Jej Wysokość Miesiączka

Tytuł już odstraszył część czytaczy, więc spokojnie mogę pisac dalej dla wytrwałych i nie bojących się Tego słowa.

Rzeczywiście rzecz o miesiączce będzie.

2016, Wysokie Obcasy – okładka, która wywołała burzę medialną i dużo kontrowersji, same komentarze pod artykułami, bo się ich naroiło wtedy, pokazywały polaryzację opinii u samych kobiet. Jak zwykle, przy temacie dotykającym tabu.

b8d602369c3d53ae49371995e6637a2f640000

Krew miesięczna to wciąż tabu. Pisałam o tym wcześniej. Nie ma sensu się powtarzać.

Oglądałam komentarze, bo to jednak „głos ludu” w tym wypadku w większości kobiecego i jedno co przeważało w komentarzach to słowa o bólu takim, że tylko zastrzyki pomogą, immobilizacji i w ogóle „gdybym mogła już tego nigdy nie przeżywać, to byłoby git”. Nic dziwnego, w sumie. Wiem, bo znam organoleptycznie.

Sama marzyłam skrycie, żeby była jakaś publikacja, która by głęboko i prawdziwie podeszła do problemu – żeby w „te” dni chociaż lżej było.

I jest! Jest! Drogie Kobiety i od tematu zdala się trzymający Panowie!

sposob_na_bolesne_miesiaczki

Tak! Bardzo tak! I od razu od bólu do przyjemności!

Ok…przyznam, że tytuł mnie w ogóle nie zachwycił, bo boję się tych uproszczeń i standaryzowania rozwiązań ale „nie oceniaj książki po jej okładce” tudzież po tytule.

Usiadłam w przerwie między obowiązkami, przy zupie, żeby zacząć, obejrzeć rozdziały itp. I… już nie wstałam dopóki nie przeczytałam całej. Zupa wystygła. Obowiązki płakały w kącie zaniedbane.

Tak, ze spokojną duszą i macicą mogę powiedzieć, że to jest TO.

Autorki (które znam osobiście i cenię bardzo) dokonały rzeczy pięknej i potrzebnej.  Pokazały od prostej medycznej strony cały cykl miesięczny. Oczywiście nie poprzestając na tym, przedstawiły sposoby (praktyczne bardzo) na to, jak sobie radzić z bólem, ale nie tylko poprzez spożycie „2 ibupromy poproszę” ale na głębszym poziomie, zmiany swojego po pierwsze stylu bycia, a po drugie rozprawiania się z naszymi (również kulturowymi) skryptami które blokują naszą kobiecość i przyjemność.

Bo miesiączka wg autorek to klucz do kobiecości, do jej uznawania, poczucia siebie jako istoty seksualnej i funkcjonowania w relacji do swojego ciała przede wszystkim. Zaznajomienie się z ciałem, uważne przyglądanie się swoim stanom emocjonalnym, nie lekceważenie tego co ciało ” mówi” a czasem wręcz krzyczeć musi, bo inaczej nikt nie słyszy. Poprzez obserwację bólu, bycie dla siebie dobrą, dążenie a właściwie podążanie za przyjemnością w końcu. Doznaniami, które mogą być dla Ciebie dostępne, kiedy nie będziesz od nich uciekać, przyjemność, i dodam od siebie – ekstaza na pograniczu z mistyką.

Oszalałam?

Zakochałam się zupełnie, a zakochanym się takie wielkie słowa wybacza. Zakochałam się, bo czułam jakbym czytała swoje myśli i słowa, które w urywkach w rozmowach w gabinecie padają. I jak śmiała się jedna z moich klientek : „Czy ty znasz wszystkich cykle czy tylko mój??”. Słowa świadczyły tylko o tym, jaką wagę przywiązuję do „bycia w cyklu”, jak wływa on na nasz stan emocjonalny, jak „walczymy” ze sobą, żeby się „normalnie” czuć, jak zapominamy o cyrkularności doświadczenia. Ech. Tak. Zawsze, zawsze zwracam na to uwagę, od kiedy, kilka lat temu, uleczyłam swój ból i zaczęłam szanować cykl, tak jak piszą o tym Voca i Natalia.

Rozrzewniłam się i wzruszałam. Łzy do zupy wpadały (a potem się dziwi, że za słona), bo smutek (bo tyle Innych cierpienia) mi się z radością przeplatał.

Publicznie więc apeluję:

Kochana Kobieto! Jeśli masz przeczytać jedną książkę w tym roku, albo w następnym, to niech będzie ta. Ok? Zrób to z szacunku do siebie, bo na taki Ty i Twoje ciało zasługujecie!

