Tu o sens życia chodzi, proszę pani!

IMG_20140912_085303

Zimno i ciemno na zewnętrzu. Sporo z nas jęczy i marudzi i wyciąga termometr depresyjny sprawdzając czy już ma SADa (afektywne zaburzenie sezonowe) czy jeszcze nie. Ech no, samo się nasuwa – taki mamy klimat i już. Znajomi mnie pytają: „Ty to pewnie całe uszy roboty masz, nie?”. Mam. Ale nie więcej niż latem.

Ale rzeczywiście rozmyślam sobie częściej o tych depresjach. I o tych prawdziwych, klinicznych, ostrych, niemożliwych czasem do przeżycia, tak niebezpiecznych. Ale też tych, które depresjami wcale nie są. Tak się tylko nauczyliśmy etykietować nastroje, bo łatwiej, bo „wszyscy wiedzą o co chodzi”.

Ale tak patrząc na lata spędzone na fotelu terapeutycznym, wiem, że tyle odcieni „depresji”, ilu z nas ją przeżywających. A czasem nie o depresję wcale chodzi.

Bo często pod koniec roku właśnie przychodzi czas rozliczeń i my funkcjonując w tym turbopośpiechu z dziesiątkami obowiązków nakładanych czy nałożonych samym sobie, z tymi planami zmian, nie dorastamy czasem do swoich założeń ultrapędu i obrazu supersiebie. I jak już te rozliczenia przychodzą, bo zaraz sezon podsumowań się zacznie, to może czasem blado we własnych oczach wypadamy i bęc! „depresja” gotowa.

Albo inna – ta, która przysparza terpeutów o frustracje największe (przynajmniej kilku, których znam) – ta, która ukryta pod płaszczykiem symptomów, kryje w sobie pytanie, tajemnicę, nas samych. I jak już przedrzemy się, wraz z Cierpiącym, przez zawiłości zniekształceń, to wdzimy, że tylko i aż o to chodzi – sens życia. „No to grubo” – choć nie przystoi, zazwyczaj tak sobie myślę i zaczyna się prawdziwa Przygoda, bieganie po znaczeniach doświadczeń i pięknie „tu i teraz”, i odkrywaniu, często tego, co najprostsze.

Ale czasem jest już tak, że cierpienie nie pozwala na takie trochę filozoficzne rozważania jasnego umysłu. Bo on już tak zaciemniony cierpieniem i bólem, jawnym i tym wewnętrznym, że nijak nie można się niczego złapać. Nie widać co się ma. Widać tylko te potrzeby niespełniane, wymarzone. Widać tylko porównywanie się do innych w niemym krzyku bezradności, widząc tylko kawałek obrazka, część błyszczącego fałszywym światłem imażu. Widać tylko te braki, dziury w życiu, w codziennej powtarzalnej rzeczywistości. Widać tylko…nie, nic już nie widać. NIC.

Wtedy słychać rady zewsząd – najgorsze jakich można udzielić – „to minie”, „ale zobacz ile masz, ile osiągnąłeś”, „jesteś potrzebny innym”. I to wszystko pewnie prawda, ale nie wtedy. Wtedy to zdaje się być kłamstwem, wkurza i boli. Rady porady, won!

Jakieś dwa życia temu, pracując dla armii amerykańskiej stacjonującej na południu Węgier, gdzie front konfliktu jugosławiańskiego był praktycznie za oknem, śpiąc urywanym snem w koszarach, pośród kobiet w mundurach, od jednej z nich dostałam najważniejsze słowa, które pamiętam do tej pory.

Im nie było łatwo, walczyły ramię w ramię z mężczyznami, ale dodatkowo narażone na przemoc, tak, to nie fikcja filmowa, często padały ofiarami nadużyć, molestowania fizycznego i psychicznego. Wróg był na zewnątrz i wewnątrz.

