Dla tych, którzy kochają za bardzo

Trudny to do opisania. I niełatwy do zobaczenia. Ten mechanizm. Wszyscy niby wiedzą, większość widzi. A nawet rozpozna w sobie, skrycie. Widzę. Codziennie może. Po drugiej stronie. Czasem się wymknie między słowami, albo utopi się w nadmiarze słów wypowiadanych. Tak.

„Chcę być kochana. Chcę być kochany”.

Nie, nie tylko taką miłością romantycznie prostą. Chociaż tych też wielu – zakochani, oddający siebie, swój czas, wszystko, jak będzie trzeba, żeby tylko zostać zauważonym, docenionym, pokochanym. A tamci „niekochacze” nie patrzą w ogóle w tę stronę, gdzie indziej zainwestowani, czy sercem, czy rozsądkiem, czy „bo tak wygodniej, bo są głaski, bo nie trzeba się wysilać”. Nie widzą, tych, błagających sercami o miłość, o gest, o słowo, o uwagę. A „kochacze” kochają dalej, uparcie, bez nadziei, ale wiernie. Nie widzą odrzucenia, nie chcą widzieć, bo tak obsesyjnie uczuciami zalani. Nie znajdą się na tym miejscu pierwszym, i nie chcą, nie mogą tego zaakaceptować. „Kochacze – bidulki” z sercami większymi niż rzeczywistość.

I jeszcze są tacy „kochacze – dzieci – wieczne”. Te dzieci wewnętrzne, które za każdą cenę chciały poczuć miłość Tych Najważniejszych – mama, tata.. Takie oczywiste, nieprawdaż? Tak się uczyli dobrze, tak pomagali, takimi skałami oparcia dla tych Dorosłych byli, żeby tylko poczuć na chwilę się potrzebnymi, kochanymi, ważnymi. Nie byli. Nie czuli. A dalej są.

Dorosłe Niekochane Dzieci. DND. Nowy syndrom? Nie, podły mechanizm, który krępuje ruchy, który nakazuje kochać i zasługiwać na miłość i uwagę, tych, którzy może na nią nie zasługują. Uruchamia się w związkach często, kiedy Dorosłe Niekochane Dziecko ma wolność kochać dorośle ale nie wie jak, no bo jak? Nie nauczyło się nigdy. Nie czuło nigdy. I przenosi te braki na tych, którzy o tych niedostatkach pojęcia nie mają. I szaleństwo zasługiwania zaczyna się na nowo. Robić, robić, zasługiwać, zasługiwać. Oni wciąż tam są, w swoim dzieciństwie i młodości, tam zostali, jak w klatkach. Wciąż pragną tego, czego być może, nie, pewnie nie dostaną. Bo tamci odeszli, na zawsze, albo nie widzą problemu, bo nigdy nie widzieli. Starzy rodzice. Niekochacze.

source: thepoetsgarret
source: thepoetsgarret

Jak się wydostać z tego walca zasługiwania i błagania? Z tego kochania tych „niekochaczy”?

Prawda cię wyzwoli, ale też mocno wkurzy, załamie też, może, na chwilę, dłuższą pewnie.

Te miłości się nie zdarzą. Taka jest prawda. Przesadziłam? Tak, zdarzają się. Ale mogą nie. Nie będę miała tego czego tak bardzo pragnę. Nie będę miał tego, co mi się należało, należy. Nigdy. Nie pokocha Cię ten, który Cię nie chce. Nie pokocha Cię ten, który, właśnie myśli, że Cię kocha, po swojemu.

Co ja, z tym starganym cierpieniem, czasem długoletnim, sercem, mogę powiedzieć?

Może to:

„Odpuszczam, żeby dobrze żyć dalej. Odpuszczam, żeby być wolną. Odpuszczam, żeby cenić i kochać siebie, tak jak nigdy nie będę kochana i ceniona przez nikogo. Odpuszczam, żeby w końcu poczuć siebie w sobie, a nie siebie wobec innych. Odpuszczam, bo mam dość.”

Może to, może coś innego, żeby tylko już, w końcu, odpuścić. Sobie przede wszystkim. I im też. Bo pewnie „nie wiedzą, co czynią”.

Kochacze kochani! Kochajcie siebie! I idźcie dalej, albo posiedźcie, albo położcie się i poleżcie, jeszcze trochę…Troszeczkę…

Dla tych, którzy kochają za bardzo

„Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni…

… mówi jeden z najgłupszych sloganów psychologicznej nowomowy, bo to co mnie nie zabije, może mnie zamienić – na długo albo na zawsze – w żyjącego trupa z wypalonym środkiem i pozorem ruchu. Czasem cierpienie ma taką właśnie siłę, bo są zdrady i utraty uniemożliwiające żałobę, odbierające łzom oczyszczającą moc, a czasowi łagodność. Zostaje po nich dzikie mięso jak po źle leczonym oparzeniu”.

