FOMO sex

Pod tak wdzięcznym hasłem Anonimowi Szukacze znajdowali w przestrzeniach internetu mojego blogusia przez ostatnie kilka miesięcy. Nie raz, nie dwa.. Najpierw myślałam, że to wredna literówka się wkradła, że najzwyczajniej w świecie szukali „homo sex”, ale że tyle razy? Tyle razy paluszek stuknął w „h” zamiast w niedalekie, bo tylko okrąglusim „g” oddzielone, „f”??

Stwierdziłam, że to pewnie nie przypadek, więc może trend nowy jakiś, bo o FOMO pisałam, że kiedyś o FOMO pisałam, a o sexie, no cóż, daleko nie trzeba szukać przecież.

Z wujkiem Googlem unisono stwierdziliśmy, że to nie hipsterski trend, a trochę trend jednak. Tak, tak, jak to u psychologa – nic nie jest jednoznaczne i wszystko niesie znaczenie. (śmiejemy się)

FOMO (dla leniuszków, którym się nie chce kliknąć, #przypominajka) to „fear of missing out” czyli „strach, że coś nas ominie”. Strach to stary jak ludzkość przecież, chociaż dobrze opisany dopiero przez Dziadka Freuda (oczywiście), więc nie ma co się dziwić, że w czasach technorewolucji przy wielości opcji dostępnych, neuroza wzrasta wraz z dostępem do informacji.

Jak sobie połączymy ten fatalny akronim z seksem, to już wiadomo o co chodzi. O wszystkie te „okazje” seksu, seksualne okazje. Co ciekawe, nie tyczy się on mężczyzn, bo ewolucyjnie ponoć, oni spełnianie FOMO sexu mają pałętające się w genach, ale kobiet, młodych. Tzn. kobiety doświadczają takiej neurozy (ponoć), przed „osiądnięciem” w stałym związku, obawiając się, że jak już będą z tym Jednym Jedynym, to ominą je te wszystkie okazje seksualnego spełnienia.

Bo wybierać można i przebierać! Kiedyś, abstrahuje już od tzw. moralności i statusu finansowo-politycznego przeciętnej kobiety, wybory były dość ograniczone. Dostępni byli samcy w wiosce, tudzież miasteczku, a jak na odludziu, to tylko jacyś przejeżdżający pewnie. Teraz, well, mamy appki np.: Grinder, Tinder, Blendr, Tingle, Pure, Down, no i stronki symulujące biura matrymonialne jak nasza rodzima Sympatia, czy po prostu zwykłe społecznościówki, które niewinnie, mniej lub bardziej użytkujemy. Głowy i pochwy bolą od nadmiaru!

Nie żebym była, Cnotką-Klotką. Jestem ZA seksualnym spełnianiem siebie i swoich fantazji, z jednym partnerem, w trójkątach, czy w tylu -kątach, jak ktoś lubi. Jestem ZA eksperymentowaniem. Jestem ZA wielokrotnymi orgazmami. Jestem ZA nabywaniem doświadczeń. (Jeśli tylko mamy zgodę osób, z którymi tych wszystkich sexprzyjemności doświadczamy).

Ale.

Na taki trend reaguję rozdwojeniem jaźni własnej. Bo tak jw. jestem ZA, tak samo mam dużo przeciw:

– co z kobietami, które nie mają chęci seksualnego spełniania z przypadkowymi partnerami? Ulegną modzie? Z jakimi konsekwencjami presji muszą się liczyć?

– pierwsze „razy” z nowymi partnerami nie zawsze są seksami potrząsającymi kulą ziemską u podstaw, i trochę jest później „kac”, że było „meh” a miało być „oh Boże!”

– jak tylko w związku stalszym, seks nie jest przez jakiś czas sięgający nieboskłonu, z różnych przyczyn przecież, może chwilowych, to sięga się po następnego partnera, bo tam ma być lepiej. Zapomina się, że związek to praca, często niestety ciężka, wymagająca troski i cierpliwości, szczególnie często w „tych” sprawach..I z łatwością przeskakuje się dalej..

– nowe, nie znaczy lepsze. Często w długoletnich związkach, znajmość ciała drugiej osoby, preferencji, nastrojów prowadzić może do nieprawdopodobnych doznań, bo dodatkowo mamy bliskość i intymność na niezwykłym poziomie..ok, wiem, habituacja bodźców, ale come on.. dotknąć można otwarcia siebie, które być może w przypadkowych znajomościach nie byłoby możliwe..

