Jestem zboczeńcem

Potocznie – zboczeniec –  «człowiek, którego zachowania seksualne odbiegają od normy».

Siada na jednym z foteli na przeciwko mnie. „Hmm..dlaczego wybrał akurat ten?” – mogłabym pomyśleć, ale nie myślę, bo może po prostu siada gdzie chce. Wypija cały kubek wody. I nie szukając kontaktu wzrokowego, wbija wzrok gdzieś za horyzont za oknem.

„Na początek, chciałbym, żeby pani wiedziała, że jestem zboczeńcem.”

Aha. „Jak mogę nie kochać swojej pracy?!!!” – miga mi na korze przedniej.

„A co sprawia, że tak pan o sobie myśli?” – przemyka mi po twarzy spojrzeniem, koncentrując się na pięknie seksownym kalendarzu Zbyluta Grzywacza na ścianie. Wzdycha.

„Znaczy ja tak o sobie nie do końca myślę, moja partnerka raczej..”

„Tak panu powiedziała?”

„No może nie dosłownie, ale czasem jak rozmawiamy po seksie, jeśli rozmawiamy po seksie, to mam wrażenie, że ona tak o mnie myśli, tylko nie chce tego na głos powiedzieć…”.

Aha. Czyli nie do końca zboczeniec jest zboczeńcem.

Okazuje się, że on „coś” robi, czego ona nie lubi, nie aprobuje, nie zgadza się, co okazuje dość otwarcie, bez zahamowań. On się wtedy zamyka i obrzuca wewnętrznie najgorszymi epitetami.

Po rozmowie z Oną, wychodzi na to, że ona tego nie lubi, bo jej po prostu niewygodnie i uważa, że jej ciało wcale nie wygląda w tej pozycji zbyt podniecająco, więc się zamyka i pożądanie znika, i się wycofuje i nici ze szczytowania jej i jego. I po seksie. A ona tonie w falach wstydu.

Jej. Prosta sprawa niby. Chór głosów może się wznieść: „No to dlaczego ze sobą nie pogadali!”. Ano nie pogadali, bo i jedno i drugie miało w głowie swój film na temat tego co się między nimi wydarza. Tak łatwo jest przecież ocenić z pozycji czytacza co zrobić, nie? A ileż razy w związkach o tych wyobrażeniach i projekcjach nijak rozmawiać nie umiemy, trzymając się Swojej Prawdy, która z Prawdą Prawdą niewiele ma wspólnego. No nic. Oni mają się dobrze, i z tego co wiem, pożycie kwitnie! (przesyłam pozdrowienia, bo przeczytają)

Ale to co mnie tak zawsze, ale to zawsze zastanawia, to ilekroć słyszę kogoś przylepiającego sobie łatkę „zboczeniec”, „nienormalna”, „chory” kiedy mowa jest o zachowaniach seksualnych, to prawie na 100% wychodzi później, że to tylko ten pęd wciśnięcia się w normy, czy raczej to, co ktoś uważa za normy. Bo broń mnie o Buddo, żebym odstawać miała od całości, wielości, przeciętności statystycznej???

A co ta „normalność” w ogóle oznacza? Bo słuchając innych i w gabientach i poza nimi, jak już rozmowa czasem schodzi na „te sprawy” to jak ten seks „normalnie” przeciętny, statystycznie ujęty wygląda?

– jest niezręcznie, czasem niewygodnie

– komunikacja bywa ograniczona

–  trochę „orka na ugorze”, a nie zabawa

– zrelaksowanie dopiero po znacznej często dawce alkoholu

– obsesyjne przejmowanie się „jak wypadnę?”

– niepewność co do upodobań partnera

– jak się coś nie podoba, to się czeka, aż to zaniknie, albo po męczeńsku znosi

– masturbacja to tajemnica

– „ciało nie takie” – za grube, za chude, za stare, za owłosione, niewydepilowane

– „penis za mały” tudzież za cienki

– „czy ona miała orgazm? czy tylko tak mówi?”

– „niech już dojdzie, i będzie po wszystkim”.

 

Tak mniej więcej, jest przeciętnie = normalne.

Myślę sobie, że jak się wypada „poza normy” to może być całkiem ciekawie.

