„Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni…

… mówi jeden z najgłupszych sloganów psychologicznej nowomowy, bo to co mnie nie zabije, może mnie zamienić – na długo albo na zawsze – w żyjącego trupa z wypalonym środkiem i pozorem ruchu. Czasem cierpienie ma taką właśnie siłę, bo są zdrady i utraty uniemożliwiające żałobę, odbierające łzom oczyszczającą moc, a czasowi łagodność. Zostaje po nich dzikie mięso jak po źle leczonym oparzeniu”.

Wyspa łza – Joanna Bator

Nienawidzę tego powiedzenia przez Nietzsche’go ukutego. Przedostało się do popcornowej psychologii i rozsiadło się w mózgach jak jakaś prawda najwyższa.

Bo co ono znaczy, tak naprawdę? Rozumiem semantykę przecież, słowa obok siebie w szeregu postawione. „Nie straszna mi żadna przeszkoda, ból i cierpienie. Nic mnie nie złamie! Zwyciężę…”. To dobry motywator na siłownię, chociaż krzywdę można sobie zrobić.

Tylko, że jak słyszę to w gabinecie wypowiedziane, gdzieś między zagryzanymi między zębami łzami, w sztucznym uśmiechu wyszczerzonymi, a pustymi z bólu oczodołami, to już nie jestem tak pewna, że to „wzmocni”.

Albo kiedy słucham historii sprzed lat czasem, albo jakiegoś wspomnienia, które gdzieś głęboko schowane w zwojach mózgowych, dopiero co się na powierzchnię wydostało, i ciągnie za sobą te emocje, których czucie zakazane do tej pory było, to już wcale nie wierzę w tą „moc”.

Kiedy patrzę na ludzi złamanych tymi historiowspomnieniami, tymi teraz, i tymi wcześniej przeżywanymi, to nie chcę tego powiedzenia słyszeć nawet.

Bo zdarzają się zdarzenia, których nie sposób „przerobić”, zapomnieć – myślisz – „phi, zawsze można, trzeba tylko silnym być”. Jasne. Mam wtedy wątpliwość, czy takie „coś” o takiej sile rażenia, kiedykolwiek ci się przydarzyło.

To zdarzenie, które zmienia nas, mnie, ciebie, bezpowrotnie. Przylepia się do duszy i nic nie jest w stanie tego odkleić. Nosimy to w sobie, na sobie, jak niewidzialny ciężar. Świat się zmenił, od tego momentu. Na zawsze już.

Nie, nie widać. Idziesz dalej. Spychasz cierpienie „na wieczne zapomnienie”, bo „silnym trzeba być”! Spychasz, tylko, że ono się odzywa, czasem gest, zapach, myśl nieokiełznana, przypomina. Co wtedy? Miało mnie wzmocnić przecież, a ja tak jakoś kulawo się czuję i odwracam głowę od siebie w lustrze. Pusta, słaba, brudna..

Najgorsze co możemy zrobić wtedy, to „zaklepać” to cierpienie i na siłę silnym być.

Czasem w gabinetach, jak trzeba to razem się w nie wsłuchujemy, co ono mi mówi, dlaczego tak bardzo chce być zauważone. Bo chce. Zawsze będzie chciało.

Może Ci pokazuje, że właśnie masz nie być silny, że może trzeba się słabości nauczyć. Nie uciekać tak wściekle od swojego człowieczeństwa? Może przez nie masz być delikatniejszy, bardziej rozumiejący ludzi, tak, pewnie tak samo cierpiących? Może rady – porady dla kogoś kto przez własną pustynię przechodzi masz sobie wtedy w kieszeń, albo głębiej schować, i tylko posiedzieć z nim, pobyć, bo przecież wiesz jak to boli?

Może właśnie dla siebie współczucia i dobroci masz się nauczyć, żeby już tak siebie nie biczować? Może czas, żebyś przestał być swoim katem w tej iluzorycznej sile chodzącym? Może czas serce otworzyć i pozwolić sobie „czuć”?

I, nie, nie być silnym, jak czasy nakazują, tylko słabym właśnie. Przed sobą samym. I powiedzieć sobie: „Tak, boli, tak, cierpię. Nie udaję ale żyję, wciąż”.

Ja prawdziwa_wy, ja autentyczna_ny, ja cierpiąca_cy.

Po prostu.

Silny, silna, w swojej prawdziwej słabości.

Jestem.

