Wybieram śmierć zanim ona po mnie przyjdzie

Brakowało mi ostatnio czasu na uczestnictwo w społecznościówkach. Taki „disconnect” narzucony trochę. Zawsze wtedy myślę, że jak coś ekstremalnie ważnego, to i tak się dowiem. Ale są rzeczy ważne i ważne. Każdy taką „ważność” sam przecież sobie definiuje. I jak już chwilę złapałam, to „ważność” mnie dogoniła.

Nie było nic w polskich mediach, ba nawet Ciocia Wiki jeszcze przed aktualizacją (kiedy to piszę), w zagranicznych ze 2-3 notki. Cisza. A Sandra Bem nie żyje.

Myślisz sobie pewnie „Who the fuck is Sandra Bem?” albo coś podobnie brzmiącego. Też bym nie wiedziała, gdyby nie była jednym z moich autorytetów i nauczycieli. Gdyby nie otworzyła przede mną świata gender, roli społecznych, roli męskich i kobiecych. Gdyby nie wlała mi do głowy, wcześnie bardzo, zamiłowania do kwestionowania stereotypów. Gdyby nie pokazała społecznego mózgu. Gdyby nie wyjawiła pojęcia androgyniczności. Gdyby nie walczyła do konca z narzuconymi kulturowo postrzeganiem ciała i siebie nawzajem. Gdyby nie było jej w moim życiu, nie byłoby mojego życia, które teraz znam, lubię i szanuję. A jej już nie ma.

Już trochę lat miała. Mogła poczekać i odejść jako starowinka profesorka- badaczka, ubóstwiana przez swoich studentów. Nie.

4 lata temu został u niej wykryty Alzheimer. U tego nieprawdopodobnego umysłu, który na szczęście dla epoki, ją wyprzedzał. Już wtedy zapowiedziała najbliższym, że jeśli choroba ją zdominuje, czy stanie się dla niej nie do zniesienia, zabije się.

Odeszła we wtorek. 20 maja 2014. Dwa dni wcześniej urządziła stypę dla najbliższych z którymi się godnie pożegnała. Poniedziałek spędziła z mężem, z którym przez lata dzieliła pracę naukową (Daryl jest również znakomitym psychologiem) i życie. Poszli na spacer, obejrzeli film, zjedli obiad. Wzięła proszki i odeszła we śnie. Wszyscy wiedzieli, że wtorek to ostateczny termin, deadline.

Piękny umysł odszedł, kiedy jeszcze był piękny.

Bardzo się wzruszyłam. Dotknęło mnie to do rdzenia. Nie, że jakoś żałobnie. Ale to jej postanowienie – żyć w wolności i w niej odejść, kiedy jeszcze wiem kim jestem. Wybrać najtrudniejsze z rozwiązan, a może najłatwiejsze? A ta „stypa” – pożegnanie, kiedy jeszcze żyjesz, to była taka jak w filmie „Wtorki z Morrim” czy jak w „Ćmie”? Czy jeszcze inaczej? Co myślał mąż, starszy od niej przecież? Jak podjęła taką decyzję? A co oglądali tego ostatniego dnia? Co było na obiad?

I głębiej. W jakich okolicznościach możemy w ten sposób, świadomy, zadysponować swoim życiem? Jaka choroba nas do tego kwalifikuje? Czy fizyczna tylko? A co z „chorymi” psychicznie, którzy nie są w stanie unieść tego swojego cierpienia, mimo medykamentów i remisji? Czy oni mają prawo o sobie w taki sposób zdecydować? Wg jakiego kodeksu moralnego mamy prawo osądzać – „samobójstwo jest złe”? Kto jest w stanie zważyć ilość cierpienia? Kto ma prawo oceniać? Jeśli żyjemy, ot, bo tak nam dane, to czy nie możemy też decydować o swojej śmierci? Godnej, bo świadomej?

Nie mam odpowiedzi. Jak macie to mi podrzućcie. Proszę.

PS. I’ll miss you Sandra. Your life and work changed my life and work. You will not be forgotten.