I właśnie jedna z nich, przy śniadaniu, które akurat wypadło ok.4 nad ranem, opowiedziała mi prawie szeptem o upokorzeniu bycia zgwałconą przez swoich kolegów. Nie przytoczę szczegółów. Niepotrzebne. Nad kubkiem z kawą wybrzmiały tylko jej słowa: „Myślisz, że nie chciałam ze sobą skończyć? Chciałam, bo wiem, że prawo ich nie dosięgnie, bo nie. Bo tak już jest. Ale wtedy mówię sobie, tylko się nie śmiej, bo to takie banalne – „not dead yet, can’t give up” – tak, jeszcze nie umarłam, nie mogę się poddać…. Mówiłam, że banał. I tak sobie jestem, dopóki się budzę…”.

I tak mi to zapadło. I właśnie w tych ciemnych chwilach, i tych, które przeżywam z innymi cierpiącymi, i w swoich własnych, o tym „banale” pamiętam.

I na wtedy, to staje się sensem, samo przeżycie. Tylko tyle. Bo ciągle jestem. To wystarczy.

Tu o sens życia chodzi, proszę pani!

Jak zombiaki uczą etyki

Zmęczona jestem głosami pt:”Gry video niszczą młodą psychikę”, „Gry video uczą agresji” itp. Nie dyskwalifikuję mnogości badań na ten temat, ale mam wrażenie, że umykają zupełnie głosy nie traktujące gier jako Samo Zuo, Narzędzie Szatana. Jakoś nie po drodze mediom i szkolnictwu, by uznać gry za zajebiste narzędzie, nie tylko do ćwiczenia umiejętności czysto poznawczych (są na to badania), kontroli emocji, czy też są czysto informacyjne i pokazujące doświadczenia, których naczej nie moglibyśmy mieć – pisałam o tym wcześniej tu.

Gram w gry. Z braku czasu głównie rekreacyjnie i bardzo nieregularnie i mam ogromne zaległości. Nie lubię strzelanek, ale uwielbiam dobrze napisaną historię, emocje i niejednoznacznych bohaterów.

„The Walking Dead” daje mi to wszystko i więcej. Yesu! Akcja toczy się dzięki wyborom, które podejmuje gracz. I właśnie te wybory powodowały, że nieraz i nie dwa, chciałam rzucić padem w ekran i zabrać się za szydełkowanie. Bo wyborów trzeba dokonywać szybko, głębokich, moralnych – kogo uratuję? Kto zginie „przeze mnie”? Czasem też głośno krzycząc „whyyyyyy?” patrzyłam jak opcje wybrane wpływają na rozwój fabuły- czyt.: „zombiaki właśnie zjadły jednego z moich ulubionych bohaterów”. Potem używając słów dosadniejszych próbowałam jakoś „naprawić” sytuację – czyt.: ułagodzić poszargane sumienie, trochę sama się przed sobą wybielić. Potem z emocjami na sznurkach, wycieńczona mówiłam (wersja ocenzurowana) – „Dość tego, już więcej nie gram” (kłamstwo nr 1). Ale już kolejnego wieczora: „Eeee, no dobra, to pogram tak z godzinkę” – kłamstwo nr 2, bo 6 godzin później trzęsącymi się łapkami odkładałam zapoconego pada, kiedy słońce cmokało świat w czółko. Ech. Tyle emocji. A potem w tramwaju do pracy, zachodziłam w głowę – dlaczego tak wybrałam? Co to o mnie mówi? Co ze mnie za człowiek? Barbarzyńca i egosita raczej!!No? Ale się nauczyłam i uczę, czekając na kolejne odcinki 2 sezonu. Byle szybciej.

A tu mi jedna Bogini Graczowa podsyła takie cudo:

Proszę! Młodzież uczy się etyki w szkole za pomocą moich zombiaków! Świetna metoda! Młodzi zainteresowani, wciągnięci w dyskusje! Super! Myślę sobie – jeśli ja, stara baba, która wyborów w życiu podjąć musiała, już chyba z kilka milionów, a sobie kilka pytań o sobie zadałam, to tym bardziej, piękni, młodzi wchodzący dopiero w życie, nie?

