Cisza brzmi dobrze

Na zakończenie pewnego arcyważnego etapu w swoim życiu niedawno, dostałam prezent pod postacią zaproszenia na występ Grigorija Sokołowa w warszawskiej Filharmonii. Ucieszyłam się jak szalona, bo tak jak w latach nastoletnich bywałam tam często, tak później jakoś się rozdrobniłam na inne hobby. I to jeszcze Sokołow! Ech no!

Jak miło było patrzeć na ludzi z tabliczkami „Kupię bilet” i „Help! I need 1 ticket!” – serio! W czasach ogólnego powiedzmy sobie dobrobytu i wszechdostępności, zapachniało reglamentacją kultury jak w starych niezbyt dobrych czasach!

Pierwsza połowa to zazwyczaj trochę jak gra wstępna, jest miło, przyjemność się rozlewa po ciele, kuszenie coraz większe, ale chce się tego głównego dania. Nie inaczej. Po antrakcie miał być Szopen z nokturnami. No niby znane, ubóstwiane ale tak jakoś może właśnie tego „znania” się obawiałam, znowu, trochę jak w związku wieloletnim, seks jest fajny, bo zna się wszystkie nuty na ciele, ale też może nie być jakoś szczególnie zaskakujący. Ale tym razem, tak jak w seksie bywa, zaskoczyłam się, tak bardzo, bardzo…

Byłam tak dotknięta tym okrutnym pięknem, same łzy mi płynęły po twarzy i wcale nie miałam ochoty ich ukrywać. Stary Mistrz rozebrał mi duszę na cząstki, pokawałkował emocje i doprowadził do drżenia każdej komórki ciała. Bisował Siedem Razy!

I już pewnie możnaby ukłuć średniolotną metaforę, że to właśnie tak jak w seksie czasem, że takie zaskoczenie, mimo znanego materiału, że przecież tyle razy już, ale nie. Nie o to tu.

Zachwyciłam się ciszą.

I wiadomo przecież, że ta dychotomia tworzy muzykę. Taniec między ciszą a dźwiękiem. Ja też to wiedziałam. Ale najwyraźniej nie przeżyłam jej naprawdę.

Na sali wraz z kilkoma setkami ludzi usłyszałam, pierwszy raz tak wyraźnie, ciszę. Między nutami, między frazami, między tonami. I w tej ciszy, kiedy jeden dźwięk przechodził w drugi i następny, płynęły emocje i tworzyły historie w ciele. Ale opowieści bez słów, tylko  wspólne nam przeżycia, straty, żalu, żałoby, melancholii. Wszystkie bez wyjątku, absolutnie piękne. Przez ciszę, która brzmiała.

Noszę tę ciszę w sobie. Zauważam ją w tych momentach kiedy się pojawia. Między wypowiedzianymi słowami. Między „robionymi” czynnościami. Między oddechami. I między myślami. Tam odpoczywam, tam kontaktuje się z doświadczeniem siebie. Tam jestem naprawdę. Nie w wymawianych słowach. Nie w „myślanych” myślach. Nie w „robionych” rzeczach. Tam. Jestem.

I takiego bycia życzę na ten rok. Znajdowania momentów takiej ciszy.

Cisza brzmi dobrze.

2015-12-06 21.27.33

(fot: własna; przed kolejnym bisem)

Cisza brzmi dobrze

Żałoba po

Ile trwa żałoba po związku, relacji, kimś Najważniejszym, który żyje i ma się dobrze?

Z jakichś przyczyn wiele osób podaje 2 lata. Hmm, aż tyle, myślę sobie? Ale tyleż zmiennych trzeba wziąć pod uwagę – jak długo, jak głęboko, platonicznie czy nie, dziki seks czy czasem wanilia, jak wiele łączyło, czy są dzieci, czy jeszcze trzeba hordami znajomych się podzielić, czy intymnie, czy powierzchownie, czy inspirująco, czy z lęku, czy z przymusu już? Może 2 to czasem za mało..

A może inna szkoła, matematyczna bardziej – żałoba trwa połowę trwania związku, a potem wolność..No, to mocne – czyli jak byłam z kimś 15 lat, to teraz 7,5 lamentu i chodzenia w czerni?? Wysoka cena życiowa..

Tak jakoś z doświadczenia, i gabinetowego i życiowego, myślę, że żałoba trwa tyle, ile ma trwać. Po co siebie w te ramki, suwmiarki, zegarki na siłę pchać, skoro i tak, tak mało kontroli nad tym wszystkim mamy – dowód? Miłość Wielka Na Całe Życie miała być – i co?