Wybieram śmierć zanim ona po mnie przyjdzie

Siła w trawie?

Gabinet.

Siedzi uśmiechnięty i wpatruje się we mnie tym swoim psychopatycznym błękitem. Ale to tylko kolor. Za grosz w nim psychopaty.

– Miałaś rację z  trawą.

Zdania wypowiedziane tańczą oberka, czarna skrzynka uruchomiona, ale nie, nic o żadnego rodzaju trawie nie pamiętam!

– No wiesz..że mamy być jak trawa.

Teraz to już się dziwię zewnętrznie. Moje breżniewowskie brwi pełzną po czole.

– Mogą mnie deptać, w piłkę grać, srać i sikać na mnie a ja i tak się podniosę. A to wszystko jest dla mnie tylko nawozem. Robię się przez to silniejszy. I rosnę. I się rozwijam.

– Chodziło o drzewa, nie urosną do nieba jeśli korzeni w piekle nie zapuszczą. I to nie ja, tylko Jung.

– (śmieje się) No popatrz, ale chociaż tematycznie pamiętałem. Jezu, jak ten mózg działa…

– To teraz jesteś taki podeptany i obsikany?

– Przez to wszystko, co się działo. Ze mną. We mnie. Co mi życie w twarz rzuciło. Ale żyję. I rozumiem.

Milczymy wygodnie razem.

– Otworzyłaś mnie na strach.

– Otworzyłeś się.

– (znowu uśmiech) Wiedziałem, że tak powiesz. Czekaj..jak to było..”Depresja to nie śmierć. To nie koniec.”

– Dla Ciebie już nie.

Strzela błękitem znowu. Ale tym razem już zasnutym mgłą wodną. I kilka łez ucieka.

– Siedziałaś ze mną w tym gównie. Nie ubrudziłaś się za bardzo?? Teraz czuję się silny, wiesz, przez to co było chyba..

Wiem. Wiem. Bardzo wiem. I podam Ci tylko pudełko z chusteczkami. I posiedzę sobie z Twoją nową siłą. Z Tobą odmienionym. I trochę jej sobie od Ciebie wezmę, jak mi pozwolisz. I Twojej metafory będę używać, bo chyba lepsza jest od tej Dziadka Junga.

Dobrze, że ciągle tu jesteś. Wśród żywych.

I nie. Nie pobrudziłam się. A nawet gdyby tak, to wiesz, jestem jak trawa..

 

1017439_469191336502249_1980370900_n

Siła w trawie?

Pierwszy genialny opis depresji to biblijna Księga Hioba „Piekło jest domem moim: i w ciemnościach usłałem łóżko moje (…) Wody twardnieją jako kamień i ścina się wierzch przepaści”. Ja chyba tylko tego dotknąłem. Człowiek jest jakby zatruty sam sobą i w sobie uwięziony. Staje się dla siebie izbą tortur, celą bez okien i drzwi. Nie ma ucieczki od siebie samego i samemu jest się źródłem i celem cierpienia.
Nic dziwnego, że śmierć, nieistnienie, wydaje się luksusem. Dla mnie zagadką nie jest wysoki procent samobójstw popełnianych przez będących w depresji, ale że nie robią tego wszyscy chorzy. Niech to będzie dowodem na potęgę instynktu życia.
Niesamowite. Życie jest niesamowite. Dopiero kiedy leży się na dnie, widać to w całej okazałości.

T. Jastrun

Bez ciemności nie ma światła. Bez upadania, nie ma siły powstawania. Bez łez, nie docenia się uśmiechu.

Cytat

Między piekłem a piekłem

imagesCAFB3E7D

„Spytasz mnie pewnie jak to przeżywam, prawda? Co to dla mnie znaczy? Już bywałam na terapiach, wiem co mówić. Nie boję się.

