Najlepszy prezent na świecie

Życie nie rozpieszcza czasem. Daje po twarzy z plaskacza wysuwając w kaprawym uśmieszku z satysfakcją swoje dziurawe trzonówki. Znasz to, nie? (Jak nie, to ja się cieszę z Tobą bardzo). Chichra się jeszcze pod nosem z wystającymi zeń włochami. Tak ma.  Ponad trzydzieści lat temu przestałam się temu dziwić. Taka natura rzeczy.

Tak się jakoś zadziało, że mnie na pojedynek wyzwało kilka miesięcy temu. Życie. Zrzucałam zbroję i mądrości karabiny wielokrotnie. Białą flagę wyciągałam zza stanika. Poddawałam się na wszystkich frontach. A ono szydząc jeszcze, podawało mi parchawą łapę skrzecząc „Dawaj Mała, o co tam! Słabiaczku! Stawaj..”. I wstawałam. Jak wańka-wstańka chybotałam się na boki. A ono z prawego sierpowego wybijało mi z głowy nadzieję na lepsze jutro, czy choćby cywilizowaną godzinę spokoju. Tak ma. Przynajmniej moje. Życie.

I w głowie mojej te myśli, i rzeczywistość zewnętrzna poleczkę sobie tańczyły, a ja? Trwałam. Do sensu tego wszystkiego dodrapac się próbowałam. Ale pewnego pięknego popołudnia zdałam sobie sprawę, że nie ma. Nie ma sensu sensu szukać, bo go nie znajdę. Tak jest. I już. I tylko liczyć to co mam mi zostało, okej, no niewiele może. Ale liczyć zaczęłam.

Małe błogosławieństwa. Małe cuda. Małe przyjemności. Małe i wielkie rozmowy z wielkimi dla mnie ludźmi. Małe wiadomości dla mnie przeznaczone. Mikroesemesy ku radości wysłane. Wszystko w tabelkach exela zapisywałam – no dobra, mentalnych tylko, ale zawsze. I wyłoniła mi się prawda najbardziej oczywista z oczywistych. Tadam!!

Dużo prezentów dostałam. (Pewnie nawet od Ciebie, czytającego, serio, nawet tego nie wiesz). I ten najlepszy na świecie Król Prezentów – Czas i Uwaga!

Pakiecik mistrzowski.

Swój czas dając innym, dajesz to co najlepsze, najdroższe, bo bez ceny, bo bezzwrotne przecież. Jak z uważnością słuchasz kogoś, to wchodzisz w Jego świat, w Jego piękno i brzydotę też. I jesteś w nim i może czasem ciemność się rozjaśnia, a ciężar lżejszy nieco. I tak miałam. Tak dostałam – najlepszy prezent na świecie. Zwielokrotniony.

Nawet nie wiesz czasem, że dajesz. Nie ma sprawy. Dziękuję i tak. Keep on giving.

A jak nie dajesz, to zacznij. Satysfakcja osób biorących – gwarantowana.

Ja staram się, i powiem.. it feels fucking wonderful.

 

Najlepszy prezent na świecie

„Krwawię..

…naprawdę, patrz..”.

Patrzę. I uśmiechamy się do siebie. Tym uśmiechem, co rozumie. I wcale nie jest wesoły.

„Znowu”.

„Wiem. Boli?” – głupio pytam. Ona wie, że głupio pytam, tak z przyzwoitości trochę. -” Tak, ale nie bardziej niż zwykle.” Twarz przykrywa dłońmi. Prawie widzę krew lecącą.

„Powiedz mi coś, żeby nie bołało, zaklęcie jakieś..”

„Nie znam żadnych.”

„Znasz na pewno..Przecież jesteś czarownicą..tą dobrą..”. I krew, ta metaforyczna, jakaś bardziej przezroczysta się robi, bo rozwodniona, przez łzy. Jej. I żałuję, że nie znam.

„A gdybym była, to naprawdę byś chciała, żebym Ci ten ból zabrała?”

Wbija się we mnie wzrokiem jak nożem. I głębiej jeszcze. Po dziurki w duszy. I widzę nienawiść prawie, potem spokój nagle, nie wyrachowany, prawdziwy.

„Nie. Masz rację, nie. Ale obiecaj mi, że przejdzie..ten ból”

„Obiecuję” – mówię, chociaż nie powinnam. „Ale co to dla Ciebie znaczy, że Ci obiecam?”

„Och, przestań mi tu shrinkowac!!” – zrywa się z kozetki i staje tyłem do mnie, głowę o fioletową tapetę opiera. „Bo wtedy będę wiedziec, że wiesz co czuję..”

