„Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni…

… mówi jeden z najgłupszych sloganów psychologicznej nowomowy, bo to co mnie nie zabije, może mnie zamienić – na długo albo na zawsze – w żyjącego trupa z wypalonym środkiem i pozorem ruchu. Czasem cierpienie ma taką właśnie siłę, bo są zdrady i utraty uniemożliwiające żałobę, odbierające łzom oczyszczającą moc, a czasowi łagodność. Zostaje po nich dzikie mięso jak po źle leczonym oparzeniu”.

Wyspa łza – Joanna Bator

Nienawidzę tego powiedzenia przez Nietzsche’go ukutego. Przedostało się do popcornowej psychologii i rozsiadło się w mózgach jak jakaś prawda najwyższa.

Bo co ono znaczy, tak naprawdę? Rozumiem semantykę przecież, słowa obok siebie w szeregu postawione. „Nie straszna mi żadna przeszkoda, ból i cierpienie. Nic mnie nie złamie! Zwyciężę…”. To dobry motywator na siłownię, chociaż krzywdę można sobie zrobić.

Tylko, że jak słyszę to w gabinecie wypowiedziane, gdzieś między zagryzanymi między zębami łzami, w sztucznym uśmiechu wyszczerzonymi, a pustymi z bólu oczodołami, to już nie jestem tak pewna, że to „wzmocni”.

Albo kiedy słucham historii sprzed lat czasem, albo jakiegoś wspomnienia, które gdzieś głęboko schowane w zwojach mózgowych, dopiero co się na powierzchnię wydostało, i ciągnie za sobą te emocje, których czucie zakazane do tej pory było, to już wcale nie wierzę w tą „moc”.

Kiedy patrzę na ludzi złamanych tymi historiowspomnieniami, tymi teraz, i tymi wcześniej przeżywanymi, to nie chcę tego powiedzenia słyszeć nawet.

Bo zdarzają się zdarzenia, których nie sposób „przerobić”, zapomnieć – myślisz – „phi, zawsze można, trzeba tylko silnym być”. Jasne. Mam wtedy wątpliwość, czy takie „coś” o takiej sile rażenia, kiedykolwiek ci się przydarzyło.

To zdarzenie, które zmienia nas, mnie, ciebie, bezpowrotnie. Przylepia się do duszy i nic nie jest w stanie tego odkleić. Nosimy to w sobie, na sobie, jak niewidzialny ciężar. Świat się zmenił, od tego momentu. Na zawsze już.

Nie, nie widać. Idziesz dalej. Spychasz cierpienie „na wieczne zapomnienie”, bo „silnym trzeba być”! Spychasz, tylko, że ono się odzywa, czasem gest, zapach, myśl nieokiełznana, przypomina. Co wtedy? Miało mnie wzmocnić przecież, a ja tak jakoś kulawo się czuję i odwracam głowę od siebie w lustrze. Pusta, słaba, brudna..

Najgorsze co możemy zrobić wtedy, to „zaklepać” to cierpienie i na siłę silnym być.

Czasem w gabinetach, jak trzeba to razem się w nie wsłuchujemy, co ono mi mówi, dlaczego tak bardzo chce być zauważone. Bo chce. Zawsze będzie chciało.

Może Ci pokazuje, że właśnie masz nie być silny, że może trzeba się słabości nauczyć. Nie uciekać tak wściekle od swojego człowieczeństwa? Może przez nie masz być delikatniejszy, bardziej rozumiejący ludzi, tak, pewnie tak samo cierpiących? Może rady – porady dla kogoś kto przez własną pustynię przechodzi masz sobie wtedy w kieszeń, albo głębiej schować, i tylko posiedzieć z nim, pobyć, bo przecież wiesz jak to boli?

Może właśnie dla siebie współczucia i dobroci masz się nauczyć, żeby już tak siebie nie biczować? Może czas, żebyś przestał być swoim katem w tej iluzorycznej sile chodzącym? Może czas serce otworzyć i pozwolić sobie „czuć”?

I, nie, nie być silnym, jak czasy nakazują, tylko słabym właśnie. Przed sobą samym. I powiedzieć sobie: „Tak, boli, tak, cierpię. Nie udaję ale żyję, wciąż”.

Ja prawdziwa_wy, ja autentyczna_ny, ja cierpiąca_cy.

Po prostu.

Silny, silna, w swojej prawdziwej słabości.

Jestem.

IMG_0697

„Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni…

Lustra

Ktoś ten stary wpis znalazł. Wpis trudny, bo osobisty, bo w bólu pisany. Ten sam Ktoś mnie potem zapytał: „Serio myślisz, że tych luster wokół siebie potrzebujemy, żeby siebie lepiej zobaczyć?”.

