tym uśmiechem, co rozumie. I wcale nie jest wesoły.

„Znowu”.

„Wiem. Boli?” – głupio pytam. Ona wie, że głupio pytam, tak z przyzwoitości trochę. -” Tak, ale nie bardziej niż zwykle.” Twarz przykrywa dłońmi. Prawie widzę krew lecącą.

„Powiedz mi coś, żeby nie bołało, zaklęcie jakieś..”

„Nie znam żadnych.”

„Znasz na pewno..Przecież jesteś czarownicą..tą dobrą..”. I krew, ta metaforyczna, jakaś bardziej przezroczysta się robi, bo rozwodniona, przez łzy. Jej. I żałuję, że nie znam.

„A gdybym była, to naprawdę byś chciała, żebym Ci ten ból zabrała?”

Wbija się we mnie wzrokiem jak nożem. I głębiej jeszcze. Po dziurki w duszy. I widzę nienawiść prawie, potem spokój nagle, nie wyrachowany, prawdziwy.

„Nie. Masz rację, nie. Ale obiecaj mi, że przejdzie..ten ból”

„Obiecuję” – mówię, chociaż nie powinnam. „Ale co to dla Ciebie znaczy, że Ci obiecam?”

„Och, przestań mi tu shrinkowac!!” – zrywa się z kozetki i staje tyłem do mnie, głowę o fioletową tapetę opiera. „Bo wtedy będę wiedziec, że wiesz co czuję..”

„Usiądziesz?”

Siada. „Przepraszam. Boli..”

Wiem, że boli. Bo nie może nie boleć. I kolejna rana. Kolejny ktoś wjechał Ci w życie. Rozjechał je mało subtelnie. Pamiętam, co mi mówiłaś.

Bo najpierw jest tak, że te rany zabliźnione, te siniaki, blizny, potłuczenia sobie pokazywaliście. Te, przez innych zadane. Z poprzednich relacji, z kryzysów, z upadków. Teraz z nadzieją, że to już może raz ostatni. I była fascynacja. Tą nadzieją chyba. Że może tak, teraz, już będzie dobrze. Że ten drugi zobaczy, dotknie i nie odwróci głowy. Nie odwrócił. Patrzył. Dotykał. Nie odwrócił z obrzydzeniem czy z oburzeniem głowy. Palcami delikatnie dotykał tych ludzkich części Ciebie. Całował stwardnienia doświadczeń. Pokazał Ci swoje. I było dobrze. Tak dobrze. Tak jak marzyłaś.

A potem nagle, nie wiedziałaś skąd. Cios, chociaż nie, najpierw szturchnięcie. Już wtedy powinnaś się wycofac. Ale wciąż myślałaś: „Ale on mnie widział. Mnie. Ze wszystkim. I było dobrze”.

Nie. Nie bylo. Było uderzenie. Jedno, potem drugie..

Następna rana. Na razie ropieje, bo grzebiesz w niej, zdzierasz strupek powoli zasychający.

I teraz krwawisz. Boli.

I chcę Ci powiedziec, i mówię „Już dobrze, dobrze już..”. Ale wiem, że nie usłyszysz, jeszcze nie teraz..

 

imagesCAK3QCGI

„Krwawię..

Chcę Pragnę Pożądam

images

W gabinecie dziś pytanie mi rzucone prosto w twarz, nie bolało, później tylko uwierało, jak bucik niewygodny:

„Co zrobic, jak chcę czegoś i nie dostaję? Pragnę i pożądam i gówno z tego??”

Tak mnie od ranka świdrowało gdzieś koło śledziony. Tak żarło jak zgaga. No ale w „tu i teraz” się zanurzyłam i nie myślałam, aż do przerwy. Ech! A potem ze zdwojoną siłą mnie do fotela, mojego ulubionego narzędzia pracy, przyparło. Za gardło trzymało, aż pękłam..

Mam na szczęście mojego anty-guru, co to mnie uczy „the hard way”. Ciągnie za włosy po betonie, do kałuży najbliższej, albo zaspy śmierdzącego spalinami śniegu, wpycha mi fizis doń i warczy: „Ucz się dziwko!” i odchodzi lekko-chwiejnym po używkach krokiem, zostawiając mnie tam, z lekcją do nauczenia, siebie zrozumienia i wniosków postawienia.

I tak to mnie ostatnio nauczył o tych pragnieniach.

Do dupy są. Wiem, wnioski górnolotne. Fruwasz już? Ja dostałam skrzydeł i orła cień widziałam za mną lecącego. Serio. Bez grosza cynizmu.

Po co pragnę? Po co chcę? Po co pożądam?

Bo to mi da szczęście absolutne? Bo będę spełniona na wieki? Bo dostanę, w końcu, prezent od losu, i będę szybowac gdzieś w okolicach iglicy najwyższego budynku w okolicy?

To teraz wyobraź sobie rzecz (ew. kogoś), o której marzysz. Masz? Nie no, bez ściemy! Wybierz coś z listy top 10 „Nieosiągniętych i Nieosiągalnych”. Kaman. Czekam 10 s – 1, 2, 3… dobra, wiem, że nie wybierzesz. Twoja strata.

A teraz dla hecy, wyobraź sobie, że to właśnie masz. Achy i Ochy, nie? Bosko! Niebo, Raj i prenumerata dośmiertna mojego blogusia! Nie możesz czuc sie lepiej! Świat otworem, i bynajmniej nie odbytniczym, dla Ciebie się ustawia, w całej swojej doskonałej przecież okrągłości! Yeah! Na szczycie Universum stoisz. We’ve got the Winner! Brawa od 7 bilionów istnień!

Na chwilę. Pomyśl o tych razach, kiedy coś jednak ci się udało, coś dostałeś, coś osiągnąłeś. Ten piękny moment trwał, właśnie chwilę. Bo po tym przyszła rzeczywistośc, reality, panie. I znowu trzebabyło czegoś chciec, kogoś pragnąc i pożądac. I tak w nieskończonośc. Ad infinitum.

I w tym diabelsko błędnym kole zamknięci, pragniemy, chcemy, pożądamy. Po co? Do następnego razu? Do następnego minihaju? Który właśnie trwał będzie minichwileczkę? I znowu zapragniemy czegoś innego?

I tak, za Dziadkiem Gombrowiczem powiem, upupieni w swoje pożądania, kręcic się będziemy jak bączek co nie ma nóżek ani rączek, tylko tą dziwną igłę co mu z tyłka wystaje?

Po co?

Tak leżąc ostatnio w kałuży, metaforycznie ofkors, pracę domową od mojego prawdziwieistniejącego anty-guru odrabiałam.

Już się uczę „chcieciów”, pragnień i pożądań nie miec. Nie chcę już, nie pragnę, nie pożądam. Zjadają mnie tylko słowniesyny. Zabierają mi soki życiowe, którymi napoic się może moja codzienna, uważna rzeczywistośc, która jest naprawdę zajebista. I nie zamienię jej na żadną inną w moim umęczonym pragnieniami mózgu. Amen.

Chcę Pragnę Pożądam