Lustra

Ktoś ten stary wpis znalazł. Wpis trudny, bo osobisty, bo w bólu pisany. Ten sam Ktoś mnie potem zapytał: „Serio myślisz, że tych luster wokół siebie potrzebujemy, żeby siebie lepiej zobaczyć?”.

Automatycznie zaczęłam odpisywać, że tak przecież, że jesteśmy bestiami wspólnotowymi, że w związku z innym, te wszystkie schematy i uwarunkowania najbardziej widoczne, bo jest bliskość, intymność, otwarcie, jesteśmy, my wtedy, całkiem nadzy, emocjonalnie i fizycznie, że jak u Herberta prawieki temu przeczytałam: „Człowiek sam jest śle­py. Mu­si mieć wokół siebie lus­tra al­bo in­ne oczy. Kocha – to znaczy przygląda się sobie”, i w ogóle ewolucyjnie tak przysposobieni.

I już prawie „enter” z gotową odpowiedzią nacisnęłam, ale jakoś z przekory trochę, do siebie „Serio?”.

Porozmawiałyśmy sobie wtedy – ja i ja – tak, wiem, nieco schizofreniczny duet tworzymy, no ale padło na mnie, bo jednak już pora zapadła ciemna, kiedy ludzie zazwyczaj śpią, a nie filozofują.

Przeczytałam jeszcze raz ten stary wpis, ten sam ból poczułam, może nie ten sam, a jego wspomnienie, bo ciało pamięta, wszystko. Popatrzyłam na swoją drogę, od tego momentu. Wciąż pamiętam inspirację, natchnienie, flow i to co w tej relacji było. Dla mnie. I to w jaki sposób myślałam o sobie wtedy, przez jej pryzmat. I pomyślałam – nie.

Grube NIE. Wiele rzeczy TAK, był moim lustrem (jak we wpisie) ale nie do końca. Przecież on też miał swój zestaw uwarunkowań, schematów, przyzwyczajeń emocjonalnych. Widział mnie przez swoje filtry poznawcze. I tak reagował. Nie mógł nie.

Jakie to zdradzieckie, pomyślałam, tak przeglądać się w oczach innego, bo kiedy „kochamy”, tak mocno ślepo wierzymy, że cokolwiek tam widać, to prawda najprawdziwsza, bo słowa, zachowania, traktowanie przez, na ten czas, osobę najważniejszą, najważniejsze, więc najprawdziwsze. Brakuje emocjonalnego dystansu, widzenia siebie, bo zauroczenie skutecznie oczy zalewa. I tak dajemy sobie strzał w serce – podwójnie trucizną naładowany: z jednej strony – kłamstwo filtrów drugiego człowieka, a z drugiej mózg na amfie hormonów.

Bacik sobie można z obwiniania siebie niezły utkać, że przecież można inaczej, że powinnam wiedzieć lepiej, że przecież to nie miało prawa zaistnieć i takie tam śliczne razy sobie raz po razie zadawać.

Wzdechnęłam sobie głęboko. Niczego już przecież dawno nie ma. Czasem tylko sobie coś o nim przypomnę, tylko ten stary wpis wbija się w świadomość, przeszłą rzeczywistością emocjonalną.

Nie ma sensu się biczować. Lustra są nam potrzebne, żeby zobaczyć siebie, inaczej, przez perspektywę Innego. Ale już nie ufać temu odzwierciedleniu tak mocno, już pamiętać, że to może być krzywe zwierciadło, a my tacy pokrzywieni, karykaturalni, nieprawdziwi tacy w nim jesteśmy. Bo to nie my. To nie ja. Nie do końca. Banalnie? Czy można to od razu czy szybciej zobaczyć? Można. Trzeba. Ale czasem nie wychodzi. I kropka. I nie biczować się. Nie ma po co i dla kogo.

 

 

Lustra

Jak wykastrować kobietę?

Bo mężczyznę wg Woodiego Allena tak: „ Wolę, abyś był moim przy­jacielem niż kochankiem”.

Zadumałam się chwilę i żeby nie przesadzić z tym topieniem się we własnych myślach, zadałam pytanie na Fejsuniu, na znakomitym (hyh) fanpejdżu tegoż bloga – i co? (Jak ja uwielbiam z Wami tam rozmawiać!!). Posypały się podpowiedzi i wiadomości na privie.