Automatycznie zaczęłam odpisywać, że tak przecież, że jesteśmy bestiami wspólnotowymi, że w związku z innym, te wszystkie schematy i uwarunkowania najbardziej widoczne, bo jest bliskość, intymność, otwarcie, jesteśmy, my wtedy, całkiem nadzy, emocjonalnie i fizycznie, że jak u Herberta prawieki temu przeczytałam: „Człowiek sam jest śle­py. Mu­si mieć wokół siebie lus­tra al­bo in­ne oczy. Kocha – to znaczy przygląda się sobie”, i w ogóle ewolucyjnie tak przysposobieni.

I już prawie „enter” z gotową odpowiedzią nacisnęłam, ale jakoś z przekory trochę, do siebie „Serio?”.

Porozmawiałyśmy sobie wtedy – ja i ja – tak, wiem, nieco schizofreniczny duet tworzymy, no ale padło na mnie, bo jednak już pora zapadła ciemna, kiedy ludzie zazwyczaj śpią, a nie filozofują.

Przeczytałam jeszcze raz ten stary wpis, ten sam ból poczułam, może nie ten sam, a jego wspomnienie, bo ciało pamięta, wszystko. Popatrzyłam na swoją drogę, od tego momentu. Wciąż pamiętam inspirację, natchnienie, flow i to co w tej relacji było. Dla mnie. I to w jaki sposób myślałam o sobie wtedy, przez jej pryzmat. I pomyślałam – nie.

Grube NIE. Wiele rzeczy TAK, był moim lustrem (jak we wpisie) ale nie do końca. Przecież on też miał swój zestaw uwarunkowań, schematów, przyzwyczajeń emocjonalnych. Widział mnie przez swoje filtry poznawcze. I tak reagował. Nie mógł nie.

Jakie to zdradzieckie, pomyślałam, tak przeglądać się w oczach innego, bo kiedy „kochamy”, tak mocno ślepo wierzymy, że cokolwiek tam widać, to prawda najprawdziwsza, bo słowa, zachowania, traktowanie przez, na ten czas, osobę najważniejszą, najważniejsze, więc najprawdziwsze. Brakuje emocjonalnego dystansu, widzenia siebie, bo zauroczenie skutecznie oczy zalewa. I tak dajemy sobie strzał w serce – podwójnie trucizną naładowany: z jednej strony – kłamstwo filtrów drugiego człowieka, a z drugiej mózg na amfie hormonów.

Bacik sobie można z obwiniania siebie niezły utkać, że przecież można inaczej, że powinnam wiedzieć lepiej, że przecież to nie miało prawa zaistnieć i takie tam śliczne razy sobie raz po razie zadawać.

Wzdechnęłam sobie głęboko. Niczego już przecież dawno nie ma. Czasem tylko sobie coś o nim przypomnę, tylko ten stary wpis wbija się w świadomość, przeszłą rzeczywistością emocjonalną.

Nie ma sensu się biczować. Lustra są nam potrzebne, żeby zobaczyć siebie, inaczej, przez perspektywę Innego. Ale już nie ufać temu odzwierciedleniu tak mocno, już pamiętać, że to może być krzywe zwierciadło, a my tacy pokrzywieni, karykaturalni, nieprawdziwi tacy w nim jesteśmy. Bo to nie my. To nie ja. Nie do końca. Banalnie? Czy można to od razu czy szybciej zobaczyć? Można. Trzeba. Ale czasem nie wychodzi. I kropka. I nie biczować się. Nie ma po co i dla kogo.

 

 

Lustra

Odrzut

Gabinet nr 1. Ten mój ulubiony.

Siadam w czerwonym, opasłym fotelu uśmiechając się do Niego. Znamy się kilka lat. Z przerwami wieloma. Ale przecież znać się nie przestajemy.

– No zapytaj mnie, zapytaj.

Nasz rytuał.

– Co słychać?

– Dobrze, dziękuję. – natychmiast odpowiada frazesem. Przekrzywiam głowę, jak na tradycję przystało.

– Sprawdź meila.

– Teraz?? Umówiliśmy się przecież…

Przerywa mi w pół zdania – Sprawdź. Proszę.

Kręcę głową, jak jakaś ciotkaklotka nad tymi, omójboże, naruszonymi granicami, wieki temu wyznaczonymi. Sięgam po telefon. Jest mail z załączonym plikiem. W Excelu. Dzienniczek obsesji. Zapis kompulsji. Od poniedziałku do niedzieli. Potem znowu – od poniedziałku do niedzieli. Miesiąc po miesiącu. Tyleż razy umyte ręce. Tyleż razy zmieniona pościel. Tyleż razy uprana bielizna. Tyleż razy masturbacja. Tyleż razy poukładane kubki. Tyleż razy zamknięte i otwarte drzwi.