Mała książka (160 str.) i na razie tylko w ebooku do kupienia tutaj pod choinkę, na urodziny, na pierwszy dzień okresu, na poniedziałek, albo wtorek, i w ogóle bez okazji, albo z okazji, że Ty to Ty i już.

ps. Jedyny prawdziwy zarzut jaki mam: DLACZEGO ONA JEST TAKA KRÓTKA???

pps. Nie, nie jest to post sponsorowany. Oh, wait! „Sponsorem niniejszego postu jest miesiączka, która domaga się twojej uwagi, ciepła i troski!”. Może być?

Jej Wysokość Miesiączka

50 twarzy Greya czyli ból dupy wcale nie z seksownego powodu

images

Zmusiłam się do obejrzenia, żeby uniknąć pytań, zbędnych dyskusji i komentarzy. Po książce, którą przeczytałam, z tegoż samego powodu, bo jednak wolę mieć swoje zdanie na tak „kontrowersyjny” temat jak ten (s)hit dziesięciolecia.

Spojlerów nie będzie, z resztą myślę, że spojlować nie ma co, bo nie ma czego.

Nie powiem, zajadałam się ciekawością, jak te sceny „BDSMowe” będą sfilmowane, jak ten seks, tak romantycznie-soczysto-orgazmistyczny-aczkolwiek-zupełnie-nierealny będzie pokazany, jak gra aktorska, bo przecież Grey to skomplikowane ciacho ciach, co tam, cały tort miał być! No i to niewinne idiosynkratyczne zagryzanie ust przez Anastazję, och, ach!

Zasiadam do oglądania podekscytowana.

Mija pierwsze 15 minut. Czuję odpływające podniecenie, gdybym była mężczyzną, pewnie bym to odczuła organoleptycznie.

Mija kolejne 5. Mrużę oczy w uwewnętrznionym „WTF?”.

Po 3 następnych, tak bardzo, bardzo wciąż pragnę, żeby to był dobry film.

Po minucie jednak mi przechodzi i zaczynam się brechtać, ale nie śmieszkiem wujka-zbereźnika, tylko takim prawdziwym, bo tracąc nadzieję, zdałam sobie sprawę, co mi to przypomina. Pamiętacie pornosy eNeRDowskie z lat circa about 70tych? To jest to! Wątek i gra aktorska tu mniej więcej na tym się opiera!

I już zrelaksowana (prawie) do końca seansu czyli jakieś jeszcze 105 minut chichoczę się bez opamiętania – wychodzę z kina w bukolicznym (prawie) nastroju i z bólem dupy, bo to jednak dłuuuga produkcja, szczególnie jak się zna zakończenie.

Obśmiewałabym się do dziś, gdyby nie jedna rzecz. Jakoś w lekturze, nie skupiałam się na relacji Christiana i Anastazji, bo czekałam (znając siebie) na tzw.momenty, na to jak wątek BDSMowy jest przedstawiony w mainstreamie, i żeby ewentualnie wypunktować ewidentne przekłamania, gdyby ktoś mnie o nie pytał.

Z tego względu, że sceny seksu, no powiedzmy hojnie, są nieco żałosne, to przyjrzałam się bardziej powstawaniu tzw. relacji. Z tego też względu, przez jakieś 80% filmu, siedziałam z głową odchyloną do tyłu, poziomymi zmarszczkami na czole, które u mnie naocznie symbolizują niestrawność graniczącą z obrzydzeniem. To też czułam, w przerwie na śmiech.

Może dlatego, że w książce to jednak moja osobista wyobraźnia pracowała, a tu po prostu już było wszystko na wierzchu, hyh – Grey to socjopata, który znalazł sobie dziewicę, żeby przysposobić ją sobie do swoich upodobań, nie tylko seksualnych. Kontroluje, śledzi, zmusza do jedzenia, kupuje jej ciuchy, wypełnia czas wolny, zarzuca ofertami, których bidulka nie może odrzucić, sprzedaje jej samochód bez jej pozwolenia itp. Uroczy ten Krystek, nie? Może rzeczywiście niektórym by to pasowało, ale serio? Całe to BDSM to pikuś przy traktowaniu bohaterki, która nie ma oczywiście wyboru i się w nim zakochuje. Nihil novi.

Zastanawia mnie ten ciąg do idealizowania tej toksycznej relacji, takiej biało-czarnej, takiej z bajki złej cioci. I tak, myślę, taki łatwy świat – on się boi zaufać, ona bardzo chce kochać, on chce mieć wszystko pod kontrolą, ona zrzeka się swojej, żeby być częścią jego świata, on realizuje swoją seksualność w jedynie dla siebie akceptowalny sposób, ona dopiero swoją odkrywa, badając, na oślep trochę, jej granice.

Ręce w horrorze unoszę ku niebom, bo przecież ileż takich relacji na kozetce widziałam, ba, poza nią jeszcze więcej. I to mnie boli najbardziej. Wychowane na bajkach, na mitach wielkiej miłości, w której rozmantyzm dzielony jest przez toksynę i mnożony przez dysfunkcje, tak bardzo tego mitu spełnienia potrzebujemy??? Tego mitu? Tak spełnionego? Naprawdę? I wcale nie chce mi się szukać cienkich usprawiedliwień pt: „no ale tak już jest”, „świata nie zbawisz, pogoni za miłością, jakąkolwiek, nie zatrzymasz”.