„Usiądziesz?”

Siada. „Przepraszam. Boli..”

Wiem, że boli. Bo nie może nie boleć. I kolejna rana. Kolejny ktoś wjechał Ci w życie. Rozjechał je mało subtelnie. Pamiętam, co mi mówiłaś.

Bo najpierw jest tak, że te rany zabliźnione, te siniaki, blizny, potłuczenia sobie pokazywaliście. Te, przez innych zadane. Z poprzednich relacji, z kryzysów, z upadków. Teraz z nadzieją, że to już może raz ostatni. I była fascynacja. Tą nadzieją chyba. Że może tak, teraz, już będzie dobrze. Że ten drugi zobaczy, dotknie i nie odwróci głowy. Nie odwrócił. Patrzył. Dotykał. Nie odwrócił z obrzydzeniem czy z oburzeniem głowy. Palcami delikatnie dotykał tych ludzkich części Ciebie. Całował stwardnienia doświadczeń. Pokazał Ci swoje. I było dobrze. Tak dobrze. Tak jak marzyłaś.

A potem nagle, nie wiedziałaś skąd. Cios, chociaż nie, najpierw szturchnięcie. Już wtedy powinnaś się wycofac. Ale wciąż myślałaś: „Ale on mnie widział. Mnie. Ze wszystkim. I było dobrze”.

Nie. Nie bylo. Było uderzenie. Jedno, potem drugie..

Następna rana. Na razie ropieje, bo grzebiesz w niej, zdzierasz strupek powoli zasychający.

I teraz krwawisz. Boli.

I chcę Ci powiedziec, i mówię „Już dobrze, dobrze już..”. Ale wiem, że nie usłyszysz, jeszcze nie teraz..

 

imagesCAK3QCGI

„Krwawię..

Brzydula

imagesCA7ULHRE

Gabinet.

Zawsze siada tak pięknie, z gracją i delikatnością. Zawsze z tym uśmiechem uśmiechniętym. Nikt by nie zgadł, że tak mocno walczy z depresją, taką moc odbierającą. I już zwycięża. Już jest dobrze. Lepiej.

„Mam zdjęcia”, mówi mi z ledwodostrzegalnym rumieńcem na twarzy. Wyjmuje album opasły przeszłością. Pytam wzrokiem czy mogę. Otwieram trochę jak białego kruka, bo przecież takim jest – niesie życie utrwalone na papierze. Jej ważne momenty. Jej tożsamośc liczoną obrazami.

„Pamiętam pani minę nieodowierzenia ostatnio, kiedy powiedziałam, że wszyscy uważali mnie za brzydką i nawet trochę prześladowana byłam, niepasująca. No to jest potwierdzenie..”.

Ta moja twarz elastyczno-plastyczna zgubi mnie kiedyś w tej pracy, myślę sobie, za to reagowanie, w 1-osobowym piekle złych psychoterapeutów wyląduję, ech..Otwieram album. Ona opowiada mi o kilku zdjęciach: „tu z siostrą, prawda, że śliczna?”, „tu komunia, ja w sukience, ależ się wtedy wstydziłam”, „tu koniec podstawówki”, „a tu już liceum, z moją przyjaciółką, zawsze się czułam jak brzydkie kaczątko przy niej..”. A moje oczy okrąglutkie, obietnica „niereagowania twarzą” w pył się zamieniła. Kręcę głową i nie wierzę. Idę przez młode życie tej ślicznej dziewczynki a potem młodej kobiety.. Zupełnie nie pasującej do reszty – wysoka, niezwykle szczupła z twarzą tak fotogeniczną, tyle umiejąca wyrazic! Zjawiskowa!

I tak, to był jej jedyny „grzech”. Różniła się od swoich rówieśników, nie pasowała do standardów społeczności małego miasteczka, do kanonów urody Polski lat 90. I została oznaczona. Wmawiano jej brzydotę. Porównywano do siostry, która już trochę bliższa tym standardom była. I dorastała wstydząc się siebie i swojego ciała!

Wkurwiam się na to strasznie! Jak rażące są te słowa w dzieciństwie wypowiadane przez ważnych innych! Jak stają się prawdą, dla tych którzy je słyszą i ocenic nie umieją! Jak oni później muszą życ z tymi stygmatami przez innych zadanymi! Jak te rany krwawią, czasem przez całe życie! Jak niepotrzebne to!

Łzy mi same po twarzy lecą…Czasu nie mogę zawrócic dla niej i dla innych…Może tylko lustrem będę, żeby już jako dorośli mogli się przejrzec, w prawdzie już, nie w kłamstwach schematów..

