Dlaczego ciągle jest tak samo?

O. mnie nie lubi. Powiedziała mi o tym otwarcie, po latach. Pięciu a może sześciu. Nie, nie jest tyle w terapii. Wtedy ją poznałam.

Pamiętam jak wpadła wtedy do gabinetu spóźniona lekko. Bez przepraszam, szybko powiedziała:

– Mam na imię O. Byłam już na kilku terapiach. Chciałabym, żeby w końcu ktoś mi pomógł. Teraz padło na ciebie.

Padło. I zostało.

Usłyszałam o byciu niechcianym dzieckiem, przypadkowym, wpadką. O szukaniu akceptacji siebie we wszystkich możliwych miejscach. O wielkiej samotności dziecka, kiedy rodzice byli, ale jakby nie byli. O pragnieniu bycia po prostu zobaczoną. O zapadaniu się w siebie. I powolnym odchodzeniu od zmysłów.

Czytam maila, którego wtedy dostałam, od Niej, pierwszego z wielu:

„Wiesz, że jestem jak wrzód na dupie świata. Jak śmierdziel, od którego wszyscy się odsuwają. Jestem niewidoczna. A każdą komórką ciała drę się „Spójrz na mnie! Poznaj mnie!”. (…) Jak hemoroid cieknący ropą”.

Jak ci przyjdzie teraz na myśl, że wystarczyło, żeby siebie pokochała, polubiła chociaż, to wyśmiałaby cię tym swoim pięknie ciepłym śmiechem, którym nie myślała, że się śmieje. Bo O.to wiedziała. O. znała na pamięć teksty z self-helpów, cytaty z Osho, nazwy mechanizmów, których używała. Mogłaby cię przelicytować w nazwiskach psychologów, trenerów, świętojebliwych cudotwórców i uzdrawiaczy szamanów. Powiedzieć o O. że jest inteligentna, to stwierdzić, że deszcz jest mokry.

Bo były dwie O. – jedna ta dorosła, ta teraz, kobieta z dorobkiem zawodowym, którego wielu jej mogło pozazdrościć, i O. ta z dzieciństwa, ta która wracała, w tych momentach, kiedy dorosła O. nie radziła sobie z rzeczywistością. I z jej jedynym pragnieniem. Byciem kochaną.

Przez kilka miesięcy O. uczyła się troszczyć o siebie, kiedy nie było nikogo kto by o nią zadbał. Milimetrami tworzyła przestrzeń dla tej małej O., nie karząc jej już, ale akceptując te jej pragnienia. Tak bardzo powoli. I zniknęła. Bez słowa.

Myślałam czasem o O. Po pracy, w przerwach. Bo to przecież nie jest tak do końca praca od – do. Emocje zostają, człowiek pozostaje w sercu pewnie na zawsze.

Kilka lat później, niedawno, zjawiła się. Odszukała w internetach. I zasiadła na kozetce. Spokojniejsza. Chyba.

– Tęskniłam za tymi spotkaniami. – zaczęła uważnie, przechyliła głowę, lustrując – Masz więcej zmarszczek i w końcu siwe włosy widać! Życie cię nie rozpieszcza widzę, może w końcu przestań z tym wariatami pracować, co??

– A co ja bym bez nich robiła? – zażartowałam.

– Wiem, wiem, pieprzona idealistka z Ciebie, za to cię ceniłam, i za szczerość, w tym waszym popieprzonym zawodzie to nie jest częste, i za to, że jesteś taka naiwna, z całym szacunkiem…

– Znasz mnie – poczułam znowu te ciasno domykane granice, z taką lekkością przez nią przesuwane. – Z czym przychodzisz?

– Z mokką czekoladową – wskazała na swój papierowy kubek. – Wiem o co pytasz. Jebie się moje życie, disneyowskiej księżniczki, więc się pojawiam, u mojej wiedźmy, żeby mi powiedziała dlaczego ciągle jest tak samo.

Zapada się w siebie na chwilę, ktoś za drzwiami robi herbatę i rozmawia o psie..