Dużo. I widzę wzorce, algorytmy niemalże. I tendencję w górę, w dziesiątki liczoną.

Jest źle. Bardzo. Tak bardzo, jak nigdy jeszcze nie było.

– Wiem. Wiem. Wiem. – szybko, szybko wystrzeliwuje wyrazy – Dlatego. Jestem. Jestem. Jestem.

– Co się stało… – jeszcze raz patrzę w tabelki, bo widać – 15 listopada?

– Obejrzyj. Tu. Tu. Tu. Pewnie widziałaś. Do końca. – wyciąga w pośpiechu najcieńszy tablet świata, ten mój FreakGeek – Proszę, wiem jaka była umowa. Ale nie umiem już mówić. Opowiedzieć. Za trudne. Trudno…

Oglądam… Do końca.

I już wiem. I gdzieś w końcu przez ściśnięte gardło mi się przedziera łamane – „Tak mi przykro”.

Zrywa się z kozetki. 3 kroki do przodu. Obrót. 3 kroki do tyłu. Coraz szybszy oddech. I tak. Łzy. I słowa: „Wiesz, że łzy mają różny skład chemiczny. Łzy smutku są różne od łez od cebuli, albo od rozpaczy, albo od nawilżenia…”.

Słucham jak wikipedii, bo On zna skład chemiczny każdej substancji wydzielanej przez ludzkie ciało – krew, łzy, pot, sperma..

– Stop!

Zatrzymuje się w połowie kroku, ale jeszcze go dokończy, bo musi, bo tak.

– Już. Już. Już. Wiesz.

Siada. Z tymi chemicznymi łzami na twarzy. Ech, niech płyną. Milczymy.

–  Tylko, że ja się nie odważyłem. Wiesz. Zapytać. Ona jest wyjątkowa, wiesz? Ech..tzn. była..nie, nie..jest..Nie..Była. Nie..poczekaj..yyyy…

– Wiem. Jest.

– Prawda? – rozpromienia się na milisekundę. – Ale ja….

I znowu cisza.

– Po co komu taki Odrzut jak ja? Z tym wszystkim, co mam..Jak mógłbym myśleć, że ja..Ja.. Ja? Poza normami. Poza tym wszystkim, czym jestem? Tym, co jest atrakcyjne, normalne. Wyjście z domu zabiera mi jakieś 3 godziny. A miejsca publiczne??Jak możemy iść do knajpy? Sex??? Nie mogę, teraz. Odrzut. Pierdolone zanieczyszczenie w tkance idealnie dysfunkcjonalnego społeczeństwa. Rak. Niepotrzebny. Nieważny. Do wycięcia, z nadzieją, że nie będzie przerzutów. Iza…. Jak można ze mną być?

Milczymy. Bo nie o odpowiedź przecież tu chodzi. Może o lęk najbardziej z ludzkich, ale tu, jeszcze bardziej prawdziwy. Jeszcze bardziej przerażający.

U FreakaGeeka i tych podobnych do Niego.

Kto pokocha Odrzuty?

Odrzut

#wstyd

Nie-gabinety i gabinety. Życie i nie-życie.

Wstyd.

2605784-16x9-340x191

Zżera. Konsumuje. Nadgryza. Jest. Obecny.

Ile razy o nim słyszałam? Ile razy sama go czułam? Ile razy chciałam kimś potrząsnąć, krzycząc: „Nie masz się czego k….a wstydzić!!”.

I te zdania wypowiadane sobie, a w gabinecie przede mną:

„Wstydzę się siebie, wiesz, tego, że taka jestem. Gorsza.”

„Wstydzę się swojego ciała, tego jak wyglądam. Wiesz kulę się. Chcę się schować, żeby tylko nikt na mnie nie patrzył”.

„Wstydzę się tego, że nigdy nie będę wystarczająco dobra dla niego”.

„Wstydzę się tego, że się wstydzę. Bo jakby ktoś wiedział kim naprawdę jestem..Umarłbym. Gdyby mnie zobaczył, naprawdę”.

„Wstydzę się swojej przeszłości. Tego co było i może bardziej, czego nie było”.

„Wstydzę się..Siebie..”.

My. Nieperfekcyjni. Nieudolni. Nieładni. Niezręczni. Niemądrzy. Nieinteligentni. Niecool. Niepasujący. W naszych głowach tylko. Bo coś kiedyś ktoś powiedział, skomentował, zrobił albo nie zrobił właśnie. Nie zaakceptował, nie zadbał, nie kochał. Skrytykował, wytknął, nie docenił.