 

Jestem zboczeńcem

To nie jest kraj dla samotnych kobiet

Jeżdżę do pracy z radosnym, studenckim tłumem mocno zatłoczonym tramwajem. Godziny szczytu, miasto stoliczne – nie ma się co dziwić, tym bardziej, że po drodze naliczyłam trzy znakomite uczelnie. Są dodatkowe plusy dodatnie – można się dowiedzieć co młode pokolenie czyta. Oprócz tabelek, wykresów i budowy układu krwionośnego studenci czytają różne rzeczy.

Ostatnio z zaciekawieniem, trochę wymuszonym, bo fala ludzka mnie popchnęła, pochyliłam się nad studentką, która z rumieńcami na twarzy studiowała jedno z licznych pism, tzw. kobiecych. A tu tytuł artykułu – „Jak zdobyć faceta – 10 sprawdzownych sposobów”. Uuuuu! Myślę sobie, poczytam, a nuż się czegoś praktycznego nauczę, bo przecież wiadomo, że my, psychologowie, to czysta teoria (prawie spójnik tam wstawiłam). Kocopała na kocopale niestety, aż mi się żal Panny Studentki zrobiło, bo jak będzie tak postępować, to tylko choroby wenerycznej się nabawi i załamania nerwowego. No ale ok. Pismo poczytne, więc siwowłosy głos rozsądku rozsądnie stłumiłam. Oooo! Kartkujemy dalej. Zatrzymujemy się na „Jak być prawdziwą kobietą?”. Mmmm! Oh, czytamy!

Ze znakiem zapytania na twarzy z tramwaju wysiadłam, o mało nie wpadłam pod Lexusa z tego wszystkiego, bo zadumanie wielkie mnie ogarnęło.

Bo z artykułów jasno wynikało, że albo jedno, albo drugie. No nijak się nie sprzęgały. Zasmuciłam się.

Z jednej strony kobiety bombardowane tzw. tradycyjnymi wartościami: rodzina, macierzyństwo, dom; i przekonaniami: „partner/ mąż nade wszystko” itp. I trzeba być „Z”, bo jak się nie jest, to należy sie przyzwyczaić do pytania „Co z Tobą nietak?”.  By sprostać, z Matki Desperacji, nierzadko kobiety pakują się w relacje, gdzie Przegrana to Siostra, bo Dziwadłem być nie można. Albo nieelegancko odbijają samca zajętego, raniąc inną a czasem i dziatki. Cena nie gra roli. Nie słuchają siebie, tylko by dopasować się do normy. Rozumiem. 

A z drugiej strony –  te kobiety, świadome, gdzieś w tym wszystkim też pogubione.

No bo z trzeciej strony słyszę:” Jestem tzw. feministką, szklany sufit mi nie groźny, walczyć o swoje będę, o moje orgazmy, o moje uczucia, o siebie”.

A z czwartej: „Nie mogę przecież przyznać, że brak mi faceta, że chcę się czasem wypłakać, bo mi smutno, dlatego, że tak. Że potrzebuję „silnego, męskiego ramienia”, bo jestem krówką – ciągutką w środku, a nie anyżkową – hardkorową- landryną. Bo chcę, żeby ktoś mnie przytulił, i nie pytał dlaczego, a potem kochał się ze mną, kiedy ja wcale nie muszę udawać orgazmu, bo wystarczy, że On jest i tyle. Bo… „. Ad infinitum.

Nakaz bycia z kimś vs świadoma siebie kobieta się nie wyklucza. Ale gdzieś w tym rozciągnięciu wartości, gubimy się, próbując odnaleźć siebie w samotności, kiedy Ten czy Ta się nie pojawia. Tak trudno przetrwać w samotności, kiedy wszyscy wokół „sparowani”. Tak trudno rozpoznać własne, a nie uwarunkowane tłumem potrzeby. Ech.

Moja recenzentka skomentowała, przed opublikowaniem: „Phi, Izuś, jaki kraj, wszechświat raczej..”.

Nie znam wszechświata całego, ale wiem, że to nie jest kraj dla samotnych kobiet.

tumblr_mym60kP9d61qdy7vgo1_500

To nie jest kraj dla samotnych kobiet

Podnieca mnie Twoje 14-letnie ciało..

Skusiłam się na ponoć najbardziej kontrowersyjną książkę tego lata.