Ano okazuje się, wg opinii publicznej (i nie tylko), że prawie dokładnie tak samo – jednym, pojedynczo złożonym zdaniem, które brzmieć może ono różnie np:

Zrób coś, żeby twoja przyjaciółka zwróciła na mnie uwagę.

Lubię cię, jesteś mi jak siostra.

Nie jesteś w moim typie.

Kocham Cię, jak siostrę.

To takie wytchnienie – aseksualna relacja.

Udowadniasz mi, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną może istnieć.

Zakochałem się. ” Dlaczego mi to mówisz” ” A komu mam powiedzieć? Jesteś moją przyjaciółką.

Piękne, nieprawdaż?

Prawdaż, jeśli czyta się niektóre z nich bez kontekstu. Tak – wolnostojąco. Bo cóż złego jest w miłości siostrzanej, w przyjaźni damsko – męskiej, w nieseksualizowaniu relacji??? No nic przecież.

Gorzej, kiedy kontekst sobie podepniemy pod te wiekopomne zdania. Bo tam ta jedna strona, w tym wypadku kobieta, pewnie kocha, albo przynajmniej bardzo jej zależy na danym osobniku, a tu dostaje kołek osikowy prosto w serce. Żeby tam w serce! Strzał prosto w łechtaczkę, wargi sromowe i waginę, tak mocny, że cycki również odpadły.

Jednym zdaniem pozbawione kobiecości, unieważnione, aseksualne. W relacji, która jest/ była ważna. Och, boli. Bardzo. Krew emocjonalna się leje i nie ma jak jej zatamować.

I co dalej?

Często się trwa w tym zawieszeniu, w nieodklejeniu, na granicy masochizmu, bo nie można nie. W relacji, która kiedyś uskrzydlała. A tu biedna „jużniekobieta” tępy skalpelek w rączki „oprawcy” sama wręczyła, a on jej te skrzydła umiejętnie odpiłował. Siedzi więc, patrzy na cząstki genitalne siebie i poplamione juchą skrzydła duszy i myśli, że już zawsze na zawsze tak będzie.

Ech, tak siebie nawzajem „kastrujemy”, z sił witalnych obrzezujemy, niespełnieniem się napełniamy. Bo to nie tylko mężczyźni nam, kobietom, my też, ofiary bezpenisowe gdzieś za sobą pewnie pozostawiłyśmy.

I myślę sobie, że potrzeba trochę serca, trochę uważności na siebie nawzajem, w szczególności w tych niewyrównanych relacjach.

Jeśli tak Pana Ego w sobie chcecie dopieścić, to nieładnie. Bo dźwięczy mi zdanie przez kumpla wypowiadane:

Karma to dziwka, zawsze musisz płacić

Może nie dziś. Może nie jutro. Ale trzeba będzie.

Ku rozwadze. Dla nas wszystkich. Czasem „wykastrowanych”, czasem „kastrujących”.

Favim.com-3802
art by Favim.com

Jak wykastrować kobietę?

Klub Złamanych Serc

Jestem sobie na najlepszym festiwalu ever. Miałam nie pisać. Ale dziś po prostu muszę. Taka ot, kompulsja przyczynowa.

#Unsound rządzi. Tyle inspiracji się nażarłam, napoiłam, wchłonęłam, że starczy mi na… (wstaw określoną ilość czasu) długo.

Dziś szczególnie. Za sprawą pana Blunta. Nie Jamesa, tylko Deana. Tuptałam ze szczęścia jak już w Teatrze Starym w Krakowie na miejscu się usadowiłam i odpłynęłam. W ból, w szczerość (chyba?), w winę, w człowieczeństwo.

Blunt, bluntly, czyli bez ogródek, w swoim show na pograniczu teatru, najebki z popu i doskonale niedopracowanego wykonania muzycznego przecież, opowiada o końcu relacji, z pewną kobietą w swoim życiu. „The Redeemer” krok po kroku zabrał mnie w emocjonalną podróż, w którą w ogóle nie chciałam, jak się okazało, jechać. Ale siedziałam i mimo wszystko się rozkoszowałam. Oh! Dysonans dysonansem się poganiał. Asynchronia rozbrzmiewała. Bo chcę oglądać, ale nie chcę, ale trudno. Zamknę oczy i uszy, to jestem ciekawa. Jak tu z babą (czyli ze mną) artystycznie wytrzymać?