A my na wiarę, uwarunkowani tak, wierzymy w coś, co już dawno prawdą przestało być, a najpewniej nigdy nie było. Wstydzimy się. To potężna emocja. Ciemna. Duszę infekująca. W głębi rdzenia osadzona. To nie jest „poczucie winy” – to czuję, gdy coś źle zrobiłam, kogoś zraniłam. Wstyd jest zawsze.

I próbujemy markować, zasłaniać, chować, kryć. Jeszcze tylko kilka nagród, jeszcze awansów ze dwa, jeszcze ładniejsza partnerka, jeszcze bardziej zajebisty partner, jeszcze kilka zer po jedynce na koncie, jeszcze podróż dookoła świata, jeszcze.., jeszcze… . I nic. Nic nie jest w stanie tego wstydu siebie, przed sobą i innymi, zatrzeć.

Może czas popatrzeć w oczy tego toksycznego potwora. I zawstydzić go, swoją prawdą, na #tuiteraz. Bo prawda jest skrajnie inna, jeśli tylko ją zobaczymy.

Pomyśl, kim byś był bez swojego wstydu?

#wstyd

Klub Złamanych Serc

Jestem sobie na najlepszym festiwalu ever. Miałam nie pisać. Ale dziś po prostu muszę. Taka ot, kompulsja przyczynowa.

#Unsound rządzi. Tyle inspiracji się nażarłam, napoiłam, wchłonęłam, że starczy mi na… (wstaw określoną ilość czasu) długo.

Dziś szczególnie. Za sprawą pana Blunta. Nie Jamesa, tylko Deana. Tuptałam ze szczęścia jak już w Teatrze Starym w Krakowie na miejscu się usadowiłam i odpłynęłam. W ból, w szczerość (chyba?), w winę, w człowieczeństwo.

Blunt, bluntly, czyli bez ogródek, w swoim show na pograniczu teatru, najebki z popu i doskonale niedopracowanego wykonania muzycznego przecież, opowiada o końcu relacji, z pewną kobietą w swoim życiu. „The Redeemer” krok po kroku zabrał mnie w emocjonalną podróż, w którą w ogóle nie chciałam, jak się okazało, jechać. Ale siedziałam i mimo wszystko się rozkoszowałam. Oh! Dysonans dysonansem się poganiał. Asynchronia rozbrzmiewała. Bo chcę oglądać, ale nie chcę, ale trudno. Zamknę oczy i uszy, to jestem ciekawa. Jak tu z babą (czyli ze mną) artystycznie wytrzymać?

Po spektaklo-koncercie, jak już majestatycznie schodziliśmy z moim kompanem po majestatycznych schodach, kiedy on, rozwodząc się szeroko nad dźwiękami i słowami, brutalnie został przeze mnie zapytany „Czy Ty miałeś kiedyś złamane serce?”. Zamilkliśmy oboje dramatycznie, jak na teatr przystało, tamując tym samym bezruchem ruch schodzący po schodach dramatycznych. „Nie.”. I w tym wiekopomnym „nie” tak wytrwaliśmy do szatni. Przyodziani wymknęliśmy się w tłumie palaczy przystając na moment, kiedy mój kompan, w końcu przemówił: „Aaa, bo Ty z serca a ja z głowy recenzuję.. Ale wiesz dla mnie to czysty masochizm, tak to przejadać, powtarzać, nie kończyć”.

I kiedy już tak się rozbiegliśmy, ja na kolejne wydarzenie do Kijowa (nie ukraińskiego, tylko kina), on gdzieśtam, bo inaczej sobie wieczór zaplanowaliśmy, recka skrótowa siedziała mi w głowie.

Tak. Przyznaję. Z serca i z doświadczenia za Bluntem się wstawiam. Bo mocno mi pokazał, jakie cierpienie może być. Jest. Kiedy z relacji chcę się wycofać, zakończyć. I jest ciemność. I jest mgła myśli. I jest ból, tak jak ten światłami zadany. Bo każdy kontakt boli? Bo brak kontaktu jeszcze bardziej? Bo trzeba to przetrwać i tyle?

I wierzę mu, kiedy śpiewa, ni to do Siebie, ni to do Niej – „Wake up, wake Up, wake up”. Bo to wtedy trzeba zrobić. Obudzić się ze snu do rzeczywistości, która piękna nie jest. Ale taka właśnie jest. Prawda. W Klubie Złamanych  Serc.

I tak sobie myślałam, już w Kijowie, hyh, kto tego nie doznał, nie zrozumie, wyśmieje, i prychnie „teatralność przecież to jest”. Może. Dla mnie nie. Moje serce teraz już tak połamane, że nie wiem czy je pokładam. Na razie jak puzzle próbuję ułożyć, ale cały czas mi ktoś kawałki podpierdala. I czegoś brakuje. Trudno.