Tyle „ale” na pierwszy rzut umysłem mi się pojawia, no i w gabinecie bólu i cierpienia się nasłucham z tych przygodnych „przygód” i nadmiaru wyborów..ech..

Powtórzę: jestem ZA, ale świadomym konsekwencji, siebie, potrzeb, i konsekwencji tych potrzeb..

Tak jak się nie zgadzamy z tym antyhumanistą Foucault’em, to on mi to jednak podsumowuje:

„każdy musi przejść seks, ustalony przez urządzenie seksualności urojony punkt, by zrozumieć samego siebie […] zrealizować w pełni swoją cielesność […] osiągnąć własną tożsamość”

Jednak podkreślę, świadomie, proszę.

 

 

 

 

 

FOMO sex

Piękno skóry

Oho, znowu jest viralowo „ważnie” o pięknie kobiety! Znane?

albo to:

 

Piękne. I ważne właśnie. Bo co te media robią tym dziewczynkom, dziewczynom, kobietom, w ogóle całemu rodzajowi żeńskiemu, o męskim już nie wspomnę (nie dziś). Jakimi informacjami o tzw. urodzie nas wszędobylczo i bezkarnie karmią? Co te kobiety potem muszą ze sobą robić, żeby tak sprostać tym „ideałom piękna prawdziwego”? No wszystko, prawie. Niby wszyscy wiemy, że to photoszop a jednak porównania siebie zostają, gdzieś tam na granicy świadomości po milimetrze się kodują. Złe media, złe…

Naturalnie więc się wydaje, że takie oto ujawniające prawdę i porównania clipy są potrzebne, bo przecież o tym trzeba mówić! Ujawniać! Demaskować!! Uświadamiać młodym i starym! Kobietom i mężczyznom!!

Pewnie tak.

Ale gdyby tak popatrzeć na teledysk nr 1 jako na reklamę środka do zmywania makijażu?

A na drugi jako na reklamę możliwości jakiegoś programu do edycji zdjęć?

A na obydwa, jako sposób monetyzacji tego trendu „piękna skóry naturalnej” i zdobycia popularności wśród rzeszy kobiet??

Można. Ale tak nie robimy, bo zatrzymujemy się na powierzchni, na tym co nam one przedstawiają i „achom” i „ochom” i łzom wzruszenia nie ma końca.

A dla mnie nie ma różnicy, czy jest makeup czy nie ma, czy był fotoszop użyty czy nie. Bo i tak oba podejścia podkreślają to samo: „Patrz na powierzchnię. Patrz na to co tylko oczami możesz zobaczyć. Wygląd, wygląd, wygląd…”. Zatrzymujemy się na psychologii ewolucyjnej, na swojej własnej zwierzęcości, podkreślając ważność tego co na zewnątrz, trochę jakby się patrzyło na samochód, nie zaglądając pod maskę, kupowało dom, oceniając tylko jego fasadę.

Zewsząd słyszę i wszędzie czytam, że to przecież wnętrze się liczy. Hyh, serio??? To się ci wszyscy mądrzy ludzie, mistycy i nauczyciele mylą chyba…

Tak. Wygląd przemija? Jasne. Ważne to co w środku? Oczywiście. Takimi wyświechtanymi frazesami nas karmią. Bzdura, proszę Państwa! Przecież to nie jest istotne tak bardzo, jaką osobą jesteś, jak bardzo dobrą, moralną, ciepłą, kochaną, inteligentną i mądrą, skoro nie za wiele osób się będzie chciało tego dowiedzieć, nie? Bo akurat tak się zdarzyło, że nie wpisujesz się w kanony „piękna skóry”, bo tak się zdarzyło, że masz taki zestaw genetyczny a nie inny..

Czym jest piękno prawdziwe się pytam?

Dla mnie zawsze, tym kim jesteś. To czy swoim zachowaniem ranisz innych, to co wnosisz w tzw. życie, swoje i innych, to w jakim kierunku idziesz. Tak, takie bzdurne wartości, jak dobro, miłość bliźniego, szacunek.

Możesz siebie uważać za piękność, możesz być dumna z bycia Miss Wszechświata (i Wszechświatów Równoległych jak już przy tym jesteśmy), to, powiem nowotestamentowo, „jesteś jak cymbał pusto – brzmiący” jak nie masz tych oldskulowych wartości..

Zmieńmy w końcu ten focus na „to co widać”, patrzmy pod „piękno skóry”, zobaczmy czym i kim jesteśmy naprawdę, a nie podkreślajmy ważność tych skórek, wydmuszek, powierzchowności przesyłając sobie śliczne virale w soszialach.