Powielanie stereotypów zawsze nam świetnie wychodzi, a wyjścia z labiryntu fałszywych, nierealnych do spełnienia przekonań, nie widać. A Hollywód daje pożywkę, a my się we wzorcach utrwalamy i utrwalać pozwalamy.

Od złej książki gorsza jest tylko jej adaptacja.

50 twarzy Greya czyli ból dupy wcale nie z seksownego powodu

Beksińscy. Portret cierpienia podwójny.

Grzebalkowska_Beksinscy_500pcx

 

Rzadko piszę o tym, co czytam, bo gdzieś wewnętrznie uważam, że czytanie o przeczytanym jest po prosu nudne dla czytacza, który nie przeczytał, a wtórne dla tego, który przeczytał. Ot co.

Jednak z tą książką postanowiłam zrobić wyjątek. Bo Beksiński Zdzisław. Bo ważny dla mnie pozostaje. Bo w końcu, może pozycja dotycząca relacji ojciec – syn.

Sporo osób pytało mnie o opinię. Ale też na pytanie „Co teraz czytasz?” na moją odpowiedź reagowało dość jednoznacznie: „Po co? Przecież wiadomo, że był pierdolnięty!”, „No co ty? Nie męczysz się? Przecież tam ciemność i zgrztanie zębów.”, „Eee tam, nie ma sensu sobie głowy syfem zarzucać”.

Wtedy w dialog nie wchodzę, no bo jak? Ale przeczytałam, nie powiem, że jednym tchem, bo trudno emocjonalnie mi się treści odbierało, i kilka przystanków musiałam zrobić, żeby oddech złapać. Trudna i mocna lektura.

Zadziwiona byłam rozmachem – bo to przecież przez kilka dekad przechodzimy, w tle dzieje się historia, polityczna i sztuki, zmieniają się systemy, trendy i przywódcy. Panorama czasów minionych, których jeszcze byłam świadkiem świadomym.

A na tle tych wszystkich przemian, oni, Beksińscy, bez wybielania, bez cenzury, bez zbędnego „upomnikowienia” (chylę czoło przed autorką). Tak jak żyli. Tacy byli.

Jedne z najciekawszych fragmentów, to te dotyczące inerpretacji dzieł Beksy – ilu patrzących, tyle zdań, a sam autor, skutecznie, przez lata swojej kariery, odżegnywał się od jakichkolwiek opinii i kierunków „patrzenia”. Z dystansem podchodził do swojej twórczości, co w książce jest bardzo wyraźne.

I tak jak dla wielu Beksiński „zwykłym popierdoleńcem” był, no bo „kto przy zdrowych zmysłach, takie szkarady tworzy”, tak dla mnie oswajał lęk podstawowy – lęk przed śmiercią. W jego pracach była, tak, nadzieja przemiany, zmiany. Od małego tak miałam, i nie mogłam, nie nauczyłam się na nie inaczej patrzyć. Ukrzyżujcie mnie.

Czytając jednak, nie mogłam się odseparować od tzw. „diagnostyki”. No bo tak – skrzywienie zawodowe podąża za mną, nawet w głąb tego co czytam. I co mogłam zobaczyć? No co – nerwica obsesyjno- kompulsywna, fobia społeczna, zaburzenia ze sfery autyzmu, może Asperger u Zdzisława Ojca? Depresja kliniczna, osobowość narcystyczna, dwubiegunówka, nierozwiązany kompleks Edypalny u Tomasza Syna? Może i są. Ale po co mi to.

Myślę sobie, ża tak łatwo przychodzi ocenianie i interpretacja pracy człowieka, poprzez pryzmat jego tzw. „zaburzeń”. Tak łatwiej, jak jakiś algorytm, jak heurystyka. Nie oddalamy się od osoby autora, nie potrafimy często spojrzeć co autor przekroczył, jakie granice w sobie, jakiej transgresji dokonał (tak jak u Kozieleckiego i Janion). Nie. Zamykamy się w sferze znaczeń tych najbardziej dostępnych, nie patrząc na to co autor, i Ojciec przez malarstwo, rzeźbę, fotografię i kolaże, i Syn przez audycję i pisanie w sobie przebył, przezwyciężył. Nie da się, w naszym często limitowanym zrozumieniu, uciec od biografii, od życia przeżytego. Osoba rozlewa się i definuję twórczość.

Ale może gdyby tak z dystansem, przebić się przez ból i cierpienie „codzienności” i spojrzeć świeżo, na to co jest przed nami – na dzieło, samo w sobie, na produkt ostateczny? Trochę wysiłku. Trochę empatii i współczucia dla tych, którzy nie boją się, tego co czujemy wszyscy pewnie, projektować na zewnątrz.