IMG_0697

„Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni…

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Z Dżerzim (wym. „Dż-e-r-z-i) znamy się krótko. Zanim wszedł do gabinetu, długo wybierał herbatę, potem długo czekał na gotującą się wodę. Strategie zwlekania ma opracowane, sam później powiedział.

– Z czym przychodzisz? – jeszcze przez telefon poprosił, żebym mówiła do niego po imieniu.

– Tak od razu, prosto z mostu? – uniesione w zadziwieniu brwi.

– A od czego chciałbyś zacząć?

– Yyyy..no w sumie…jestem trochę jak u lekarza..

– Zależy. Myślisz, że jesteś chory?

(patrzy na mnie uważnie, przełyka ślinę, herbata nie pomaga) Nie wiem..nigdy nie myślałem, o sobie, że jestem chory chory, ale to raczej zależy od definicji choroby.

– I organu, jesteś u seksuologa.

– Taak..Fak, nie myślałem, że będzie tak trudno..Przepraszam…

– Nie ma za co zupełnie.

– Tak, no tak… No dobrze… Mam problem z erekcją… (spuszcza głowę i z całej siły trzyma się kubka).

Całej rozmowy, a później rozmów następnych oszczędzę, bo analizowanie stanu zdrowia fizycznego i poziomów testosteronu, tudzież stylu życia nie musi być dla innych tak fascynujące jak dla mnie. Przy czym dodam, że Dżerzi zdrowy jak koń wyścigowy.

Dżerzi opowiada o tym, jak była olimpiada szkolna w podstawówce, to on się z niej wycofał, prawie w ostatnim momencie. Jak wygrał konkurs geograficzny, to nie mógł uwierzyć i dopytywał, czy komisja się nie pomyliła, nie, więc uznał, że było mało startujących i dlatego wygrał. Poszedł do liceum, nie tego prestiżowego, tego którego chciał, tylko do słabego, bo wiedział, że tam sobie poradzi, no bo gdzie on, w tym dobrym. Studia, jak studia, niewiele pamięta, nie, że tyle melanżował, po prostu niewiele się działo, wolał grać w gry, sam, nie w jakieś MMOGi tylko on sam i komp, no może czasem w LOLa. Pracę wybrał taką jakąś, żeby była, bo ta co by chciał, to raczej nie będzie startował, bo tylko się rozczaruje.

– Powiesz mi co się wtedy stało? – pytam, bo na temat „tego incydentu” milczał, ciszą znaczącą.

– Kiedy? – odpowiada, chociaż doskonale widzę, że wie, o co pytam, wzdycha głęboko i po chwili jednak kontynuuje – Jak już mogłaś wywnioskować, moje stosunki z kobietami układały się różnie, były jakieś..w sensie kobiety, ale to raczej przypadkowo, często po alkoholu.. No i jest ona..

Długo milczymy. W ogóle z Dżerzim sporo milczymy, nie, że to źle, po prostu tak mamy z Dżerzim.

– Wiesz, ja się trochę w niej …. no nie wiem, no cholernie mi się podobała, nie tylko mnie. Byliśmy na tej imprezie razem, znaczy dużo osób było, i w ogóle nie piłem, bo się bałem, że palnę coś debilnego! I co? I jakoś zaczeliśmy rozmawiać, znaczy ona mówiła, więcej, że fajnie, że jestem taki miły, że nie jak inni. No i jakimś cudem szamańskim chyba, znaleźliśmy się u niej w domu. I mówiła mi, że już mnie obserwuje od pewnego czasu i że… Jezu, a mój mózg oczywiście cały czas tylko jedno: Nie spierdol tego, nie spierdol tego, nie spierdol tego. Jak przyszło co do czego, to już wiesz… Już nigdy nie dotknę kobiety…Na ręcznym będę jechał…

Nie trzeba tu wszechboga psychoterapii i cesarza seksuologii, żeby zobaczyć, że Dżerziego mózg uzależnił się od złego myślenia o Dżerzim. To ciągłe wycofywanie się, „usprawiedliwianie” sukcesów, deprecjacja umiejętności. I niektórzy mogliby pomyśleć – o! na łatwiznę idzie! Nie idzie. Nie potrafi inaczej, on, ciągle ten gorszy, ten nie radzący sobie, nie zasługujący. Ta głowa Dżerziego inaczej nie potrafi myśleć, hamuje go, tak, jedzie na ręcznym, hamulcu. Fakty interpretuje sobie na pohybel, wszędzie, nawet w łóżku, silniejsza ta głowa od penisa.