I młodych uczmy właśnie tego, nowego „focusu”, taka praca u podstaw, im będzie lżej bez tych porównań..

PS. Hyh, nie mam nic przeciwko tzw. biologicznie pięknym ludziom płci obu, mają świetny mix genów, nieprawdaż?? Niespecjalnie mieli na to wpływ… Ot i tyle, a też czasem nie mają łatwo…Ech…

Piękno skóry

Dlaczego w polskim radio nie mogłam opowiedzieć o „pochwicy”?

W mediach do których jestem czasem zapraszana jako ekspert, zdarzają się różne tematy. Tym razem w Czwórce miałam mieć temat „Ciało, nagość i media”. Podskoczyłam z radości, bo to przecież temat – samograj można powiedzieć, i o każdej jego części spokojnie mogę mówić godzinami – i z perspektywy psychologicznej i seksuologicznej oczywiście. Razem z psychologiem społecznym, który zdecydowanie rozszerzał podejście na różne kultury, stworzyliśmy bardzo udany duet!

I było o stereotypach płci i ciała wykorzystywanych przez media. I o podwójnych standardach, że nagi biust na plaży to prawie ok, ale już karmiąca matka w Arkadii to już nie. I o stabuizowanym ciele, i wychowaniu seksualnym, tym niedostępnym. I o tym jak bezmyślnie często dzielimy się pewnymi treściami i fociami w soszialach. I jak przesuwamy granice tzw. „przyzwoitości”. I jakich konsekwencji możemy się spodziewać po takim „ekshibicjoniźmie” – emocjonalnym, cielesnym i statusowym (nikt nie może przewidzieć, bo technokraci zaskakują nas coraz bardziej i szybciej). I było o tym, jak te standardy tzw. piękna ciała wpływać mogą na młode, kształtujące się dopiero samooceny chłopców i dziewczyn. I udało mi się też o pozytywnych aspektach tego wszędobylsko „odkrytego ciała” nadmienić. No git, nie??

I się pośmieliśmy, i podopytywaliśmy, i poteoretyzowaliśmy. Uwielbiam. Ale.

W pewnym momencie, w tzw. przerwie na utwór muzyczny, prowadzący, świetny gość (nazwisk nie przytaczam, ktoś bardzo zdeterminowany sobie znajdzie), pyta: ” Iza, a może jakąś historię gabinetową, z pełnym zachowaniem pufności i anonimowości, co??”. Masz, no pewnie, myślę, bo to mało znam!! „Słuchaj to może o pochwicy opowiem, jak już jesteśmy w temacie wstydu i uwarunkowań kulturowych???”. Panowie obaj się zawiesili na chwilę, zafrasowali z nienacka. „Yyyyy, wiesz co, obawiam się, że w polskim radio ok. godziny 13.30 to może być mimo wszystko niezjadliwe, może jakiś skandalik z tego wyjść…tak ci tylko mówię z mojego doświadczenia..”. Mój drugi rozmówca dodał tylko „Wiesz, może po 22.00 to by poszło..”. Zamknęłam więc paszczę i przytoczyłam bardziej „cywilizowaną” historię o chłopcu, któremu zakazano edukacji seksualnej, i kiedy „zmazy nocne” się pojawiły, uznał, że jest śmiertelnie chory…no…. .

Zafrasowałam się, później o tym rozmyślając w pojedynkę gdzieś między Stacja Racławiacka a Metro Centrum. Dlaczego „publiczność” nie jest gotowa do rozmowy o tak częstym zaburzeniu dotykającym wiele kobiet? Bo co? Bo nazwa boli – „pochwica”?? To jest zaburzenie, choroba w klasyfikacji chorób ma swój prawowity numerek, tak jak zapalenie płuc, ospa czy inne, bardziej dopuszczalne medialnie.

A gdybym podała przykład mężczyzny z zaburzeniem erekcji, albo zanikiem popędu, to byłoby ok?? Nie mówimy o chorobach tzw. wstydliwych? A skąd można się dowiedzieć, jak nie z mediów? Że w ogóle jest coś takiego (wiele kobiet nie wie, że takie schorzenie istnieje i jest praktycznie w 100% uleczalne), że takie a takie są symtomy, że można się pozbyć cierpienia, że to się leczy, że są specjaliści, którzy są w stanie się tym zająć. I że nie ma się czego wstydzić, i po co cierpieć. No ale nie.

W radio polskim publicznym o 13.30 nie można. Bo tak.

 

Dlaczego w polskim radio nie mogłam opowiedzieć o „pochwicy”?

Czym nie jesteś?