– Pokochałam kogoś, i on, też pokochał mnie. Wyobraź sobie, taki wrzód na dupie! I jest nam dobrze ze sobą. Mój wielki projekt życiowy dobiegł końca! Ktoś mnie pokochał! Oł, jeah! Tylko że, w żadnej jebanej bajce nie napisali, nie było ciągu dalszego nigdy, tylko to cholerne „i żyli długo i szczęśliwie”. Książe może tak, ale Księżniczka stoi zdziwiona z chwiejącym się diademem na główce, bo w środku ta jakaś otchłań znowu ją zasysa. I zamiast cieszyć się „długo i szczęśliwie” to czuje się wyruchana w dupę, i to za swoim przyzwoleniem. Rozumiesz???

– Pochwalam seks analny ale tylko świadomie konsensualny.

Śmieje się, tym śmiechem swoim, tym co do kości grzeje. – Dobrze, że poczucie humoru ci się nie zestarzało!

Siorbiemy swoje kawy. O.marszczy czoło, coś sobie przypominając:

– Jak ty zawsze mówiłaś?? – przewracam oczami na swoje błędy terapeutyczne, O. nie widzi na szczęście, a może udaje. – „Lekcja nieodrobiona wraca tyle razy, aż ją odrobisz”? Nie, to ktoś inny. Czekaj.. Aaa, raz się tak niepsychoterepeutycznie odkryłaś… o pustce, której nikt inny, zewnętrzny, nie jest w stanie zapełnić..Zbyłam to, bo to takie banalne. A kilka lat później patrz…

I tak sobie patrzymy. Wraz z O. która mnie nie lubi, bo ją „wkurwiam tym drążeniem” – cytuję…

Powoli idziemy, w tym dochodzeniu do siebie, do swojej własnej prawdy. Wyśmiewając i drwiąc z tych prawd oczywistych i rozwiązań jeszcze bardziej „coelhiowskich”. Dopóki gdzieś nie uderzą w samo sedno, nie podłączą się emocjonalnie, dopóki nie stają się dla nas żywe. W tym samym procesie wszyscy jesteśmy, może na innych miejscach, może w ogóle nie chcemy w nim być. Ale i tak przyjdzie, i tak będziemy. Żeby już nie było tak samo, chociaż tyle na zewnątrz się zmienia.

(O. po autoryzacji powiedziała, że „pierdolę jakieś kocopoły, zamiast jej o pustce objaśniać i dlaczego książe nie jest lekiem na całe zło”, więc już kończę).

Dlaczego ciągle jest tak samo?

#wstyd

Nie-gabinety i gabinety. Życie i nie-życie.

Wstyd.

2605784-16x9-340x191

Zżera. Konsumuje. Nadgryza. Jest. Obecny.

Ile razy o nim słyszałam? Ile razy sama go czułam? Ile razy chciałam kimś potrząsnąć, krzycząc: „Nie masz się czego k….a wstydzić!!”.

I te zdania wypowiadane sobie, a w gabinecie przede mną:

„Wstydzę się siebie, wiesz, tego, że taka jestem. Gorsza.”

„Wstydzę się swojego ciała, tego jak wyglądam. Wiesz kulę się. Chcę się schować, żeby tylko nikt na mnie nie patrzył”.

„Wstydzę się tego, że nigdy nie będę wystarczająco dobra dla niego”.

„Wstydzę się tego, że się wstydzę. Bo jakby ktoś wiedział kim naprawdę jestem..Umarłbym. Gdyby mnie zobaczył, naprawdę”.

„Wstydzę się swojej przeszłości. Tego co było i może bardziej, czego nie było”.

„Wstydzę się..Siebie..”.

My. Nieperfekcyjni. Nieudolni. Nieładni. Niezręczni. Niemądrzy. Nieinteligentni. Niecool. Niepasujący. W naszych głowach tylko. Bo coś kiedyś ktoś powiedział, skomentował, zrobił albo nie zrobił właśnie. Nie zaakceptował, nie zadbał, nie kochał. Skrytykował, wytknął, nie docenił.

