Jak tam Twoje postanowienia noworoczne?

Oglądam sobie z A. przepływające cztery pory roku za oknem. Pięknie jest. Nagle A. głęboko wzdycha:

– Ty wiesz, że już tydzień Nowego minął a ja jakoś nie mogę się w sobie pozbierać, zmotywować, wiesz..

– Daj spokój, to przez ten dwutygodniowy świąteczny weekend. Wszystko w swoim tempie…

No ale rzeczywiście, sporo mi się na Fejsbuniu i poza znajomych chwali swoimi planami na 2015. Ile to książek przeczytają, ile przysiadów zrobią (serio, jest na ten challenge stronka), ile kilometrów przejdą, przebiegną, przepełzną, ile alkoholu nie wypiją, ilu paczek papierosów nie wypalą. I fajnie myślę sobie. Jak wiadomo (są na to badania), jak się powie znajomym, że coś robić zamierzamy, to wzrasta motywacja, że rzeczywście to zrobimy. Bo wsparcie, bo głupio jak nie zrobimy.

Druga szkoła, to ta „cichociemna” – nie mówię, nie chwalę się, żeby potem wszystkich zaskoczyć i „pokazać”, że można. Ta motywacja trochę trudniejsza się wydaje, bo ścigamy się tylko ze sobą przecież, i łatwiej popaść w jakieś stare wzorce z absolutnie rzetelnym usprawiedliwieniem np. takim, że „mi się dziś nie chce”…

Jak się tak przyglądam, to rewolucja na rewolucji będzie. Popieram zmianę oczywiście. Zawsze. Ale jak to mi znajomy, który od lat zapalonym bywalcem „siłki” jest, powiedział: „Do mnie więcej połowy lutego nie chodzę, bo nie można sie na sprzęt dopchać, jak wszyscy Postanowicze życie zaczynają zmieniać. Potem już luzik. Heh, jak zwykle”.

Jak zwykle. Nie dziwne też. Mamy przecież wiadra przekonań, racjonalizacji swoich zachowań, więc wiadomo, że łatwo złamać siebie nie da się. Coś co wpajamy sobie do głowy nie może przecież nagle okazać się kłamstwem, nie?

Np. przez całe życie, albo jego chwalebną dorosłą część myślę sobie, że siłownia (niech już będzie) to miejsce dla karków, kobiety stają się tam męskie i rosną im włosy na brzuchu, wszyscy są smukli, szczupli i wysportowani (no oprócz karków, ale tak ma być) itp.itd.

Ale pod wpływem presji robienia postanowień, koleżanki Józi i chęcią zgubienia brzuszka, decyduję się na wiekopomną zmianę i idę. Tam. Na siłownię. Z powyższymi przekonaniami przez wiele lat wpajanymi sobie. No posmarowałam sobie trochę te myśli masełkiem racjonalizacji, że „może nie jest tak źle, może te karki są całkiem miłe, a ci szczupli mnie tylko zdopingują do cięższej pracy a w razie czego to sobie te włosy z brzucha wydepiluję!”.

I na ringu przekonań mamy w lewym rogu: te tworzone przez lata, a w prawym, te miźnięcia intelektu. Kto wygra?

Tia.

Tak to czasem do tych zmian ponoworocznych podchodzimy. To jak byśmy jechali 200 km/h i po naciśnięciu hamulca oczekiwali, że zatrzymamy się natychmiast.

Miejcie litość nad sobą i nie oczekujcie cudów (chociaż takie cuda motywacyjne się zdarzają) ale prześledźcie swoje wewnętrzne dialogo- nawyki. To one potrzebują trwałej zmiany, a potem tylko trochę samodyscypliny i wiadra radości w zdobywaniu tego co tam sobie postanowiliście.

Przepis na własnym umyśle wielokrotnie wypróbowany.

Powodzenia!

🙂

 

IMG_20150110_153026

 

Jak tam Twoje postanowienia noworoczne?

Rozdziobały mnie kruki, wrony..

Wybiegłam na przerwie po żarełko. No tak, terapeuta nie robot, jeść musi. I tak sobie dobiegłam, well, no ok, doszłam dostojnym krokiem do najbliższego skrzyżowania, robiąc mentalną listę zakupów. Stoję na czerwonym i nagle, z głowy wyjść musiałam, bo wokół mnie Naszional Dżeografik ew. Dyskowery się rozgrywało. Tak, tak na środku pl. Konstytucji.