Dla tych, którzy nie rozumieją czym jest serce złamane, żadne medium ich nie przekona.

Dla tych, którzy przeżyli – wiecie jak to jest. Pisać nie będę.

I jeszcze tytuł całości – „The Redeemer”. Odkupiciel. Wybawiciel. Religijnie. Bo chce się „odkupić”, zbawić  Siebie po relacji, która nie wyszła. Coś zrobić, cokolwiek, żeby zrozumieć, wiedzieć, zakończyć. Znaleźć odpowiedzi na wszystkie „Dlaczego?”. Może właśnie poprzez sztukę, bo tak jest się wtedy najbliżej siebie. Dla reszty, nas, śmiertelników pozostają „nocne Polaków rozmowy”, stos chusteczek niehigienicznie zużytych i nadzieja na Czas Leczący Przemijający. Amen.

 

Klub Złamanych Serc

„Nie histeryzuj!”

„Tylko bez dramy!”, „Przestań się tak  emocjonować!”, „Przesadzasz!”.

Drogie Panie! Czy słyszałyście któreś z powyższych, albo pochodne, kiedykolwiek od ważnego dla siebie mężczyzny?

Jeśli nie, to chylę warkocz przed Wami, jeśli tak to pewnie też pamiętacie, w jaki sposób to na Was podziałało. Jestem kobietą, jak ostatni raz sprawdzałam, a później dopiero psychologiem, i w takich momentach, które na szczęście zdarzają się rzadko, bardzo, zostaję nawiedzona przez demonicę Furię, no cóż..

Ale stało się tak, że to usłyszałam całkiem niedawno. Co prawda na Fejsbookostanie, na czacie. Siła rażenia nie była jednak mniejsza. Trudno jest tylko poczciwie się pokłócić, no bo jak? Zarzucę go emotikonami „rozhisteryzowanymi”? BĘDĘ PISAĆ DUŻYMI LITERAMI? Ooo, wtedy to ja mu pokażę te swoje emocje, hoho!

No ale stało się. Pokłóciłam się. Rozemocjonowane paluszki ledwo natrafiały na odpowiednie klawisze, a autocorrect tworzył nowopoezję znaczeniową. Pokazałam to co mnie bolało, co wkurzało, co uwierało niemiłosiernie. I co?

I usłyszałam tytułowe – „nie histeryzuj!”.

W kłóceniu się na czacie jedna rzecz jest naprawdę bardzo, bardzo pozytywna – można przytoczyć słowa i znaczenia i wytłumaczyć, jak paluszki nadążają, intencje za słowami. Powrót do słów pisanych działa też jak kubeł, niestety w tym wypadku uryny, na głowę wylany. I przychodzi oprzytomnienie. Perspektywa.

Po tym jak już się zwentylowałam, włączyłam skaner autoterapeutyczny:

Czy ja naprawdę tu dramatyzowałam, bez potrzeby, teatralnie?

Nie.

Czy miałam powody tak się poczuć?

Tak.

(Tutaj niestety dłuższa pauza była mi potrzebna, bo ławę przysięgłych musiałam powołać, pod postacią Głosu Rozsądku, Obiektywizacji Przyczyn, Poprawności Komunikacji).

Czy to był pierwszy raz, kiedy jego zachowanie w taki sposób mnie zraniło?

Nie.

Czy mówiłam o tym wcześniej w bardziej „cywilizowany” sposób (czyt. bez zbędnych emocji)?

Tak.

Czy nastąpiła zmiana o którą prosiłam, którą jasno i wyraźnie sygnalizowałam?

Nie.

Czy jest nadzieja, ech ta Matka Głupich i Naiwnych, że zmiana nastąpi?

Raczej nie.

Czy jestem w stanie iść na kompromis w tym właśnie, co jest dla mnie arcyważne?

Nie. Już nie.

Na pewno?

Taaak?

Serio, serio czy tylko trochę serio?

Serio (z westchnieniem i lękiem).

Czy ta relacja jest dla mnie ważna?

Cholernie.

Czy godzę się na takie traktowanie, mimo ocenianej wysoko ważności relacji?

Czas przeszły – godziłam. Chyba.

Czy jestem w stanie nie reagować emocjonalnie, nie „histeryzować”, odciąć ten kawałek siebie i pogodzić się z takim stanem rzeczy?

Nie.

Nie zgodziłam się w sobie na lobotomię osobowości, w zagrożeniu, że On zamilknie, odsunie się, przeczeka i jak już „Drama Queen” ostygnie, to znowu będzie miło i przyjemnie i wygodnie.

