Wszystko przez Jacka

Ze wstydem nie wchodziłam na stronę bloga ostatnio. Tyle czasu od kiedy napisałam ostatni raz, a ludzie wchodzą, czytają, co odważniejsi komentują.. Wstyd, pani, czysty wstyd. Wstydzę się więc i debatuję. Jak to się stało?

Ano lato się stało, tyle rzeczy do zrobienia, ludzi do spotkania, miejsc do pojechania. Sprawdzam wcześniejsze „lata atmosferyczne” i co? Ano pisałam, nawet całkiem często. Nawet z pobytów gdzieśtam.

Krasy rumieniec z wolna zalewa mi lico.

Ej, no, myślę sobie do siebie, ale te nowe projekty? Ha? No dobrze, w wersji roboczej, ale czasopochłaniacze. No i przecież pracowałam prawie w pełnym wymiarze psychoterapeutycznym. To mało? No i jest zwycięska konkluzja – nie miałam czasu!

Wena moja, skonfrontowana też przez kolegę terapeutę, kiedy to sobie o „twórczościach” naszych rozmaitych fejsbukowaliśmy, ze złośliwym uśmieszkiem, szepce, wzgardliwie oczywiście: „Czasu bidulko nie miałaś? Ojej..”.

Chciałam sobie uwierzyć, tak bardzo. Bo to przecież fakty faktyczne a nie fantazje. Ale wymówkami zacuchnęło. Ojoj. Swąd się rozszedł, aż głowę odwracałam, tylko jak tu od siebie się odwrócić, no jak?

Czerwona już jak cegła, nie z przyczyn seksualnych bynajmniej, przyznałam się przed sobą, że to wszystko kłamstwa wierutne, że klasyczną, pospolitą „ściemę” sobie uprawiałam i osiągnęłam poziom hard Masterki Prokrastynatorki.

Wzdechnęłam sobie głęboko, aż się zakrztusiłam. Jak ja tego, na Jezuska z Brodą, nie zauważyłam? Jak ta prawda niepyszna mnie tak skrzętnie (po złości pewnie) omijała?

I już wyraźnie mi się pokazało, jak to czasem po prostu „nie widać”. Nie widzimy, bo nie możemy, przez sieci schemacików przez umysły utkanych, takich prawd zwykłych o sobie. Jak to w wymówki wierzyć wolimy, bo, yeny, no wygodnie przecież. Rzeczy ważne odpuszczamy. Na „bardziej odpowiedni czas” odkładamy. Sami sobie pod sobą dołki kłamstwami wykopujemy.

A na dodatek, kolega Jacek, a niech mu będzie z nazwiska, Gientka, podzielił się swoim wytworem wierszowanym, który poniżej przytaczam. Obśmiałam w głos, a potem w milczenie wstydliwe wymówko- kłamstwek zapadłam.

 

Kuopciuszek

Za kilkoma rzekami, miastami i górami

(Nie bądźmy przesadnie szczegółowi,

Bo po co komu takie fakty, prawda?)

Żyła biedna dziewczynka – Kuopciuszek.

 

Właściwie to wszystko jedno, czy była

Dziewczynką czy chłopczykiem, czy może…

A, nieważne, nie czas na dygresje.

Żyła sobie i już. To jest sedno. Żyła.

 

Miała macochę. Biednemu Kuopciuszkowi zmarła matka,

A ojciec chciał, żeby dziecko wychowywało się

Biorąc wzór nie tylko z niego, ale i z mądrej kobiety,

Którą widziałoby na co dzień (właśnie tak to się pisze).

 

Myślicie, że wiecie co było dalej?

Że macocha i jej córki stosowały przemoc,

Którą właściwie należałoby nazwać mobbingiem,

Ze względu na rzekomo pracujący los dziewczyny?

 

Macocha była dobrą kobietą, siostry znosiły

Wszystkie smutki biednego Kuopciuszka.

Nawet, gdy mówiła, że nikt jej nie szanuje,

Że wszyscy się z niej śmieją, bo brzydka czy coś.

 

Gdy ktoś powiedział: podnieś łyżkę z podłogi,

Płakała, że znów się nią wysługują.