Wyspa łza – Joanna Bator

Nienawidzę tego powiedzenia przez Nietzsche’go ukutego. Przedostało się do popcornowej psychologii i rozsiadło się w mózgach jak jakaś prawda najwyższa.

Bo co ono znaczy, tak naprawdę? Rozumiem semantykę przecież, słowa obok siebie w szeregu postawione. „Nie straszna mi żadna przeszkoda, ból i cierpienie. Nic mnie nie złamie! Zwyciężę…”. To dobry motywator na siłownię, chociaż krzywdę można sobie zrobić.

Tylko, że jak słyszę to w gabinecie wypowiedziane, gdzieś między zagryzanymi między zębami łzami, w sztucznym uśmiechu wyszczerzonymi, a pustymi z bólu oczodołami, to już nie jestem tak pewna, że to „wzmocni”.

Albo kiedy słucham historii sprzed lat czasem, albo jakiegoś wspomnienia, które gdzieś głęboko schowane w zwojach mózgowych, dopiero co się na powierzchnię wydostało, i ciągnie za sobą te emocje, których czucie zakazane do tej pory było, to już wcale nie wierzę w tą „moc”.

Kiedy patrzę na ludzi złamanych tymi historiowspomnieniami, tymi teraz, i tymi wcześniej przeżywanymi, to nie chcę tego powiedzenia słyszeć nawet.

Bo zdarzają się zdarzenia, których nie sposób „przerobić”, zapomnieć – myślisz – „phi, zawsze można, trzeba tylko silnym być”. Jasne. Mam wtedy wątpliwość, czy takie „coś” o takiej sile rażenia, kiedykolwiek ci się przydarzyło.

To zdarzenie, które zmienia nas, mnie, ciebie, bezpowrotnie. Przylepia się do duszy i nic nie jest w stanie tego odkleić. Nosimy to w sobie, na sobie, jak niewidzialny ciężar. Świat się zmenił, od tego momentu. Na zawsze już.

Nie, nie widać. Idziesz dalej. Spychasz cierpienie „na wieczne zapomnienie”, bo „silnym trzeba być”! Spychasz, tylko, że ono się odzywa, czasem gest, zapach, myśl nieokiełznana, przypomina. Co wtedy? Miało mnie wzmocnić przecież, a ja tak jakoś kulawo się czuję i odwracam głowę od siebie w lustrze. Pusta, słaba, brudna..

Najgorsze co możemy zrobić wtedy, to „zaklepać” to cierpienie i na siłę silnym być.

Czasem w gabinetach, jak trzeba to razem się w nie wsłuchujemy, co ono mi mówi, dlaczego tak bardzo chce być zauważone. Bo chce. Zawsze będzie chciało.

Może Ci pokazuje, że właśnie masz nie być silny, że może trzeba się słabości nauczyć. Nie uciekać tak wściekle od swojego człowieczeństwa? Może przez nie masz być delikatniejszy, bardziej rozumiejący ludzi, tak, pewnie tak samo cierpiących? Może rady – porady dla kogoś kto przez własną pustynię przechodzi masz sobie wtedy w kieszeń, albo głębiej schować, i tylko posiedzieć z nim, pobyć, bo przecież wiesz jak to boli?

Może właśnie dla siebie współczucia i dobroci masz się nauczyć, żeby już tak siebie nie biczować? Może czas, żebyś przestał być swoim katem w tej iluzorycznej sile chodzącym? Może czas serce otworzyć i pozwolić sobie „czuć”?

I, nie, nie być silnym, jak czasy nakazują, tylko słabym właśnie. Przed sobą samym. I powiedzieć sobie: „Tak, boli, tak, cierpię. Nie udaję ale żyję, wciąż”.

Ja prawdziwa_wy, ja autentyczna_ny, ja cierpiąca_cy.

Po prostu.

Silny, silna, w swojej prawdziwej słabości.

Jestem.

IMG_0697

„Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni…

Rozprawiczony

Jasiek nie ma Facebooka, Twittera, Tumblera, Instagramu, nie melduje się na Foursquerze, nie miał też NK, jak jeszcze była cool. Nie ma. Bo po co? Dziwne trochę, bo to on wprowadził mnie kiedyś, kiedyś w świat Mario, hyh.

Widzimy się po latach, dwudziestu z hakiem, więc nadrabiamy zaległości jak wściekli. Jak już docieramy do #tuiteraz, to coraz częściej łapię się na: „a widziałeś? Na Fejsie ostatnio..”, „A pamiętasz jak na Tweeterze taka akcja polityczna z dementi w 15 minut się rozegrała?”, „a ten GIF, wiesz, z…”.

„Izzy, polowy z tego co do mnie mówisz, nie rozumiem”.

