Rozprawiczony

Jasiek nie ma Facebooka, Twittera, Tumblera, Instagramu, nie melduje się na Foursquerze, nie miał też NK, jak jeszcze była cool. Nie ma. Bo po co? Dziwne trochę, bo to on wprowadził mnie kiedyś, kiedyś w świat Mario, hyh.

Widzimy się po latach, dwudziestu z hakiem, więc nadrabiamy zaległości jak wściekli. Jak już docieramy do #tuiteraz, to coraz częściej łapię się na: „a widziałeś? Na Fejsie ostatnio..”, „A pamiętasz jak na Tweeterze taka akcja polityczna z dementi w 15 minut się rozegrała?”, „a ten GIF, wiesz, z…”.

„Izzy, polowy z tego co do mnie mówisz, nie rozumiem”.

„No ok, rozumiem, że chcesz być poza systemem, ale może poznaj najpierw system, żeby wiedzieć, czego się wyrzekasz? Na zasadzie – poznaj wroga swego…”.

Nie wiem jaki to internetowy demon we mnie wtedy wstąpił, może po prostu chciałam mu pokazać ułamki swojego wirtualnego życia? Może naprawdę zapragnęłam, żeby się otworzył na świat obcy sobie? Może, z babskiej przekory, chciałam, well, no, mieć rację?? <słabe> Może ciekawość mną owładnęła – jak to jest być „niepodłączonym”? No i oczywiście Izunia- Mądralina: patrz jak ja tu wiem, patrz jak się znam, phi!  Że niby.

No bez względu na moje czysto- nieczyste motywacje, przedstawiłam Jaśka serwisom społecznościowym. Można sobie śmiało wyobrazić – głównie ja gadałam, opowiadałam, pokazywałam – o, a tu troll w pełnej krasie, a tu flejm mały ktoś robi, oooo, pokażę ci moich hejterów, hej! Siedzieliśmy tak z pół nocy i godzinę więcej. Taka rozbudowana gra wstępna. A oczy Jaśka robiły się coraz  bardziej okrągło – czerwone, bynajmniej nie od ręcznie zwijanych papierosów (oczywiście..le sigh..).

No cóż.

Dochodzimy do profili znajomych <serdecznie przepraszam>. Jasiek wydaje jęk i przechylając kieliszek własnoręcznie sporządzonej księżycówki artykułuje wiekopomne:

„Ale po co to wszystko? Po co te focie kotków, obiadów, buziek, latorośli? Po co ten artykuł tutaj? Po co te „lajki”, do czego niby?? Ktoś się nie zgadza? A powie mu to w twarz?? A powiedziałby Ci prosto w oczy, ten koleś, że jesteś głupia i gruba, jak tu? Po co takim chłamem się dzielić..czekaj, jak to się nazywa? „Warsaw Shore”, to nie ma już polskich nazw? Po jaką cholerę to wrzucać? A komentowanie siebie i pod siebie, to jakiś trend o którym mi nie powiedziałaś??”.

Odpowiedź mi zajęła do rana i o godzinę dłużej. A konstatacja rozmówcy:

„Kartezjusz własną pięścią się dławi – myślę, więc jestem?  No nieee, teraz masz: Dzielę się, więc jestem”.

A po chwili usłyszałam:

„Oddaj mi moją niewinność, diable…”.

Zasmuciłam się.

Tak źle z nami „podłączonymi”? Tacy bezmyślni jesteśmy? Tacy bezrefleksyjni? Tak tylko siebie autopromować umiemy? Tak powierzchownie połączeni jesteśmy?

Jasiek tej notki nie przeczyta, bo uważa, że blogi, to idioci dla idiotów piszą.

No cóż.

tumblr_mvmdeiqDKw1r62zwpo5_500

Rozprawiczony

Dlaczego internet potrzebuje terapii?

Takie cudeńko powstało  http://wierszezgoogle.tumblr.com/

Przykład twórczości:

tumblr_mpn6p8eSLO1szzfmfo1_500

Wsiąkłam na jakiś kwadrans. Potem na kolejny, i kolejny tworząc „swoje wiersze”. Ubaw miałam po hipokampa. Bo i śmieszne i pseudogłębokie i tragikomiczne.

Bo wiadomo jak działa, tak? Wpisujemy początek w wujka gugla i algorytm nam autouzupełnia bazując na wpisach wcześniejszych wyszukiwaczy. Sam pomysł nie jest nowatorski, bo tu jest oryginał, który, przyznam, śledzę na Twitterze od jakiegoś czasu, ale jakoś anglojęzycznie mnie nie wciągnął.

Zabawa, nie? Beka pierwszej wody. Kompilacje w rzeczy samej dadaistyczne. Prześmiesznie i strasznie w tym samym czasie. Coś się dzieje. Jest nowy wiralek.

Coś mnie jednak zmroziło. Ano. Jak się tak głębiej zaczęłam przyglądać, przystawałam na chwilę nad każdym searchu, to mi wyobraźnia zaczęła historie tych pytających podsuwać, i się przeraziłam.

To nie jest tak, że patrzę na ludzi przez pryzmat zaburzeń czy trudności, chociaż praca psychologa psychoterapeuty seksuologa wcale takiej percepcji nie ułatwia. Umówmy się, przez bliższe nam filtry postrzegamy rzeczywistość.

I ta moja rzeczywistość podpowiada mi, że śmiejemy się z setek, ba, tysięcy może ludzi, którzy serio potrzebują odpowiedzi na pytania, które może są tak tabuizowane, że nie pytają o to innych, żywych ludzi, no bo wstyd na przykład, no ale algorytmu już nie? Albo te wyszukiwania, których dużo, o samotności, o seksie, o zdradzie. To są pytania o najprawdziwsze problemy, dramaty ludzi, którzy znikąd nie mogą uzyskać innej pomocy.  Albo te z miniwkurwem na politykę, na rodzinę, na kraj pochodzenia. Pełno tu szowinizmów, nacjonalizmów i innych niebłahych -izmów. Pełno hejterstwa i ogólnego internetowego bajorka.

Kim są Ci ludzie? To my, przecież. Wiem, że to krzywe zwierciadło ma być. I jest. Bardzo krzywe, bo wynaturzone. Czyli co? Z siebie się śmiejemy? Siebie po gombrowiczowsku „upupiamy”?

Ech, no jakby tak przyjąć, że sieć internetowa to taki model mózgu ludzkiego ze ścieżkami neuronów, gdzie cała nasza świadomość ( 5% całości) i nieświadomość (majestatyczne 95% procesów myślenia) mieszka, to nieźle. Ileż w każdym z nas lęków, strachów, wstydzików, fobii, nienawiści, kompleksów. Internet to my, go tworzący. Wszystko w kodzie binarnym ukryte jak w synapsach.  Przecież to wiem, po co się więc debilnie oburzam?

Bo nie chcę szafowania płycizną. Nie chcę podkreślania hejtmowy.  A na pewno nie chcę  się śmiać z czyjejś samotności, braku pomocy, tragedii. Mam dużego dislajka na to!

Po tym co przeżywa, czego doświadcza, „biedny” internet niechybnie by wylądował na kozetce – wyszukał by sobie kogoś dobrego, nie?

„Jak mogę Ci pomóc?”

„Och nie wiem. Tyle tego jest…Ale śniło mi się, i to był dobry sen, że mnie nie było, zniknąłem.”

I co wtedy?

 

Dlaczego internet potrzebuje terapii?