Wolisz o górkach najpierw, czy o dołkach? Dla mnie bez różnicy. To o górkach, delikatniej. To jest tak, jak z piciem. Na początku całkiem przyjemnie. Wszystko takie jasne i proste się wydaje. I łatwe. Nie ma rzeczy, która byłaby trudna. Nie ma nic, co byłoby niemożliwe. I jest energia. Och, jak ja kocham tę energię. Jaka jestem roześmiana, towarzyska, najlepszy kumpel do wszystkiego. I tak! Jestem w stanie i robię wszystko. Jestem piękna, seksowna, inteligentna i bystra. Łączą mi się wątki w głowie. Pomysły nabierają kształtu. I to różnie może trwać, czasem kilka godzin, czasem dni, tygodni. Potem nagle zauważam, że już coraz mniej snu potrzebuję. Wątki się ze sobą przeplatają..Trochę gubię ich końce i początki. Koncentracja mi się urywa. Zaczynam ileśtam rzeczy, ale niecierpliwa się robię. Siadam, wstaję. Gotuję obiad o 4 nad ranem. Albo idę biegac o północy, bo jest ta energia. Tak dużo rozpierającej głowę energii. Nie ma ujścia. Wydaję kasę, och jestem panią życia wtedy, wiesz przecież. Pewnie dla znajomych to dobrze. Chociaż nieprzyjemna się robię, bo miałkie rozmowy wtedy to już nie dla mnie. Ja potrzebuję górnolotnej stymulacji, już nie dla mnie rozmowy o psach, youtubie i pracy. Ja chcę latać. I agresywna się robię, tak na początek cynizm się ze mnie wylewa, potem już tylko wolę się upić na przykład. I wtedy jest najgorzej, bo jeszcze faceci, no i tak, kobiety się pojawiają, jak króliki z cylindra magika wyskakują. Prawie nigdy nie mówię nie. Sama sytuacje prowokuję. A w głowie karuzela, złość, krótkie, oślepiające błyski myśli, rozedrganie. To nie boli. Nic nie boli wtedy. Dlatego ten pęd za stymulacją, żeby coś poczuć. Złudnie, żeby było tak jak kiedyś. Skóra tylko swędzi, jak tysiąc robali mi się pod nią wiło, a ja wtedy chcę tylko wydłubywac je widelcem spod skóry.. Moje piekło manii.

A potem jakoś nie wiadomo jak, skąd, budzę się i nie wiem kto zgasił światło. Nie mogę nawet wstać, żeby poszukać kontaktu. I szukam tego światła. I nie ma. I słabnę. Więdnę. Chodzę jak w gęstym syropie. Mówię coraz wolniej. Głowa jak durszlak. Słów i zdań zapominam. Pójście do łazienki to wyczyn olimpijski. Wyjście z domu to wspinaczka na MountEverest. Źle słyszę. Wszystko wokół mnie jak w jakimś pędzie rozszalałym, a ja pełznę i nie nadążam za własnym oddechem. Chcę tylko leżeć i spać. Tylko nic nie robić, bo wszystko, mówię ci, wszystko mnie przerasta. Nic nie daje wytchnienia. I ten smutek. Już nawet nie smutek, rozpacz. I jedna tylko myśl włączona na Replay – skończ z tym, skończ z tym, skończ ze sobą. Tylko to.

Czy próbowałam skończyć? Tak. Kilka razy. Nie udało się, jak widzisz. Ten głos myśli jest tak ogłuszający, że nie ma nic, oprócz niego wtedy. Najgorsze jest to, że nie wiadomo, kiedy koniec tego będzie. Bo wtedy się wydaje, że nie ma końca. Nie będzie. Że już zawsze taka będę, głupia i beznadziejna, i gruba. Glista do rozdeptania. Jak ktoś mi opowiada o piekle, to myślę o tym, że tam właśnie tak jest.