Myślę sobie, patrząc na w połowie zapisany ekran, że pewnie każdy z nas uzależniony jest od jakiegoś myślenia, czy o sobie, czy o świecie. Od myślenia, które nas krzywdzi. Czasem nie wiemy, że można myśleć inaczej, czuć inaczej, a bożebroń zachować się inaczej. I tak w tym uzależnieniu nieujawnionym trwamy, krzywdę za krzywdą sobie robiąc, wycofując się, nie próbując, odpuszczając kiedy jednak nie trzeba było odpuszczać.

Można inaczej.

I trzymaj kciuki za Dżerziego – bo idzie na randkę z Oną. Bo Ona się wcale nie wystraszyła, powiedziała, że zdarza się, i tak, Dżerzi nie uwierzył najpierw, pomyślał, że z litości pewnie idzie, ale potem powiedział, że spróbuje, że może rzeczywiście, nie z litości, tylko z sympatii, i że może te problemy z erekcją mogą się zdarzyć, jak ktoś tak sobie „w głowie napierdala”, cytuję, bo Dżerzi już przestaje, powoli.

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

To nie jest kraj dla samotnych kobiet

Jeżdżę do pracy z radosnym, studenckim tłumem mocno zatłoczonym tramwajem. Godziny szczytu, miasto stoliczne – nie ma się co dziwić, tym bardziej, że po drodze naliczyłam trzy znakomite uczelnie. Są dodatkowe plusy dodatnie – można się dowiedzieć co młode pokolenie czyta. Oprócz tabelek, wykresów i budowy układu krwionośnego studenci czytają różne rzeczy.

Ostatnio z zaciekawieniem, trochę wymuszonym, bo fala ludzka mnie popchnęła, pochyliłam się nad studentką, która z rumieńcami na twarzy studiowała jedno z licznych pism, tzw. kobiecych. A tu tytuł artykułu – „Jak zdobyć faceta – 10 sprawdzownych sposobów”. Uuuuu! Myślę sobie, poczytam, a nuż się czegoś praktycznego nauczę, bo przecież wiadomo, że my, psychologowie, to czysta teoria (prawie spójnik tam wstawiłam). Kocopała na kocopale niestety, aż mi się żal Panny Studentki zrobiło, bo jak będzie tak postępować, to tylko choroby wenerycznej się nabawi i załamania nerwowego. No ale ok. Pismo poczytne, więc siwowłosy głos rozsądku rozsądnie stłumiłam. Oooo! Kartkujemy dalej. Zatrzymujemy się na „Jak być prawdziwą kobietą?”. Mmmm! Oh, czytamy!

Ze znakiem zapytania na twarzy z tramwaju wysiadłam, o mało nie wpadłam pod Lexusa z tego wszystkiego, bo zadumanie wielkie mnie ogarnęło.

Bo z artykułów jasno wynikało, że albo jedno, albo drugie. No nijak się nie sprzęgały. Zasmuciłam się.

Z jednej strony kobiety bombardowane tzw. tradycyjnymi wartościami: rodzina, macierzyństwo, dom; i przekonaniami: „partner/ mąż nade wszystko” itp. I trzeba być „Z”, bo jak się nie jest, to należy sie przyzwyczaić do pytania „Co z Tobą nietak?”.  By sprostać, z Matki Desperacji, nierzadko kobiety pakują się w relacje, gdzie Przegrana to Siostra, bo Dziwadłem być nie można. Albo nieelegancko odbijają samca zajętego, raniąc inną a czasem i dziatki. Cena nie gra roli. Nie słuchają siebie, tylko by dopasować się do normy. Rozumiem. 

A z drugiej strony –  te kobiety, świadome, gdzieś w tym wszystkim też pogubione.

No bo z trzeciej strony słyszę:” Jestem tzw. feministką, szklany sufit mi nie groźny, walczyć o swoje będę, o moje orgazmy, o moje uczucia, o siebie”.

A z czwartej: „Nie mogę przecież przyznać, że brak mi faceta, że chcę się czasem wypłakać, bo mi smutno, dlatego, że tak. Że potrzebuję „silnego, męskiego ramienia”, bo jestem krówką – ciągutką w środku, a nie anyżkową – hardkorową- landryną. Bo chcę, żeby ktoś mnie przytulił, i nie pytał dlaczego, a potem kochał się ze mną, kiedy ja wcale nie muszę udawać orgazmu, bo wystarczy, że On jest i tyle. Bo… „. Ad infinitum.