„No ok, rozumiem, że chcesz być poza systemem, ale może poznaj najpierw system, żeby wiedzieć, czego się wyrzekasz? Na zasadzie – poznaj wroga swego…”.

Nie wiem jaki to internetowy demon we mnie wtedy wstąpił, może po prostu chciałam mu pokazać ułamki swojego wirtualnego życia? Może naprawdę zapragnęłam, żeby się otworzył na świat obcy sobie? Może, z babskiej przekory, chciałam, well, no, mieć rację?? <słabe> Może ciekawość mną owładnęła – jak to jest być „niepodłączonym”? No i oczywiście Izunia- Mądralina: patrz jak ja tu wiem, patrz jak się znam, phi!  Że niby.

No bez względu na moje czysto- nieczyste motywacje, przedstawiłam Jaśka serwisom społecznościowym. Można sobie śmiało wyobrazić – głównie ja gadałam, opowiadałam, pokazywałam – o, a tu troll w pełnej krasie, a tu flejm mały ktoś robi, oooo, pokażę ci moich hejterów, hej! Siedzieliśmy tak z pół nocy i godzinę więcej. Taka rozbudowana gra wstępna. A oczy Jaśka robiły się coraz  bardziej okrągło – czerwone, bynajmniej nie od ręcznie zwijanych papierosów (oczywiście..le sigh..).

No cóż.

Dochodzimy do profili znajomych <serdecznie przepraszam>. Jasiek wydaje jęk i przechylając kieliszek własnoręcznie sporządzonej księżycówki artykułuje wiekopomne:

„Ale po co to wszystko? Po co te focie kotków, obiadów, buziek, latorośli? Po co ten artykuł tutaj? Po co te „lajki”, do czego niby?? Ktoś się nie zgadza? A powie mu to w twarz?? A powiedziałby Ci prosto w oczy, ten koleś, że jesteś głupia i gruba, jak tu? Po co takim chłamem się dzielić..czekaj, jak to się nazywa? „Warsaw Shore”, to nie ma już polskich nazw? Po jaką cholerę to wrzucać? A komentowanie siebie i pod siebie, to jakiś trend o którym mi nie powiedziałaś??”.

Odpowiedź mi zajęła do rana i o godzinę dłużej. A konstatacja rozmówcy:

„Kartezjusz własną pięścią się dławi – myślę, więc jestem?  No nieee, teraz masz: Dzielę się, więc jestem”.

A po chwili usłyszałam:

„Oddaj mi moją niewinność, diable…”.

Zasmuciłam się.

Tak źle z nami „podłączonymi”? Tacy bezmyślni jesteśmy? Tacy bezrefleksyjni? Tak tylko siebie autopromować umiemy? Tak powierzchownie połączeni jesteśmy?

Jasiek tej notki nie przeczyta, bo uważa, że blogi, to idioci dla idiotów piszą.

No cóż.

tumblr_mvmdeiqDKw1r62zwpo5_500

Rozprawiczony

Orgazm, orgazmik, orgazmiczunio

Popłakałam się. Ze śmiechu, na szczęście. Video Improv Everywhere, gdzie odgrywana jest pamiętna scena orgazmu z „Kiedy Harry poznał Sally”. Koniecznie całość!

Ale jak to u mnie bywa, refleksje mnie zalały, jak już łzy przetarłam.

Jak to jest z tym udawaniem orgazmu Drogie Panie, Drodzy Panowie?

Panie, w gabinecie, często się przyznają, że zdarza im się poudawać – „żeby było szybciej”, „żeby był spokój”, „żeby on się dobrze czuł”, „żeby się nie foczył”. W ogóle tych powodów udawactwa pojawia się sporo. Jedne bardziej wymyślne od drugich. I statystyki „amerykańskich badaczy” krzyczą – bo do aktorstwa przyznaje się od 60 do 80% badanych pań! Tsk, tsk…

Zasmucam się bardziej, kiedy wiem, że kobietka udaje, bo np. nigdy nie poczuła orgazmu, albo nie wie, co to jest (a może go przeżywać), albo boi się otworzyć na tyle przed partnerem, żeby pozwolić sobie na taką intymność. Myślę sobie o tym, bo tak jak mawiano, że orgazm, to taka la petit mort – mała śmierć, tak pięknie intensywny może być, to niezbędna jest własna przed sobą otwartość a do partnera zaufanie. Tak, by tę małą śmierć umieć w pełni przeżyć. I tak, tu dłuższe związki mają potencjał wygranej.

Swoją drogą, I mean, Lejdis!!! 80%?? Serio? A panowie, którzy w tych performansach artystycznych brali czynny udział, to co przepraszam? Rozumiem, zajęci sobą, wtopieni w moment, zafascynowani ogólną atmosferą sensualizmu. Jasne. Niezła ta gra aktorska musi odchodzić! Jakąś nagrodę dla najlepiej udawanego orgazmu trzeba by stworzyć!