Po spektaklo-koncercie, jak już majestatycznie schodziliśmy z moim kompanem po majestatycznych schodach, kiedy on, rozwodząc się szeroko nad dźwiękami i słowami, brutalnie został przeze mnie zapytany „Czy Ty miałeś kiedyś złamane serce?”. Zamilkliśmy oboje dramatycznie, jak na teatr przystało, tamując tym samym bezruchem ruch schodzący po schodach dramatycznych. „Nie.”. I w tym wiekopomnym „nie” tak wytrwaliśmy do szatni. Przyodziani wymknęliśmy się w tłumie palaczy przystając na moment, kiedy mój kompan, w końcu przemówił: „Aaa, bo Ty z serca a ja z głowy recenzuję.. Ale wiesz dla mnie to czysty masochizm, tak to przejadać, powtarzać, nie kończyć”.

I kiedy już tak się rozbiegliśmy, ja na kolejne wydarzenie do Kijowa (nie ukraińskiego, tylko kina), on gdzieśtam, bo inaczej sobie wieczór zaplanowaliśmy, recka skrótowa siedziała mi w głowie.

Tak. Przyznaję. Z serca i z doświadczenia za Bluntem się wstawiam. Bo mocno mi pokazał, jakie cierpienie może być. Jest. Kiedy z relacji chcę się wycofać, zakończyć. I jest ciemność. I jest mgła myśli. I jest ból, tak jak ten światłami zadany. Bo każdy kontakt boli? Bo brak kontaktu jeszcze bardziej? Bo trzeba to przetrwać i tyle?

I wierzę mu, kiedy śpiewa, ni to do Siebie, ni to do Niej – „Wake up, wake Up, wake up”. Bo to wtedy trzeba zrobić. Obudzić się ze snu do rzeczywistości, która piękna nie jest. Ale taka właśnie jest. Prawda. W Klubie Złamanych  Serc.

I tak sobie myślałam, już w Kijowie, hyh, kto tego nie doznał, nie zrozumie, wyśmieje, i prychnie „teatralność przecież to jest”. Może. Dla mnie nie. Moje serce teraz już tak połamane, że nie wiem czy je pokładam. Na razie jak puzzle próbuję ułożyć, ale cały czas mi ktoś kawałki podpierdala. I czegoś brakuje. Trudno.

Dla tych, którzy nie rozumieją czym jest serce złamane, żadne medium ich nie przekona.

Dla tych, którzy przeżyli – wiecie jak to jest. Pisać nie będę.

I jeszcze tytuł całości – „The Redeemer”. Odkupiciel. Wybawiciel. Religijnie. Bo chce się „odkupić”, zbawić  Siebie po relacji, która nie wyszła. Coś zrobić, cokolwiek, żeby zrozumieć, wiedzieć, zakończyć. Znaleźć odpowiedzi na wszystkie „Dlaczego?”. Może właśnie poprzez sztukę, bo tak jest się wtedy najbliżej siebie. Dla reszty, nas, śmiertelników pozostają „nocne Polaków rozmowy”, stos chusteczek niehigienicznie zużytych i nadzieja na Czas Leczący Przemijający. Amen.

 

Klub Złamanych Serc

Dlaczego facet zdradza?

„Bo może” – tak moje rozmyślania nt. natury płci skwitował mój niegdysiejszy narzeczony.  Oburzyłam się nieludzko wręcz.

„No halo, ale, że co? Jestem kobietą, też mogę, nie?”.

„Twój wybór” odparł, i zajął się zmienianiem Wszechświata.

Przyznaję. Pokonał mnie wtedy. I tak do mnie ta krótka nasza wymiana powracała. I powraca. Bo na kozetce i w życiu tych poturbowanych przez zdradę dziesiątki. Jak bumerang wracają więc te zdania. Bo masz wybór? Serio? To jest takie proste? Ekhm, znaczy trudne?

Zdradę oglądałam ze wszystkich dostępnych stron już chyba. We wszystkich możliwych konfiguracjach. Chociaż pewnie życie mnie jeszcze zaskoczy, na co liczę, i nie chcę oczywiście.