Nakaz bycia z kimś vs świadoma siebie kobieta się nie wyklucza. Ale gdzieś w tym rozciągnięciu wartości, gubimy się, próbując odnaleźć siebie w samotności, kiedy Ten czy Ta się nie pojawia. Tak trudno przetrwać w samotności, kiedy wszyscy wokół „sparowani”. Tak trudno rozpoznać własne, a nie uwarunkowane tłumem potrzeby. Ech.

Moja recenzentka skomentowała, przed opublikowaniem: „Phi, Izuś, jaki kraj, wszechświat raczej..”.

Nie znam wszechświata całego, ale wiem, że to nie jest kraj dla samotnych kobiet.

tumblr_mym60kP9d61qdy7vgo1_500

To nie jest kraj dla samotnych kobiet

Odrzut

Gabinet nr 1. Ten mój ulubiony.

Siadam w czerwonym, opasłym fotelu uśmiechając się do Niego. Znamy się kilka lat. Z przerwami wieloma. Ale przecież znać się nie przestajemy.

– No zapytaj mnie, zapytaj.

Nasz rytuał.

– Co słychać?

– Dobrze, dziękuję. – natychmiast odpowiada frazesem. Przekrzywiam głowę, jak na tradycję przystało.

– Sprawdź meila.

– Teraz?? Umówiliśmy się przecież…

Przerywa mi w pół zdania – Sprawdź. Proszę.

Kręcę głową, jak jakaś ciotkaklotka nad tymi, omójboże, naruszonymi granicami, wieki temu wyznaczonymi. Sięgam po telefon. Jest mail z załączonym plikiem. W Excelu. Dzienniczek obsesji. Zapis kompulsji. Od poniedziałku do niedzieli. Potem znowu – od poniedziałku do niedzieli. Miesiąc po miesiącu. Tyleż razy umyte ręce. Tyleż razy zmieniona pościel. Tyleż razy uprana bielizna. Tyleż razy masturbacja. Tyleż razy poukładane kubki. Tyleż razy zamknięte i otwarte drzwi.

Dużo. I widzę wzorce, algorytmy niemalże. I tendencję w górę, w dziesiątki liczoną.

Jest źle. Bardzo. Tak bardzo, jak nigdy jeszcze nie było.

– Wiem. Wiem. Wiem. – szybko, szybko wystrzeliwuje wyrazy – Dlatego. Jestem. Jestem. Jestem.

– Co się stało… – jeszcze raz patrzę w tabelki, bo widać – 15 listopada?

– Obejrzyj. Tu. Tu. Tu. Pewnie widziałaś. Do końca. – wyciąga w pośpiechu najcieńszy tablet świata, ten mój FreakGeek – Proszę, wiem jaka była umowa. Ale nie umiem już mówić. Opowiedzieć. Za trudne. Trudno…

Oglądam… Do końca.

I już wiem. I gdzieś w końcu przez ściśnięte gardło mi się przedziera łamane – „Tak mi przykro”.

Zrywa się z kozetki. 3 kroki do przodu. Obrót. 3 kroki do tyłu. Coraz szybszy oddech. I tak. Łzy. I słowa: „Wiesz, że łzy mają różny skład chemiczny. Łzy smutku są różne od łez od cebuli, albo od rozpaczy, albo od nawilżenia…”.

Słucham jak wikipedii, bo On zna skład chemiczny każdej substancji wydzielanej przez ludzkie ciało – krew, łzy, pot, sperma..

– Stop!

Zatrzymuje się w połowie kroku, ale jeszcze go dokończy, bo musi, bo tak.

– Już. Już. Już. Wiesz.

Siada. Z tymi chemicznymi łzami na twarzy. Ech, niech płyną. Milczymy.

–  Tylko, że ja się nie odważyłem. Wiesz. Zapytać. Ona jest wyjątkowa, wiesz? Ech..tzn. była..nie, nie..jest..Nie..Była. Nie..poczekaj..yyyy…

– Wiem. Jest.

– Prawda? – rozpromienia się na milisekundę. – Ale ja….

I znowu cisza.

