Bez tytułu, bo kryzys

No to już się obnażyłam. Jak w moim powtarzającym się śnie, gdzie stoję na scenie, światła mnie oślepiają, nic nie widzę. I mam jakąś kwestię powiedziec i nie znam tekstu, i wszyscy pewnie patrzą i widzą, i się budzę, z krzykiem zazwyczaj. Och..

Dziś tylko podsumowanie mi się ciśnie, takie proste.

Jak to jest, że potrzeba kryzysu, żeby zobaczyc prawdy proste o sobie?Dlaczego muszę gębą po betonie się przejechac, żeby zrozumiec? Dlaczego w błotku emocjonalnym się trochę jak świnka potarzac, żeby zobaczyc swoje fakapy? Dlaczego dopiero jak stoję na krawędzi, to mnie schemat oświeca? Po co mi te wszystkie megahisterie?

Od kiedy pamiętam, serio, te momenty, które teraz mnie definiują, były no powiedzmy, raczej hardkorowe. Jak ktoś mnie zna, to wie, że robokopem pracy jestem, projekt nowy och tak, napisac coś, bejbe no pewnie, krew mi w uszach szumi, stukanie w klawiaturę włos mi rozwiewa, bogowie dedlajnów krwawej ofiary się ze mnie domagają. Och skwierczę z radości i włączam do taktu Slayera! I mocnego pindolnięcia potrzeba, żebym przystanęła na chwilę.  Co trochę smutne jest, bo pewnie można to inaczej załatwic, tak? No ja mam na siebie taki sposób. Dziwaczny dośc, wiem. Masochistyczny, pewnie tak. Ale niech tam.

Ocenzuruję, żeby na mdłości się nie zbierało szanownemu czytelnictwu!

Jak mój najlepszy kumpel został zabity, ot bo w szkaradnej dzielnicy mieszkaliśmy. Po 18 lat wtedy mieliśmy. Czasem na chodniku jeszcze świeczkę zapalę.

Jak pierwszy raz na malarię zachorowałam, gdy w Afryce czarniutkiej mieszkałam, i budząc się ze śpiączki po tygodniach, nie widziałam, dlaczego wszyscy tacy wzruszeni byli.

Jak widząc kolesia, który ukradł nic wielkiego, a Nairobi samosąd przez ukamieniowanie wyrok wymierzyło, a ja tylko mózg rozpryskujący się widziałam.

Jak w obozach uchodźców z Zairu wodę roznosiłam, bo ich były tysiące bezbronnych, bezsilnych.

Jak brałam najdroższy na ziemi prysznic w Dubaju na lotnisku, chociaż w ogóle mnie nie było stac.

Jak uciekałam przed złodziejską populacją w rumuńskich Karpatach, bo chcieli nam samochód ukraśc, w środku na nocy, na zapupiu totalnym.

Jak mieszkałam w slamsach Kampali, bo tak wyszło.

Jak spotkałam najbardziej podziwianego olimpijczyka, i jak się przed nim zbłaźniłam, zupełnie.

Jak lekarze w Danii, rozkładali ręce, bo już się nic nie da zrobic, i czas umierac.

I jak rzuciłam długi, myślałam, że na życie, związek. I w tym samym czasie straciłam firmę, a potem śliczny kontrakt i mieszkałam ze swoimi książkami i szpilkami na Woli w kawalereńce, kiedy wcześniej miałam zajebisty apartament w centralnym Centrum.

Jak pokochałam kogoś, kogo nie powinnam.

I pewnie stertę książek można o tym napisac, i niejedną noc przy Dżaku Danielsie przegadac. Bo każda nieodwracalnie zmieniła moje życie. Tak mocno. I wtedy się siebie pytałam: po co to? Dlaczego? Na haka jest mi to potrzebne?