Jesteśmy otoczeni słowami. Dostajemy je, wypuszczamy z siebie, przetwarzamy w umysłach. Niektóre wypowiadane przez nam bliskich zapadają w serca, na zawsze. Słowa budowane na fundamentach standardów społecznych i przekazów medialnych. Słowa, opisujące doświadczenia, które niestety mieliśmy, albo których niestety nie mamy. Słowa, które pęcznieją w duszy i rozsiadają się na zawsze cieniem na teraźniejszości i przyszłości. Taka wielość.

I te najtrudniejsze pływają wciąż w głowie. Stają się częścią tożsamości. „Jestem….”. Te nazwy siebie. Skrzętnie przed innymi ukrywane, żeby nikt nigdy się nie dowiedział, jaka jestem. Te uformowane z jakichś dziecięcych sprzed laty spostrzeżeń, z małych gestów niehcęci, z wyzwisk szkolnych, z chorób przeżytych, z wypadków, z tego co dziecku zrobili źli dorośli ludzie. Cegłówkami prawd ogólnych odkładają się w środku, odgradzając mnie murem od cieszenia się życiem, takim jakim jest. Słowa, które żenią się ze wstydem, smutkiem, rozpaczą. I tak, Ja Dorosła, jestem.

Słowa, które ktoś nieopacznie, czasem żartem wypowie. Słowa, które się cisną, gdy oglądam zdjęcia, które media rzucają mi w oczy. Słowa, którymi opisuje się tych z defektami, tych niepasujących do sielskiego obrazu narcystycznego świata.

Kilogramy niepotrzebnych, raniących słów, skrywanych w sobie, w próbie dopasowania się do norm.

A co gdyby tak te słowa pokazać innym? Odkryć siebie? Swoje „najgłębsze” tajemnice? Czy w kulturze „instanthedonizmu” i rozbujałych Ego przetrwać mogą Ci, którzy pokażą swoje niepewności? Co by sie stało, gdybyśmy je nosili „wypisane” na ciałach? Nasze wewnętrzne koszmary? Gdyby świat mógł zobaczyć, że jesteśmy czymś więcej niż tylko swoim defektem?

Projekt „What I be?” – przejrzyj setki zdjęć ludzi, którzy się odważyli. Mocne. Prawdziwe.

Iamnotmyadoption

„Nie jestem swoją adopcją”

Iamnotmydysmorphia

„Nie jestem swoją dysmorfią”

Iamnotmysadness

„Nie jestem swoim smutkiem”

Iamnotmythoughts

„Nie jestem moim myślami”

Iamnotmymolestation

„Nie jestem molestowaniem mnie”

To są tylko cząstki Ciebie, twoich doświadczeń, słów, które były usłyszane, standardów, które obowiązują, niepisane, raniące do szpiku. To tylko jeden aspekt Ciebie, nie cała, cały, Ty.

„Nie jesteś swoją chorobą”

„Nie jesteś swoją samotnością”

„Nie jesteś swoim zranieniem”

„Nie jesteś swoim odrzuceniem”

„Nie jesteś swoim obrazem ciała”

Czym nie jesteś?

Czym nie jesteś?

To nie jest kraj dla samotnych kobiet

Jeżdżę do pracy z radosnym, studenckim tłumem mocno zatłoczonym tramwajem. Godziny szczytu, miasto stoliczne – nie ma się co dziwić, tym bardziej, że po drodze naliczyłam trzy znakomite uczelnie. Są dodatkowe plusy dodatnie – można się dowiedzieć co młode pokolenie czyta. Oprócz tabelek, wykresów i budowy układu krwionośnego studenci czytają różne rzeczy.

Ostatnio z zaciekawieniem, trochę wymuszonym, bo fala ludzka mnie popchnęła, pochyliłam się nad studentką, która z rumieńcami na twarzy studiowała jedno z licznych pism, tzw. kobiecych. A tu tytuł artykułu – „Jak zdobyć faceta – 10 sprawdzownych sposobów”. Uuuuu! Myślę sobie, poczytam, a nuż się czegoś praktycznego nauczę, bo przecież wiadomo, że my, psychologowie, to czysta teoria (prawie spójnik tam wstawiłam). Kocopała na kocopale niestety, aż mi się żal Panny Studentki zrobiło, bo jak będzie tak postępować, to tylko choroby wenerycznej się nabawi i załamania nerwowego. No ale ok. Pismo poczytne, więc siwowłosy głos rozsądku rozsądnie stłumiłam. Oooo! Kartkujemy dalej. Zatrzymujemy się na „Jak być prawdziwą kobietą?”. Mmmm! Oh, czytamy!