– Po co komu taki Odrzut jak ja? Z tym wszystkim, co mam..Jak mógłbym myśleć, że ja..Ja.. Ja? Poza normami. Poza tym wszystkim, czym jestem? Tym, co jest atrakcyjne, normalne. Wyjście z domu zabiera mi jakieś 3 godziny. A miejsca publiczne??Jak możemy iść do knajpy? Sex??? Nie mogę, teraz. Odrzut. Pierdolone zanieczyszczenie w tkance idealnie dysfunkcjonalnego społeczeństwa. Rak. Niepotrzebny. Nieważny. Do wycięcia, z nadzieją, że nie będzie przerzutów. Iza…. Jak można ze mną być?

Milczymy. Bo nie o odpowiedź przecież tu chodzi. Może o lęk najbardziej z ludzkich, ale tu, jeszcze bardziej prawdziwy. Jeszcze bardziej przerażający.

U FreakaGeeka i tych podobnych do Niego.

Kto pokocha Odrzuty?

Odrzut

Zobacz mnie

Gabinet.

Siedzi, jak zawsze, nienagannie ubrana. Cała, taka idealna. Aż ja próbuję, tak nieudolnie trochę, zamaskować plamkę po kawie na bluzce.

Opowiada o swoim minionym weekendzie. O zajęciach, o teatrze, o filmie, o znajomych, tych pięknych, tych creme de la creme miasta stołecznego.

– Dużo tego. Ale jak się w tym wszystkim czułaś?

Po raz pierwszy dziś, milknie. Wbija we mnie sztućce spojrzenia.

– A ty znowu swoje z tymi emocjami..

– O weekendzie możesz porozmawiać z przyjaciółkami..

– Czy terapeuci nie powinni być mili i wspierający?

– Kiedy trzeba, powinni. Mówisz mi, że nie jestem taka dla Ciebie?

– Tylko mnie do ściany z tą dziwną tapetą przyciskasz z tymi emocjami!

– Mam wrażenie, że od nich uciekasz, bo w ogóle o nich nie mówisz.

Wysyła mi dwa sople lodu. Ale one gdzieś po drodze topnieją. Za to widzę wulkan chyba..

– Kurwaaa, Iza!!! Tak! Uciekam! Tak, bo to boli. Bo nie chcę ich czuć, ani widzieć! Nie chcę patrzeć na tą pojebanie żałosną prawdę o sobie! Happy?

Milczymy. Słychać głosy z recepcji. I strzępki wyrazów zza ściany.

– Jaka to prawda, której się tak obawiasz?

Kręci głową. – Nie możesz się poddać, raz, co?

Uśmiecham się tylko, bo przecież wie, że nie. Wzdycha. I już ciszej. Szeptem prawie.

– Iza..Nikt mnie nie zna, tak naprawdę. Ci ludzie wokół mnie, mam wrażenie, że żonglują setkami masek, żeby tylko było, och, no zajebiście.. Ja też to robię. Ale gdzieś kurwa, w samym rdzeniu, marzę, żeby mnie ktoś naprawdę zobaczył. Może przejrzał przez te maski i dostrzegł mnie. Mnie. Z tym wszystkim co się we mnie kotłuje, z lękami, ze smutkiem. Żeby zobaczył. Mnie. Całą. Tak. Może z całym tym syfem przeszłości. Z tymi pierdolonymi neurozami przyszłości. Tak. I tak. Boję się, że nikogo takiego nie będzie. Będę taka, niezobaczona, niepełna, sztuczna więc..

– A dajesz się zobaczyć innym?

tumblr_mvyatkhPzT1rnqg7ho2_500
photo by Julien Mauve

Zobacz mnie

Rozprawka o samotności #ziew

images

Jak przekleństwo. Jak tabu. Jak urok, nie wymawia się, bo można rzucić.. na siebie.  Jak wstyd, bo nie wypada mówić. Nie wypada być. Samotnym. Nie przyznawać się. Uciekać. Albo lepiej – przeformatować – sama, nie samotna.

A co takiego złego jest w tej samotności okrutnej? Co w niej społecznie zawarte? Nieudacznictwo? Nieumiejętność? Samotny znaczy wybrakowany?

Zrób sobie eksperyment. Wyobraź sobie piątkowy wieczór, albo sobotni, albo którykolwiek z wieczorów tygodnia. Skanujesz opcje towarzyskie? Kino? Teatr? Kolacja ze znajomymi? Biforek przed polowaniem nocno-klubowym? Czy spędzenie wieczoru samotnie bierzesz w ogóle pod uwagę? Czy ta opcja jawi się jako „opcja” czy przymus raczej, ten niechciany, przed którym raciczkami się będziesz zapierał? Wszystko inne, tylko nie samemu spędzony czas, kiedy „wszyscy” świetnie się bawią?