Bądźcie uważni na swoje słowa do innych kierowane, proszę..

Zostają na długo. Na zawsze czasem.

Brzydula

Róża bez płatków

imagesCAIPFQ0F

„Wie pani, bez przebaczenia. Nie pamiętam, żebym była dziewczynką. Oni mnie tak nie traktowali. Nawet na komunię, w wałkach tych drucianych siedziałam, a włosy i tak za ciężkie, loków nie było. Nie pamiętam też, żeby mnie ktoś przytulał. Mnie? No nie. Po co? Kolczuch taki..Potem było tylko gorzej. Cycki mi szybko urosły. Matka tylko mi stanik swój rzuciła „Masz, noś.” Czy mi powiedzieli o sexie? O miłości? Nie, ja tylko słyszałam w nocy jak się bzykają. Jak byłam mała to zatykałam uszy. Później już nie. Po co? (…) Jak mi się ktoś podobał, to odwracałam głowę. Po co? I tak nie zauważy. I tak przejdzie obok. Nie chciałam. Odrzucenie znowu i znowu? Po co? Tak się w siebie zapadłam, wycofałam. A tylko chciałam, żeby mnie ktoś zuważył, żeby mi ktoś powiedział, że jestem piękna. Nawet jakby kłamał, to bym uwierzyła. Kolczuch nie jest wybredny. Kolczuch weźmie wszystko. Jestem takim kaktusem, takim kwiatkiem bez płatków. Żyje toto, ale po co?”

Siedzi tak wciśnięta w róg sofy, opowiadając mi o swojej kobiecości. Kiedy opisuje siebie, swoją fizycznośc, to jak się widzi, patrzę na jej ciało, na twarz. I widzę śliczne dłonie, proporcjonalną sylwetkę, wielkie brązowe oczy, chmurę czarnych jak węgiel włosów. Czy jest tak brzydka, jak o sobie mówi? Czy tak niewidoczna dla mężczyzn? Czy wręcz odpychająca, skoro nikt się nią nie zainteresował, a ma już 33lata?

Nie. Nie jest. Ale dla niej fakty są faktami.

I co z tego? Co z tego, że niby nie jest. Ale samotnośc, taka od małego, już wżarła się w ciało i w duszę. Wsadzona w schemat najstarszej córki, tej odpowiedzialnej, tej dobrzesięuczącej, tej niesprawiającej kłopotu, tej opiekującej się innymi. Tak w tym schemacie sobie chodzi, jak w starej sukience, co to ani wyrzucic, a nowej jakoś nie wypada kupowac, bo przecież ta jeszcze całkiem niezła jest.

Taki kwiat, taka róża bez płatków. Rodzina, a później już ona sama, płatki powyrywała. I tak została tylko z kolcami.

Ale ona już tak nie chce. Marzy o otwarciu, o płynącej kobiecości, o wzroku mężczyny na sobie. I płacząc w nocy do poduszki, modli się o te proste rzeczy dane niektórym, ot tak, bez niczego. O ramiona przytulające ją do siebie; o wsparcie, kiedy trudno, o dzielenie swojej samotności z kimś drugim.

I nie chce już taka byc, jak zawsze. Chce zmiany. Bo może te kolce, też mogą byc piękne.

A ja myślę, że wypuszcza już pączki, które zaraz zakwitną. Tak. Nawet w środku zimy.

Róża bez płatków

Bardzo TAK!

To był najdziwniejszy sylwek w moim życiu. Pierwszy raz, zupełnie świadomie i z determinacją spędziłam go sama. Bo Sylwestry od malutkiego to dla mnie świętośc była, wyssana z mlekiem matki można powiedziec, bo moi rodzice to melanżowcy pierwszej wody, z klasą, żeby nie było, że jakaś patologia. Nie, nie! Och oni to się bawic potrafią. Nie tylko sylwestrowo! Ale o tym kiedy indziej, hyh.

Tego jednego postanowiłam spędzic sama. Nie, że kalendarz nam się kończy (bo to 2012) i w moje urodziny kolejne ma byc koniec świata i trzeba rozrachunek z życiem zrobic. Nie, że powalona chorobą psychosomatyczną byłam. Nie, że werwy do tupania nóżką mi zabrakło, bo to, no, się prawie nie zdarza. Nie!

Chciałam nowego doświadczenia. I miałam. Miało byc duchowo-oczyszczająco-emocjonalniewyzwalająco- i w ogóle-megawzniośle. Tiaa..Oglądałam serial. I gdyby nie dziwny hałas za oknem to nawet bym nie zauważyła, że przyszedł, nadszedł, przybył nowy rok nam. Yey!