Bo normalnie to napisałabym że przecież chodzi o niespełnione potrzeby, takie długofalowo niespełniane, więc szuka się gdzie indziej – bo jak się chce piciu to trzeba i już. Tak o seksie mówię, ale nie tylko. Taka deprywacja przez lata się ciągnąca, kusi spełnieniem. A panowie – sorry, wiecie, że Was kocham – potrzeby swoje dla tzw. świętego spokoju zawieszają i cierpią, ale jak już się przydarzyć okazja może to z tego wyczerpania, chcą, pragną siebie urzeczywistnić. Może w końcu się poczuć dobrze, ze sobą, ze światem. Może.

Normalnie też popatrzyłabym na tych, którzy swoją samoocenę wzmocnić muszą ciałem i duszą kolejnej kobiety, żeby ciut bardziej męsko się poczuć. Ciut bardziej pełnokrwistym facetem. Ciut bardziej gorącym kochankiem. Ciut mocniej podziwianym przez inny model, niż szanowna kobieta długoletnia, bez względu jaką Kocicą by nie była. Co z tego, że to krótką trwałośc ma. Co z tego, że zaraz jak tylko z łoża wyskoczysz, to już za drzwiami czarna dziura własnej wartości jest jeszcze większa, bo wiesz przecież, że kolejna kobieta Ci jej nie zszyje. Co z tego?

I tak, zdradzają.

Oczywiście, biologia, rozsiewanie genów itd aż do zupełnego upojenia się stereotypami.

A co, Drogi Mężczyzno, jeśli masz wybór po prostu? I to od Ciebie zależy? Bez względu na braki, potrzeby, niezrozumienie, nieistniejącą samoocenę, czy psychologię ewolucyjną? Nie ma na co zwalić winy? Nie ma. Możesz co najwyżej „zwalić konia” (brzydkie wyrażenie) albo „niechcący” wpaść między już rozłożone nogi chętnej, no bo jakże, kobiety tudzież pośladki mężczyzny (nie dyskryminujemy).

Bo może właśnie to jest Twoja i tylko Twoja odpowiedzialność? Nie masz spełnianych potrzeb? A co zrobiłeś żeby mieć je spełnione? Odszedłeś? Szukałeś dalej? Pracowałeś nad związkiem? Aaaa, masz niską samoocenę? Rozumiem.. A jakoś chciałeś to zmienić, bez ranienia kobiety swojego życia? Bo nie wiem przypadkiem, czy seksik bez zobowiązań, czy nawet romansik na boczku, to przypadkiem nie plasterek na gangrenę?

Może gdzieś o tzw. moralność się rozbijamy. Ja nie wiem co to znaczy. Każdy chyba ma swoją z wierzeń i przesądów ukutą. Patrzę na tych zdradzonych i zdradzających i myślę, że nie o to tu chodzi. Tylko o rany, o integralność, o odpowiedzialność. Tak, wiem, same nudne słowa, jakże niepopularne dziś dla nas, w Krainie Wiecznej Przyjemności żyjących. No cóż.

Idziemy na łatwiznę.

Twój wybór.

Dlaczego facet zdradza?

Psychopatka

Gabinet.

Siada bez skrępowania już. Jak u siebie. I dobrze. Ja jeszcze kawę sobie robię. I już… Już się w czerwonym fotelu moszczę. Już stolik przesuwam. I wtem słyszę:

– Pani Izo, jestem psychopatką.

No dobra, przyznaję. Profesjonalny obiektywizm i wieloletni trening emocji zawodzi na całej linii – wybucham śmiechem najprawdziwiej głośnym. Takim z głębi trzewi, ze łzami w kącikach oczu.

– Znamy się od ponad roku i ja bym tej „psychopatii” u pani nie podejrzewała???

– Pracę domową odrobiłam.

– Aaaaa….

I już, po momencie, w szczerość się obie zamieniamy.

– Jest tak…. – I widzę, że ze wstydem te słowa przyjdzie jej powiedzieć. – Jak tylko znajdę się w jakimś towarzystwie, gdzie są mężczyźni, natychmiast włącza mi się skaner. Jest obrączka, nie ma obrączki. I to nieważne, że nie wszyscy żonaci noszą obrączki, i czy są nieżonaci ale są z kimś. Obrączka, to pierwszy filtr. Selekcja naturalna. Drugi krok, w zależności od ilości, przekierować rozmowę tak, żeby dowiedzieć się, jaki jest status. Średnio interesuje mnie ich wygląd w tym momencie. Jeśli jest jakiś singiel, szukam wszelkich możliwych wytrychów, żeby ustalić jak najwięcej szczegółów z jego życia. Tak, manipuluję dyskusją. Tak, skupiam całą swoją uwagę na nim. Czym się interesuje, gdzie mieszka, czy jest w kogoś zainwestowany – głos jej się załamuje – To jak odruch bezwarunkowy, jak jakiś pieprzony pies Pawłowa. A raczej suka..