No jest, było. Bo każdy z tych, ocenzurowanych i tych o których jednak pisac na razie przynajmniej nie będę, momentów, mnie ukształtował. I może tak rzeczywiście mam, że muszę krew, pot i łzy z siebie wydac, żeby zrozumiec. Że jak się tak w sobie, w tym swoim komforcie zasiedzę, to mogę tam zmurszec wewnętrznie. Jak przestaję słuchac siebie, swojego serca, a łypię oczyskami tylko na zawnętrznośc, kokosząc się w jej iluzorycznych benefitach, spijam śmietankę spokojnej „normalności”, aż do wyrzygu. I dopiero chaos zmian, dopiero siekierka kryzysu mi ten śmierdzący komforcik uświadamia. Ale wtedy też mam wybór oczywiście.

Zobaczyc siebie albo uciekac przed sobą.

Kryzys jest dobry.

Bez tytułu, bo kryzys

Kocice na gorącym, blaszanym dachu

Gabinet (ten z malinową tapetą – kiedyś wrzucę zdjęcia, żeby było wiadomo o co cho).

Siedzi i spoziera, i mierzy, i plaska tymi długimi rzęsami. Kocica. Kolejna. Och, piękna. Seks sie z niej wylewa, jak z pękniętej żyły krew. No wszędzie mnie tą swoją seksownością obroczyła. Ufff, aż gorąco, aż mokro, aż mi pikawka przyspiesza. Ale nie mówi nic. Czekam, aż zamruuuuczy.

„Pani Izo, no miała pani rację…Odpuściłam, i zaczęłam dbac o swoje. O siebie. Stary zdziwony, i chyba troche nie może się pozbierac, bo widzę, że on nie wie o co mi chodzi..”

Stary, no to wiadomo, ten mąż, partner, przyjaciel, albo nieprzyjaciel, od lat tu akurat, 17. Starego znam. Bo razem przyszli, ale okazało się, że to pani większej pomocy potrzebowała.

„Zagubiłam się, już siebie nie widziałam. Jakbym stała się tylko matką i instytucją żony. Te prace domowe(taak, zadaję..hyh), oj, kurewsko trudno było (ja zszokowana, bo ta akurat kocica, takich słów nie używa, ekhm..poprawka, nie używała), ale dałam radę. Nie chcę dalej tak życ. Chcę więcej, bardziej, mocniej. Życ.”.

A co z partnerem, kiedy jedna połówka nagle się zmienia, potrzebuje czegoś innego, zmienia się, czasem nie do poznania???

Opcji ma kilka:

– cieszyc się, że nagle partner/partnerka dojrzali i odnaleźli swoją drogę i krzyczą swoim głosem, a nie społeczno- wymaganym, i nadążyc za!

– powiedziec „mam cię gdzieś, nie wiem kim jesteś, nie wiem czego chcesz” (najprościej, tak w sumie)

– patrzec jak zmiany się dzieją, pozwolic na zmianę i zobaczyc, pofejsowa opcja „lubię to!”, i podążac za partnerem/ partnerką (końcówki mnie znowu wykańczają)

No i jest różnie. Bo sporo kobitek trafia na kozetkę, bo nie mogą zdzierżyc tego życia, którym żyją. A potem przychodzi świadomośc, i trochę niewiadomo co z nią zrobic – w zależności od reakcji partnera, oczywiście! Bo chce się więcej seksu, dobrego, spełniającego, może dzikiego. Spełnienia fantazji. Pragnienie autonomii. Nowy zawód, nowe wyzwania. A partner co???

A co jeśli taką zmianę przechodzi facet? On nagle chce czegoś innego, spełnienia..Ale to trzęsie całą strukturą familii. Kobitka nie jest w stanie się na to zgodzic, często. No bo jak??? Społecznie, zrzuca się to na karb kryzysu wieku średniego. Okeeej. Ale znam takie przypadki, kiedy taka przemiana zachodzi wieku 27 lat, na przykład. I wtedy co??? Wiek średni, don’t think so!

Co jeśli sobie nie wystarczają? Co jeśli trzeba zakończyc jakieś życie, jakąś relację? Co jeśli tam są dzieci? Co jeśli się nie ma pojęcia, co przyszłośc przyniesie? Co jeśli nie wyobraża sobie czlowiek życia w tym settingu, w którym jest, bo to by oznaczało skreślenie siebie? Ile trzeba siły? Ile determinacji, żeby zawalczyc o siebie?