Przyznam się. Mam słabość do seksownych bestsellerów, a tak był chrzczony. Ech..

indeks

Nie spodziewałam się siły rażenia. Jak zwykle trochę z przymrużeniem oka potraktować chciałam lekturę. Ale nie udało się. Po kilku stronach już chciałam rzucić Kindlem o ścianę. No ale w porę przyszła refleksja na szczęście i to wielopiętrowa. Przeczytałam do końca w dwie godziny, prawie nie oddychając.

Rzecz jest pisana z perspektywy 26 letniej nauczycielki w czymś, co u nas pewnie byłoby gimnazjum. Celeste, piękna, zamężna, ale Ford jej mąż, jest dla niej po prostu za stary:

But thirty – one is roughly seventeen years past my window of sexual interest.

Tak. Celeste jest kobietą pedofilem, pedofilką. Pracuje jako nauczycielka, żeby mieć możliwość uwiedzenia uczniów, nie, jednego, jedynego, wybranego z całej rzeszy innych. Młode ciało, 14- letnie, żeby być dokładnym, tylko takie jest w stanie ją podniecić do czerwoności, o nim fantazjuje, do marzenia o nim się masturbuje, agresywnie. Zasadza się, uwodzi, śledzi, aż do momentu kiedy jej obsesje mogą się ziścić. I spełnia swoje fantazje wielokrotnie, w każdy możliwy sposób, łącznie z seksem analnym na biurku w klasie pełnej biurek.

Sceny seksu są dokładnie opisane. Każda część ciała przedstawiona jak fotografia. Każdy zapach, smak opisany. Niewiele pozostawione wyobraźni, chociaż może za dużo właśnie. Nie wiem.

Bo po lekturze, to moja główna refleksja – „nie wiem”.

Przyznam się, przeszłam przez różne fazy czytając. Jako psychologowi seksuologowi, od razu mi się wszystkie światełka pozapalały jeśli chodzi o jej „ofiary”. Bo przecież komponenta emocjonalna, bo rozwój psychoseksualny zaburzony, bo cierpienie, bo ślad na całe życie, bo krzywda. Bo właśnie – kat i ofiara.

Jak już mi się udało wyłączyć mózg pracowy, to wpadłam na ścianę swoich własnych misternie przez społeczeństwo utkanych stereotypów. I moich własnych ograniczeń. Emocjonalnych, poznawczych, seksualnych. I cieszę się, że tak się stało. Bo to ważne.

Kiedy już odrzucę te okulary przyzwyczajeń i schematów myślenia, otworzę głowę to ciągle mi pytania wirują. Czy aby na pewno? Te normy  zachowania seksualnego, czy one w pełni odzwierciedlają pełnię naszego człowieczeństwa? Czy to co chłopcom się działo, to na pewno krzywda? Jak taka inicjacja, i praktyki wpływają na młody umysł, a w efekcie na późniejsze potrzeby seksualne? Czy na pewno inaczej postrzegamy facetów pedofilów, a inaczej kobiety? Czy może należałoby stosować inne kryteria? Co to znaczy, że podniecały mnie niektóre sceny? A niektórych nie mogłam czytać? A co jeśli, w emocjach i pragnieniach identyfikowałam się z bohaterką? No co to znaczy cholera?

Nie wiem. Nie jestem pewna.

Wiem natomiast, że każdy człowiek jest inny. Każde doświadczenie nie jest takie samo. Zasady są ogólne. Mają chronić. Ale też mam wrażenie, że często zbyt szybko etykietujemy (to do moich kolegów, i koleżanek po fachu, chociaż pewnie nie tylko). Zbyt szybko może nadajemy znaczenie czynom, nie słuchając indywidualnych historii. Zbyt szybko odciąc się chcemy od tego, co społecznie nieakceptowalne, bo nuż, broń cie panie bosze, może rozpoznamy swoje stany w tych złych.

To jest bardzo dobra historia – kobieta pedofil (a może raczej kobieta – efebofil, chociaż granica to 15 lat..ech..). Kiedy czyta się ją z otwartą głową, bez przedwczesnych osądów i kalek stereotypów. Ale to jest naprawdę cholernie trudne.

Ciągle szukam odpowiedzi.

Podnieca mnie Twoje 14-letnie ciało..