Drogi GameDevie polski i niepolski! Padam krzyżem z błaganiem – róbcie takich gier więcej, gdzie można się uczyć siebie na kilku poziomach. Róbcie gry, które dotykają środka, które nie odchodzą w niepamięć do szuflady „Zagrane Zapomniane”. Róbcie gry, które nie tylko ćwiczą zręczność, spostrzegawczość i koncentrację. Takie, gdzie nawet pańcia psycholog psychoterapeuta seksuolog, która z emocjami i wyborami oswojona może się wciągnąć na tyle, żeby zapomnieć o wstawionym czajniku na gazie. Proszę! Ze łzami w oczach!

Drodzy Terapeuci i Terapeutki! Nie bójcie się pytać o to w co grają wasi klienci. Jak grają. W jaki sposób radzą sobie z wyborami, z zagadkami. Patrzcie jak te umiejętności można wykorzystać w gabinecie. Dopytajcie jakie mają awatary albo nicki, jeśli trzeba. Tam jest kopalnia wiedzy o podświadomości, o zdrowych mechanizmach i często życiowych dążeniach. Serio. Można! Póbowałam wielokrotnie, jak już się odważyłam, ze świetnymi skutkami. Tam jest świat, który jest często zamknięty dla innych, ale tam właśnie drzemią ukryte zasoby, o których nawet sam gracz często nie ma pojęcia, że może je przenieść ze świata wirtualnego na swoje codzienne funkcjonowanie.

Dobra. Rozpisałam się. Idę pograć.

Jak zombiaki uczą etyki

Drodzy Marketingowcy!

Kilka tygodni temu uczestniczyłam czynnie w dorocznej konferencji pewnej agencji mediowej. Tym razem na panelu, z arcyciekawymi osobami, mieliśmy okazję opowiedzieć co nasz wkurza w reklamach i jak media społecznościowe wpływają na percepcję odbiorców. Publiczność składała się z osób odpowiedzialnych za marketing różnego rozmiaru firm. Było nas z 500 osób. Fajnie! Yey! Jedyna szansa, żeby powiedzieć co mi kręgosłup wykręca jak widzę kolejne działania marketingowe szanowanych, również przeze mnie, marek. Też.

Każdy ma swojego konika, jeśli chodzi o reklamy. Moim, ujeżdżanym często, są stereotypy, więc o nich powiedziałam. Jak są zbudowane, jak ich powielanie wpływa na Jana i Annę Kowalskich. I jak oni później lądują na kozetce. I jak trudno jest odwrócić ich znaczenia i „uzdrowić” przekonania o sobie („jestem gruba, powinnam mieć zawsze orgazm, jestem złą matką etc.), innych, i świecie, i „jak to powinno być”, i „jak to naprawdę powinno wyglądać”, itp. Szczególnie wtedy, kiedy zatopieni jesteśmy w diametralnie innym przekazie. Opowiedziałam. Howgh.

Później w kuluarach, próbowano mi uświadomić, że nie znam życia, i jak stereotypowo myślą klienci, i produkt ma się sprzedać. Ad infinitum.

Ja to wszystko rozumiem. Naprawdę! Naprawdę! (Mogę dla efektu powtórzyć).

Przykład. To widzieli już chyba wszyscy:

I wszyscy teraz na 3,4.. #ziew – „Przecież to wiadomo!!!!”. Pewnie, że wiadomo. I co z tego? Pokiwamy w zadumie płytszej lub głębszej, klikniemy „Udostępnij” i żyjemy dalej w tzw. świadomości – „media = fuj”. A powoli, modelowo stereotypowe reklamy na różnych nośnikach wsiąkając utrwalają nam już i tak mocne stereotypy, czasem metodą „prosto w twarz” a czasem skubane – podprogowo, no wtedy to już na pewno dużo mamy w sferze decyzji nie podążania za makromózgiem, do powiedzenia.