Obudziłam się rano, bez bólu głowy świadczącego o nadużyciach szampanowoalkoholowych. Bez bólu nóg, stawów, i innych części ciała, świadczących o pląsaczach-wygibańcach. Bez przypominania sobie historii żenująco-nieprawdopodobno-„to się nie stało”- „a jednak”. I to był dziwny stan. I jak już wypiłam kawulę, to miałam katharsis. Nie wiem czy intejkiem kofeiny spowodowany, ale był ciałemtrzęsący- i – medytacjiwymagający. Mocarrrny!

Się objawiło słowo TAK. W korze przedniej mi zaczęło jak neon migac.

Cokolwiek przyjdzie ze świata – tak. Co mi w duchu zagra – tak. Kto mnie o co poprosi – tak.

Dziwaczne- nie?

Przyswoiłam za filozofię życiową, wiedząc, że hardkorowo się wystawiam na lęki osobiste, konfrontacje ze swoim krajobrazem wewnętrznym i otwieram na niewiadomą.

Weszłam w to jak z lubrykantem.

Co się okazuje? Bo rok się przecież jeszcze nie skończył..

stomilionów pomysłów  – książka jedna ma już 65stron, czyli za jakieś 4 lata ją wydam, w formie selfpublishing. Inny to krystalizująca się filozofia życiowa, która mnie frapuje i aż oczęta ze zdumienia przecieram.. I jeszcze komiks, tylko rysownika zajebistego muszę znaleźc, co roboty ładnie rysuje. Serio.

niezliczone media, gdzie jako ekspert figuruję..ykhm..i dobrze mi z tem..

udział w 2 zajebistych konferencjach, jako spiker, a nie uczestnik, co mnie mega zaskoczyło

praca z nieprawdopodobnymi ludźmi – tzn. pacjentami, serio, powala mnie to

i jeszcze ten, no, taki jeden:

 to lustro moje, bez którego nie byłabym tam gdzie jestem, czyli tu i teraz, hyh

i bloguś, którego czytasz, czytujesz, albo czytac będziesz, yeah

i warsztaty pewne, które mi potwierdziły moje życiowe calling

i osoby, tak pełne zajebistości, że im się ulewa uszami, a ja je znam i nóżkami z radości przebieram

i setki rozmów, konfrontacji, w które bym nie wlazła, gdybym nie powiedziała sobie – tak, wchodzę w to, bo TAK.

Jestem na bardzo tak! Tak, cokolwiek. Tak, tu. Tak, teraz. Tak, boję się śmiertelnie. Tak, umrę niechybnie. Tak, jezusiemaryjocooniomniepomyślą. Tak, bez względu na wszystko. TAK.

Chcesz coś ode mnie? Zapytaj. Jest szansa, że powiem tak. Duża szansa. Jeśli jest legalne (albo prawie, wtedy przyjdź z dobrym adwokatem, i nie chodzi o alkohol okołojajeczny). Jeśli nie chcesz mnie wykorzystac, chociaaaażżżż, ja wieeeemmm.. Jeśli mnie to rozwinie, wzmocni, pięknem ujmie, nawet jak będzie bolało. TAK.

Jes-menka, to ja.

 

Bardzo TAK!

Zabijcie mnie, proszę..

Pukanie do drzwi. Śliczna główka naszej recepcjonistki pojawia się w szparze:

–  Iza, pan już jest.

Zawsze próbuję odczytac po jej minie, kto na mnie czeka. Ale dziś, nic, zupełnie. Poker face.

– Oki. Już idę.

Nie zdążyłam wstac z fotela, kiedy drzwi otwierają się szerzej i wchodzi on. Bez zaproszenia. Bez uśmiechu. Też poker face. Podaje chłodną dłoń.

– Nazywam się Eryk. I chciałbym, żeby mówiła do mnie pani po imieniu.

Zdejmuje marynarkę, która się nazywa Pierre Cardin. Poluzowywuje krawat. Wszystko idealne. Lekki cień zarostu tylko przykrywa mu twarz. Wskazuję na kanapę. Siada, tak jakby tu mieszkał. Przygląda mi się spod lekko opadłych powiek. Uśmiecham się profesjonalnie.

– Czy ja też mogę mówic do pani po imieniu?

Każde słowo, wyraźne, jak oddzielone przecinkiem. Zastanawiam się, co odpowiedziec. Na dzień dobry przekracza pewne bariery. Błękit jego oczu wwierca mi się nieprzyjemnie w środek. Hmmm…Ryzykuję. Przytakuję.