Ze znakiem zapytania na twarzy z tramwaju wysiadłam, o mało nie wpadłam pod Lexusa z tego wszystkiego, bo zadumanie wielkie mnie ogarnęło.

Bo z artykułów jasno wynikało, że albo jedno, albo drugie. No nijak się nie sprzęgały. Zasmuciłam się.

Z jednej strony kobiety bombardowane tzw. tradycyjnymi wartościami: rodzina, macierzyństwo, dom; i przekonaniami: „partner/ mąż nade wszystko” itp. I trzeba być „Z”, bo jak się nie jest, to należy sie przyzwyczaić do pytania „Co z Tobą nietak?”.  By sprostać, z Matki Desperacji, nierzadko kobiety pakują się w relacje, gdzie Przegrana to Siostra, bo Dziwadłem być nie można. Albo nieelegancko odbijają samca zajętego, raniąc inną a czasem i dziatki. Cena nie gra roli. Nie słuchają siebie, tylko by dopasować się do normy. Rozumiem. 

A z drugiej strony –  te kobiety, świadome, gdzieś w tym wszystkim też pogubione.

No bo z trzeciej strony słyszę:” Jestem tzw. feministką, szklany sufit mi nie groźny, walczyć o swoje będę, o moje orgazmy, o moje uczucia, o siebie”.

A z czwartej: „Nie mogę przecież przyznać, że brak mi faceta, że chcę się czasem wypłakać, bo mi smutno, dlatego, że tak. Że potrzebuję „silnego, męskiego ramienia”, bo jestem krówką – ciągutką w środku, a nie anyżkową – hardkorową- landryną. Bo chcę, żeby ktoś mnie przytulił, i nie pytał dlaczego, a potem kochał się ze mną, kiedy ja wcale nie muszę udawać orgazmu, bo wystarczy, że On jest i tyle. Bo… „. Ad infinitum.

Nakaz bycia z kimś vs świadoma siebie kobieta się nie wyklucza. Ale gdzieś w tym rozciągnięciu wartości, gubimy się, próbując odnaleźć siebie w samotności, kiedy Ten czy Ta się nie pojawia. Tak trudno przetrwać w samotności, kiedy wszyscy wokół „sparowani”. Tak trudno rozpoznać własne, a nie uwarunkowane tłumem potrzeby. Ech.

Moja recenzentka skomentowała, przed opublikowaniem: „Phi, Izuś, jaki kraj, wszechświat raczej..”.

Nie znam wszechświata całego, ale wiem, że to nie jest kraj dla samotnych kobiet.

tumblr_mym60kP9d61qdy7vgo1_500

To nie jest kraj dla samotnych kobiet

Drodzy Marketingowcy!

Kilka tygodni temu uczestniczyłam czynnie w dorocznej konferencji pewnej agencji mediowej. Tym razem na panelu, z arcyciekawymi osobami, mieliśmy okazję opowiedzieć co nasz wkurza w reklamach i jak media społecznościowe wpływają na percepcję odbiorców. Publiczność składała się z osób odpowiedzialnych za marketing różnego rozmiaru firm. Było nas z 500 osób. Fajnie! Yey! Jedyna szansa, żeby powiedzieć co mi kręgosłup wykręca jak widzę kolejne działania marketingowe szanowanych, również przeze mnie, marek. Też.

Każdy ma swojego konika, jeśli chodzi o reklamy. Moim, ujeżdżanym często, są stereotypy, więc o nich powiedziałam. Jak są zbudowane, jak ich powielanie wpływa na Jana i Annę Kowalskich. I jak oni później lądują na kozetce. I jak trudno jest odwrócić ich znaczenia i „uzdrowić” przekonania o sobie („jestem gruba, powinnam mieć zawsze orgazm, jestem złą matką etc.), innych, i świecie, i „jak to powinno być”, i „jak to naprawdę powinno wyglądać”, itp. Szczególnie wtedy, kiedy zatopieni jesteśmy w diametralnie innym przekazie. Opowiedziałam. Howgh.

Później w kuluarach, próbowano mi uświadomić, że nie znam życia, i jak stereotypowo myślą klienci, i produkt ma się sprzedać. Ad infinitum.

Ja to wszystko rozumiem. Naprawdę! Naprawdę! (Mogę dla efektu powtórzyć).