Czym ja się potem na fejsie pochwalę? Bo status pt.”Czytam właśnie wiersze Herberta, jakież on miał wglądy w naturę ludzką” nie brzmi tak dobrze, jak zameldowanie na Forskłerze w którejś ze stacji na drodze męki krzyżowo- klubowej z 5 innych znajomych. Bo „obejrzałem właśnie 158 odcinek tego serialu, wiecie”, to już nie jest tak dobry update jak fotka na Insta z koncertu na której widać tylko dym, podniesione łapki gawiedzi i chyba- artystę gdzieś w tle.  „Siedzę sama w domu i płaczę do poduszki” nie ma takiej siły „lajkowej” jak „Widziałam właśnie nowy film XYZeta na festiwalu ABC. Cudowny i życieodmieniający. Polecam. – z 6 innymi w Kinoteka”. No nie.

Nakaz mamy. Czas ma być wypełniany. Czas się spędza efektywnie i efektownie. I koniecznie tak, żeby wszyscy o tym wiedzieli. Że nie jesteśmy sami, samotni. Z opcji wielu, wybieramy, tę selfmarketingowo – imażowo najlepszą: era postFOMO..*

Uciekamy od siebie. Nawet za cenę poczucia samotności wśród innych, bo może wcale nie chciało mi się iść do kina, a nowe botki na melanżu uciskają, bo wolałabym zostać w domu niż wymieniać dyrdymały na kolejnym wernisażu, gdzie sztuki za grosz nie rozumiem, ale trzeba być. I już. By tylko uciec.

Nie wiem, czy to Dziadek Freud taką nam krzywdę zrobił swoją odpowiedzią na to, co stanowi o naszym zdrowiu psychicznym – zdolność do miłości i pracy. Gdzie nacisk na zdolność do tworzenia związków z innymi jest najważniejszą z wartości. A może to postfreudyści z ich teoriami relacji z obiektem, tak nam w głowach namieszali? A może psychologia humanistyczna, kajdany nam na duszę i asertywność rzuciła? Albo cała ta psychologia postmodernistyczna, gdzie „zdrowy człowiek to człowiek uspołeczniony”, w rodzinie i z przyjaciółmi? Może.

Żeby była jasność – relacje z innymi są niezbędne do dobrego funkcjonowania, ale nacisk na tylko tę część naszego życia, to odbieranie sobie prawa do siebie. Do poznania tego co we mnie jest. Co lubię. Czego się boję. Od czego tak skutecznie uciekam.

Jeśli jest od czego….

A gdyby tak zdrowie psychiczne człowieka mierzyć poprzez umiejętność samotnego spędzania czasu? I bycia szczęśliwym, kiedy tak można? Kiedy samotność jest wyborem równorzędnym i tak samo dobrym, jak wszystkie inne społeczno – towarzyskie wybory? Gdybyśmy tak pozwolili sobie na bycie samotnymi, kiedy nam się chce? Bez tej wygrzewki na związki, relacje z innymi, ale na związek, relację z samym sobą?

ps. Celowo używam słowa „samotność” bo nie lubię tego przekształcenia na „nie samotna, ale sama”, wolę „osamotniona” – bez ludzi. Ale nie znam się i pewnie się czepiam semantycznie nie mając do tego najmniejszego prawa.

*narcystyczna naleciałość pod postacią artykułu dla wp.pl gdzie omawiam m.in. sławetne FOMO…

Rozprawka o samotności #ziew

Najlepszy prezent na świecie

Życie nie rozpieszcza czasem. Daje po twarzy z plaskacza wysuwając w kaprawym uśmieszku z satysfakcją swoje dziurawe trzonówki. Znasz to, nie? (Jak nie, to ja się cieszę z Tobą bardzo). Chichra się jeszcze pod nosem z wystającymi zeń włochami. Tak ma.  Ponad trzydzieści lat temu przestałam się temu dziwić. Taka natura rzeczy.