A my na wiarę, uwarunkowani tak, wierzymy w coś, co już dawno prawdą przestało być, a najpewniej nigdy nie było. Wstydzimy się. To potężna emocja. Ciemna. Duszę infekująca. W głębi rdzenia osadzona. To nie jest „poczucie winy” – to czuję, gdy coś źle zrobiłam, kogoś zraniłam. Wstyd jest zawsze.

I próbujemy markować, zasłaniać, chować, kryć. Jeszcze tylko kilka nagród, jeszcze awansów ze dwa, jeszcze ładniejsza partnerka, jeszcze bardziej zajebisty partner, jeszcze kilka zer po jedynce na koncie, jeszcze podróż dookoła świata, jeszcze.., jeszcze… . I nic. Nic nie jest w stanie tego wstydu siebie, przed sobą i innymi, zatrzeć.

Może czas popatrzeć w oczy tego toksycznego potwora. I zawstydzić go, swoją prawdą, na #tuiteraz. Bo prawda jest skrajnie inna, jeśli tylko ją zobaczymy.

Pomyśl, kim byś był bez swojego wstydu?

#wstyd

Psychopatka

Gabinet.

Siada bez skrępowania już. Jak u siebie. I dobrze. Ja jeszcze kawę sobie robię. I już… Już się w czerwonym fotelu moszczę. Już stolik przesuwam. I wtem słyszę:

– Pani Izo, jestem psychopatką.

No dobra, przyznaję. Profesjonalny obiektywizm i wieloletni trening emocji zawodzi na całej linii – wybucham śmiechem najprawdziwiej głośnym. Takim z głębi trzewi, ze łzami w kącikach oczu.

– Znamy się od ponad roku i ja bym tej „psychopatii” u pani nie podejrzewała???

– Pracę domową odrobiłam.

– Aaaaa….

I już, po momencie, w szczerość się obie zamieniamy.

– Jest tak…. – I widzę, że ze wstydem te słowa przyjdzie jej powiedzieć. – Jak tylko znajdę się w jakimś towarzystwie, gdzie są mężczyźni, natychmiast włącza mi się skaner. Jest obrączka, nie ma obrączki. I to nieważne, że nie wszyscy żonaci noszą obrączki, i czy są nieżonaci ale są z kimś. Obrączka, to pierwszy filtr. Selekcja naturalna. Drugi krok, w zależności od ilości, przekierować rozmowę tak, żeby dowiedzieć się, jaki jest status. Średnio interesuje mnie ich wygląd w tym momencie. Jeśli jest jakiś singiel, szukam wszelkich możliwych wytrychów, żeby ustalić jak najwięcej szczegółów z jego życia. Tak, manipuluję dyskusją. Tak, skupiam całą swoją uwagę na nim. Czym się interesuje, gdzie mieszka, czy jest w kogoś zainwestowany – głos jej się załamuje – To jak odruch bezwarunkowy, jak jakiś pieprzony pies Pawłowa. A raczej suka..

Siedzimy chwilę w ciszy.

– Mówiłam pani. Psychopatka. Zdesperowana psychopatka.

Oj, aleś mnie zadumała. Bo już uszami wyobraźni słyszałam, jak to oceny łatwo ludzie Ci mogą wystawić. Jak łatwo z ambony związku o rozwydrzonych księżniczkach rozprawiać. Jak szybko o wymaganiach niebotycznych poematami rzucać będą. Już to słyszę.

I szkoda, że gdzieś nad tymi psychopatkami, bo przecież nie jesteś jedna jedyna we wszechświecie, nikomu się nie chce pochylić i pod skorupkę silnej kobiety zajrzeć. Nie chce się popatrzeć na to, co stworzyło Cię taką jaką jesteś. Na powierzchni, silna, zaradna, nie do zdarcia model, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni.

A w środku, pod wielością masek przez życie i czasem dzieciństwo pozakładanych, jest serce. Taka tam ptaszynka, o klatkę warunkowania się rozbijająca. Ledwo już śpiewa. Już braknie jej siły. Bo tęskni za miłością. Za tym jednym odważnym, który siły się nie przestraszy, bo sam będzie silny, trochę silniejszy. A Ty sama, teraz, żyjesz tęsknotą, żeby już przestać być silną, na chwilę chociaż. I pozwolić sercu bić. Tak jak potrafi. Pełnią miłości. Ciepłem. Wrażliwością. Całą Tobą. Bo taka naprawdę jesteś. Chociaż jeszcze nie do końca w to wierzysz.