(Ciekawe czy są statystyki panów, którzy sztuczne orgazmy wykryć zdołali…)

Po mojemu, i wedle ksiąg mądrych medyczno – seksuologicznych, to widać, słychać i czuć organoleptycznie. Pewnych zjawisk nie da się udawać i tyle. A uważnemu oku też takie artystowskie wybiegi od razu się ujawnią.

Ale pytanie – wiedzieć, że udaje, po co??? Przecież wszyscy są zadowoleni, nie? No niekoniecznie. Bo to może być, nie musi, jakimś światełkiem na czerwono migającym w związku, że coś nie styka, coś się psuje, albo poziom benzynki uczuć jest już na wyczerpaniu.

Po hamletowsku – udawać, czy nie udawać? Osąd w sercu niech się odbędzie.

PS. Jeśli musisz pytać, czy miała orgazm, to wiedz, że nie miała.

Orgazm, orgazmik, orgazmiczunio

Zobacz mnie

Gabinet.

Siedzi, jak zawsze, nienagannie ubrana. Cała, taka idealna. Aż ja próbuję, tak nieudolnie trochę, zamaskować plamkę po kawie na bluzce.

Opowiada o swoim minionym weekendzie. O zajęciach, o teatrze, o filmie, o znajomych, tych pięknych, tych creme de la creme miasta stołecznego.

– Dużo tego. Ale jak się w tym wszystkim czułaś?

Po raz pierwszy dziś, milknie. Wbija we mnie sztućce spojrzenia.

– A ty znowu swoje z tymi emocjami..

– O weekendzie możesz porozmawiać z przyjaciółkami..

– Czy terapeuci nie powinni być mili i wspierający?

– Kiedy trzeba, powinni. Mówisz mi, że nie jestem taka dla Ciebie?

– Tylko mnie do ściany z tą dziwną tapetą przyciskasz z tymi emocjami!

– Mam wrażenie, że od nich uciekasz, bo w ogóle o nich nie mówisz.

Wysyła mi dwa sople lodu. Ale one gdzieś po drodze topnieją. Za to widzę wulkan chyba..

– Kurwaaa, Iza!!! Tak! Uciekam! Tak, bo to boli. Bo nie chcę ich czuć, ani widzieć! Nie chcę patrzeć na tą pojebanie żałosną prawdę o sobie! Happy?

Milczymy. Słychać głosy z recepcji. I strzępki wyrazów zza ściany.

– Jaka to prawda, której się tak obawiasz?

Kręci głową. – Nie możesz się poddać, raz, co?

Uśmiecham się tylko, bo przecież wie, że nie. Wzdycha. I już ciszej. Szeptem prawie.

– Iza..Nikt mnie nie zna, tak naprawdę. Ci ludzie wokół mnie, mam wrażenie, że żonglują setkami masek, żeby tylko było, och, no zajebiście.. Ja też to robię. Ale gdzieś kurwa, w samym rdzeniu, marzę, żeby mnie ktoś naprawdę zobaczył. Może przejrzał przez te maski i dostrzegł mnie. Mnie. Z tym wszystkim co się we mnie kotłuje, z lękami, ze smutkiem. Żeby zobaczył. Mnie. Całą. Tak. Może z całym tym syfem przeszłości. Z tymi pierdolonymi neurozami przyszłości. Tak. I tak. Boję się, że nikogo takiego nie będzie. Będę taka, niezobaczona, niepełna, sztuczna więc..

– A dajesz się zobaczyć innym?

tumblr_mvyatkhPzT1rnqg7ho2_500
photo by Julien Mauve

Zobacz mnie

„Nie histeryzuj!”

„Tylko bez dramy!”, „Przestań się tak  emocjonować!”, „Przesadzasz!”.

Drogie Panie! Czy słyszałyście któreś z powyższych, albo pochodne, kiedykolwiek od ważnego dla siebie mężczyzny?

Jeśli nie, to chylę warkocz przed Wami, jeśli tak to pewnie też pamiętacie, w jaki sposób to na Was podziałało. Jestem kobietą, jak ostatni raz sprawdzałam, a później dopiero psychologiem, i w takich momentach, które na szczęście zdarzają się rzadko, bardzo, zostaję nawiedzona przez demonicę Furię, no cóż..

Ale stało się tak, że to usłyszałam całkiem niedawno. Co prawda na Fejsbookostanie, na czacie. Siła rażenia nie była jednak mniejsza. Trudno jest tylko poczciwie się pokłócić, no bo jak? Zarzucę go emotikonami „rozhisteryzowanymi”? BĘDĘ PISAĆ DUŻYMI LITERAMI? Ooo, wtedy to ja mu pokażę te swoje emocje, hoho!