Przyznam, że kilka razy się popłakałam czytając, bo życie nie zawsze jest dziełem, takim jakim byśmy chcieli, żeby było.

Czytajcie i przeżywajcie. Warto.

 

 

 

Beksińscy. Portret cierpienia podwójny.

#książkojebka

Zmowa straszna nastąpiła u mnie w domostwie ostatnio. Wszystkie, ale to wszystkie urządzenia elektryczne zakrzyknęły unisono: „Strajkujemy!”. I zastrajkowały. Padł również internet, co jak wiadomo, niestety, jest przerażającym dla mnie zjawiskiem. Zainterweniowałam w panice, czyli błyskawicznie, pozostając na łasce niełasce internetów z kijka, który popłakiwał tylko megabajtami. Pan Mechanik z firmy obsługującej zjawił się po 4 dniach, jak na najlepszego usługodawcę przystało.

– Gdzie ma pani złączkę?

Skonfundowałam się przeokrutnie, bo właśnie czytałam artykuł o sexie przyszłości z robotami jakiegoś japońskiego blogera:

– Yyyyy…Zzzzzłąączkęęę???

– Dobra, sam sobie poszukam..

I ruszył rześko w moją stronę. Stanął przede mną wmurowaną w posadzkę dębową. Popatrzył długo i wymownie, aż mi się gorąco zrobiło.

– Będzie tak pani stała i przeszkadzała, czy pomoże, bo szafę trzeba odsunąć widzę.

Ech no, z szafy trzeba bylo zdjąć „kilka rzeczy”. Jeden taki szpilek z pary z cekinami (nie wstydzę się, że mam takie, wcale) pan uchwycił w locie, ale z dezaprobatą, ba, z obrzydzeniem prawie…”Może nie lubi różowego” – pomyślałam przytomnie. Złączkę odnaleźliśmy.

– Podłączę panią teraz.. – I zasiadł przed kompikiem, gdzie moje roboty w pełni okazałości swej androidalnej i stronka sexszopu zaprzyjaźnionego, gdzie ceny pobożonarodzeniowe sprawdzałam. – Czyta to pani, czy mogę wyłączyć?? Z jakimś nieukrywanym niesmakiem spytał.

– Ależ proszę, znajdę sobie potem..

– Nie wątpię… – wymamrotał. Mowę mi odjęło na mikrosekundę, na szczęście komórka zadzwoniła, moja.

Pan jeszcze marudził coś do siebie, poczym podłączył mi jakąś maszynę do telewizora (mam znowu kablówkę, rety!!!).

– No tu pani ma zwykłe programy, a tu pakiety, np. taki „dla dorosłych” pewnie panią zainsteresuje, tylko trzeba aktywować.

– A nie, nie będzie potrzeby, przecież w internetach takie bogactwo porno….

Pan przebąkał coś nieodszyfrowalnego i szybko zbiegł, zapominając o bardzo ważnych dokumentach, po które musiał się jednak wrócić. Nieswój taki.

Ucieszona mocą połączenia zasiadłam w Centrum Zarządzania Wszechświatem (czyt.przy biurku), gdzie po jakimś czasie, kawałkiem mózgu analizując niemiłą dość wizytę i dziwaczne momentami zachowanie pana Mechanika, pojęłam w czym rzecz. Popatrzyłam na otwarte stronki, na stosy książek, gdzie wbijały się w oczy tytuły:

„Puszczalscy z zasadmi”

„Poliamoria”

„Inna rozkosz”

„Święta seksualność”

„Jak się kochać?”

„Inteligencja seskualna”

„Miłosny potencjał mężczyzny”

„Sekrety wielokrotnych orgazmów”

I jeszcze kilkanaście innych okołoseksualnych pozycji (hyh), które najzwyczajniej w świecie potrzebne mi są do pracy. Studiuję i wracam do nich z pasją. A pan Mechanik pomyślał sobie bógjedenwie co. No cóż.

Może nowym słowem na ten rok idąc w ślad za 2013 – „selfie” – u nas pieszczotliwie nazywana „samojebką”, będzie #shelfie (od półki w langłydżu) = #książkojebka??? Bo ileż te słitfocie mówią o nas – „tak, tak, jesteśmy osom i trochę narcystycznie przegięci”, ale już taka #shelfie?? Ha?? Albo pokaż mi swój czytnik e-bookowy, to powiem Ci kim jesteś??

Co Twoja „shelfie” powie o Tobie?

Bo o mnie to już wiadomo…Hyh..

#książkojebka

Bardzo TAK!

To był najdziwniejszy sylwek w moim życiu. Pierwszy raz, zupełnie świadomie i z determinacją spędziłam go sama. Bo Sylwestry od malutkiego to dla mnie świętośc była, wyssana z mlekiem matki można powiedziec, bo moi rodzice to melanżowcy pierwszej wody, z klasą, żeby nie było, że jakaś patologia. Nie, nie! Och oni to się bawic potrafią. Nie tylko sylwestrowo! Ale o tym kiedy indziej, hyh.