Przykład. To widzieli już chyba wszyscy:

I wszyscy teraz na 3,4.. #ziew – „Przecież to wiadomo!!!!”. Pewnie, że wiadomo. I co z tego? Pokiwamy w zadumie płytszej lub głębszej, klikniemy „Udostępnij” i żyjemy dalej w tzw. świadomości – „media = fuj”. A powoli, modelowo stereotypowe reklamy na różnych nośnikach wsiąkając utrwalają nam już i tak mocne stereotypy, czasem metodą „prosto w twarz” a czasem skubane – podprogowo, no wtedy to już na pewno dużo mamy w sferze decyzji nie podążania za makromózgiem, do powiedzenia.

Nie obchodzi mnie stwierdzenie, że przecież wpływa na nas kultura, społeczeństwo, przekaz historyczny. Bo to wszystko tworzone jest przez jednostki – jak mur nie do przejścia, cegła po cegle. W moich mokrych snach, marzę sobie o świadomych jednostkach tkających otaczającą nas rzeczywistość wg prostego prawa przyczynowo – skutkowego.  Jak to co robię, stworzę, puszczę w obieg wpłynie na odbiorcę? Jaki obraz siebie utrwalam w tym człowieku? Jakie role społeczne propaguję? Czym nasiąkam tkankę społeczną, przecież żywą, rozwijającą się?

Ale może uda nam się gdzieś złapać wspólny grunt, kiedy naprawdę będzie się o tym mówić otwarcie i jasno i nie propagować najprostszych, najbanalniejszych rozwiązań? Mam wrażenie, że wiele osób odpowiedzialnych za reklamę, ma w głębokim znaku nieskończoności wagę swoich działań. To co robią naprawdę wpływa na odbiorców. Często, a może głównie nieświadomych. Patrz młodych – ale o tym, kiedy indziej.

Wiem. Walczę z wiatrakami.

Mam świadomość.

Drodzy Marketingowcy!

Komentarz do komentarza

Po komentarzach na fejsie w różnych miejscach do wpisiku o Dove poczułam się mnie więcej tak:

tumblr_ml90q3L1aa1ro74x3o1_r1_500
photo by Vito Mirr

czyli z lekka niezrozumiana chyba. Zamiast drążyć temat i masturbować się do niczego nie prowadzącymi miziankami intelektualnymi, napiszę krótko i w punktach.

  • reklama jest fajna i mi się podoba ( na pierwszy rzut oka), bo zwraca uwagę na Wszędobylskiego Wewnętrznego Krytyka, którego każde z nas, tak nawet panowie (pomimo pięknej parodii) ma
  • nie walczę z koncernem, bo sorry, ale to raczej walka mrówki z siadającą na nią dupą słonia
  • ageism, rasizm i dyskryminacja to czerstwa „buła” powszednia poprawności politycznej, ale coś na rzeczy jest i trochę Dove mimo swej czystości przekazu tym dla mnie śmierdzi
  • nie zgadzam się i zgadzać się nie będę na podsycanie stereotypów pt.”uroda” jest najważniejsza – zbyt wiele ofiar ten schemat społecznie pochłania. Spójrzmy na przemysł kosmetyczny, na kliniki chirurgii plastycznej. Ich przychody. Ich rozwój.
  • słyszę codziennie na kozetce (i poza nią) ludzi (tak, tak, bez – płciowo), którzy do kanonów piękna nie dorastają, bo takie geny w spadku po rodzinie dostali i mogą je poprawiać i afirmacjami codziennymi się krztusić aż do wymiotów, ale i tak pewne rzeczy pozostaną niezmienne. Akceptacja siebie na tle społeczeństwa nie jest łatwa. Dla niektórych niemalże niemożliwa.
  • dość mam patrzenia na to co kanony piękna robią z psyche i duszą (oho, już słyszę nadciągający Armageddonik mścicieli) niektórych, a może większości!!!
  • dość mam wersji przeglądania się w oczach innych, jakbyśmy potrzebowali walidacji swojego istnienia poprzez akceptację zewnętrzną.
  • warunkowanie ewolucyjne odebraliśmy w DNA. Zawsze tak było. Natury się nie da zmienić. Tylko czy aby na pewno??? Mówią mi niektórzy (transhumaniści, żeby nie było), że przedefiniować pewne wartości trzeba, to jak postrzegamy siebie, jako istoty biologiczne przede wszystkim. Wierzę im. Nie wiem jak to zrobić. Ale wiem, jak tego NIE robić – ano poprzez wzmacnianie człowieka ssaczego i jego poglądu na siebie jako takowego, który miotany jest swoimi instynktami tylko (Dziadek Freud już coś mamrotał na ten temat, nie wspomnę o wcześniejurodzonych gonzach filozofii).
  •  niektórym może pasować patrzenie na siebie tylko przez pryzmat wyglądu, i na tym swoją energię życiową skupiają i hedonistycznie sobie żeglują na powierzchni życia i świadomości siebie – jak im pasuje, to spoko, mnie nie.
  • możemy sobie papkę medialną serwować i się bezrefleksyjnie zachwycać, że cos tam Unilever zobaczył i agencja się posłuchała i taką nowatorską reklamę zrobiła. Możemy. Tylko po co? #bitchpliz  Reklama ma przynieść pieniążek. I tyle. I może połechtać tych, którzy chcą zmiany. Niespecjalnie się czuję łechtana.