Na jezdni, trzy- a może czteropasmowej, na środku na zebrze, leżało truchełko jakiegoś ptaka, podejrzewam że gołębia. Takie trochę porozjeżdżane, ale z flaczkami się po pasach ciągnącymi. (Przepraszam z góry za graficzność, no ale to w końcu MatkaNatura zurbanizowana).  Samochody trochę najeżdżały, trochę nie. Ale o owo truchełko bitwa najprawdziwsza się rozgrywała. Dwie wrony i jeden kruk, a na chodniku, w pewnym oddaleniu, stado gołębi (pewnie już w żałobie, chcące ciało kumpla odzyskać).

Jaka to była walka! Nie dość, że między sobą się dziobały i pióra wyrywały, to jeszcze uniki między jadącymi automobilami czyniły. I jak już przykucnął jeden z drugą i się przeciągać zaczęły, to trzeba było życie swoje ratować przed nadjeżdżającymi autami. Co to za walka! Kierowcy zwalniali, żeby więcej trucheł nie było, albo żeby Się nie pochlapać. Klaksony w ruch poszły. Już jeden z drugim wali pięściami w kierownicę, albo łapki w geście „Co tak stoisz głupiutki Ty?” (domniemam) wyciąga. No i światło się zmieniło. Mamy zielone. I ptaszydła, też zielone wywęszyły. I rzuciły się na ciałko i na flaczki i na móżdżek i zaczęły je rozciągać po całej szerokości zeberki. My, piesi, nie za bardzo wiedzieliśmy co zrobić. Bo się straszno o 14.00 na pl. Konstytucji zrobiło. Co odważniejsi kołem dużym scenę obeszli. Inni wybrali, inne pasy po prostu. Ja stałam jak wryta.

Ptaszydła trzy, na trzy części ciałko rozerwały i każde powlokło swoją w trzy różne kierunki świata, z dala od samochodów. Tak, na chodniki. Wrona wylądowała u moich stóp. Nic sobie nie robiła z mojej obecności. (No dobra, wiem, nie ma zdjęcia, to się nie wydarzyło, ale byłam jak zahipnotyzowana, no ok, zostawiłam komórę w gabinecie, ech..). Rozdziobywała gołąbka w spokoju.

Odechciało mi się jeść. Po zakupy nie poszłam, bo mi dziurę emocjonalną w głowie ptaszydła zrobiły.

Kiedy ostatni raz, tak walczyłam o coś? Z taką determinacją? Z takim, życia praktycznie, poświęceniem? Na czym mi tak zależało? A jak mi się coś „nie chce” po człowieczemu, zrobić? Albo jak „eee, no to może jutro, albo od poniedziałku”? Albo że „opłaca mi się to?”. „Co będę z tego miała?”. A jak już mam cel, to tak się wysiłkuję, żeby go osiągnąć? Boszsz..

Ok, no wiem, niezłą voltę mózg mój zrobić musiał (wiem, dziwaczne, ale tak mój mózg ma..), ale pytań nie było końca.

Zawstydziły mnie, skubane (no pun intended). I lekcję w motywacji odebrałam srogą. Ptaszą.

Rewiduję przekonania.

Rozdziobały mnie kruki, wrony..