Tego jednego postanowiłam spędzic sama. Nie, że kalendarz nam się kończy (bo to 2012) i w moje urodziny kolejne ma byc koniec świata i trzeba rozrachunek z życiem zrobic. Nie, że powalona chorobą psychosomatyczną byłam. Nie, że werwy do tupania nóżką mi zabrakło, bo to, no, się prawie nie zdarza. Nie!

Chciałam nowego doświadczenia. I miałam. Miało byc duchowo-oczyszczająco-emocjonalniewyzwalająco- i w ogóle-megawzniośle. Tiaa..Oglądałam serial. I gdyby nie dziwny hałas za oknem to nawet bym nie zauważyła, że przyszedł, nadszedł, przybył nowy rok nam. Yey!

Obudziłam się rano, bez bólu głowy świadczącego o nadużyciach szampanowoalkoholowych. Bez bólu nóg, stawów, i innych części ciała, świadczących o pląsaczach-wygibańcach. Bez przypominania sobie historii żenująco-nieprawdopodobno-„to się nie stało”- „a jednak”. I to był dziwny stan. I jak już wypiłam kawulę, to miałam katharsis. Nie wiem czy intejkiem kofeiny spowodowany, ale był ciałemtrzęsący- i – medytacjiwymagający. Mocarrrny!

Się objawiło słowo TAK. W korze przedniej mi zaczęło jak neon migac.

Cokolwiek przyjdzie ze świata – tak. Co mi w duchu zagra – tak. Kto mnie o co poprosi – tak.

Dziwaczne- nie?

Przyswoiłam za filozofię życiową, wiedząc, że hardkorowo się wystawiam na lęki osobiste, konfrontacje ze swoim krajobrazem wewnętrznym i otwieram na niewiadomą.

Weszłam w to jak z lubrykantem.

Co się okazuje? Bo rok się przecież jeszcze nie skończył..

stomilionów pomysłów  – książka jedna ma już 65stron, czyli za jakieś 4 lata ją wydam, w formie selfpublishing. Inny to krystalizująca się filozofia życiowa, która mnie frapuje i aż oczęta ze zdumienia przecieram.. I jeszcze komiks, tylko rysownika zajebistego muszę znaleźc, co roboty ładnie rysuje. Serio.

niezliczone media, gdzie jako ekspert figuruję..ykhm..i dobrze mi z tem..

udział w 2 zajebistych konferencjach, jako spiker, a nie uczestnik, co mnie mega zaskoczyło

praca z nieprawdopodobnymi ludźmi – tzn. pacjentami, serio, powala mnie to

i jeszcze ten, no, taki jeden:

 to lustro moje, bez którego nie byłabym tam gdzie jestem, czyli tu i teraz, hyh

i bloguś, którego czytasz, czytujesz, albo czytac będziesz, yeah

i warsztaty pewne, które mi potwierdziły moje życiowe calling

i osoby, tak pełne zajebistości, że im się ulewa uszami, a ja je znam i nóżkami z radości przebieram

i setki rozmów, konfrontacji, w które bym nie wlazła, gdybym nie powiedziała sobie – tak, wchodzę w to, bo TAK.

Jestem na bardzo tak! Tak, cokolwiek. Tak, tu. Tak, teraz. Tak, boję się śmiertelnie. Tak, umrę niechybnie. Tak, jezusiemaryjocooniomniepomyślą. Tak, bez względu na wszystko. TAK.

Chcesz coś ode mnie? Zapytaj. Jest szansa, że powiem tak. Duża szansa. Jeśli jest legalne (albo prawie, wtedy przyjdź z dobrym adwokatem, i nie chodzi o alkohol okołojajeczny). Jeśli nie chcesz mnie wykorzystac, chociaaaażżżż, ja wieeeemmm.. Jeśli mnie to rozwinie, wzmocni, pięknem ujmie, nawet jak będzie bolało. TAK.

Jes-menka, to ja.

 

Bardzo TAK!

Czy masz swojego człowieka?

Film widziałam. Taki film co to nie mogłam go przestac oglądac, co jest arcytrudne, bo z moim nieleczonym adhd, i znikomemu cieniowi nudy, natychmiast przełączam się na coś innego. Oglądałam i się śmiałam, siedziałam i płakałam, i śmiałam się przez łzy. Taki film co to 5 lat zabrało autorowi jego zrobienie, na prawdziwej historii autora filmu oparty, aa, ważne, jest animowany. Zakochałam się dożywotnio, bez amnestii. Chodzi o „Mary & Max”. Wyalienowana dziewczynka i dorosły facet z Aspergerem, na dwóch odległych kontynentach piszą do siebie przez 20 lat, takie listy prawdziwe, na papierze. I wszystko ich dzieli, a łączy przyjaźń. I obejrzec trzeba, więc bez spojlerów już.