Gdy ktoś nie dosłyszał, co właśnie mówiła,

Płakała w poduszkę, że znów ją lekceważą.

 

Zdarzało się, że jakiś przystojny pan,

Albo taki, który tylko tak myślał, naiwniak,

Pochwalił jej oczy, usta czy cerę, a ona

Uciekała myśląc: znów czegoś ode mnie chce.

 

W sobotę ojciec (który był wielkim królem,

Nie mówiłem? Widocznie zapomniałem)

Zorganizował wielki bal, żeby wszyscy

W całym królestwie dobrze się zabawili.

 

Siostry szybko się umalowały i ubrały,

Żeby ustawić się w kolejce do co ładniejszych

Kawalerów albo tych, co po zdjęciu obrączki

Raz w tygodniu wybierali się, żeby pohulać.

 

A biedny Kuopciuszek? Siadła w kącie kuchni,

Zapłakała rzewnymi łzami, smutna jak skrzypce,

Że znów o niej zapomnieli, że nikt jej nie kocha,

Że niepotrzebnie się urodziła i chce umrzeć.

 

Nagle pojawiła się wróżka.

Spojrzała dobrotliwie

Na biednego Kopciuszka, dała mu kopa

W dupę i powiedziała: „Nie marudź. Weź się wreszcie za swoje życie”.

 

Koniec. Zasłona. Milczenie. Dobranoc.

Wszystko przez Jacka

Odwaga

To jak to jest z tym mówieniem „tak” życiu?

To jak to jest z wychodzeniem ze skorupki przyzwyczajeń?

To jak to jest z tym „Just do it”?

To jak to jest z tymi marzeniami, tymi które siedzą tak głęboko, że nawet się samemu o nich nie wie? Nie, korekta, wie, ale nie chce się marzyc, bo przecież JAK TO? Te marzenia, tak splątane z lękami, że nawet nie można ich odróżnic w tej plątaninie ich nóg, odnóg, rąk, kończyn? Te marzenia, o których się myśli tuż przed snem, zasypiając z gorzko – słodkim uśmiechem i westchnieniem cudu?

To jak to jest, kiedy ktoś z nienacka się pojawia w życiu, który okazuje się byc tym elementem dopełniającym wizję spełnienia? Przerażam się bardziej? Czy staję, mówiąc „Zróbmy To”?

A jak się spełni? To niespełnialne???

A jak chcę latac, a nie mam skrzydeł, to co? Czekac, aż może same wyrosną, czy i tak z rozbiegu i wiarą skoczyc, tym razem w niewiadomą zupełnie? Skoczyc po niespełnialne? I może wtedy skrzydła same wyrosną? A może już je mam, tylko nie używam?

I tak siedzę, ze stópkami zwieszonymi nad krawędzią, bo nierzeczywiste, nieprawdopodobne, wymarzone może stac się prawdą.

 

beznazwy

 

Odwaga

Moje prawdziwe ja – wystąp!!!

Mejla dostałam od mojej byłej klientki. I takiego fajnego, że ma się dobrze i walczy z tymi swoimi schematami, dzien w dzień i sie odważa byc sobą i intuicji się słucha, której głos w sobie odnalazła. No przepiękny po prostu! Się wzruszyłam, bo nieczęsto dostaję takie apdejty, bo jak jest dobrze to jest dobrze, i po co paluchy na klawiaturze forsowac? A jak jest źle, no to wiadomo..I tak sobie myślałam o niej. Taka piękna i inteligentna kobieta i tyle w życiu przeszła i teraz odważa się byc sobą, dociera do siebie, i już się nie boi. No normalnie bym taniec radości zatańczyła, ale recepcja może się na mnie krzywo popatrzec i przyjadą panowie na sygnale z fajnym wdziankiem z długimi rękawami..

I sobie myślę, co jest takiego, że tak się siebie, własnych ja boimy??? Co takiego strasznego pod maskami ukrywamy??