Warto?

Kocice i kocury na gorącym, blaszanym dachu. Niemożliwie piękni, szukający siebie, po latach niebycia sobą. Wyją z bólu, z niezdecydowania, z lęku przed przyszłością i ze strachu przed zranieniem tych, którzy tworzyli ich życie do tej pory.

Ja, prawdziwa? Ja, autentyczny? Czy ja mogę byc? Czy ktoś pokocha nową mnie? Czy ktoś będzie mnie nowego chciał?

Nie wiem.

Ale:

‎”Biedni ludzie, biedni piękni ludzie! – Którzy się poddajecie. – Którzy marzycie tylko… [Wyłącza lampkę nocną.] …żeby ktoś wziął was w ramiona. – Czule, czule, z miłością!”
Margaret, Kotka na gorącym blaszanym dachu, Tennessee William

Bo może warto, bez pewności???

 

 

Kocice na gorącym, blaszanym dachu

3 x F

Pamiętam swoją pierwszą legalną pracę, tuż po maturze. Za żadne skarby nie chciałam iśc od razu na studia, więc wybrałam taki kierunek, żeby się na niego nie dostac. Nieważne co to. Na miejsce tam wtedy,  było jakieś pińcet milionów kandydatów, więc szanse powiedzmy, miałam raczej nikłe. Ale jeśc i rachunki trzeba było płacic, więc..do pracy!  Rekrutacje prowadziła wtedy Straż Miejska. Tylko nie do biura, o nie! Ale zostałam wybrana do pracy na ulicy, jakkowliek niejednoznacznie to brzmi. Oh, yeaaaH! To była zabawa! Dziewiętnastolatka w świecie, no raczej męskim. I były patrole, i służby 48godzinne, i interwencje no, siłowe, i mandaty, och mandaty.. I w mundurze wyglądałam zajebiście! I Warszawa była wtedy oazą spokoju, bo funkcjonariuszka Iza dzielnie broniła bezpieczeństwa swoich ziomków, ha!

I jak sobie przeglądam moją cefałkę, to myślę, że zawsze tak było, że robiłam to, co mi w życiu pasowało. A jak przestało pasowac, to się przbranżawiałam i..robiłam to, co chciałam znowu. Zaczynając kompletnie od zera. Bez „znajomości”, bez nepotyzmu i takich tam świetnych pierdół. No tak mam.. No „głupi to ma szczęście” i już.

Bo jestem debilką. Jestem wariatką. Kompletną idiotką przecież. Bo??? Bo uwielbiam swoją pracę. Ja w ogóle nie „chodzę do pracy”, tylko spędzam czas przy pl. Konstytucji, na 2 albo 4 piętrze. I jeszcze taka w czepku urodzona, że mogę tego czasu sporo tam spędzac, a co! I się dziwią ludzie. A ja dziwię się tym, którzy tak nie mają. Ale serio! O co cho???

Noel Coward, taki Brytyjczyk sławny, powiedział kiedyś:

„Work is more fun than fun.”

Ja tak mam. Bo w tym co robię muszą byc 3 Efy…

Pierwszy eF:  Flow

Za Wiki podaję: „(w polskim tłumaczeniu przepływ) – koncepcja psychologiczna, którą stworzył amerykański psycholog węgierskiego pochodzenia Mihály Csíkszentmihályi. Flow można określić jako stan uskrzydlenia, który towarzyszy wykonywaniu skomplikowanych działań przy jednoczesnym wysokim poziomie wykorzystywanych umiejętności osoby jej dokonujących. Przepływ można zdefiniować jako stan poza nudą i niepokojem. Nuda występuje kiedy posiadane umiejętności są wysokie, zaś wykonywane działania są nieskomplikowane. Niepokój zaś występuje w sytuacji odwrotnej: kiedy wykonywane działanie jest zbyt skomplikowane względem posiadanych przez osobę umiejętności.”