I tak sobie myślałam, że każdy z nas gdzieś pragnie takiego połączenia, znalezienia „swojego człowieka” (jak to w „Chirurgach” mają Meredith i Christina). Kogoś kto by znał mnie, z moimi fakapami, i marzeniami, i bólami, i strachami. Tak zupełnie, otwarcie. O ile się da. A my teraz, coraz więcej opcji mediów społecznych mamy, ale jakoś więcej się słyszy o alienacji niż o jednoczeniu się z innym. I się komunikujemy, pokazując swoją personę na rzecz owych mediów stworzoną, wobec innych, żeby zaświadczyc o swojej zajebistości człowieczej. A w środku tęsknota, samotnośc i potrzeba, żeby ktoś mnie naprawdę zobaczył, z całą dobrocią inwentarza. W realu lepsi nie bywamy. Kontakty powierzchowne. Co z tego, że staram się tak bardzo „bywac”, żeby udowodnic sobie głównie, że samotna/ samotny nie jestem, ale przyjeżdżam do domu, i czuję to samo. „Nikt mnie tak naprawdę nie widzi. Mnie. W środku.”. I mogę sobie stac w tłumie na koncercie, kiedy i tak wydaje mi się, że jestem sam, pomimo 80tysięcznego zbiorowiska ludzkiego, chociaż nawet tę samą piosenkę śpiewamy. I po galeriach, tych zakupowych biegam, żeby pobyc z innymi. I do pubu/ klubu się umawiam 100 razy w tygodniu, żeby tylko tą tęsknotę zagłuszyc. I mogę w związku byc, ale i tak, czuję się niezrozumiana, sama/ sam. Mogę miec przyjaciół, i to dobrzy ludzie przecież, ale i tak oni mnie nie znają, tak jak bym chciała byc poznana. Szukam więc tego „mojego człowieka”, na oślep często rzucając się w różne relacje, oplatam i co? I okazuje się, że ta osoba nie może spełnic moich oczekiwań. Z jakichś powodów. A pewnie z tego, że potrzebuje tego samego ode mnie. I jak u Steinbecka w „Myszach i ludziach” albo u Giordano w „Samotności liczb pierwszych”, czy u Houellebecq’a, nie mam połączenia.

Bo może Stachura w swojej „Tabula Rasa” miał rację:

Nie zna smaku prawdziwego życia, kto przez tunel samotności się nie przeczołgał. Samotność najpierw jest tunelem do życia, potem jest całą bezgraniczną polaną życia. Tylko to, co samotne, może prawdziwie istnieć, egzystować, być. Tylko to, co samotne, może być i być zarazem niesamotne. Tylko to, co samotne, a więc prawdziwe, a więc samowystarczalne, a więc nic dla siebie niepotrzebujące jest bezinteresowne, a więc promieniujące miłością.

Hardkorowa wersja dla wielu. Czyli co, by deafault jesteśmy samotni? I jak się z nią nie zmierzymy, to zawsze będzie ta pogoń za zapełnieniem tej dziury? Niezapełnialnej przecież??

Psychologowie mądrzy jak np. pan Cacioppo prowadzą badania nad tym „fenomenem” i co? Wnioski: samotnośc jest sprzeczna z ludzką naturą i to na poziomie genetycznym, czyli równie groźna jak używki. Przez wieki ewolucji nauczyliśmy się współpracowac z innymi przedstawicielami gatunku, żeby zwiększac swoje szanse na przeżycie. A teraz?

Kto jest „twoim człowiekiem”? I niektórzy mają. Zajebiście. Ale ileż razy na kozetce słuchałam słów o wszechobecnej samotności, ciemności, i jak już nie można było opowiedziec o tej tęsknocie i bólu, to były łzy, dużo. I myślę, że czasem bywam takim „swoim człowiekiem”, bo gabinet, to miejsce, gdzie ludzie mogą się otworzyc, bez oceny. I byc autentyczni, jeśli chcą.  Swój wewnętrzny krajobraz, gdzie czasem tylko zgliszcza i ruiny, i rany, i siniaki, i blizny, i tęsknotę, i ciemnośc mi pokazują. I przez chwilę może mniej tą swoją samotnośc odczuwają, bo jesteśmy w tym razem. Taki mam życiowy przywilej. Bo to za przywilej uważam. Byc, kiedy nie ma nikogo innego.

I życzę Ci, żebyś znalazła/ znalazł „swojego człowieka”. A jak nie masz, to jestem, w razie czego. Napijemy się kawy, albo czegoś innego i poniesiemy razem tę naszą defaultową samotnośc. Chociaż przez chwilę.

Czy masz swojego człowieka?

