Radykalnie wdzięczna

Wykorzystując kapryśną aurę i jej chwilową dobroć, zasiadamy na zewnętrzności kafejki, przyjemnie, trawa, kawa i promienie słońca. Rozmowa leniwie się toczy o spektaklu co to niedawno widzieliśmy. Krytycznie. O projektach, co to każde z nas ma, och, no kilka. Ktoś wrzuca hasło, że nic w kinach teraz godnego. Ktoś inny o Snapchacie z lekkim lekceważeniem #achtamłodzież i że co to w ogóle jest. Ja o trendach w e – terapii i że maszyny to mnie pewnie wygryzą. Tacy jesteśmy. #firstworldproblems

Z pobliskiej kryjówki wytacza się bezdomny. Zakłóca realnością ten sielsko – narzekający nasz krajobraz wewnętrzny. Jakoś milkniemy, jakoś nie ma jak skomentować, jakoś może swoje słowa na nowo przeżuwamy. I wtedy T. mówi: „Ech, no w sumie to mam fajne życie”.

Banalnie tak się zderzyliśmy ze swoim środkiem. W porównaniu z tym archetypem biedy (nie wnikam, czy wybrana, czy narzucona przez tzw. los), życiowo wypadliśmy świetnie.

Ale myślę, że nie trzeba aż tak mocno się utożsamiać. Żyjemy w kulturze narzekania, porównywania siebie, aroganckiego osobistego PRu.

Wiem, wiem – każdy na miarę szyte braki ma. Ona te wakacje ma – ja nie mam. On ma taką pracę – a ja nie. Oni mają taką relację – ja nie. I tak ad infinitum. Porównać się da do każdego. I w górę i w dół.

Kultura „braku” nam się wytworzyła. Oh, wait, sami ją stworzyliśmy, w pogoni za lepszą wersją siebie.

A gdyby tak radykalny jakiś ruch zastosować? Być wdzięcznym za to co się ma? W tej chwili, w tym życiu, na tu i teraz? Zobaczyć czym zostaliśmy obdarowani? Co sobie wypracowaliśmy? Co tzw. los nam podrzucił? Zdać sobie sprawę, że jest „fajnie”? Przez moment nie narzekać?

Nie mówię tu o siadaniu na laurach, na „jakim mnie stworzyłeś,takim mnie masz”. Nie. Zmiana, rozwój, dojrzewanie osobowości. Jestem bardzo ZA.

Ale jeszcze bardziej jestem ZA docenieniem, dojrzeniem, dopatrzeniem się cudów, cudków, cudeńków z jakich składa się nasze codzienne życie. Nie, że „coś mi się należy”, nie, że „tak ma być”, nie, że „phi, przecież to normalne”. Nie.

Bycie radyklanie wdzięcznym, bo jest za co, jak się tylko chce to zobaczyć, wbrew…well, wszystkiemu czasem. I powiedzenie sobie za T. (którego jestem fanką od jakiegoś czasu): „Fajne mam życie” – z tym co jest, teraz.

 

Radykalnie wdzięczna

Sex jest przereklamowany???

Jakiś czas temu uczestniczyłam w przepięknej kolacyij na przedmieściach Wawy. Było pyszne żarełko, wino z wyższej półki i oczywiście ludzie. 3 kobiety (w tym mła) + 2 mężczyzn. Panie znałam dobrze, panów w ogóle, co w sumie nie jest tak bardzo istotne, ale szczególara ze mnie, więc wspomnę o tym. Panie, kobiety piękne i świadome siebie i swojej seksualności. Panowie, no cóż, mężczyźni w pełnej krasie, bo rzeczywiście pan buk łaskawie obdarzył ich wszelkimi męskimi błogosławieństwami. Nie, nie widziałam penisów, tylko byli bardzo męscy po prostu, i w charakterze, i w wyglądzie.