 

20130726_162213

Psychopatka

Tłumaczenie niewytłumaczalnego

Filmów jakoś nie oglądam ostatnio, bo jak zaczynam to po 15 minutach się nudzę i wyłączam. Kilka poszło do piachu na wieczne zapomnienie. Ale jeden mi serce rozjaśnił i zaciemnił. No tak. Przedstawiam Ci „Leolo”.

 

 

Chłopiec i walnięta rodzinka. No tak, trochę jak każda. Ale ta historia ma w sobie wyjątkowość. Bo chłopiec tłumaczy sobie te ich „szaleństwa” pięknym, poetyckim językiem. Takim, który łapie za serce. Tłumaczy świat, którego nie rozumie. I jak na początku wydawało mi się, że delikatnie moja dusza się nasyci tym dysonansem, to później już moja dusza chciała wyrzygac to co zobaczyła.

Niektóre sceny naprawdę przyprawiają o mdłości. Dlatego delikatnym nie polecam. Ale siłę ma ogromną, dla mnie. Bo dawno nie widziałam  pięknie opowiedzianego szaleństwa, chyba „Pająk” mnie tak dotknął.  Zdjęcia i muzyka idealnie „robią” atmosferę.

I pytania mocno mam w głowie teraz postawione.

Czy kiedykolwiek przestajesz się bać swoich oprawców?

Jak przetrwać ze swoją wrażliwością, w świecie, gdzie jest ona niepożądana?

Ech no.. piękny – niepiękny obraz. Niektórych pewnie może znudzić. Ale warto.

 

Film

Life Artist

W gabinecie już kolejny tydzień, kolejne spotkanie z nim. On w lęki ubrany. Nie ma dojścia do sedna. Gdzie dotykamy, tam mur. I tak w kółko. On wie o tym. O swojej seksualności nie może mówic. Nienawiśc do siebie mu się wylewa z każdego pora skóry. Pieszczotliwie siebie nazywa „Popieprzony pedał..”. Trochę utknięta jestem. Mówię mu o tym. „Chcesz mnie zobaczyc? Prawdziwego? Pokażę Ci, ale już tu nie wrócę”. Pokazuje na iPadzie swoje zdjęcia, które robi, siebie, i dla siebie.  I rozumiem. Łuski mojego stereotypowoterapeutycznego myślenia spadają mi w końcu z oczu. Widzę go, takiego jakim jest, a o którym on sam mówic nie potrafi. „To Ja.” Spuszcza głowę i milczymy.

Przez „głupie” zdjęcia dotykam duszy, która może standardowymi metodami nie mogłaby się odsłonic.

Kiedy indziej, u kogo innego, przez „pisanki do szuflady” docieramy do nieuświadomionych treści, i pojawiają się orgazmy, bo o seksualnośc znów chodziło niewyrażoną.

Ktoś inny pokazuje mi swój obraz mandali, i jej siła mnie zmiata z fotela. Emocjonalnego.

W takich momentach czuję, jakbym dotykała jakiegoś absolutu. Niewytłumaczalnego. Pełni człowieczeństwa. I wiem, że to są wielkie słowa, ale tak się czuję i basta!

Czy to jest sztuka? Nie znam się na ortodoksyjnych i często niezrozumiałych wytycznych i zasadach sztuki – niesztuki. Jeśli mnie dotyka w jakiś sposób. Jeśli myślę o tworzywie i nie mogę się oderwac. Jeśli twórca pokazuje siebie. To ja to biorę, bo mi to coś robi. Nawet jak żadna galeria tego nie wystawi. Jak żadne wydawnictwo tego nie kupi.

Banksy (chyba) powiedział:

(…) art should be democratic, truly a part of everybody’s life and not just another gangbang for the over privileged.