To tak z mankietu kilka wniosków mi na klawiaturę spadło.

No dobra, może mi się trochę ulało. Ale to nie nienawiść Psze Państwa, myślę, ba, marzę, że urealnienie słodkopierdzącego trendu medialnego.

Ale co ja tam wiem..

Komentarz do komentarza

Dove! You’re doing it wrong

Ostatnio na Fejsie video Dove zrobiło furorę. Udostępniane przez wielu moich znajomych i nie tylko. Skusiłam się na virala, w szczególności po dziesiątkach komentarzy, że to piękne, i że łzy, i że ważny przekaz, i że duszy dotyka. No ok. Oglądałam i włos mi się mój długi jeżył, bo..no właśnie.

 

W skrócie dla leniwych: Dove zaprosiło profesjonalnego rysownika z agencji rządowej, który na podstawie opisów tworzył obraz osoby opisującej siebie, a później drugi, na podstawie informacji od innych, którzy widzieli tę osobę. Portrety skrajnie się różniły. I osoby, no dobra, kobiety widząc swoje podobizny w obydwu wersjach, bardzo się wzruszały, widząc jak siebie postrzegają a jak postrzegają je inni. W oczach innych były o wiele atrakcyjniejsze. I morał Dove na koniec: „Jesteś piękniejsza niż myślisz”.

Piękne w swojej prostocie, nieprawdaż? O mało dałam się na to złapać. O mało bym powiedziała, „Och, no tak, oczywiście” i łzę wzruszenia uroniła. Ale żaróweczki mi się zaczęły zapalać, tak że mój mózg wyglądał jak choinka bożenarodzeniowa:

Żarówka #1: video robione było w Stanach, pewnie głównie dla amerykańskiej publiki, tak? To co z różnorodnością ras??? Z tym tyglem narodowości? Bo ja tam tej różnorodności to się dopatrzyłam może przez 10 sekund? Czyli co? „Białe” = „Piękne”?? Serio?

Żarówka #2: kobiety biorące udział w eksperymencie były ogólnie mówiąc, atrakcyjne obiektywnie. To co o sobie myślały, to inna historia oczywiście, ale tak na oko, fajne laski. Co to ma zakomunikować innym, mniej „obiektywnie” atrakcyjnym kobietom??

Żarówka #3: „brzydkimi” cechami, wynika z tego, że są: okrągła twarz, piegi, pełniejsza twarz, znamiona, tzw. „kurze łapki”, pieprzyki. No. A „ładne” to: szczupła twarz, wąska broda, krótki, mały nosek, błękitne oczy.. Czy to nie brzmi znajomo??? Stereotypem ewolucyjnym jedzie na kilometr i nikt o tym ani słowa?? Stereotypem „piękności”propagowanym przez media tak się podniecamy??? Halooooo?? Czy jest tam ktoś?? A co z kobietami, które akurat tych atrybutów nie mają, bo np. urodziły się w czarnej Afryce, albo w Ameryce Łacińskiej, albo na Samoa, albo w Polsce, tylko akurat są szatynkami, albo rudymi?? To one już mniej piękne??

Żarówka #4: proszę się przyjrzeć tym pięknym kobietom – po ile one mają lat??? Najstarsza może troszeczkę po 40. Starsze kobiety już nie są piękne, prawda?? No tak, o czym ja tu w ogóle gadam..Le Sigh..

Żarówka #5: Dove oskarżane było wcześniej o retuszowanie zdjęć modelek o pełniejszych kształtach, no ale o tym zapominamy przecież!

Żarówka #6: Oskarżenia poszły również o propagowanie rasizmu – środki do rozjaśniania skóry, jakby ciemna była fe..

Żarówka #7: I takie pieprzenie (przepraszam, uniosłam się) o „prawdziwym pięknie” i wzmacnianiu kobiecej siły wychodzi z ust marki, której właścicielem jest Unilever, który w swojej stajni ma również Axe, którego reklamy są, no dobra, trochę zabawne, ale arcyseksistowskie???? Przykładzik:

 

 

Hellooooł, again????