Siedzimy chwilę w ciszy.

– Mówiłam pani. Psychopatka. Zdesperowana psychopatka.

Oj, aleś mnie zadumała. Bo już uszami wyobraźni słyszałam, jak to oceny łatwo ludzie Ci mogą wystawić. Jak łatwo z ambony związku o rozwydrzonych księżniczkach rozprawiać. Jak szybko o wymaganiach niebotycznych poematami rzucać będą. Już to słyszę.

I szkoda, że gdzieś nad tymi psychopatkami, bo przecież nie jesteś jedna jedyna we wszechświecie, nikomu się nie chce pochylić i pod skorupkę silnej kobiety zajrzeć. Nie chce się popatrzeć na to, co stworzyło Cię taką jaką jesteś. Na powierzchni, silna, zaradna, nie do zdarcia model, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni.

A w środku, pod wielością masek przez życie i czasem dzieciństwo pozakładanych, jest serce. Taka tam ptaszynka, o klatkę warunkowania się rozbijająca. Ledwo już śpiewa. Już braknie jej siły. Bo tęskni za miłością. Za tym jednym odważnym, który siły się nie przestraszy, bo sam będzie silny, trochę silniejszy. A Ty sama, teraz, żyjesz tęsknotą, żeby już przestać być silną, na chwilę chociaż. I pozwolić sercu bić. Tak jak potrafi. Pełnią miłości. Ciepłem. Wrażliwością. Całą Tobą. Bo taka naprawdę jesteś. Chociaż jeszcze nie do końca w to wierzysz.

 

20130726_162213

Psychopatka

Była Miłość

images

 

Poczułam jak mnie ściska za gardło. Potem lodowatą ręką chwycił za kark. Wstałam powoli z fotela. „Oddychaj”. Jedyna komenda jaką byłam sobie w stanie wydać. I zimno, od tej lodowatej ręki. I wspomnienie przebiegło przez myśl. I złapał mnie w pasie. Nie mogłam rozłączyć jego palców na moim brzuchu. Jak pieprzone imadełka. I czułam jego oddech nad uchem. Przestałam się szarpać, imadełka zluzowały się. Wyrwałam się. Dobiegłam, już płacząc, do łazienki. Zatrzasnęłam drzwi. „Okej, już. Uspokój się.”. Powoli otwieram drzwi i idę w stronę łóżka. Powtarzam „Już dość, już dość”. Łzy same płyną. I jedno jego uderzenie rzuca mnie na półki z książkami. Osuwam się jak manekin. Twarz na klepce, umazana krwią. Z nosa, z rozciętej wargi. Chwyta mnie za włosy. Ciągnie. Wiem gdzie. Do lustra. Zdarte dłonie. Podnosi mnie siłą jak worek piasku. „Daj mi spokój..” szepcę. Trzyma mnie w tym lodowatometalowym uścisku. Nie umiem na siebie spojrzeć. Klamrą dłoni podnosi mi twarz. I sssyczy „Patrz”. I widzę siebie i jego. „Pan Nienawiść”, mówię szeptem.

– Wiesz kim jestem.

– Wiem.

– Dlaczego przede mną uciekałaś?

– Nie chcę cię tu.

– Ale jestem i nie pójdę.

–  Nie krzywdź mnie już tak, proszę.

– Sama się krzywdzisz.

– Mądry jesteś.

– Sama mnie stworzyłaś i poczułaś. Zamieniłaś moją siostrę na mnie. Pamiętasz?

– Miłość była.

– Była. Teraz jestem ja. Kurewsko mocny. Dziękuję.

– Spierdalaj.. – przytula się do mnie tylko – Nie, nie..Będę dopóki będziesz mnie czuła.. Jak w greckiej tragedii, dwie maski na tej samej głowie.

– Wolę twoją siostrę.

– Jej już nie ma. Wygoniłaś ją. Pamiętasz?

– Nie miałam wyjścia… – siedzimy na podłodze, oboje..- Co będzie po tobie? Pójdziesz sobie kiedyś?