 

 

Gabinet:

Spotkanie z S. to prawdziwa przygoda intelektualna. Ja nie ukrywam już czasem, że nie nadążam za metaforami, aksjomatami i innymi resentymentami z jakimi młodzieniec przychodzi. No fantastyczny mózg, pozazdrościc, bo wiek bardzo młody (no dobrze, dla mnie wszyscy są młodzi, stare są tylko dinozaury). Paleta emocjonalna też niczego sobie. Wrażliwiec. Potencjał ogromny, czasem wykorzystywany. Ale….

„Izaaaa!! Ja już nie mogę! Dlaczego ja tego nie umiem??  I wiem, przecież jak to zrobic. Bo mi zawsze tłumaczysz, że robię to tu z tobą, więc dlaczego nie tam??!!! Dlaczego z innymi zawsze ale to przezawsze robię to samo? Nie wiem jak to robic z innymi!! Przecież to nie może byc jakoś trudne, tak?? Wszyscy chyba to robią wokół, tylko nie ja!!”.

I nie wiem o czym twoja głowa, pomyślała, ale wyrwij sobie te włochate pomysły z umysłu, bo my tutaj o otwartości rozmawiamy. Bo tak jest. Ileż person sobie należy stworzyc, ileż ról zagrac, żeby przetrwac, nie? Dobry: syn, mąż, ojciec, przyjaciel, kumpel od wódeczki, szef, pracownik. Albo w kontrze właśnie, jeśli na definicji zła, imażżż się opiera. Taka Ciocia Samo Zło – co to historii melanżowych więcej niż porów w skórze. Ale wiem, że szaleję trochę dla przykładu po ekstremach. A rzeczywistośc mieszka gdzieś pośrodku pewnie. Ta maska jakoś kiedyś założona tak pasuje, że jak ją czas zdjąc na chwilę, to trzeba żyletką wyrzynac, a jak już zejdzie razem z brwiami i naskórkiem, to buźka dla siebie nawet niemożliwa do rozpoznania. Patrzę w lustro, a to kto??? „Yyyyy – miło Panią poznac??? Chyba??”. Po chwili dopiero dochodzi do neuronów lustrzanych, że to ja, prawdziwa, prawdziwy. I wykrzywiam się z niesmakiem może. Odwracam oczy trochę ze wstydem. Garbię się w lęku. Bo co będzie jak ktoś zobaczy, tą prawdziwą mnie?? Tego mnie autentycznego?? I niby co miałby zobaczyc? Co takiego strasznego tam skrywasz? Zranienia się boisz? Odrzucenia? Wyśmiania? Czyli co, teraz wygodniej się żyje? W kłamstwie wobec siebie? Łatwiej jest pamiętac tekst do każdej roli, którą grasz?? A nie pomyli ci się? A jak zaycytujesz siebie z innej bajki to co oni, twoja mityczna publicznośc, pomyśli? A jakbyś po prostu był. Otworzył się. Autentycznie pozwoliła sobie na pokazanie prawdziwych emocji. I może jakiegoś fakapu, słabości – co wtedy?? Koniec świata jakiego znasz?? No tak, przecież mamy 2012…

Potem się skarżysz, że nikt cię nie zna, och wiem…Albo patrzą tylko na twoją fasadę, to co im pokazujesz – no tak, o etykietowaniu było wpis wcześniej. Ale czy gdzieś tym własnym etykietom nie jesteśmy sami sobie winni czasem? A jak już nie chcę imażu pokazywac, tylko prawdziwą siebie, to co wtedy? Kto mi uwierzy?

I przypomina się słynny eksperyment pana Rosenhana sprzed lat. Pan R. posłał do psychiatryków 8 woluntariuszy, którzy mieli udawac jakieś zaburzenie gdzie po diagnozie mogliby się nadac się do natychmiastowej hospitalizacji. Wszyscy byli przyjęci – co chyba nie jest poziomem hard. Ale potem ci biedni ludzie, już w środku mieli przestac udawac, i przyznac się, że są częścią eksperymentu i są całkiem zdrowi. I co? Detali i tłumaczenia pana Rosenhana oszczędzę. Niektórzy spędzili w szpitalach kilka długich miesięcy. Na oddziałach zamkniętych. Komu się wierzy?

Udawanie to pikuś, odważenie się na bycie autentycznym to poziom hard. Odważysz się???

Moje prawdziwe ja – wystąp!!!