Jemy, pijemy (z umiarem, serio!) i rozmowa się toczy. Ale cóż to za rozmowa! Och! O sztuce, o fotografii, o polityce (no niestety jak dla mnie..), o pracy, o życiu, panie, no i oczywiście gdzieś musiała w końcu zejść na temat seksu, bo przecież zawsze tak jest, nie? Jak już się okazało, że mam niespełnioną fantazję, o której oczywiście nie będę się rozpisywać, na razie przynajmniej, nadmienię tylko, że dotyczy ona Królewny Śnieżki (nie no, kiedyś to opiszę, bo boki zrywać..), to żeby odwrócić uwagę od siebie, bo zdecydowanie za długo była ona przywieszona na mnie, za czym nie przepadam, zadałam pytanie:

Jak najdłużej wytrzymaliście bez seksu?

Bez detali, darlings, bo przynajmniej 3 z nich czytuje mojegoż blogusia, ale rozpiętość była, no cóż, okazała. Od kilku tygodni, do..ykhm..kilku (dobrych) lat. Ależ się sobie dziwiliśmy! Ależ się tym ekstremom przyglądaliśmy! Ależ się refleksjami dzieliliśmy! Otwarcie, bez wstydu, bez żeny (przez „erzet”???). Tak, po prostu. I piękne to było. Bo rzadko tak po prostu otwartym można być. Wbrew lajstajlowi propagowanemu funkcjonować. Może gdzieś, przyznać się do swojej słabości. A może do siły właśnie? Do tego, że ten seks, taki piękny i hot, i spełniający tyle potrzeb przecież, może tak bardzo nie jest potrzebny do tego, żeby żyć, tylko w siebie zajrzeć? Bo może nie chcemy się rozdrabniać na grosze łannajtstendów? Bo może nawet w związku, nie musi go być, tak zawsze i na pewno? Bo może „friends with benefits” to nie jest opcja optymalna? Bo może w tym czasie, można zerknąć w Siebie, i dotknąć tego, co wcześniej seksem mordowane było?

Może.

Jako seksuolog, prawdy na marmurze wyskrobane mogę przytoczyć. Jako terapeuta par, boszsz muj, tyleż samo zgłosek złocistych napiszę. Ale jako praktyk, człowiek, cholera, no, kobieta, nie wiem. Bo oczywistością mogę polecieć, bo każdy swoim przypadkiem jest.

Nie wiem. Naprawdę.

Wsłuchać się w siebie i w swoje potrzeby. Banalne? Nie wiem.

Za to, „kolacyjnym” dziękuję! Bo dużo mnie Sobą nauczyli..

You know who You are! I love U!

images

Sex jest przereklamowany???

Dlaczego internet potrzebuje terapii?

Takie cudeńko powstało  http://wierszezgoogle.tumblr.com/

Przykład twórczości:

tumblr_mpn6p8eSLO1szzfmfo1_500

Wsiąkłam na jakiś kwadrans. Potem na kolejny, i kolejny tworząc „swoje wiersze”. Ubaw miałam po hipokampa. Bo i śmieszne i pseudogłębokie i tragikomiczne.

Bo wiadomo jak działa, tak? Wpisujemy początek w wujka gugla i algorytm nam autouzupełnia bazując na wpisach wcześniejszych wyszukiwaczy. Sam pomysł nie jest nowatorski, bo tu jest oryginał, który, przyznam, śledzę na Twitterze od jakiegoś czasu, ale jakoś anglojęzycznie mnie nie wciągnął.

Zabawa, nie? Beka pierwszej wody. Kompilacje w rzeczy samej dadaistyczne. Prześmiesznie i strasznie w tym samym czasie. Coś się dzieje. Jest nowy wiralek.

Coś mnie jednak zmroziło. Ano. Jak się tak głębiej zaczęłam przyglądać, przystawałam na chwilę nad każdym searchu, to mi wyobraźnia zaczęła historie tych pytających podsuwać, i się przeraziłam.

To nie jest tak, że patrzę na ludzi przez pryzmat zaburzeń czy trudności, chociaż praca psychologa psychoterapeuty seksuologa wcale takiej percepcji nie ułatwia. Umówmy się, przez bliższe nam filtry postrzegamy rzeczywistość.