I teraz to jeszcze bardziej możliwe, dzięki technonarzędiom, które są dostępne. Bo wszyscy możemy kawałki siebie pokazac. Ważne. Inspirujące. Znamienne. Śmieszne. Smutne. Głupotki nawet.

Wszyscy artystami byc możemy, poprzez wyrażanie siebie. Może przez to trochę bardziej i głębiej żyjemy. Może dotykamy wtedy tych kawałków siebie, które inaczej skrywane i zakopane by pozostały. A teraz już nie. Otwarcie i pokazanie Siebie publicznie, mniej lub bardziej, uwiarygodnia doświadczenie.

Normalnośc? Zasady? Fuck It!

Piszesz? Pisz!

Instagramujesz? Instagramuj!

Robisz muzykę na jednej strunie gitary, albo na trzech klawiszach kibordu? Muzykuj!

Cokolwiek Ci w duszy gra! Rób to! Pokazuj się! Nigdy nie wiesz co może zainspirować innego. Co może dotknąć. Co może patrzenie na świat zmienić. Nawet jeśli jesteś przysłowiową kroplą w oceanie „tfurczości”. Może świat sztuki nie wspomni o tobie. Może do panteonu literatów się nie dostaniesz. Ale i tak to rób. Twórz. Bo po prostu możesz.

 

20130224-122113

 

ps. zdjęcie „ukradzione” ze znajomego bloga, żeby nie było…

 

Life Artist

Chchchchch..changes…

Główki bym swojej odciąc nie dała, ale coś mi się tak wydaje, że to najczęściej zadawane w gabinetach pytanie „Czy ja mogę się zmienic?”. Niezmiennie od lat odpowiadam, „Nie wiem”. Bo nie wiem. Ale wiem, że każdy z nas ma potencjał zmiany w sobie.

Tylko ten strach przed nieznanym, och! Bo co będzie jak się zmienię? Jak to będzie? Jak inni zareagują? Czy dam radę?

Ale niewygoda coraz bardziej niewygodna. Już przed ścianą staję i głową w nią walę. Już inni mają mnie dośc. Ja już sama siebie mam dośc. Już stare kapciuchy schematów smrodzik stęchliwości wydzielają i coś się w duszy gdzieś tlic zaczyna. I już coraz silniejsze „Chcę” w środku krzyczy. Ale wraz z cichutkim „chcę” stare demony kompleksów łby podnoszą i swoje wyrykiwanie zaczynają. I co wtedy?

Czy ja mogę się zmienic? Kiedy kakofonia głosów we mnie gra? Który wygra? Stary czy nowy? Zostaję w strefie śmierdzącego komforciku czy wychodzę mierząc się z nieznanym?

Wiem jedno:

Jak nic nie zmienisz, to się nic nie zmieni.

I tak w błędnym kole poczucia winy, strachu i bezsilności oberki kręcimy, ech!

tumblr_mkcs58yyMd1qcr6iqo1_500

Do starego wrócic przeważnie można…

 

Chchchchch..changes…

Zgłupiałam

Założono Fundację „Masculinum”. Czytałam niezbyt dobrze mówiący o niej tekst w NaTemat.pl (nie linkuję, żeby nie propagowac). Bo np. jest o równości przemocy psychicznej i fizycznej. I piekło pękło i lawa zła się wylała. Internety huczały nad tekstem. Nawet pewien felietonista z Krytyki Politycznej, którego cenię za celnośc i poczucie humoru, też się w sidła fragmentu niefortunnego dał złapac. Potem jeszcze i jeszcze. Zgłupiałam więc, do pnia mózgowego, bo ok, zgadzam się, słabo to wyszło. Ale ludzie, na niebiosa! Czytajcie cały tekst! W świetle całości, to ma przecież zupełnie inny oddźwięk!

Oczywiście, jest szansa, że czytac ze zrozumieniem już nie umiem, tak jak udowadnia mi się, że pisac z jasnym przekazem również, no cóż. Nad sobą się zastanowię, ale póki co nad misją Masculinum się pochylam i  pokrzykuję z zachwytu!!!