Parówka powinności

Jakiś czas temu stwierdziłam po długoletnich dywagacjach, że jednak przestanę byc mięsożerna, a stanę się wyłącznie roślinożerną istotą (nie no rybki też miały byc okej). I tak sobie z powodzeniem mięsa nie jem. Jest mi dobrze. Ale obudziłam się dziś z okrzykiem pełnym pożądania:  „Parówka!”. Oczywiście będąc dobrym psycholem psychologiem, od razu zwęszyłam spisek mojej podświadomości i ciała, że chodzi, wypisz wymaluj, o sex poranny, no bo gdzieś taka analiza się narzuca pierwsza, Ty, drogi zboczeńcu czytelniku, też tak pewnie pomyślałeś, no cóż..Ale po połączeniu się zdalnie z moją podświadomością, analizie dni ostatnich i przyjrzeniu się wiaderkom kubeczkom smakowym, wyrok był jasny, chodzi o rzeczywistą parówkę, taką supermegazdrowotną ze sklepu spożywczego (o wdzięcznej nieoficjalnej nazwie „U pani ze śmierdzącą nogą”). Siedziałam bez ruchu długie godziny, łamiąc sobie moją wegetariańską głowę, jak to możliwe? Skąd to? Ulec, nie ulec? Ale głód parówkowy, ach taka tęsknota, jak u Mickiewicza za Polską, rosły wprost proporcjonalnie do głębi moich rozmyślań. Nie wytrzymuję, z włosem rozwianym wpadam do sklepu i w pełnym swym spoconym majestacie staję tuż przed lodówą pełną przetworzonych trupków zwierzęcych. Iiii? No i parówek nie ma. Parówy są tylko. Takie grubachy, co to się rozwalają podczas gotowania, a całe pomieszczenie śmierdzi czymś nieidentyfikowalnym dla nosa ludzkiego. Grubachę zakupiłam. I siedzę przed talerzem, na którym ona się śmieje napizgując się ze mnie: I ain’t going nowhere! Eat me, bicz!

Nie powinnam przecież…Powinnam..Nie powinnam..Nie, nie mogę…Ale chcę….Od dialogów wewnętrznych kręci mi się w głowie – coś o zdradzie ideałów, coś o uciekaniu na łatwiznę, coś o sojowych parówkach?? A ona oblizuje się tym swoim tłustym jęzorem, i patrzy tak wyzywająco jakby jej instynkt samozachowawczy wygotował się w garnku. Wbijam widelec, ślinianki szaleją, niedługo będę wyglądac jak wściekły pies przecież..I nagle głos mojej profesor od motywacji, jak jeszcze studiowałam, czyli w erze mezozoiku (czyt. dawno): „Motywacja kontrolowana, czyli narzucona, wymuszona przez innych. Wewnętrzne „powinnam” jest często głosem rodziców, autorytetów, społeczeństwa i profesorów psychologii…tego ostatniego proszę nie notowac..”. Ke??? Czuję jak mi dysk twardy się nagrzewa w łepetynie i słyszę dalej: „Motywacja autonomiczna, moje wewnętrzne „powinnam” płynie wtedy z osobistych decyzji zmiany, wtedy jest się królem własnej decyzji, ewentualnie królową, ale ty Dziugieł (to do mnie), to królową raczej nie będziesz jak zjesz tą parówę..”. Że co?? Przecież nikt mi nie kazał, ja siebie w taki stan dysonansu poznawczego wprowadziłam. Moja decyzja, więc jest jeszcze gorzej, bo nie ma na kogo zrzucic odpowiedzialności. Próbuję więc starych taktyk: zamień „Nie powinnam..” na „nie mam ochoty”……, ale ja mam właśnie taką ochotę tą grubachą się zapchac, chlipię wewnętrznie!!! „Nie chcę zjeśc tej parówy”..powtarzam jak mantrę…Kiedy ja chcę..wszystkie mechanizmy obronne się wyłączają i zachowuję sie jak trzylatka. Zaraz zacznę tupac nóżkami…

I tak to jest z tymi powinnościami. I niby decyzja podjęta, i niby już karnet na siłownię na dożywocie zakupiony, i „ja już nie piję nigdy” i inne fantastyczne postanowienia zmiany u ludzi są. Ale lepiej wiedziec skąd one się biorą, ze mnie, czy: „bo tak wypada”, bo „tak zdrowiej”, bo „Ziutka schudła na diecie 100 kg”, „bo „ludzie w moim wieku to już stadko odchowanych dzieci mają”, bo „wszyscy przecież mają kredyty” itd. , bo jak się skonfrontujesz z powinnościami parówy jak ja, to uwierz na słowo, walka jest nierówna, krew, pot i łamanie kości motywacyjnych!

Zmiana jest zajebista, a jeśli przychodzi pod wpływem kryzysu, o czym wspomniałam wcześniej tu, tym większa motywacja, ale jeśli to tylko coś z zewnątrz, społecznego, rodzinnego, meah, to przegrywam i udowadniam sobie swoją bezsilnośc i samoocena leci w dół na złamanie karku swojego i twojego.

Dla zainteresowanych: parówy nie zjadłam 😉 ale piesek bezdomnego się ucieszył…

 

Parówka powinności