I ta moja rzeczywistość podpowiada mi, że śmiejemy się z setek, ba, tysięcy może ludzi, którzy serio potrzebują odpowiedzi na pytania, które może są tak tabuizowane, że nie pytają o to innych, żywych ludzi, no bo wstyd na przykład, no ale algorytmu już nie? Albo te wyszukiwania, których dużo, o samotności, o seksie, o zdradzie. To są pytania o najprawdziwsze problemy, dramaty ludzi, którzy znikąd nie mogą uzyskać innej pomocy.  Albo te z miniwkurwem na politykę, na rodzinę, na kraj pochodzenia. Pełno tu szowinizmów, nacjonalizmów i innych niebłahych -izmów. Pełno hejterstwa i ogólnego internetowego bajorka.

Kim są Ci ludzie? To my, przecież. Wiem, że to krzywe zwierciadło ma być. I jest. Bardzo krzywe, bo wynaturzone. Czyli co? Z siebie się śmiejemy? Siebie po gombrowiczowsku „upupiamy”?

Ech, no jakby tak przyjąć, że sieć internetowa to taki model mózgu ludzkiego ze ścieżkami neuronów, gdzie cała nasza świadomość ( 5% całości) i nieświadomość (majestatyczne 95% procesów myślenia) mieszka, to nieźle. Ileż w każdym z nas lęków, strachów, wstydzików, fobii, nienawiści, kompleksów. Internet to my, go tworzący. Wszystko w kodzie binarnym ukryte jak w synapsach.  Przecież to wiem, po co się więc debilnie oburzam?

Bo nie chcę szafowania płycizną. Nie chcę podkreślania hejtmowy.  A na pewno nie chcę  się śmiać z czyjejś samotności, braku pomocy, tragedii. Mam dużego dislajka na to!

Po tym co przeżywa, czego doświadcza, „biedny” internet niechybnie by wylądował na kozetce – wyszukał by sobie kogoś dobrego, nie?

„Jak mogę Ci pomóc?”

„Och nie wiem. Tyle tego jest…Ale śniło mi się, i to był dobry sen, że mnie nie było, zniknąłem.”

I co wtedy?

 

Dlaczego internet potrzebuje terapii?

Zmiana jest niezmienna

Siedzę sobie nad sałatką w żoliborskiej knajpeczce z jedną z najpiękniejszych kobiet jakie znam, piękną i ciałem i duszą. Ona gdzieś między łykami lemoniady pysznej wyznaje mi, że boi się tych momentów odejść, ludzi, wokół niej, ważnych.

„Wiesz, no odejdą, zostanę całkiem sama..”

„A zostałaś kiedyś całkiem sama? Tak bez nikogo? Zupełnie?”

Marszczy to słodkie czółko. Myśli jej prawie słyszę. Oczy mglą się wodą.

„No nie, w sumie to nie..”

Bo nie. Bo czasem trzeba pozwolić innym odejść. Z różnych przyczyn. Bo już formuła się wyczerpała. Już wzięliśmy od siebie wszystko, czego nauczyć się mieliśmy. Od siebie nawzajem. Bo już gdzie indziej jestem. Inną historię przeżywać chcę. Czego innego doświadczać potrzebuję. Albo ten inny, tak musi, gdzie indziej swoją uwagę skierować. Żyć w innym nawiasie. Z innym układać swoje puzelki codzienności. Pozwól mu odejść.

Ale pomniki tym relacjom stawiamy. I czyścić je szczoteczkami do zębów będziemy, żeby lśniły. Oj no wykałaczką piasek naleciały będziemy wygrzebywać. Żeby tylko stały w swojej niezmienności, tak piękne. W swojej trwałości tak stabilne.

Ale to tylko pomnik. Kamień pewnie. Zawsze, prawie, będzie tam stał, gdzieś na jakimś skrzyżowaniu życiowym naszym. I będzie można wrócić i popatrzyć. W myślach i wspomnieniach, ożywi się. Przyjdą emocje, uczucia, kolor i życie. To będzie zawsze. Z czasem wyblakłe trochę, w kolorze sepii, w któryś z instagramowych filtrów ubrane. Ale będą. To ich wartość. Na zawsze.

Ale może to miejsce właśnie na nowe się objawiło? Może tamto już nieaktualne było?

Przyjaźń się skończyła?

Miłość spełniona wymiłowała się?

Miłość niespełniona, spełnić się prawa naturalnego nie ma?

Może.