Tak, brałam leki. Czułam się..eee..nie wiem, pewnie lepiej, ale nie sobą. Jakby mi kawałki siebie ktoś poucinał. Spróbuj życ bez stopy, ucha, trzech palców, biodra..Niefajnie, nie? Tak się czułam. I mówili mi – musisz, bo to genetyka, lepiej nie będzie, tylko gorzej..Mają rację przecież. Wiem o tym, ale już nie chcę. Przez prawie dwadzieścia lat od diagnozy uczyłam się siebie, wygryzałam każdą chwilę przejrzystości, śledziłam każdy nastrój, namierzałam w sobie zapalniki, podążałam, nieudolnie czasem, za myślami, i w dołkach i w górkach. Dotarłam do takiego miejsca, które wyobraź sobie, się nie zmienia. Tam chyba mieszkam. Ta prawdziwa. Tam jestem ja. Albo to tylko brednie. Ale tam się wczołguję jak już nie mogę dalej żyć, i czekam. Tam wbiegam jak oszalała w manii, żeby siebie dotknąć, i trzymać pazurami i nie zapomnieć, że jestem. Jest we mnie. To jedno wiem.

Co jest najgorsze??……. Samotność w tym jest najgorsza. Bo niby ludzie są, ale ich nie ma, nie tak jak marzę, żeby byli. Bo też nie chcę skazywać nikogo na życie ze mną. No jak?

Chciałabym żeby ktoś wiedział, jak to jest żyć między piekłem a piekłem, z kroplą siebie w środku.”

Już wie.

Między piekłem a piekłem

Został mi rok życia

Pomyśl tak. Przez moment.

Wyobraź sobie. 1 rok życia. 12 miesięcy. 365 dni. 8760 godzin. 525650 minut. Sekund nie mnożę.

Co by było, gdybyś właśnie tyle dostał. Nie więcej. Nie mniej. Dokładnie tyle.

Panika? Tysiące obrazów przed oczami? Rzeczy do zrobienia? Ludzie do kochania? Rzeczy do załatwienia? Słowa do powiedzenia? Marzenia do spełnienia? A może spokój? Tak ma byc? Żyję dalej tak samo?

Ehhh..myślisz, taki eksperimą paniusia psycholożko-psychoterapuetko-seksuolożka mi zadaje, phi..A gdyby tak naprawdę? Taką diagnozę śmiertelną dostajesz? Albo ten prorokowany koniec świata, naprawdę się staje? Albo zmęczony sobą postanawiasz dac sobie i życiu, właśnie jeszcze rok, a potem..

Prawda jest taka, że codziennie zbliżasz się do swojej śmierci. Już od urodzenia. Czy codziennie z tym w głowie żyjesz? Pamiętasz?

W zakład idę, że nie. Nie pamiętamy o niej. Wzdrygamy się na samą myśl o śmierci. To jest taki Król Lęków. My. Tacy Śniący. Tacy Nieobudzeni. I uprawiamy to życie, jak grządkę warzywno-kwiatową. Ma byc równo i tak jak u innych. Nie myślec za dużo, bo po co? Łatwe – podlewamy codziennością, pielimy, chwasty niepasujące do planu wyrywając, z nadzieją na zbiory w porze odpowiedniej, czekamy. Czekamy.

A to czekanie, żeby pytań i lęków do siebie nie dopuścic, tak sobie zakrywamy – to praca, to rodzina, to dzieci, to podróże, to hobby, to melanż, to serial, to nowe meble. Nie myślę, nie myślę, nie myślę. Oby tylko nie myślec.

Nie uciekniesz. Nic ci nie pomoże. Umrzesz. Umierasz. Minuta po minucie. Sekunda po sekundzie. Coraz bliżej. Już ci niosą trumienkę drewnianą, albo urnę glinianą.

Zostaje ci rok życia, co z nim zrobisz? Z Barbie uciekniesz do Barcelony? Z Kenem do San Francisco? Ożenisz się? Rozwiedziesz? Rzucisz robotę? Zaczniesz chodzic do kościoła, no bo wiesz, ubezpieczenie, tak w razie czego? Tatuaż sobie zrobisz? Powiesz jej, w końcu, że ją kochasz, bo czasu już nie ma na myślenie? Wyznasz mu, że go uwielbiasz, bo jest najwspanialszym facetem pod słońcem, bo po co już teraz udawac?

Masz rok życia. Może krócej, bo jak TataHun mówi:”Jak ma tak byc, to cegłówka ci na głowę w drewnianym kościele spadnie”.