No ale stało się. Pokłóciłam się. Rozemocjonowane paluszki ledwo natrafiały na odpowiednie klawisze, a autocorrect tworzył nowopoezję znaczeniową. Pokazałam to co mnie bolało, co wkurzało, co uwierało niemiłosiernie. I co?

I usłyszałam tytułowe – „nie histeryzuj!”.

W kłóceniu się na czacie jedna rzecz jest naprawdę bardzo, bardzo pozytywna – można przytoczyć słowa i znaczenia i wytłumaczyć, jak paluszki nadążają, intencje za słowami. Powrót do słów pisanych działa też jak kubeł, niestety w tym wypadku uryny, na głowę wylany. I przychodzi oprzytomnienie. Perspektywa.

Po tym jak już się zwentylowałam, włączyłam skaner autoterapeutyczny:

Czy ja naprawdę tu dramatyzowałam, bez potrzeby, teatralnie?

Nie.

Czy miałam powody tak się poczuć?

Tak.

(Tutaj niestety dłuższa pauza była mi potrzebna, bo ławę przysięgłych musiałam powołać, pod postacią Głosu Rozsądku, Obiektywizacji Przyczyn, Poprawności Komunikacji).

Czy to był pierwszy raz, kiedy jego zachowanie w taki sposób mnie zraniło?

Nie.

Czy mówiłam o tym wcześniej w bardziej „cywilizowany” sposób (czyt. bez zbędnych emocji)?

Tak.

Czy nastąpiła zmiana o którą prosiłam, którą jasno i wyraźnie sygnalizowałam?

Nie.

Czy jest nadzieja, ech ta Matka Głupich i Naiwnych, że zmiana nastąpi?

Raczej nie.

Czy jestem w stanie iść na kompromis w tym właśnie, co jest dla mnie arcyważne?

Nie. Już nie.

Na pewno?

Taaak?

Serio, serio czy tylko trochę serio?

Serio (z westchnieniem i lękiem).

Czy ta relacja jest dla mnie ważna?

Cholernie.

Czy godzę się na takie traktowanie, mimo ocenianej wysoko ważności relacji?

Czas przeszły – godziłam. Chyba.

Czy jestem w stanie nie reagować emocjonalnie, nie „histeryzować”, odciąć ten kawałek siebie i pogodzić się z takim stanem rzeczy?

Nie.

Nie zgodziłam się w sobie na lobotomię osobowości, w zagrożeniu, że On zamilknie, odsunie się, przeczeka i jak już „Drama Queen” ostygnie, to znowu będzie miło i przyjemnie i wygodnie.

Nie zgadzam się na brak autentyczności w relacjach. W szczególności tych, które są dla mnie ważne, bardzo.

Położyłam siebie na wadze (hyh) – moja autentyczność i integralność vs. relacja z Nim. Zważyłam potencjalny ból, zawód i poharatane serce. Popatrzyłam na drugą szalkę – trwanie w częściowym kłamstwie siebie, chowanie emocji, tuptanie na paluszkach, żeby „był spokój” i relacja zafałszowana. Neee.

On jest dla mnie ważny, może najważniejszy – ja jednak, dla siebie, na dziś i zawsze, jestem ważniejsza.

Trochę będzie tak jak poniżej, ale to przecież mój świat na Nim się nie kończy, nie?

tumblr_mrrng9DJv91r6lg92o1_500
rys. by podeszczu

„Nie histeryzuj!”

„..i że nie opuszczę Cię, dopóki mi będzie z Tobą wygodnie.”

Środek tygodnia, środek nocy, w ramionach Morfeusza oddaję się marzeniom sennym, kiedy wbija mi się gdzieś w ucho środkowe dzwonek komórki. No tak,  Car BadBoyów czasoprzestrzeń międzykontynentalną traktuje wg własnych potrzeb.

„Czy ty wiesz która u mnie jest godzina?”

„Nie za bardzo, ale nie śpisz przecież”

„Bo mnie obudziłeś!”

„Pomóc mi musisz, bo się pokłóciliśmy z Lynn i myślę, że to już koniec. A z kim mam o tym rozmawiać??”

Całuję Morfeusza w mityczne czółko i drepcę do lodówki po coś orzeźwiającego, bo to długa rozmowa będzie. I była. Co on powiedział, jak ona zareagowała, co powiedziała, kto pierwszy talerzem rzucił, kto kieliszkiem do wina się odrzucił. Drama, panie, sama drama. No ale u Cara zawsze tak było. Tłumaczę mu meandry kobiecej psychiki, że to nie o to chodziło, że ona tylko chciała pokazać mu swoje potrzeby (swoją drogą dość dynamicznie to zrobiła, bo przecież zwykły „foch kobiecy” pewnie by wystarczył), że to nie świadczy o tym, że coś się psuje, że właśnie wprost przeciwnie. Car milczy.

„Halo! Jesteś tam??”