Nie zgadzam się na brak autentyczności w relacjach. W szczególności tych, które są dla mnie ważne, bardzo.

Położyłam siebie na wadze (hyh) – moja autentyczność i integralność vs. relacja z Nim. Zważyłam potencjalny ból, zawód i poharatane serce. Popatrzyłam na drugą szalkę – trwanie w częściowym kłamstwie siebie, chowanie emocji, tuptanie na paluszkach, żeby „był spokój” i relacja zafałszowana. Neee.

On jest dla mnie ważny, może najważniejszy – ja jednak, dla siebie, na dziś i zawsze, jestem ważniejsza.

Trochę będzie tak jak poniżej, ale to przecież mój świat na Nim się nie kończy, nie?

tumblr_mrrng9DJv91r6lg92o1_500
rys. by podeszczu

„Nie histeryzuj!”

Ex-, ja i social media

images

Kiedyś to było łatwo. Ludzie się rozstawali. Przestawali do siebie dzwonić. Najwyżej wpadło się gdzieś na Exa, albo Exę. Trochę przez moment kwadratowo, ale później już do przodu. Ale teraz z tymi mediami społecznościowymi oszaleć można!

Pół biedy jak polubownie. Ale jak ktoś od kogoś odchodzi, rzuca, to serce jednej strony krwawi i zaczyna się tango rozpamiętywania. I już byłoby może bliżej uleczenia, już może serce by tak juchą nie buchało, gdyby nie np. update exa na Facebooku, a jeszcze gorzej zdjęcie z jakąś nową love.

I tango od początku gra. I przyrzekasz sobie, że wykasujesz, zablokujesz i w ogóle wielkie „Won!” zastosujesz, kiedy człowiekiem w bardzo przecież delikatnym właśnie stanie jesteś i niestety ciekawość czysto masochistyczna wygrywa z rozsądkiem i radami mądrych ludzi. Które brzmią właśnie – bardzo rozsądnie:

„Męczyć się będziesz tylko. Rozstanie to rozstanie.”

„Oddychaj, a potem zrób dla siebie coś dobrego.”

„Kup sobie nowe buty. Zawsze pomaga.”

Inni, zaprawieni w bojach, optują za słodką zemstą podawaną w społecznościowych porcyjkach, jak kawałki zatrutego tortu: „Weź wrzuć zdjęcia z tego melanżu, najlepiej z jakimś superboyem, albo „samojebkę” tuż przed wyjściem na jakąś intelektualną imprezę. Albo focie z wyjazdu mocno koedukacyjnego na plaży, na basenie, przy barze”.

Jeszcze inni twierdzą, że posty z aśramu w Indiach, gdzie aktualnie przebywasz szukając siebie, będą dowodem na to, że na pewno się wznosisz ponad to co Ci on zrobił, albo ona, płeć przecież nie ma znaczenia.

Super. Rady zawsze pozostaną tym czym są, czyli kupą…śmieci, dla kogoś kto akurat jest w stanie bliskim psychotycznemu, bo tak boli i już. Odzywają się więc najgłębiej skrywane instynkty i z samobójczą ciekawością – bo to ty właśnie konasz w mękach, stając się superStalkerem, buszując po wszelkich możliwych portalach na których twój Ex gości, odkrywasz, co, gdzie i najgorsze z kim, robi. Każdy status, jak mały gwoździk w już i tak czołgającą się po żwirze samoocenę. Ale ty nie dajesz spokoju i dalej – może Instagram jeszcze Cię bardziej przekona, że cierpienie uszlachetnia. A już śledzenie nowej love, na pewno. Tia. Zapewne.

W życiu i w gabinecie doświadczam karuzeli płaczu, jęków i bólu codziennie właśnie przez cyberstalkowanie podawanych.

Social media rozstań nam nie ułatwiają. Ileż trzeba mieć samokontroli, żeby jednak nie zamienić się w Prześladowcę, który tak naprawdę prześladuje tylko siebie, zdzierając tylko zasychające strupki, gmera paluchem w ranach?

I po co?