Tak się jakoś zadziało, że mnie na pojedynek wyzwało kilka miesięcy temu. Życie. Zrzucałam zbroję i mądrości karabiny wielokrotnie. Białą flagę wyciągałam zza stanika. Poddawałam się na wszystkich frontach. A ono szydząc jeszcze, podawało mi parchawą łapę skrzecząc „Dawaj Mała, o co tam! Słabiaczku! Stawaj..”. I wstawałam. Jak wańka-wstańka chybotałam się na boki. A ono z prawego sierpowego wybijało mi z głowy nadzieję na lepsze jutro, czy choćby cywilizowaną godzinę spokoju. Tak ma. Przynajmniej moje. Życie.

I w głowie mojej te myśli, i rzeczywistość zewnętrzna poleczkę sobie tańczyły, a ja? Trwałam. Do sensu tego wszystkiego dodrapac się próbowałam. Ale pewnego pięknego popołudnia zdałam sobie sprawę, że nie ma. Nie ma sensu sensu szukać, bo go nie znajdę. Tak jest. I już. I tylko liczyć to co mam mi zostało, okej, no niewiele może. Ale liczyć zaczęłam.

Małe błogosławieństwa. Małe cuda. Małe przyjemności. Małe i wielkie rozmowy z wielkimi dla mnie ludźmi. Małe wiadomości dla mnie przeznaczone. Mikroesemesy ku radości wysłane. Wszystko w tabelkach exela zapisywałam – no dobra, mentalnych tylko, ale zawsze. I wyłoniła mi się prawda najbardziej oczywista z oczywistych. Tadam!!

Dużo prezentów dostałam. (Pewnie nawet od Ciebie, czytającego, serio, nawet tego nie wiesz). I ten najlepszy na świecie Król Prezentów – Czas i Uwaga!

Pakiecik mistrzowski.

Swój czas dając innym, dajesz to co najlepsze, najdroższe, bo bez ceny, bo bezzwrotne przecież. Jak z uważnością słuchasz kogoś, to wchodzisz w Jego świat, w Jego piękno i brzydotę też. I jesteś w nim i może czasem ciemność się rozjaśnia, a ciężar lżejszy nieco. I tak miałam. Tak dostałam – najlepszy prezent na świecie. Zwielokrotniony.

Nawet nie wiesz czasem, że dajesz. Nie ma sprawy. Dziękuję i tak. Keep on giving.

A jak nie dajesz, to zacznij. Satysfakcja osób biorących – gwarantowana.

Ja staram się, i powiem.. it feels fucking wonderful.

 

Najlepszy prezent na świecie

Odłączeni

Trochę się obawiałam tego filmu. Tego, że wbijane mi będzie do głowy młotkiem „jakie to internety złe są”, „jak to się odłączamy od rzeczywistości”, „jak to przenosimy życie w świat wirtualny”.

 

Trzy przeplatające się historie. Małżeństwo w kryzysie i ich zhakowana karta kredytowa. Dzięki czemu może będą mogli zbliżyć się do siebie na nowo?

Dwóch nastolatków tworzących fałszywe konto Fejsbookowe do zabawy z kolegą ze szkoły, co się kończy tragicznie oczywiście, ale może właśnie nie do końca..

Reporterka która znalazła temat na reportaż o chłopaku sprzedającym siebie jako obiekt seksualny online. I co?

Nie chcę streszczać fabuły, bo nie lubię jak ktoś mi tak robi. Bo po co później oglądać. A film jest warty uwagi, choć nie wybitny, ale też nienachalnie obwiniający technologię jako Zło Wszelakie.

Co mnie uderzyło, to komentarze na różnych portalach dotyczące tego filmu. Czy nawet recenzje. Dość jednogłośnie skupiały się właśnie na technologii jako tym Złym. Czego nie rozumiem, bo dla mnie film był o czymś innym. Pokazał ludzi już oddalonych od siebie nawzajem, odłączonych od partnerów, rodzin. Mieszkających w swoich samotnościach, ale o nich nie mówiący. Zaklinający swój ból przez połączenie z innymi poprzez właśnie np. czat z nieznajomym. Szukający wytchnienia od rzeczywistości tej niechcianej poprzez połączenie z rzeczywistością wykreowaną przez siebie. Może lepszą?

Uderzyło mnie też, to odłączenie od siebie samych. Ucieczka od własnych potrzeb. Nieumiejętność ich nazwania, bo może za dużo bólu, jeśli sobie uświadomię, że nawet nie wiem jak te potrzeby spełnić. Te najbardziej podstawowe – bycie zrozumianym, bycie zauważonym przez najbliższych, intymności z Drugim, bycie kochanym przede wszystkim. Ech.