„Yeah..ale wcale mi nie pasuje co mi mówisz, bo to znaczy, że mam się nie poddawać i porozmawiać z nią o tym. Wiesz, że ja nigdy tego nie robię.”

„No to zacznij! To nie musi być koniec. Nie spieprzaj, tylko dlatego, że się poróżniliście, bożżż..”

„Nienawidzę Cię”

„Ja Ciebie też. Dobranoc”.

Oczywiście już usnąć nie mogłam, bo się nad tematem zamyśliłam i ptaki zaczęły drzeć dzioby, bo słońce już wstało.

No tak, bo w relacjach jest fajnie jak jest fajnie. I tak myślimy, że z usteczek miodzio spijać sobie na wieczność będziemy. No miło by było, choć to pewnie przesłodzeniem i wymiocinami by groziło. Ale jak się jakiś konflikt pojawia, to wtedy co? Czy ja ciągle kocham? Czy to koniec nam zapowiada?

Ale myślę, że wtedy dopiero, kiedy druga osoba lustro nam do twarzy przystawia, i siebie widzę, i zmienić coś w sobie muszę, test związku następuje. Bo widzę, co ja tam w sobie trzymam, coś do przerobienia, do zrozumienia. To w relacji mogę niszczyć te ściany w sobie, które mnie przed byciu prawdziwie sobą powstrzymują. Jak w zwierciadełku widzę kompleksy, uwarunkowania, pokrzywione oczekiwania. Ale czy zaryzykuję i się zmienię? Czy usłyszę drugiego? Czy z odwagą w lusterko spojrzę? Czy się zamknę i pielęgnować swoje rabatki Racji będę?

imagesCAXZJIEH

„..i że nie opuszczę Cię, dopóki mi będzie z Tobą wygodnie.”

Gigant na kroplówce

Ja nie wiem czy tak masz, ja tak mam, że potrzebuję inspiracji. I biorę sobie ją od ludzi, bezwstydnie, garściami. Tych wielkich. Pół biedy jak są nieżywi. Została spuścizna wielkopomna i bosko. I się zachwycam i omdlewam w duchu. Jak żyją, ale są nietykalni, w sensie w stratosferze sławy wielkiej gdzieś, no to trochę podobnie. Ale znajduję sobie też autorytety wokół mnie żyjące, w sensie w mieście stolicznym, państwo Polska. I taki autorytet był sobie w moim życiu jeden.

Jak ja go podziwiałam! Nie dośc, że ekstremalnie inteligentny i charyzmatyczny, to jeszcze przystojny, że mój boszku..Tak zrobiłam, bo zdeterminowana ze mnie dziwka, że się znalazłam w jego promieniu rażenia, czyt. wpływu. Zostałam zauważona i się nawet zaprzyjaźniliśmy. Bardzo. I tak mnie inspirował..Do utraty oddechu..

Ale kontakt straciliśmy, z różnych przyczyn, których teraz oszczędzę, bo nuda w sumie. Aż tu nagle, pewnego dnia na Fejsie (no bo gdzie???), odzywa się z czeluści internetu, moje bożyszcze. Rozmowa rozmówka, ja trochę nieśmiała, ale tu „musimy się spotkac”. Myślałam, że na zasadzie „zdzwońmy się”. Ale nie! Jest data. Jest knajpeczka. Jest spotkanie.

Nie powiem, że nie byłam podekscytowana, bo owszem. Bo przecież tyle razy mózg mi poprzewracał na wspak i dookoła, że teraz liczyłam co najmniej na małe wywrócenie systemu wartości.

Przybywam, pachnąca i na obcasach, nawet makeup założyłam. Jest! Czeka, bo ja faszonably spóźniona. Rozpłaszczam się z tych warstw wielu. Trochę ręce mi się trzęsą, no bo przecież..kaman! Zamawiamy żarełko i winko, butelkę bo przecież posiedzimy, i.. no właśnie..i. I przyglądam się temu mojemu bożyszczu, i szukam tych śladów boskości, i pół grosza znaleźc nie mogę. Mózg mi krzyczy – daj mu szansę! Rozmawiamy, o pracy, o związkach, no życiu w ogóle. I płasko jest, panie, jak biust modelki!

Z boskości igła z nitką się ostała, czyli niewiele. Jeszczę się silę na dowcip, jeszcze kieckę kory przedniej mózgowej zadzieram, jeszcze o odkryciach moich książkowych napieprzam, synapsy mi trzeszczą, bo brawa chcą bic konwersacji, no niepokonana w wyzwalaniu potencjału jestem. I nic. On biedny jakiś taki, szarawy, do przewidzenia. W schematach swoich tkwiący.

I jeszcze gdzieś pod koniec butelki, mówi: „Zawsze byłaś taka pełna życia i odpowiedzi. Tyle w sobie niesiesz inspiracji..”