No jestem „uskrzydlona”. Praca z ludźmi, w taki settingu jakim jest psychoterapia, jest/ bywa skomplikowana. Czerpię z wszystkich zmysłów, siedzę w „tu i teraz”, bo robienie mentalnej listy zakupów jak ktoś opowiada o swojej traumie z dzieciństwa, to takie lekkie faux pas, nie? Żeby ogarniac te trudności z jakimi zgłaszają się ludzie, ciągle szukam nowych rozwiązań, bo i nowe zaburzenia nam kwitną, ciągle się uczę i głowę łamię jak to wszystko dla pacjenta najlepiej wykorzystac. Nie ma miejsca na nudę..Fruwam wysoko!

Drugi eF: Fiero

To po włosku – duma. Ale taka duma, emocjonalny haj, kiedy udaje się pokonac jakieś przeciwności losu, kiedy sie próbuje, i nie można, a w końcu jest!! W gabinecie przekładam to na te momenty, które nawet mogą byc niewidoczne dla pacjenta, a ja widzę jak on się zmienia, jak przełamuje swoje schematy, jak wychodzi na prostą, jake leczy zranione emocje, jak składa się do kupy.. Jak ja to widzę, to właśnie mam takie fiero. Bo to jest zajebiste uczucie, że prawie chce mi się krzyczec i płakac ze szczęścia, a duma z tego co pacjentowi się udało, unosi mnie jakiś metr nad podłogę, i chciałabym zatańczyc taniec – zwycięstwa, ale nie wypada przecież, nie?? Udało się!!!

Trzeci eF: I fucking love my work!!!!I tyle. Mogę doświadczac tylu historii, spotykac tylu niesamowitych ludzi, patrzec na to jak ludzie się zmieniają i uczestniczyc w tym…I są łzy, emocje, ból, trauma, ale jest i śmiech, i żywioł, i autentycznośc. Jaki to jest przywilej??? Nie mówię, że zawsze jest różowo, boshh.., nie. I czasem się zniechęcam, i jest mi trudno, a czasem wręcz niemożliwie trudno. Ale to jest częśc obrazka. Bo trzy eFy zawsze wygrywają.

Kiedyś zastanawialiśmy się z kolegami z pracy, co bysmy zrobili, jakbyśmy wygrali jakiś znaczny pieniądz (tak, tak terapeuci, też ludzie, nie zapominajmy, o takich głupotach też gadają). No różne pomysły padały. A mnie nic nie przychodziło do głowy…No co, mieszkanie sobie kupię większe, i co? No w podróż dookoła świata, no okej? No to wrócę, i co? Widząc moją konsternację, jeden z kolegów skwitował: „No ty to nawet nie musisz myślec – za darmo byś pewnie pracowała”. No tak już mam. Mówiłam, debilka..;)

3 x F

Śmierć Barbie!!!

W związku z przebywaniem na Openerze, zwiedziłam sobie trójmiejskie plaże. Łażąc, bo trzeba by było mnie jakoś do piasku przyspawac, żebym sobie tak leżała i pot wydzielała.  Chyba, że jest rozmowa stymulująca, to posiedzę 😉 i jeszcze jeden warunek spełniony, którego nadmieniac tu nie będę, bo nie. Lubię łazic, bo się napatrzec można co niemiara! Ludziska w każdym kolorze (tak, murzynka też była) i kształcie. Tam zwisający brzuszek, a tam pupka jakaś taka schowana, tam cycek się trochę rozlewa, a tam skórka pomarańczowa na nogach, a tam piłkę lekarską pan połknął, a tam skóry spod włosów panu na plecach nie widac, a nie to ten sam pan, a dalej dużo za mały kostium pani włożyła, a tam babcinka z fioletowymi włosami, a tam dziadek zaschnięty jakiś i słońcem przypalony. Cała ludzka menażeria. Głowa mi się prawie nie odkręci! No boscy są! Aż tu nagle, idzie ona, Barbie cała, no przepiękna, o i z Kenem w pakiecie. Się zachwycam, patrzę, oglądam, dobrze, że okulary mam, bo głupio tak na ludzi się gapic, zameczek z piasku dzieciakowi burzę, bo wlazłam. No i co? No i nudno. Nagle przestworza się otwierają, zielenice wgłąb Bałtyku odpływają, a wielki młotek wali mnie po łbie – halo! Piękno jest nudne!!! Do zarzygania!!!