„I like your kinky f…ery, I whisper” czyli 50 odcieni porno cz.2

Są dobre strony czytania na Kindle – nikt nie wie co się czyta. Kulturowo „wiadomo”, że kobiety porno nie oglądają, powiedzmy, ale czytają, och, czytają..Bo tym „Fifty Shades of Grey” jest, harlekinowym pornolem. I zastanawiam się, czy ta książka odniosłaby taki oszałamiający sukces, gdyby nie była dostępna na e-czytnik, tak na marginesie.

Scenka z gabinetu (wszystkie scenki publikowane tutaj są za zgodą pacjentów!!!):

Przede mną piękna para z długim stażem. Nieważne z czym przyszli, przecież w każdym związku coś można podreperować. Siadają. Uśmiechają się. Hmm..Podejrzane. Bo niewiele osób uśmiecha się przychodząc do psychoterapeuty i seksuologa. „Co dobrego słychać?” – moje podstawowe pytanie.”Bo ewidentnie, coś dobrego słychać, patrząc na wasze uśmiechnięte twarze..” – pytam ze szczerym zaciekawieniem. „No mów” – odzywa się pan ze stoickim spokojem. „Nie no, ty mów”. Odpiera pani z nutką zażenowania w głosie. Pan uśmiecha się szeroko: „Nie, nie kochanie..Pochwal się sama.”. Pani:”Ale ty jesteś..No więc, Pani Izo, yyyyy, ta książka, co ostatnio pani o niej mówiła..yyyy…no to ja ją czytam i..yyy…”. Pani się gubi w zaczerwienieniu swoim. „Tak? Czyta pani „Fyfti Szejds..”?” Pan reaguje gwałtownie: „Ona ją pochłania! Ale wie pani co, no bomba, mam nadzieję, że jej nigdy nie skończy, bo no..ten..no..sex jest fantastyczny!!Dawno już się tak dobrze nie bawiliśmy!”. I wszystkie techniki terapeutyczne i lata szkolenia się w materii głębi umysłu i seksualności kobiecej o kant stołu potłuc, skoro wystarczy odpowiednią książkę podrzucić! No nic, myślę sobie, grunt, że zadziałało…

I tak sobie później przy kawce siedząc rozmyślałam, o wpływie porno na związki. Zazwyczaj zewsząd płyną głosy, jakie to złe, bo niszczy, bo oddala, bo nie ma bliskości, bo to zdrada, bo sex później nie może być udany itp. No ale czy zawsze? Bo jaki tu wyznacznik można zastosować? Nie mówię o pornografii z moralnego ani feministycznego punktu widzenia, o tym kiedy indziej, może. Ale czy istnieje dobre porno dla związku??

Patrząc na moją pacjentkę, hej , no na pewno! Książka jest fantazją. A z fantazjami tak jest, szczególnie seksualnymi, że nie trzeba ich spełniać, nie muszą być politycznie poprawne, nie są też zdradą, ale mają za zadanie podniecać, otwierać na nowe, pomagają powrócić do swojej seksualności, jeśli z jakichś przyczyn została „zamknięta” na jakiś czas. Pewne zachowania też można przenieść do sypialni, jeśli partner czy partnerka jest na to otwarta, więc jest dobre porno!

A kiedy jest niszcząca dla związku?

Wystarczy posłuchać par, których pożycie zostało zupełnie zniszczone przez cyberseks. Dostępność jest praktycznie nieograniczona. Czytałam gdzieś (niestety nie ma siły żebym sobie przypomniała gdzie), że 25% zadań wyszukiwania związane jest z pornografią. A z ostatnich badań nad uzależnieniami wynika, że ok.10% dorosłych użytkowników internetu uznaje się, lub spełnia kryteria uzależnionych od cyberseksu. No nic, straszyć, nie chcę, ale to twarde fakty. Ale nie o tym przecież.

Każdy związek jest inny. Każdego nakręca coś innego. Co zrobić, żeby nie zepsuć sobie związku przez pornografię??

Ano zadać sobie (potem partnerowi, czy partnerce) kilka pytań i szczerze, tak z ręką na sercu odpowiedzieć:

Czy porno, które oglądam czy czytam sprawia, że czuję się usatysfakcjonowana sexem z z partnerem, czy wprost przeciwnie, wydaje się on mniej atrakcyjny? Oceniam go częściej (w sensie partnera)?

Czy pornografia, której używam, otwiera czy zamyka mnie na inne zachowania w łóżku, czy seks jest wtedy bardziej kreatywny, interesujący dla obydwu stron?

Czy porno mnie otwiera czy zamyka na potrzeby partnera?

Czy ja w ogóle zauważam mojego partnera w łóżku?

Tak na początek.

Jeśli porno mnie rozpala, przez co mam większą chęć na mojego partnera, co sprawia, że sex jest po prostu gorący i spełnia potrzeby obydwu stron, to hej, czytać, oglądać!! I kochać się 😉 , tak żeby później sąsiedzi musieli zapalić papierosa.