Kto mi ukradł boga??? Kto mi go podmienił ewentualnie?? Gdzie moja inspiracja życiowa? Gdzie moja nadzieja na życie odmienione? Gdzie te noce przemyśliwująco-nieprzespane?? Gdzie rozkminki? Gdzie doczytywanie? Dogmatów rozpisywanie? Aksjomatów podważanie? Gdzie mój gigant myśli?

Na kroplówce emocji bejbi..Ledwo dycha..

Ja nie chcę..

imagesCAMJPICM

Gigant na kroplówce

Zgłupiałam

Założono Fundację „Masculinum”. Czytałam niezbyt dobrze mówiący o niej tekst w NaTemat.pl (nie linkuję, żeby nie propagowac). Bo np. jest o równości przemocy psychicznej i fizycznej. I piekło pękło i lawa zła się wylała. Internety huczały nad tekstem. Nawet pewien felietonista z Krytyki Politycznej, którego cenię za celnośc i poczucie humoru, też się w sidła fragmentu niefortunnego dał złapac. Potem jeszcze i jeszcze. Zgłupiałam więc, do pnia mózgowego, bo ok, zgadzam się, słabo to wyszło. Ale ludzie, na niebiosa! Czytajcie cały tekst! W świetle całości, to ma przecież zupełnie inny oddźwięk!

Oczywiście, jest szansa, że czytac ze zrozumieniem już nie umiem, tak jak udowadnia mi się, że pisac z jasnym przekazem również, no cóż. Nad sobą się zastanowię, ale póki co nad misją Masculinum się pochylam i  pokrzykuję z zachwytu!!!

Jako Fundacja dedykowana Mężczyznom i Męskości, postawiliśmy sobie następujace cele:

1. Podejmowanie inicjatyw edukacyjnych i badawczych dotyczących problematyki mężczyzn we współczesnym świecie.

2. Budowanie pozytywnego, społecznego wizerunku męskiej płci.

3. Tworzenie męskiej sieci komunikacji i wsparcia.

4. Poszukiwanie nowego etosu mężczyzny, promowanie wspólczesnych męskich cnót i wartości.

5. Badanie dawnych rytuałów inicjacyjnych dla chłopców i mężczyzn i tworzenie nowej, współczesnej tradycji rytuałów przejścia.

6. Rozwijanie potencjału  świadomej seksualności, partnerstwa  i ojcostwa.

7. Troska o psychofizyczną kondycję mężczyzn.

8. Działanie na rzecz ochrony praw mężczyzn.

9. Wspieranie matek samotnie wychowujących synów.

NARESZCIE!!! Prawie się modliłam, żeby ktoś taką inicjatywę podjął. Sama już miałam, ale jako osobnik z jajnikami, mam raczej niską wiarygodnośc w obszarze męskości, nawet jako seksuolog, hyh, więc dobrze, że osoby z penisami (jak mniemam) się za temat wzięły

Kobiety się wspierają. No dobra, przynajmniej te, które znam, te które kocham, te którymi się otaczam. O seksie rozmawiamy. O pracy i karierze ciągle. O macierzyństwie i domu również. O partnerach, czy partnerkach cały czas. I myślę, że w tej bądź co bądź solidarności jajników, odosobniona nie jestem. Bo mamy siebie nawzajem. Bo czujemy swoją siłę i czerpiemy z siebie inspirację.

A mnie brakuje dialogu z mężczyznami! Tak bardzo! Tego określenia się facetów w zmieniającej się rzeczywistości. Zdefiniowania na nowo w komunikacji z silną, prawdziwą kobiecością. Tak byśmy się siebie nie bali, nie krzywdzili, cholera, zrozumieli po prostu i kochac swoje różnice zaczęli, zamiast sobie nimi twarze nawzajem wycierac. I do gardeł naprzemiennie skakac!

Z głębi macicy mam nadzieję, że Fundacja w mainstreamie się mocno osadzi i rzeczywiście jej działania nie będą nakierowane na wzmacnianie starych schematów i stereotypów męskości, w które sami mężczyźni, czy społeczeństwo (w tym również babeczki) ich wtłoczyło pt.”Macho Club”, albo „Charchnę, Pierdnę, Bronxa obalę, Kobietę uderzę, znaczy Koleś jestem”.

Panowie! Ja chcę Was z jajami, i z testosteronem, i siłą, i mózgami pieknymi, i waszymi pasjami i z waszymi emocjami, i z waszymi penisami!!! Żebyście już przestali się siebie bac i z kobiecością (również swoją) zaczęli się komunikowac!

A „Masculinum” kibicuję! Błagam! Nie zawiedźcie mnie.

 

Zgłupiałam

Nie wiesz, jak to jest..