Ci co mnie z realu (nie supermarketu, boshhh..) znają, to wiedzą, że taka jestem mała, krępa, niewywrotna, równa dziewczyna, z każdej strony 100. Piszę nie ze skromności, hyh, ale żeby komentarze zlośliwe uprzedzic, że ja nie z zazdrości, tylko z rzeczywistości subiektywnej się wypowiadam. Tak serio, to mnie fascynuje w wyglądzie to właśnie niepiękno. I celowo nie piszę brzydota, bo od tego daleko. Ta asymetria twarzy, ten nos krzywy, te fałdki na brzuchu, ten krzywy ząb lekko występujący z szeregu, ten włos jakoś rzadki, te uda trochę się łączące. To lubię. Bo to jest ciekawe. To jest charakterystyczne. To jest interesujące. O tym chcę pogadac. Nosiciela tych cudów chcę poznac. Piękno nudzi mnie po 6 sekundach, mierzyłam. Pozachwycam się, docenię dzieło rodziców i …tyle. Jakoś nie mam o co oka zahaczyc, bo to wszystko takie sfotoszopowane. No zieeew!

Dla mnie ludzkie ciało nosi historię użytkownika. I tyle da się z nego wyczytac. A ta szrama to skąd? A ten brzuszek to jak nabyty? Ta zmarszczka na czole, to ze zmartwień proszę pani? A te rozstępy, to jak się panu zrobiły? A tym zgarbieniem, co pani chce ukryc? Siebie? A poobgryzane paznokcie, to z nerwów, z nieśmiałości? W pięknym człowieku nie widzę tej historii, może ono mnie zaślepia? A może źle patrzę?

Dlatego ogłaszam: śmierc Barbie!!! (Kenowi też!)

Kochana! Nie patrz na piękne zdjęcia, nie powrównuj się do X, Y czy do Gisele Caroline Bündchen, czy Natalii Siwiec?? Jesteś piękna, interesująca, niesztampowa, ciekawa. I już. Każdy pieg, każda zmarszczka, każdy niesforny włos tworzy Twoją autentycznośc, Ciebie! Każda szrama, rozstęp, blizna opowiada historię twojego życia – coś co jest unikatowe dla Ciebie. Zrób coś dla siebie, proszę, stań przed lustrem, nago, jak zostałaś stworzona, spójrz na siebie, nie odwracaj wzroku, nie krzyw się, wyłącz głowę, bo właśnie zagrasz ze swoimi schematami w Mortal Kombat! Nie bój się. Popatrz i zacznij czytac historię swojego życia. Zobacz co sprawia, że jesteś inna niż inne? To TY. Piękna! Usmiechnij się do siebie. I zadzwoń do rodziców, dziękując za zajebiście sexowne geny! (Drodzy Panowie, możecie zrobic to samo, jesteście równie piękni 😉 ).

Drogi Panie! Ja wiem, że zawsze będziesz patrzył na piękno ciała, bo jesteś samcem alfą, betą czy thetą. Bo tak masz. Ale może spójrz czasem poza stojącą przed Tobą szczuplutką blondzicę o niewyobrażalnych..tych..no, oczach., bo tam podskakując, jakaś mała szatynka, z historią zapisaną na ciele i z sercem jak czerwony balon, pokrzykuje: „Ja! JA! Wybierz mnie! Ja! Kochaj mnie!”.

Droga Pani! Wyjrzyj czasem zza obszernych barków Kena, bo tam gdzieś w jego cieniu może stac, jakiś niski łysol, który z nieśmiałości tylko nie zagaja rozmowy, ale na koniec świata i na zakupy by z tobą poszedł!

Piękno jest nudne.

Śmierć Barbie!!!