Żarówka#8: a to już mój faworyt- na końcu, jedna z uczestniczek mówi: „Powinnam być bardziej wdzięczna za moją naturalną urodę (prawda). Bo wpływa ona na moje wybory, na to jakich przyjaciół mam, na to jak traktuję swoje dzieci. Wpływa na wszystko. Uroda decyduje o naszym szczęściu”. Yesuuuuu! Że co???

Dziewczyno! Kobieto! Babeczko! Mam nadzieję, że nie wierzysz w te kłamstwa??? Jesteś więcej niż swoją urodą, lub jej tzw. brakiem, do cholery!

Błagam, bądźmy trochę bardziej krytyczni co do tego co nam internety serwują. Bzdury pod przykrywką „misji ulepszania świata”, a to przecież zwykła reklama marki. Ma robić pieniądz, a nie zrobi go, jeśli kobiety zaczną myśleć za siebie, i patrzeć na siebie bez filtrów stereotypów społecznych podsycanych przez koncerny. Jak nie będą utrwalać tych schematów myślenia, to kto kupi następne mydełko????

Nie lubię cię Dove.

Dove! You’re doing it wrong

Egoiści

„Izzaa, no temat mam” – znajoma, już teraz, dziennikarka, wdziera mi się do rzeczywistości komórkowej, na komentarz radiowy zapraszając.

„Yhy..”

„No o zdrowych egoistach!”

„A są tacy?”

„No co ty? Wiesz zdrowi i ci niezdrowi..”

„Ahaaa..”

„Coooo? Już prawie słyszę jak ci się gałki oczne w oczodołach kręcą.. Zły temat?”

„Nie, no dobry, tylko może wiesz, nie do mnie, bo mam konkretne zdanie na ten temat…”

„Czyli możesz mi dac wersję oficjalną, a o nieoficjalnej pogadamy off- the – record?”

„Okeeeejjj..”

„To o której mam byc?”

Ech, przyszła, mikrofon do ustek przystawiła, wysłowiłam się oficjalnie, potem rozparte na kozetce przez kawyczascały rozprawiałyśmy off – the – record, o egoistach, tak..

Ze względu na to, że bloguś ten to raczej z podziemia spoziera na świat, i nie muszę się obawiac, że jakaś policja etyczna, czy ktokolwiek inny, mnie znajdzie, póki co, przynajmniej sobie jest, hyh, bo udział psychologów, tudzież psychoterapeutów w mediach społecznościowych zmienic się ma na dniach, miesiącach, latach, bo kodeks, petycje i takie tam, to sobie poużywac mogę..

Moja nieoficjalna wersja brzmi: nie ma zdrowych egoistów. Jak ktoś twierdzi inaczej, to niestety jest reprezentanatem owych niezdrowych. Tak, opinionated bitch I am. I wiem, wiem, kij w mrowisko, od jutra nikt tu nie zagląda, truuudnoooo..Ochżeszbożeszmójty przeżyję, serio. Smutno mi będzie, no ale cóż..

Egoista, w wersji podstawowej = człowiek samolubny. Czyli inaczej, określany jest często jako rodzaj postawy życiowej charakteryzującej się wysoką dbałością o dobro i interesy własne oraz przedkładaniem ich nad dobro i interes innych. Niektóre źródła poszerzają tę definicję o stwierdzenie, że jest to nadmierna albo wyłączna miłość do samego siebie, ale to już raczej byłby narcyzm lub ewentualnie egotyzm, a tak daleko żeglowac już nie chcemy. Chyba.

No czyli kim jest tzw. „zdrowy” egoista??? Czyli zdrowy człowiek dbający o swoje dobro i własne interesy? Hyh. No nie czepiam się semantyki, bo się nie znam, ale znam się na tyle, żeby zobaczyc, że utknęliśmy w spirali znaczeniowej używanej przez onych, żeby swój egoizm usprawiedliwic i mordkę niektórym altruistom (antonim egoizmu) przyskrobac. Oj, zabolało, nie? No soraski, roztkliwiac się nie będę, bo wg definicji egoizmu zdrowego to mi się po prostu nie opłaca, to nie w moim interesie leży, bo to moje zdanie jest etc.

Jak się ma adekwatną samoocenę, to bosko! Stoję i klaszczę! Fanką największą samooceny jestem, serio! Ale błagam, nie mówcie mi o zdrowych egoistach, chocby z szacunku do języka naszego! Bo co? Zdrowy samolub?? Tym się mam szczycic??

Wiem, krowa ze mnie.

imagesCA1L302V

Egoiści