– Dziękuję, że się zgodziłaś, bez tego idiotycznego pytania „A dlaczego panu na tym zależy?”. Byłem już u kilku psychologów, i jakoś zawsze to pytanie padało. Czy to jakiś grzech? Pewnie chodzi o granice, tak? Wróciłem niedawno ze Stanów. Tam to norma. Poza tym nie lubię psychoterapeutów.

No tak, czekałam na to. Nie zdążyłam jeszcze wyjąkac jednego słowa, a dopiero całego zdania, i kiedy już próbuję wskrzesic w sobie terapeutkę.. On zdejmuje spinki z mankietów koszuli, podwija rękawy i wyciąga przedramiona, pochylając się w moją stronę.

– To był ostatni raz. To znaczy, to miał byc ostatni raz. Ale ciągle tu jestem.

Blizny po cięciach. Na przegubach. Prawie chirurgicznie proste. Przełykam ślinę.

– Nie chciałem cię zszokowac. Tylko wolę już się obyc bez tego tańca wokół problemu. Próbowałem się zabic 4 razy. Pierwsza próba w wieku 22 lat. Ostatnia kilka miesięcy temu. Psychotropy nie pomagają. Z resztą nr 2 był właśnie za pomocą pigułek. Byłem na kilku terapiach. Nawet alternatywnych. Nie za wiele to dało. Ale nie wiem, co zrobic. I może mam nadzieję, jakąś minimalną, że może tym razem będzie inaczej. Może znajdzie się sposób, żeby coś z tym zrobic. Spytasz pewnie o diagnozę. Depresja, oczywiście. – uśmiechnął się do siebie – Ale moim zdaniem to jakaś cholerna etykieta, bo jak już wiadomo jaka to choroba, to chyba powinno się ją dac wyleczyc? Nie? No, nie.. Zaraz zapytasz o symptomy. Widzisz, jaki ułożony ze mnie pacjent, znam nawet twoje pytania. – teraz ja pozwalam sobie na uśmiech – Na codzień normalnie funkcjonuję. Bardzo wymagająca praca. Dużo godzin, ale też bez przesady. Ciagle wśród ludzi. Można powiedziec, że niektórzy jakoś tam nawet bliscy. Zdarzają się kobiety. Mam wrażenie, że nikt tak naprawde mnie nie zna. Ja się dokładam oczywiście do tego, bo pewnie nie mówię, też jakoś bardzo o sobie. I przychodzą chwile zupełnej, czarnej samotności. Ja wiem, jak to banalnie brzmi. Ale tak jakbym nosił w sobie dziurę. Pustkę. Ból. Ciemnośc. Żyję wśród ludzi przecież. A jedyne co wtedy chcę powiedziec to, zabijcie mnie, proszę, ja już tego nie chcę.  Znasz to uczucie? Możesz sobie to wyobrazic?

Mogę Eryku. Znam to uczucie. Ale tego już mu nie mówię. Myślę, że większośc z nas takich uczuc doświadcza, nawet jak się jest w tzw. związku. Co z tego, że otaczają nas ludzie. Skąd możemy wiedziec, co druga osoba czuje, kiedy nic nie mówi, nie? No nie. Bo czasem nie można tego ubrac w słowa. Bo nie starcza już sił na mówienie o tym. I co zostaje? Rozpacz?? Depresja? Śmierc??

Potrzebujemy „hormonu miłości”. Oksytocyny. Ona sprawia m.in., że czujemy połączenie z innymi, wyzwala zaufanie i empatię. Czujemy się blisko innych. Może trochę mniej samotni, bez tej dziury w piersiach, bez dźwigania ciemności. Jak ją uwolnic w mózgu?? Paul Zak w swojej prezentacji na TEDzie, pokazał jak!!!!

Potrzebujemy 8 przytulasów dziennie! Hagsów takich! Bliskich! Niedźwiedzich! Nie buziaczków w powietrzu. Tylko prawdziwego przytulenia! 8 i może uda się tą ciemnośc rozproszyc! I moją, i Twoją! Może uda się pogodniej przeżyc dzień. Może Eryk właśnie tego potrzebował. Może nie dostawał. Ja nie spłaszczam problemu, ale może to działa!!!

Jak mnie gdzieś spotkacie, to proszę bez wahania mnie wyściskac! Publicznie to mówię, tak! Nawet na ulicy, czy w tramwaju!

Bez podtekstów seksualnych, bez wstydu, bez tłumaczenia, przytulasów żądam dla siebie i dla was. I już!

Zabijcie mnie, proszę..