Żyj. Bo ktoś powiedział, że boją się śmierci, ci, którzy tak naprawdę nie żyją.

Żyjesz?

533981_10151311465451018_253297142_n

Został mi rok życia

Kiedy słońce zapomina wstaĆ

„Dzwoni budzik w telefonie. Myślę, znowu. Okej. To nie jest trudne. Najpierw noga prawa, potem lewa – myślę. Leżę. Ponad moje siły. Może nie jednak? Noga prawa, noga lewa? Koncentruję się. Oj, no kurwa, to nie może byc trudne. Noga lewa, noga prawa. Słuchają. Siedzę. Yey! Miliony ludzi to robi – wstań, siusiu, prysznic, ząbki..Nie..niekurwaumiem..Niekurwamogę..Powoli kładę głowę na poduszkę i wiem, że znowu..”

„I woda mi sama leci po ryju..Nie, po prostu. Nie mam siły. Chcę, się przykryc kołdrą i nigdy nie odkryc. Nigdy. Ciało, już w końcu nieważne. Już tak zakryc się na zawsze. Nie mogę już..”.

Siedzimy na czerwonym. Sofie i fotelu. Pl. Konstytucji przez okno hałasem przebija. Siedzimy. Ona nie ma siły. Ona już nie widzi nic. Ona już nie może dalej życ. Bo nie umie. Nie ma po co. Dla kogo?

I słońce zachodzi nad wawą. I wstaję, i zasłaniam, bo mnie razi, tą swoją jasnością zachodzenia.

I dla niej już nie wstaje.

Już zapomina, że miało.

Ja wiem, że teraz nie chcesz byc. Chcesz, żeby cię nie było. Ale jesteś. Ja wiem, że teraz siedzisz w tej dolinie, i posypujesz głowę popiołem swoich marzeń. Ja wiem, że nie widzisz wyjścia stąd. Ja wiem, że marzysz o końcu. Już. Dajcie mi spokój! Ja wiem, jak ciemna może byc noc. Ale zobacz, przez chwilę, chociaż, błagam, że im bardziej ciemniejsza ciemnośc, tym lepiej widac gwiazdy, tak???

Tak???

Jestem.

Kiedy słońce zapomina wstaĆ

Zabijcie mnie, proszę..

Pukanie do drzwi. Śliczna główka naszej recepcjonistki pojawia się w szparze:

–  Iza, pan już jest.

Zawsze próbuję odczytac po jej minie, kto na mnie czeka. Ale dziś, nic, zupełnie. Poker face.

– Oki. Już idę.

Nie zdążyłam wstac z fotela, kiedy drzwi otwierają się szerzej i wchodzi on. Bez zaproszenia. Bez uśmiechu. Też poker face. Podaje chłodną dłoń.

– Nazywam się Eryk. I chciałbym, żeby mówiła do mnie pani po imieniu.

Zdejmuje marynarkę, która się nazywa Pierre Cardin. Poluzowywuje krawat. Wszystko idealne. Lekki cień zarostu tylko przykrywa mu twarz. Wskazuję na kanapę. Siada, tak jakby tu mieszkał. Przygląda mi się spod lekko opadłych powiek. Uśmiecham się profesjonalnie.

– Czy ja też mogę mówic do pani po imieniu?

Każde słowo, wyraźne, jak oddzielone przecinkiem. Zastanawiam się, co odpowiedziec. Na dzień dobry przekracza pewne bariery. Błękit jego oczu wwierca mi się nieprzyjemnie w środek. Hmmm…Ryzykuję. Przytakuję.

– Dziękuję, że się zgodziłaś, bez tego idiotycznego pytania „A dlaczego panu na tym zależy?”. Byłem już u kilku psychologów, i jakoś zawsze to pytanie padało. Czy to jakiś grzech? Pewnie chodzi o granice, tak? Wróciłem niedawno ze Stanów. Tam to norma. Poza tym nie lubię psychoterapeutów.