– Przyjdzie nasza kuzynka, Obojętność.

– A później?

– Jej kuzynka, Zapomnienie.

– Kiedy?

– Nawet nie zauważysz.

– Można zapomnieć o Twojej siostrze, Miłości?

Uśmiechnął się tylko.

Skurwysyn.

 

Była Miłość

Tłumaczenie niewytłumaczalnego

Filmów jakoś nie oglądam ostatnio, bo jak zaczynam to po 15 minutach się nudzę i wyłączam. Kilka poszło do piachu na wieczne zapomnienie. Ale jeden mi serce rozjaśnił i zaciemnił. No tak. Przedstawiam Ci „Leolo”.

 

 

Chłopiec i walnięta rodzinka. No tak, trochę jak każda. Ale ta historia ma w sobie wyjątkowość. Bo chłopiec tłumaczy sobie te ich „szaleństwa” pięknym, poetyckim językiem. Takim, który łapie za serce. Tłumaczy świat, którego nie rozumie. I jak na początku wydawało mi się, że delikatnie moja dusza się nasyci tym dysonansem, to później już moja dusza chciała wyrzygac to co zobaczyła.

Niektóre sceny naprawdę przyprawiają o mdłości. Dlatego delikatnym nie polecam. Ale siłę ma ogromną, dla mnie. Bo dawno nie widziałam  pięknie opowiedzianego szaleństwa, chyba „Pająk” mnie tak dotknął.  Zdjęcia i muzyka idealnie „robią” atmosferę.

I pytania mocno mam w głowie teraz postawione.

Czy kiedykolwiek przestajesz się bać swoich oprawców?

Jak przetrwać ze swoją wrażliwością, w świecie, gdzie jest ona niepożądana?

Ech no.. piękny – niepiękny obraz. Niektórych pewnie może znudzić. Ale warto.

 

Film

Bajka

imagesCA2RVE2D

Za siedmioma wieżowcami, za siedmioma supermarketami, w wieży kilkupiętrowej z postrealizmu pogierkowskiego, mieszkała piękna Księżniczka. Miała marzenia spełnienia zawodowego, pasje różne, ale jej głównym celem życiowym, tak jak każdej księżniczki w tym społeczeństwie wg reguł Poprawnego Zachowania, było znalezienie księcia.

Księżniczka przyjaźniła się z innymi księżniczkami, które podobnie jak ona, cel swój życiowy wypełnic musiały. I próbowały. No uciechy z tego co niemiara było, bo przygód a przygód, każda z nich przeżywała mnóstwo. Np. jedna pocałowała ropucha, bo wg starych legend, on przemienic się w idealnego księcia miał, ale okazało się, że wcale się nie zmienił, tylko wykicał z jej wieży nad ranem, skrzecząc, że zadzwoni. Albo kiedy dobrze-rokujący książe, co to serenady przymiotników onlajnowo wyśpiewywał u innej, okazał się w pożyciu codziennym Księciem Pustaków raczej.

No ale były też inne, które na pewne ustępstwa w życiu poszły, żeby cel osiągnąc. Słyszała od jednej, że ta zrezygnowała ze swojej kariery, żeby swojego księcia w jego pracy wspierac, i chyba dobrze jej z tym było, nie idealnie, ale dobrze.

Jeszcze inna zgadza się na bycie z księciem, który z inną księżniczką jest związany, i wcale nie zamierza od niej odejśc, bo taki układ mu pasuje, ale ona biedna tego nie wie, i się oszukuje i tak trwa, zakochana niestety, łudząca się.

Inna, złamała system, bo odkryła, że raczej inne księżniczki ją interesują, i żyje z jedną, w tym dziwnym państwie, gdzie nie ma prawo-prawnie tych związków byc.

A już zupełnie kuriozalnym przypadkiem była inna, która przeglądając się w Zwierciadle Norm Społecznych, główką królewską pokręciła i ze stanowczym „Pierdolę to!” tiarą w zimne szkło rzuciła i poszła swoją drogą, na wieczny ostracyzm społeczny się narażając, ale mając go głęboko w swojej imperatorskiej pupie.

„Ach – wzdycha Księżniczka – jakie to wszystko trudne i skomplikowane”. Ale z celu nie rezygnuje, bo nie może.