„I like your kinky f…ery, I whisper” czyli 50 odcieni porno cz.2

Fifty Shades of Grey cz.1

Nabyłam, a co!

Słowo wyjaśnienia się należy. Z założenia nie czytam „hiciorów”, bo szkoda czasu i oczu. Ale raz na jakiś czas, w momentach słabości, która bierze się z system overload mojego mózgu literaturą tzw. branżową, łapię się na „wszyscy – o tym – mówią, więc- przeczytam – a co mi tam..”. Częściowo robię to też, żeby wiedzieć, o co ten raban, i żeby mieć swoje zdanie, jakby ktoś zapytał, żeby nie ściemniać, jak to niektórzy robią. Tak było np z „Samotnością w sieci” – nie chcę wspominać już tego bólu..zębów. Tak było z serią Zmierzchu, tak, tak..przeczytałam, na szczęście po angielsku, więc nie napsuło mi to tak dużo krwi. Mój zamysł co do „50 Odcieni..” był dokładnie taki sam. Tym bardziej, że u nas jeszcze nie ma (nie wiem, czy ktoś się odważy.). Ze zdziwieniem odkryłam, że trylogia sprzedała się w ponad 10 milionach egzemplarzy, w stosunku 2:1 wersja elektroniczna do papierowej. A w New York Tajmsie podano, że mała niezależna oficyna wydawnicza, mająca prawa do tego dzieła, nie spodziewała się takiego sukcesu..No cóż, bywa..

Na czym polega sukces „Fifty Shades of Gray”???

Zachodzę w głowę, bo język prostacki i miejscami bełkotliwy, storyline jak w Harlekinie jakimś najgorszym, protagoniści z najprostszych stereotypów ulepieni, zakończenie, oczywiście – „lived happily ever after”..(Ooooops, spojlery będą!! Chcesz przeczytać to, to dalej nie czytaj tu!)

To forma. Treść za to, ha! Bo to o sexie jest. I nie tam jakimś waniliowym, czułym..Nie, nie, nie. Tu dwudziestojednoletnia bohaterka Anastazja jest wprowadzana w świat BDSM (czyli, dla niewiedzących, bo ktoś może nie wiedzieć, to już nie będzie musiał szukać, jak napiszę – Niewola Dominacja Sado Maso) przez lubiącego takie rzeczy Krystiana. I nie powinno być problemu, nie? Bo tematyka ciekawa, może nie mejnstrimowa, ale fajnie, że sukces jest. Ale i tak zgrzytam zębami. Właśnie przez formę. Co z tego, że temat super, kiedy to jak jest to napisane, jest słabiuuuutkie, przez co odbiór boli. Bardzo.

Jaki jest dokładnie kłopot z formą? Sztampa, plastik i jednostronność postaci. Ano taki np. że główny bohater jest mega przystojny, mega inteligentny, mega bogaty, mega uzdolniony, w ogóle lista megasów może się tu w ogóle nie zamykać. A nie. Chłopak ma tylko jeden fakap – nie może być w tzw. normalnej relacji damsko- męskiej, tylko w relacji Dom – Sub, i to on jest tym dominującym. Sub’em (czyli Submissive – Uległa) jest Anastazja, która jest na początku książki dziewicą, i nigdy się nie masturbowała, nie no okej..tak też może się zdarzyć w XXI wieku w Ameryce. Ale co jest najgorsze, to odbiór czytelniczek (bo to głównie kobietki czytają, co nie jest chyba dziwne). Przyrównują swoich mężów, partnerów, przyszłych czy byłych do tego Nieprawdopodobnego Krystiana, i co? Jak wypadają takie porównania? No Einsteinem, czy Skłodowską nie trzeba być, żeby stwierdzić, że pewnie nie nadzwyczajnie. Na jakimś forum (tak, tak, obsesyjnie podeszłam do tematu) jedna z czytelniczek opowiadała, jak to była na randce, i wszystko niby fajnie, i on taki też okej, ale to nie Krystian..Boshhh…Kobiety! To jest fikcyjna postać! Takich facetów nie ma! Nie istnieją! Zupełnie jak Święty Mikołaj albo Batman! Jest więc problem, bo potencjalnie kilka milionów kobiet na świecie, szuka Świętego Graala, pod postacią Krystiana Grey’a. To powinno się teraz nazywać Grey’s Epidemic, już nam Ptasia grypa niegroźna! Który normalny facet może się z nim zmierzyć? A wymagania księżniczek poszły mocno w górę. Drogie Panie! Zejdźcie na ziemię, pliz!

Ale nie jest tak, że nie widzę plusów. Bo kilka zobaczyłam. Nawet u mnie w gabinecie 😉 Ale o tym w części drugiej i trzeciej. A co, też trylogia mi wyjdzie. Będzie o porno i Dark Erosie. Stay tuned a ja idę odsapnąć, bo się uniosłam.

Fifty Shades of Grey cz.1