Jako Fundacja dedykowana Mężczyznom i Męskości, postawiliśmy sobie następujace cele:

1. Podejmowanie inicjatyw edukacyjnych i badawczych dotyczących problematyki mężczyzn we współczesnym świecie.

2. Budowanie pozytywnego, społecznego wizerunku męskiej płci.

3. Tworzenie męskiej sieci komunikacji i wsparcia.

4. Poszukiwanie nowego etosu mężczyzny, promowanie wspólczesnych męskich cnót i wartości.

5. Badanie dawnych rytuałów inicjacyjnych dla chłopców i mężczyzn i tworzenie nowej, współczesnej tradycji rytuałów przejścia.

6. Rozwijanie potencjału  świadomej seksualności, partnerstwa  i ojcostwa.

7. Troska o psychofizyczną kondycję mężczyzn.

8. Działanie na rzecz ochrony praw mężczyzn.

9. Wspieranie matek samotnie wychowujących synów.

NARESZCIE!!! Prawie się modliłam, żeby ktoś taką inicjatywę podjął. Sama już miałam, ale jako osobnik z jajnikami, mam raczej niską wiarygodnośc w obszarze męskości, nawet jako seksuolog, hyh, więc dobrze, że osoby z penisami (jak mniemam) się za temat wzięły

Kobiety się wspierają. No dobra, przynajmniej te, które znam, te które kocham, te którymi się otaczam. O seksie rozmawiamy. O pracy i karierze ciągle. O macierzyństwie i domu również. O partnerach, czy partnerkach cały czas. I myślę, że w tej bądź co bądź solidarności jajników, odosobniona nie jestem. Bo mamy siebie nawzajem. Bo czujemy swoją siłę i czerpiemy z siebie inspirację.

A mnie brakuje dialogu z mężczyznami! Tak bardzo! Tego określenia się facetów w zmieniającej się rzeczywistości. Zdefiniowania na nowo w komunikacji z silną, prawdziwą kobiecością. Tak byśmy się siebie nie bali, nie krzywdzili, cholera, zrozumieli po prostu i kochac swoje różnice zaczęli, zamiast sobie nimi twarze nawzajem wycierac. I do gardeł naprzemiennie skakac!

Z głębi macicy mam nadzieję, że Fundacja w mainstreamie się mocno osadzi i rzeczywiście jej działania nie będą nakierowane na wzmacnianie starych schematów i stereotypów męskości, w które sami mężczyźni, czy społeczeństwo (w tym również babeczki) ich wtłoczyło pt.”Macho Club”, albo „Charchnę, Pierdnę, Bronxa obalę, Kobietę uderzę, znaczy Koleś jestem”.

Panowie! Ja chcę Was z jajami, i z testosteronem, i siłą, i mózgami pieknymi, i waszymi pasjami i z waszymi emocjami, i z waszymi penisami!!! Żebyście już przestali się siebie bac i z kobiecością (również swoją) zaczęli się komunikowac!

A „Masculinum” kibicuję! Błagam! Nie zawiedźcie mnie.

 

Zgłupiałam

Odwaga

To jak to jest z tym mówieniem „tak” życiu?

To jak to jest z wychodzeniem ze skorupki przyzwyczajeń?

To jak to jest z tym „Just do it”?

To jak to jest z tymi marzeniami, tymi które siedzą tak głęboko, że nawet się samemu o nich nie wie? Nie, korekta, wie, ale nie chce się marzyc, bo przecież JAK TO? Te marzenia, tak splątane z lękami, że nawet nie można ich odróżnic w tej plątaninie ich nóg, odnóg, rąk, kończyn? Te marzenia, o których się myśli tuż przed snem, zasypiając z gorzko – słodkim uśmiechem i westchnieniem cudu?

To jak to jest, kiedy ktoś z nienacka się pojawia w życiu, który okazuje się byc tym elementem dopełniającym wizję spełnienia? Przerażam się bardziej? Czy staję, mówiąc „Zróbmy To”?

A jak się spełni? To niespełnialne???

A jak chcę latac, a nie mam skrzydeł, to co? Czekac, aż może same wyrosną, czy i tak z rozbiegu i wiarą skoczyc, tym razem w niewiadomą zupełnie? Skoczyc po niespełnialne? I może wtedy skrzydła same wyrosną? A może już je mam, tylko nie używam?