Lata płyną. Księciowie na rumakach pod wieżę podjeżdżają. Jedni zostają na dłużej, żeby z Księżniczką obcowac. Inni, tak tylko na chwilę życiową wpadają i odchodzą, no bo tak. Uroda trochę szarzeje, włosy błysk swój tracą, metabolizm się spowalnia.

Księżniczka w Zwierciadle Norm Społecznych się przegląda i wie, że sprawy nie mają się najlepiej. Czas ucieka. Na rynku coraz mniej Książąt Dostępnych. Zaczyna się rozglądac na Wtórnym Rynku Matrymonialnym o wdzięcznej nazwie „Księciowie z Odzysku”, ale tam też nie za wesoło, na okazje trzeba polowac, bo rodzynki się zdarzają, ale do polowań Księżniczka siły nie ma. I nagle zauważa, „A cóż to??”, że w swojej wieży sama już nie jest.

Mianowicie zamieszkała z nią niepostrzeżenie Desperacja. Gdzieś, jakoś się wzięła wylęgła i w cieniu Księżniczki się rozgościła, włócząc się za nią krok w krok. I kiedy tylko Księżniczka w Zwierciadle się przegląda, albo tylko zerknie zazdrośnie na inne pary królewskie, ta już jej do ucha szepce „Oj, kochana, źle jest. Chyba już twój termin przydatności minął. Chyba trochę niedorozwinięta społecznie jesteś. No i nieprzydatna, bo kiedy chcesz małe książątka miec?? Jak już siwe włosy ci wypadną? Co z ciebie za nieużytek!!”. I im więcej szepce a Księżniczka słucha i reguły Poprawnego Zachowania społecznego czyta, tym desperacja strachem się zażerając, tyje i już na dobre u Księżniczki się rozgaszcza, i cień i serce i myśli anektując.

Biedna, chcąc nie chcąc, żeby takim wyrzutkiem społecznym się nie stac, myśli sobie: „Ok, następny, który mnie zechce, będzie mój, i już!”.

No i napatacza się książe, księciunio, taki trochę nie za bardzo w guście Księżniczki, taki trochę nieksiążęcy nawet, ale przecież wybrzydzac nie ma co. Bierze go więc, szczęśliwa, że może się w Zwierciadle Norm Społecznych już bez strachu przeglądac. Niektórzy się dziwią, że taki egzemplarz sobie wybrała, no ale to w końcu nie oni spac z nim będą, więc wara!

I tak żyli długo i szczęśliwie.

Na pewno?

Bajka

„Krwawię..

…naprawdę, patrz..”.

Patrzę. I uśmiechamy się do siebie. Tym uśmiechem, co rozumie. I wcale nie jest wesoły.

„Znowu”.

„Wiem. Boli?” – głupio pytam. Ona wie, że głupio pytam, tak z przyzwoitości trochę. -” Tak, ale nie bardziej niż zwykle.” Twarz przykrywa dłońmi. Prawie widzę krew lecącą.

„Powiedz mi coś, żeby nie bołało, zaklęcie jakieś..”

„Nie znam żadnych.”

„Znasz na pewno..Przecież jesteś czarownicą..tą dobrą..”. I krew, ta metaforyczna, jakaś bardziej przezroczysta się robi, bo rozwodniona, przez łzy. Jej. I żałuję, że nie znam.

„A gdybym była, to naprawdę byś chciała, żebym Ci ten ból zabrała?”

Wbija się we mnie wzrokiem jak nożem. I głębiej jeszcze. Po dziurki w duszy. I widzę nienawiść prawie, potem spokój nagle, nie wyrachowany, prawdziwy.

„Nie. Masz rację, nie. Ale obiecaj mi, że przejdzie..ten ból”

„Obiecuję” – mówię, chociaż nie powinnam. „Ale co to dla Ciebie znaczy, że Ci obiecam?”

„Och, przestań mi tu shrinkowac!!” – zrywa się z kozetki i staje tyłem do mnie, głowę o fioletową tapetę opiera. „Bo wtedy będę wiedziec, że wiesz co czuję..”

„Usiądziesz?”

Siada. „Przepraszam. Boli..”

Wiem, że boli. Bo nie może nie boleć. I kolejna rana. Kolejny ktoś wjechał Ci w życie. Rozjechał je mało subtelnie. Pamiętam, co mi mówiłaś.