Tyle ile mi potrzeba za kółkiem żałoby będę jechać i czasem zawracać. Bo długa droga może mnie czekać i wcale nie taka prosta, jak mówią. I może się nawet w niej pogubię czasem.

Minę Zaprzeczenie – nie wierzyć będę chciała, że to koniec już, że On już tam gdzie indziej wybrał.

W Gniewie i Złości przystanki sobie zrobię, jak już uwierzę, bo zobaczę jego z nią razem albo nie, jak nie w życiu, to w wirtualnej dokumentacji życia .

Potem dojadę do Negocjacji samej ze sobą, że ok, no było i się skończyło, i nie wróci, a może wróci, ale może jak zrobię to, to on…

Nie On już nic nie zrobi…

I w czapce Depresji, jak już wszystkie opcje negocjacyjne wyczerpię, posiedzę. W ciemność się przyozdobię, przecież do twarzy mi w czarnym, będę się trochę oszukiwać. Uspokoję się. Z klaustrofobii emocji się zacznę leczyć. I znajdę miejsce w Przebaczeniu. W proszeniu o nie, jeśli trzeba, ale i też sobie go udzielę, żebym w końcu do Akceptacji mogła dojechać. Akceptacji tego co widać nieuniknione. Niech tak będzie. Niech się stanie.

Potem już tylko dobre postaram się pamiętać. I taki magnes na lodówce powieszę:

tumblr_mz3wtnlgZe1rdbzymo1_500

A może inaczej teraz wszystko zrobię?

Żałoba po

Jestem ofiarą, jestem katem

Ostatnio po gabinetach hulało mi słowo „przebaczenie”. Jakoś tak się stało. Dużo się o nim mówiło. Ktoś przebaczył swojemu katowi z dzieciństwa, a ja znowu o mało terapeutańca radości nie odtańczyłam. Ktoś inny dowiedział się, że mu przebaczono i łzom wycierania nie było końca. W pewnym małżeństwie też grzech wielki odpuszczono, i znowu po pudełko chusteczek pobiec musiałam, bo się skończyły. Tak było.

Bo jak mocno dotyka ten brak przebaczenia za zbrodnie mniejsze i większe na sobie popełnione? Co robię gdy ktoś mnie zranił, do szpiku? Co jeśli jako dzieciak byłam bita, albo molestowana? Co, gdy byłam zdradzana? A gdy to ja zdradzałam? Co, kiedy słyszę słowa o sobie jadem podszyte, albo gorzej jeszcze, obojętnością? Co jeśli ktoś coś za moimi plecami zrobił? Co jeśli..?

Gniewam się, wściekam, złoszczę, urazę chowam. Tak. Mam do tego prawo. Ktoś mnie skrzywdził. Głębiej albo płycej. I to boli. I to ma boleć. I czasem skaza traumy na całe życie zostaje. I nawet, kiedy już się jakoś uporałam, i jakoś funkcjonuję to ciągle pamiętam.

Ale złość, gniew i ból wwierca się w skórę duszy jak kleszcz. Infekuje teraźniejszość. Coś się kiedyś stało, a ja wciąż emocjonalnie tkwię w tym samym miejscu, nie pozwalając sobie na przebaczenie. Siedzę z tą raną swoją i dłubie w niej paluchem jak się trochę zasklepi. Strupek sobie odrywam. Z blizną się obnoszę. A w środku ciągle te same emocje. Mam obiekt nienawiści. Powydzieram się w duchu na niego, albo na kogoś podobnego, aby te emocje jakoś wyrzucic. Bo tak nie może być przecież nieukarany! Musi zapłacić za to co zrobił!!

I tak minęło wczoraj. Mija dzisiaj. Minie pewnie też jutro. Ja wciąż z głową w moim bólu i pokrzywdzeniu. Jak kierowca ciągle we wsteczne lusterko spoglądający, nie widzi co przed nim, ale jedzie tak w teraźniejszość.

I tak z ofiary staję się swoim własnym katem. Niszczę siebie.

Z przebaczeniem komuś, przychodzi też po cichu, współczucie dla siebie, ale prawdziwe, bo ze świadomością i zrozumieniem. „Tak zraniono cię, tak cierpiałaś, tak bolało.” I jakby lżej. I przystaję. I wyciągam rękę do siebie. I do niego też. I przestaję być ofiarą kogoś i katem siebie. I już lepiej się skupiam na drodze codzienności. Nie, nie zapomniałam. Pamiętam. Przebaczenie nie zmieni przeszłości, zmienia za to moje teraz i moje jutro.

Trudne słowo.

images

Jestem ofiarą, jestem katem