I tak siedzę, ze stópkami zwieszonymi nad krawędzią, bo nierzeczywiste, nieprawdopodobne, wymarzone może stac się prawdą.

 

beznazwy

 

Odwaga

Szukam sponsora

Kontynuując temat wcześniejszego wpisu, który jak się okazuje, wzbudził sporo kontrowersji, nie wiedziec czemu, no ale okej, z obecnością krytyków konstruktywnych trzeba się liczyc, też. Ale ja nie o tym.

Tytuł sugerujący, hyh, no prawdopodobnie scenariusze już się w głowach poukładały! Brawo za kreatywnośc, albo jej brak – standardowe myślenie wpuszcza w krzaczory malinowe, a z nich wiadomo, trudno się wyplątac. Ale też nie o tym..

Sporo lat temu, spędzając kilka upojnych tygodni świątecznosylwkowych w piekle, czyli na Helu, przeżywając duchowomistycznie morze w zimie (tak, wiem dziwny koncept, ale tak mam..), wpadł mi pomysł do głowy na sponsora. Nie takiego od pieniążka, bo kobietą pracującą jestem i finansowo niezależną od lat 22 (policzyłam właśnie, boshh..). Nie takiego od wdzianek kusych i seksownych, bo się przeziębic i umrzec w efekcie można. Nie takiego od finansowania miejsca zamieszkania za usługi w nim świadczone, i nie chodzi bynajmniej o rozmowy o książkach, muzyce i operze, choc ja zawsze chętnie. Nie. Chodziło o słowo „sponsorujące” rok nadchodzący albo właśnie nowonarodzony. Słowo, które mottem będzie na czas dedlajnem określony, czyli 12 miesięcy, 365 dni. Na przestrzeni tego czasu, mając wyryte na korze przedniej słowo sponsorujące, decyzje swoje podporządkowywałam temuż właśnie konceptowi. Wchodziłam w sytuacje, które zaczepiały się gdzieś mocno o jego sens. I same zdarzenia „pojawiały się” znikąd niby, które definicją tego słowa były.

I tak kolejne lata sponsorowane były przez np:

„Zmiana” – życie wywróciło mi się do góry nogami, zupełnie.

„Podróż” – najeździłam się, że oj!

„Karnawał” – się działo, że hoho, niedosłownie, też, ale w Wenecji też byłam wtedy, na końcówce tegoż właśnie.

Zeszły, bo już spoważniałam przecież, miał sponsora pt.”Doświadczenie”. I się nadoświadczałam – rzeczy, których nie wiedziałam, że przypadną mi w udziale. Ale warunkiem było, że zupełnie otworzyłam się na nowe, na cokolwiek mi świat „podrzucał” wchodziłam w to, nie dyskutując, nie dywagując, nie rozmyślając nadmiernie, bo do tego mam skłonności przokrutne. I się działo, mójborze! Koniec roku zastał mnie przygniecioną do trotuaru, worami sytuacji, zdarzeń i emocji. No cóż..I nie chciałabym za żadne skarby wszechświata tego odwrócic!

Oczywiście, na początku roku, zatrudniając sponsora, miałam w głowie nieco inny obrót spraw. Oczekiwania itp. Nic z tego. Życie zaskoczyło i dało więcej niż myślałam. Ale inaczej. I to jest właśnie to ryzyko – zatrudniając sponsora, nie wiem czasem, jaką strategią marketingową i iventami mnie zaskoczy. Bo to raczej nieuzgadnialne jest. Kto nie ryzykuje, ten nie ma.

Ten rok jeszcze nieobsadzony, bo zajętości miałam, ale już mi coś pod skórą świdruje. I wygląda mnie więcej tak:

384247_558181260876773_1580338203_n

Nie wiem jeszcze jak to nazwac, ale też już żarówka się zapala, trochę jak te energooszczędne, najpierw mdło, ale potem już, nastanie jasnośc. Mam nadzieję, że nie oślepiająca.

Szukam sponsora