No tak, czekałam na to. Nie zdążyłam jeszcze wyjąkac jednego słowa, a dopiero całego zdania, i kiedy już próbuję wskrzesic w sobie terapeutkę.. On zdejmuje spinki z mankietów koszuli, podwija rękawy i wyciąga przedramiona, pochylając się w moją stronę.

– To był ostatni raz. To znaczy, to miał byc ostatni raz. Ale ciągle tu jestem.

Blizny po cięciach. Na przegubach. Prawie chirurgicznie proste. Przełykam ślinę.

– Nie chciałem cię zszokowac. Tylko wolę już się obyc bez tego tańca wokół problemu. Próbowałem się zabic 4 razy. Pierwsza próba w wieku 22 lat. Ostatnia kilka miesięcy temu. Psychotropy nie pomagają. Z resztą nr 2 był właśnie za pomocą pigułek. Byłem na kilku terapiach. Nawet alternatywnych. Nie za wiele to dało. Ale nie wiem, co zrobic. I może mam nadzieję, jakąś minimalną, że może tym razem będzie inaczej. Może znajdzie się sposób, żeby coś z tym zrobic. Spytasz pewnie o diagnozę. Depresja, oczywiście. – uśmiechnął się do siebie – Ale moim zdaniem to jakaś cholerna etykieta, bo jak już wiadomo jaka to choroba, to chyba powinno się ją dac wyleczyc? Nie? No, nie.. Zaraz zapytasz o symptomy. Widzisz, jaki ułożony ze mnie pacjent, znam nawet twoje pytania. – teraz ja pozwalam sobie na uśmiech – Na codzień normalnie funkcjonuję. Bardzo wymagająca praca. Dużo godzin, ale też bez przesady. Ciagle wśród ludzi. Można powiedziec, że niektórzy jakoś tam nawet bliscy. Zdarzają się kobiety. Mam wrażenie, że nikt tak naprawde mnie nie zna. Ja się dokładam oczywiście do tego, bo pewnie nie mówię, też jakoś bardzo o sobie. I przychodzą chwile zupełnej, czarnej samotności. Ja wiem, jak to banalnie brzmi. Ale tak jakbym nosił w sobie dziurę. Pustkę. Ból. Ciemnośc. Żyję wśród ludzi przecież. A jedyne co wtedy chcę powiedziec to, zabijcie mnie, proszę, ja już tego nie chcę.  Znasz to uczucie? Możesz sobie to wyobrazic?

Mogę Eryku. Znam to uczucie. Ale tego już mu nie mówię. Myślę, że większośc z nas takich uczuc doświadcza, nawet jak się jest w tzw. związku. Co z tego, że otaczają nas ludzie. Skąd możemy wiedziec, co druga osoba czuje, kiedy nic nie mówi, nie? No nie. Bo czasem nie można tego ubrac w słowa. Bo nie starcza już sił na mówienie o tym. I co zostaje? Rozpacz?? Depresja? Śmierc??

Potrzebujemy „hormonu miłości”. Oksytocyny. Ona sprawia m.in., że czujemy połączenie z innymi, wyzwala zaufanie i empatię. Czujemy się blisko innych. Może trochę mniej samotni, bez tej dziury w piersiach, bez dźwigania ciemności. Jak ją uwolnic w mózgu?? Paul Zak w swojej prezentacji na TEDzie, pokazał jak!!!!

Potrzebujemy 8 przytulasów dziennie! Hagsów takich! Bliskich! Niedźwiedzich! Nie buziaczków w powietrzu. Tylko prawdziwego przytulenia! 8 i może uda się tą ciemnośc rozproszyc! I moją, i Twoją! Może uda się pogodniej przeżyc dzień. Może Eryk właśnie tego potrzebował. Może nie dostawał. Ja nie spłaszczam problemu, ale może to działa!!!

Jak mnie gdzieś spotkacie, to proszę bez wahania mnie wyściskac! Publicznie to mówię, tak! Nawet na ulicy, czy w tramwaju!

Bez podtekstów seksualnych, bez wstydu, bez tłumaczenia, przytulasów żądam dla siebie i dla was. I już!

Zabijcie mnie, proszę..