Nie obchodzi mnie stwierdzenie, że przecież wpływa na nas kultura, społeczeństwo, przekaz historyczny. Bo to wszystko tworzone jest przez jednostki – jak mur nie do przejścia, cegła po cegle. W moich mokrych snach, marzę sobie o świadomych jednostkach tkających otaczającą nas rzeczywistość wg prostego prawa przyczynowo – skutkowego.  Jak to co robię, stworzę, puszczę w obieg wpłynie na odbiorcę? Jaki obraz siebie utrwalam w tym człowieku? Jakie role społeczne propaguję? Czym nasiąkam tkankę społeczną, przecież żywą, rozwijającą się?

Ale może uda nam się gdzieś złapać wspólny grunt, kiedy naprawdę będzie się o tym mówić otwarcie i jasno i nie propagować najprostszych, najbanalniejszych rozwiązań? Mam wrażenie, że wiele osób odpowiedzialnych za reklamę, ma w głębokim znaku nieskończoności wagę swoich działań. To co robią naprawdę wpływa na odbiorców. Często, a może głównie nieświadomych. Patrz młodych – ale o tym, kiedy indziej.

Wiem. Walczę z wiatrakami.

Mam świadomość.

Drodzy Marketingowcy!

Jesteś dziełem sztuki

Zafascynowałam się. A jak się czymś zafascynuję to koniec. Wsiąkam po uszy. Tym razem #GlitchArt. To w dużym uogólnieniu estetyka błędu, usterki, zakłócenia pojawiających się przy majstrowaniu przy urządzeniach analogowych i cyfrowych. Kolorowe, dziwne, halucynogenne, dla mnie piękne.  Jak np.:

1image

Albo:

images2

Uwodzi i dotyka mnie tym, że błąd w zaplanowanej, funkcjonalnej „sztuce” czyli w przekazie na pewnego rodzaju nośniku jest sztuką, a może Sztuką. Czyli co? Apoteoza błędu, zniekształcenia? Jak najbardziej! Mniam, no w to mi graj przecież.

Ale od razu połączyło mi się to z moją niegdysiejszą fascynacją sztuki japońskiej czyli Kintsugi. Po ludzku, to sklejanie rozbitej porcelany żywicą, lakiem z drobinkami złota. Kiedy zaczęto tę metodę stosować to niektórzy specjalnie rozbijali całości, żeby posklejać je w piękniejsze wersje!

Np takie:

images

Nie wszystkim musi się podobać – jak to sztuka.

I nie, nie zwariowałam. Nie zacznę pisać o sztuce nagle, bo tylu pisze już i lepiej.

Tak sobie w gabinetach patrzę na te rany, złamane serca, błędy, rozterki, żale za utraconym. I czuję ból, cierpienie, wstyd, strach tych innych przede mną siedzących, ale też i swój przecież. I dotykamy razem słowami tych miejsc, które chcą być uleczone. I odkształcamy zniekształcenia umysłu. I czyścimy wspomnienia, te najboleśniejsze.

Jak w życiu. Kiedy Pan Czas leczy. Kiedy pracujemy nad sobą, swoich cierpień nie odkładając na półkę, albo do szafy.

I to wszystko co kiedyś było chorobą, utrapieniem, trudnością, błędem, usterką w życiu zastyga, leczy się. Twardnieją blizny, już bez ropienia pod spodem. I wodzi się później po sercu, niewidocznym gołym okiem, jak palcem po mapie i mówi – o, tu, jak byłam odrzucona; o a tu jak upadłem w depresję; tu, jak związek mi się skończył, a miał być na zawsze; tutaj, jak w żałobę się musiałam otulić; tu jak pragnęłam akceptacji; a tutaj tak mnie bolała samotność; tu zeżarła mnie zazdrość a tu nienawidziłem.

I tak stajesz się Dziełem Sztuki jak w #GlitchArt albo Kintsugi. Dziełem swojego życia. Pięknym, niepowtarzalnym, tylko Cię podziwiać, wgapiać, adorować. Taki Jesteś Piękny. Jesteś tak Piękna.

Popatrz tylko w lustro. Już.

 

Jesteś dziełem sztuki