Ex-, ja i social media

Była Miłość

images

 

Poczułam jak mnie ściska za gardło. Potem lodowatą ręką chwycił za kark. Wstałam powoli z fotela. „Oddychaj”. Jedyna komenda jaką byłam sobie w stanie wydać. I zimno, od tej lodowatej ręki. I wspomnienie przebiegło przez myśl. I złapał mnie w pasie. Nie mogłam rozłączyć jego palców na moim brzuchu. Jak pieprzone imadełka. I czułam jego oddech nad uchem. Przestałam się szarpać, imadełka zluzowały się. Wyrwałam się. Dobiegłam, już płacząc, do łazienki. Zatrzasnęłam drzwi. „Okej, już. Uspokój się.”. Powoli otwieram drzwi i idę w stronę łóżka. Powtarzam „Już dość, już dość”. Łzy same płyną. I jedno jego uderzenie rzuca mnie na półki z książkami. Osuwam się jak manekin. Twarz na klepce, umazana krwią. Z nosa, z rozciętej wargi. Chwyta mnie za włosy. Ciągnie. Wiem gdzie. Do lustra. Zdarte dłonie. Podnosi mnie siłą jak worek piasku. „Daj mi spokój..” szepcę. Trzyma mnie w tym lodowatometalowym uścisku. Nie umiem na siebie spojrzeć. Klamrą dłoni podnosi mi twarz. I sssyczy „Patrz”. I widzę siebie i jego. „Pan Nienawiść”, mówię szeptem.

– Wiesz kim jestem.

– Wiem.

– Dlaczego przede mną uciekałaś?

– Nie chcę cię tu.

– Ale jestem i nie pójdę.

–  Nie krzywdź mnie już tak, proszę.

– Sama się krzywdzisz.

– Mądry jesteś.

– Sama mnie stworzyłaś i poczułaś. Zamieniłaś moją siostrę na mnie. Pamiętasz?

– Miłość była.

– Była. Teraz jestem ja. Kurewsko mocny. Dziękuję.

– Spierdalaj.. – przytula się do mnie tylko – Nie, nie..Będę dopóki będziesz mnie czuła.. Jak w greckiej tragedii, dwie maski na tej samej głowie.

– Wolę twoją siostrę.

– Jej już nie ma. Wygoniłaś ją. Pamiętasz?

– Nie miałam wyjścia… – siedzimy na podłodze, oboje..- Co będzie po tobie? Pójdziesz sobie kiedyś?

– Przyjdzie nasza kuzynka, Obojętność.

– A później?

– Jej kuzynka, Zapomnienie.

– Kiedy?

– Nawet nie zauważysz.

– Można zapomnieć o Twojej siostrze, Miłości?

Uśmiechnął się tylko.

Skurwysyn.

 

Była Miłość

Komentarz do komentarza

Po komentarzach na fejsie w różnych miejscach do wpisiku o Dove poczułam się mnie więcej tak:

tumblr_ml90q3L1aa1ro74x3o1_r1_500
photo by Vito Mirr

czyli z lekka niezrozumiana chyba. Zamiast drążyć temat i masturbować się do niczego nie prowadzącymi miziankami intelektualnymi, napiszę krótko i w punktach.

  • reklama jest fajna i mi się podoba ( na pierwszy rzut oka), bo zwraca uwagę na Wszędobylskiego Wewnętrznego Krytyka, którego każde z nas, tak nawet panowie (pomimo pięknej parodii) ma
  • nie walczę z koncernem, bo sorry, ale to raczej walka mrówki z siadającą na nią dupą słonia
  • ageism, rasizm i dyskryminacja to czerstwa „buła” powszednia poprawności politycznej, ale coś na rzeczy jest i trochę Dove mimo swej czystości przekazu tym dla mnie śmierdzi
  • nie zgadzam się i zgadzać się nie będę na podsycanie stereotypów pt.”uroda” jest najważniejsza – zbyt wiele ofiar ten schemat społecznie pochłania. Spójrzmy na przemysł kosmetyczny, na kliniki chirurgii plastycznej. Ich przychody. Ich rozwój.
  • słyszę codziennie na kozetce (i poza nią) ludzi (tak, tak, bez – płciowo), którzy do kanonów piękna nie dorastają, bo takie geny w spadku po rodzinie dostali i mogą je poprawiać i afirmacjami codziennymi się krztusić aż do wymiotów, ale i tak pewne rzeczy pozostaną niezmienne. Akceptacja siebie na tle społeczeństwa nie jest łatwa. Dla niektórych niemalże niemożliwa.
  • dość mam patrzenia na to co kanony piękna robią z psyche i duszą (oho, już słyszę nadciągający Armageddonik mścicieli) niektórych, a może większości!!!
  • dość mam wersji przeglądania się w oczach innych, jakbyśmy potrzebowali walidacji swojego istnienia poprzez akceptację zewnętrzną.
  • warunkowanie ewolucyjne odebraliśmy w DNA. Zawsze tak było. Natury się nie da zmienić. Tylko czy aby na pewno??? Mówią mi niektórzy (transhumaniści, żeby nie było), że przedefiniować pewne wartości trzeba, to jak postrzegamy siebie, jako istoty biologiczne przede wszystkim. Wierzę im. Nie wiem jak to zrobić. Ale wiem, jak tego NIE robić – ano poprzez wzmacnianie człowieka ssaczego i jego poglądu na siebie jako takowego, który miotany jest swoimi instynktami tylko (Dziadek Freud już coś mamrotał na ten temat, nie wspomnę o wcześniejurodzonych gonzach filozofii).
  •  niektórym może pasować patrzenie na siebie tylko przez pryzmat wyglądu, i na tym swoją energię życiową skupiają i hedonistycznie sobie żeglują na powierzchni życia i świadomości siebie – jak im pasuje, to spoko, mnie nie.
  • możemy sobie papkę medialną serwować i się bezrefleksyjnie zachwycać, że cos tam Unilever zobaczył i agencja się posłuchała i taką nowatorską reklamę zrobiła. Możemy. Tylko po co? #bitchpliz  Reklama ma przynieść pieniążek. I tyle. I może połechtać tych, którzy chcą zmiany. Niespecjalnie się czuję łechtana.