Bo najpierw jest tak, że te rany zabliźnione, te siniaki, blizny, potłuczenia sobie pokazywaliście. Te, przez innych zadane. Z poprzednich relacji, z kryzysów, z upadków. Teraz z nadzieją, że to już może raz ostatni. I była fascynacja. Tą nadzieją chyba. Że może tak, teraz, już będzie dobrze. Że ten drugi zobaczy, dotknie i nie odwróci głowy. Nie odwrócił. Patrzył. Dotykał. Nie odwrócił z obrzydzeniem czy z oburzeniem głowy. Palcami delikatnie dotykał tych ludzkich części Ciebie. Całował stwardnienia doświadczeń. Pokazał Ci swoje. I było dobrze. Tak dobrze. Tak jak marzyłaś.

A potem nagle, nie wiedziałaś skąd. Cios, chociaż nie, najpierw szturchnięcie. Już wtedy powinnaś się wycofac. Ale wciąż myślałaś: „Ale on mnie widział. Mnie. Ze wszystkim. I było dobrze”.

Nie. Nie bylo. Było uderzenie. Jedno, potem drugie..

Następna rana. Na razie ropieje, bo grzebiesz w niej, zdzierasz strupek powoli zasychający.

I teraz krwawisz. Boli.

I chcę Ci powiedziec, i mówię „Już dobrze, dobrze już..”. Ale wiem, że nie usłyszysz, jeszcze nie teraz..

 

imagesCAK3QCGI

„Krwawię..

Brzydula

imagesCA7ULHRE

Gabinet.

Zawsze siada tak pięknie, z gracją i delikatnością. Zawsze z tym uśmiechem uśmiechniętym. Nikt by nie zgadł, że tak mocno walczy z depresją, taką moc odbierającą. I już zwycięża. Już jest dobrze. Lepiej.

„Mam zdjęcia”, mówi mi z ledwodostrzegalnym rumieńcem na twarzy. Wyjmuje album opasły przeszłością. Pytam wzrokiem czy mogę. Otwieram trochę jak białego kruka, bo przecież takim jest – niesie życie utrwalone na papierze. Jej ważne momenty. Jej tożsamośc liczoną obrazami.

„Pamiętam pani minę nieodowierzenia ostatnio, kiedy powiedziałam, że wszyscy uważali mnie za brzydką i nawet trochę prześladowana byłam, niepasująca. No to jest potwierdzenie..”.

Ta moja twarz elastyczno-plastyczna zgubi mnie kiedyś w tej pracy, myślę sobie, za to reagowanie, w 1-osobowym piekle złych psychoterapeutów wyląduję, ech..Otwieram album. Ona opowiada mi o kilku zdjęciach: „tu z siostrą, prawda, że śliczna?”, „tu komunia, ja w sukience, ależ się wtedy wstydziłam”, „tu koniec podstawówki”, „a tu już liceum, z moją przyjaciółką, zawsze się czułam jak brzydkie kaczątko przy niej..”. A moje oczy okrąglutkie, obietnica „niereagowania twarzą” w pył się zamieniła. Kręcę głową i nie wierzę. Idę przez młode życie tej ślicznej dziewczynki a potem młodej kobiety.. Zupełnie nie pasującej do reszty – wysoka, niezwykle szczupła z twarzą tak fotogeniczną, tyle umiejąca wyrazic! Zjawiskowa!

I tak, to był jej jedyny „grzech”. Różniła się od swoich rówieśników, nie pasowała do standardów społeczności małego miasteczka, do kanonów urody Polski lat 90. I została oznaczona. Wmawiano jej brzydotę. Porównywano do siostry, która już trochę bliższa tym standardom była. I dorastała wstydząc się siebie i swojego ciała!

Wkurwiam się na to strasznie! Jak rażące są te słowa w dzieciństwie wypowiadane przez ważnych innych! Jak stają się prawdą, dla tych którzy je słyszą i ocenic nie umieją! Jak oni później muszą życ z tymi stygmatami przez innych zadanymi! Jak te rany krwawią, czasem przez całe życie! Jak niepotrzebne to!

Łzy mi same po twarzy lecą…Czasu nie mogę zawrócic dla niej i dla innych…Może tylko lustrem będę, żeby już jako dorośli mogli się przejrzec, w prawdzie już, nie w kłamstwach schematów..

Bądźcie uważni na swoje słowa do innych kierowane, proszę..

Zostają na długo. Na zawsze czasem.

Brzydula