Ta zmiana pozostaje niezmienna. Ludzie przychodzą i odchodzą. Ale będą nowi. Obiecuję. Sobie i Tobie. Bo czasem trzeba to miejsce zrobić. Pomniki zostawić, tam gdzie należą, w przeszłości.

Tak się złożyło, że po tej rozmowie, musiałam mejla napisać, takiego z serii „najtrudniejsze w życiu”, bo dużo pożegnania w nim było. I kropcia nadziei. Napisałam. I wysłałam. Bo spotkać się nie było jak. I nie będzie jak. Już.

To teraz pochodzę sobie w czerni, którą i tak lubię. Jeszcze trochę pomnik popieszczę. Jeszcze o patos oskarżona z raz, albo dwa będę. Jeszcze trochę myśli poodświeżam. Ale miejsce zrobię na nowe. Bo przyjdzie. Wiem.

 

Zmiana jest niezmienna

I tematy krążą wokół głowy jak sputniki wokół ziemi. I jak wybrac ten jeden, który opisze to co chcę napisac, po tym co już napisałam?

Coś z gabinetu? Pewnie..Tony tematów. Coś o związkach? Hyh, jasne. Następne kubełki treści. Coś z własnej historii wzięte? Tomów kilka.

amor fati [łac., ‘miłość do losu’], filoz. akceptacja, a wręcz miłość ludzkiego losu, w którym konieczne jest zarówno zło, jak i dobro

Wielu myśli, chociaż może zniekształcam, że terapeuta, to rozkminiacz nad rozkminiacze, i ze wszystkimi rozkminkami życia sobie radzi. Myślę, że innipsychosuperterapeuci tak. Prawie wiem, że nieomylni. Ja nie. Ja się zastanawiam. Wiecznie. Ciągle pytania sobie zadaję. Różne. I nie wierzę, że wciąż brak odpowiedzi. Inni mają. Wiedzą, że wiedzą, że mają rację, że odpowiedzi na wszystko mają, że lata doświadczeń, że inteligentniejsi, że mądrzejsi. Ja nie. Ja mam chmary znaków zapytania. Jak już jeden zlikwiduję, bo mi się prawda najprawdziwsza objawi, to w jego miejsce 5 nowych wyskakuje, jakby na pogrzeb przyszły, jak siwe włosy, jak się wyrywa, to 5 innych się pokazuje, słyszałam..

Ja wciąż nie wiem, i wciąż pytam. (A jak ktoś z moich pacjentów/ klientów/ rozmawiaczy czyta, to wiecie o czym mówię!).

Jedno wiem. Oj, oj, uwaga! Kocham swoje życie. Ale nie po amerykańsku, z uśmiechem na buźce bananowym. Ja kocham je, jak polską reprezentację piłki nożnej. No trzeba. No muszę. No nie wypada nie. No nawet jak nie jestem kibicem, a jestem, no cóż..Kibolem nawet, ech..

No kocham. No amore i w ogóle. I nie to, że moje życie to pasmo nieustających sukcesów. Boshhh, no nie…Bo ostatnio, czyli jakieś miesięcy kilka, to fakap za fakapem. Regularnie zaliczam. Proszę pytac, odpowiem. Fakap fakapem pogania. Z każdej strony. Aj min, z każdziusiętkiej. Niereformowalna jestem.

Ale i tak. Kocham.

Na przekór cynikom, sarkastom i innym okołointeligentom. Nic mnie nie obchodzą. Zupełnie. Bo kocham bez ograniczeń. Bo czekam na każdy dzień. I nie wiem co przyniesie. I może nic.

A może życie – zmieniającą – rozmowę- telefoniczną przeżyję, jak dziś, czyli wczoraj. Może..

A może będę myślec – o – tym – kim – nie – powinnam- bo – po – co..

A może spojrzę na – kogoś- po – raz – pierwszy – ale przecież – tysięczny – i – się zachwycę, jak dziś..ech..oj..

A może – znowu – dojadę – do – pracy- i pomyślę – ej- no – łatwiej- by- mi – było – w korpo –  gdzieś..

A może się zachwycę życiem, po prostu..

I powiem to, w tramwaju, na głos, i studenci Poli się wzdrygną, zajebiście jest, żyję..ej..

Po prostu.

Ej..