To tak z mankietu kilka wniosków mi na klawiaturę spadło.

No dobra, może mi się trochę ulało. Ale to nie nienawiść Psze Państwa, myślę, ba, marzę, że urealnienie słodkopierdzącego trendu medialnego.

Ale co ja tam wiem..

Komentarz do komentarza

„Krwawię..

…naprawdę, patrz..”.

Patrzę. I uśmiechamy się do siebie. Tym uśmiechem, co rozumie. I wcale nie jest wesoły.

„Znowu”.

„Wiem. Boli?” – głupio pytam. Ona wie, że głupio pytam, tak z przyzwoitości trochę. -” Tak, ale nie bardziej niż zwykle.” Twarz przykrywa dłońmi. Prawie widzę krew lecącą.

„Powiedz mi coś, żeby nie bołało, zaklęcie jakieś..”

„Nie znam żadnych.”

„Znasz na pewno..Przecież jesteś czarownicą..tą dobrą..”. I krew, ta metaforyczna, jakaś bardziej przezroczysta się robi, bo rozwodniona, przez łzy. Jej. I żałuję, że nie znam.

„A gdybym była, to naprawdę byś chciała, żebym Ci ten ból zabrała?”

Wbija się we mnie wzrokiem jak nożem. I głębiej jeszcze. Po dziurki w duszy. I widzę nienawiść prawie, potem spokój nagle, nie wyrachowany, prawdziwy.

„Nie. Masz rację, nie. Ale obiecaj mi, że przejdzie..ten ból”

„Obiecuję” – mówię, chociaż nie powinnam. „Ale co to dla Ciebie znaczy, że Ci obiecam?”

„Och, przestań mi tu shrinkowac!!” – zrywa się z kozetki i staje tyłem do mnie, głowę o fioletową tapetę opiera. „Bo wtedy będę wiedziec, że wiesz co czuję..”

„Usiądziesz?”

Siada. „Przepraszam. Boli..”

Wiem, że boli. Bo nie może nie boleć. I kolejna rana. Kolejny ktoś wjechał Ci w życie. Rozjechał je mało subtelnie. Pamiętam, co mi mówiłaś.

Bo najpierw jest tak, że te rany zabliźnione, te siniaki, blizny, potłuczenia sobie pokazywaliście. Te, przez innych zadane. Z poprzednich relacji, z kryzysów, z upadków. Teraz z nadzieją, że to już może raz ostatni. I była fascynacja. Tą nadzieją chyba. Że może tak, teraz, już będzie dobrze. Że ten drugi zobaczy, dotknie i nie odwróci głowy. Nie odwrócił. Patrzył. Dotykał. Nie odwrócił z obrzydzeniem czy z oburzeniem głowy. Palcami delikatnie dotykał tych ludzkich części Ciebie. Całował stwardnienia doświadczeń. Pokazał Ci swoje. I było dobrze. Tak dobrze. Tak jak marzyłaś.

A potem nagle, nie wiedziałaś skąd. Cios, chociaż nie, najpierw szturchnięcie. Już wtedy powinnaś się wycofac. Ale wciąż myślałaś: „Ale on mnie widział. Mnie. Ze wszystkim. I było dobrze”.

Nie. Nie bylo. Było uderzenie. Jedno, potem drugie..

Następna rana. Na razie ropieje, bo grzebiesz w niej, zdzierasz strupek powoli zasychający.

I teraz krwawisz. Boli.

I chcę Ci powiedziec, i mówię „Już dobrze, dobrze już..”. Ale wiem, że nie usłyszysz, jeszcze nie teraz..

 

imagesCAK3QCGI

„Krwawię..