Przez lata udaje mi się omijac placówki NFZ, i zawodowo, i chorobowo. Tak jest. No ale trafiło się, by zakończyc pewien ważny etap życia, dopiąc sprawę, musiałam uczestniczyc aktywnie w stażu seskuologicznym. Dwa tygodnie tańca chocholego z zaburzeniami, z którymi pracuję na codzień, czyli jakieś zaburzenia erekcji, pochwice, dyspareunie, zaburzenia popędu, normalka. Ale w klinice ma się do czynienia również z pedofilami, kazirodcami, gwałcicielami i innymi przestępcami na tle seksualnym. Przegląda się akta spraw, czasem wielotomowe, opiniuje i uczestniczy w badaniach.

I tak to do badania się przygotowywaliśmy (stażystów sztuk 3). Pan oskarżony o gwałt. Czytamy zeznania i świadków i oskarżonego i ofiary. Jest nawet transkrypcja z filmiku telefonem robionego z samego aktu gwałtu. Bez szczegółów tutaj. Siedzę i czytam między kanapką a kolejną kawką. I tak jakoś, im więcej czytam, tym mniej jasna i jednoznaczna sprawa jest.

Ja:”No to jak w końcu? To gwałt, czy nie gwałt? No bo przesłanki są..”

Koleżanka stażystka nr 1: „No co ty! Przemoc była! Siłą ją do tego parku zaprowadził”

Koleżanka stażystka nr2: „No ale się nie wyrywała, jak ją tak prowadził, a ludzie ich mijali!”

Ja: „No tak, ale może się bała, bo to wielki chłop przecież.”

K. nr1: „No właśnie, a jak ją jeszcze inaczej jakoś zastraszył? Ona podcięta trochę była..”

K. nr2: „Eee tam, mogła jakoś zareagowac, cokolwiek, przecież przez miasto szli!”

Ja: „No małe miasteczko, późna pora, nie wiadomo czego można się po ludziach spodziewac. A jakby tak nie pomogli, tylko obśmiali? Albo zignorowali?”

K. nr2: „No daj spokój, ludzie chyba bardziej wrażliwi w małym miasteczku niż tu, na pewno by coś zrobili! Ale jak ona nic nie zrobiła i jak potulny pudel szła..”.

Trochę się zagotowało. Trochę się merytorycznie do gardeł sobie rzuciłyśmy. Ale kwestia poszła w niepamięc, bo opinia do sprawy oskarżenia o pedofilię sama się nie napisze, ech.

W kolejny poniedziałek stażu, K2 mnie łapie, jak hipnotyzuję automat do kawy, żeby mi czekoladę gorącą zrobił na osłodę. „Iza, Iza, muszę Ci coś opowiedziec. Tylko nie mów nikomu. Wiesz, że na to szkolenie do Krakowa pojechałam. W piątek w nocy na dworcu. Idę sobie, walizeczka hałasuje, a ja marzę żeby tylko dotrzec do hotelu. Ludzi mało, bo skrótem poszłam. Znasz Kraków, tych uliczek sporo, ale idę, bo znam przecież. Pusto. I widzę faceta z naprzeciwko idącego. Trochę się zatacza. Mija mnie. Ja już mocno wyczulona, wiesz po tych wszystkich sprawach, które czytałyśmy. Nagle czuję szarpnięcie za ramię. Walizka mi upada. Ja się zachwiałam. A facet natarczywie, że gdzie idę tak sama, że może mi pomóc, że niedaleko mieszka, i że lubi blondynki. Chciałam krzyknąc, wiesz, jakoś zareagowac, ale zamarłam. W ogóle nie wiedziałam, jak się zachowac! On coraz bliżej, ciągnie mnie pod ścianę. Jakoś, mówię Ci cudem głos odzyskałam i zaczęłam krzyczec na niego, gdzieśtam się okno otworzyło, światła się zaczęły zapalac. Puścił mnie. Poszedł, ale skopał mi walizkę, dziad jeden.. „.

Koleżance nic się nie stało. Pozornie. Bo nawet opowiadając mi była roztrzęsiona.

I co? Można spokojnie powiedziec: przecież powinna wiedziec lepiej, oświecona taka, po co sama po nocy łaziła, nie mogła wziąc taksy, sama się prosiła itd, aż do umęczenia.

Znamy te reakcje na zagrożenie: atak albo ucieczka (fight or flight), ale zapomina się często o tym jednym, również ewolucyjnie zagnieżdżonym – zamrożenie (freeze), tym ostatecznym, tym najniebezpieczniejszym. Bo odbierającym siłę i zdrowy rozsądek i myślenie. Gdzie ciało odmawia posłuszeństwa, gdzie głos zdycha w gardle, gdzie jedyne co jest, to pustka w myślach, i strach, obezwładniający bezsilnością, strach.

Nie wiesz, jak to jest, dopóki sam/a tego nie przeżyjesz.

Natępnym razem, zanim zaczniesz oceniac..

beznazwy

Nie wiesz, jak to jest..