Takie odłączenie wielowymiarowe. Z technologią w tle. Bo to nie ona jest tu tym Złym. To tylko narzędzie. Tu widać jacy jesteśmy za ekranami swoich komputerów. Tu technologia tylko uwypukla to co w naturze ludzkiej jest obecne od zawsze – tęsknota za Innym Ważnym.

Przestańmy z uporem psychopaty winić medium. Bo medium to My. W technologii przeglądamy się jak w zwierciadle, i wcale nie takim krzywym.

Film

Psychopatka

Gabinet.

Siada bez skrępowania już. Jak u siebie. I dobrze. Ja jeszcze kawę sobie robię. I już… Już się w czerwonym fotelu moszczę. Już stolik przesuwam. I wtem słyszę:

– Pani Izo, jestem psychopatką.

No dobra, przyznaję. Profesjonalny obiektywizm i wieloletni trening emocji zawodzi na całej linii – wybucham śmiechem najprawdziwiej głośnym. Takim z głębi trzewi, ze łzami w kącikach oczu.

– Znamy się od ponad roku i ja bym tej „psychopatii” u pani nie podejrzewała???

– Pracę domową odrobiłam.

– Aaaaa….

I już, po momencie, w szczerość się obie zamieniamy.

– Jest tak…. – I widzę, że ze wstydem te słowa przyjdzie jej powiedzieć. – Jak tylko znajdę się w jakimś towarzystwie, gdzie są mężczyźni, natychmiast włącza mi się skaner. Jest obrączka, nie ma obrączki. I to nieważne, że nie wszyscy żonaci noszą obrączki, i czy są nieżonaci ale są z kimś. Obrączka, to pierwszy filtr. Selekcja naturalna. Drugi krok, w zależności od ilości, przekierować rozmowę tak, żeby dowiedzieć się, jaki jest status. Średnio interesuje mnie ich wygląd w tym momencie. Jeśli jest jakiś singiel, szukam wszelkich możliwych wytrychów, żeby ustalić jak najwięcej szczegółów z jego życia. Tak, manipuluję dyskusją. Tak, skupiam całą swoją uwagę na nim. Czym się interesuje, gdzie mieszka, czy jest w kogoś zainwestowany – głos jej się załamuje – To jak odruch bezwarunkowy, jak jakiś pieprzony pies Pawłowa. A raczej suka..

Siedzimy chwilę w ciszy.

– Mówiłam pani. Psychopatka. Zdesperowana psychopatka.

Oj, aleś mnie zadumała. Bo już uszami wyobraźni słyszałam, jak to oceny łatwo ludzie Ci mogą wystawić. Jak łatwo z ambony związku o rozwydrzonych księżniczkach rozprawiać. Jak szybko o wymaganiach niebotycznych poematami rzucać będą. Już to słyszę.

I szkoda, że gdzieś nad tymi psychopatkami, bo przecież nie jesteś jedna jedyna we wszechświecie, nikomu się nie chce pochylić i pod skorupkę silnej kobiety zajrzeć. Nie chce się popatrzeć na to, co stworzyło Cię taką jaką jesteś. Na powierzchni, silna, zaradna, nie do zdarcia model, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni.

A w środku, pod wielością masek przez życie i czasem dzieciństwo pozakładanych, jest serce. Taka tam ptaszynka, o klatkę warunkowania się rozbijająca. Ledwo już śpiewa. Już braknie jej siły. Bo tęskni za miłością. Za tym jednym odważnym, który siły się nie przestraszy, bo sam będzie silny, trochę silniejszy. A Ty sama, teraz, żyjesz tęsknotą, żeby już przestać być silną, na chwilę chociaż. I pozwolić sercu bić. Tak jak potrafi. Pełnią miłości. Ciepłem. Wrażliwością. Całą Tobą. Bo taka naprawdę jesteś. Chociaż jeszcze nie do końca w to wierzysz.

 

20130726_162213

Psychopatka

Na głodzie

Gabinet.

On. Elegancki i spokojny w tej swojej dostojności. Piękne, smukłe dłonie zazwyczaj zaplecione węzłami palców. Nie nerwowo. To taka jego idiosynkrazja. Lubię na nie patrzeć. Prawie jakby miały swoje własne życie. Nauczyłam się, że czasem krzyczą więcej niż tylko nawykiem. Czasem jeden splot palców mówi mi, że dotknęliśmy lęku, którego nie można wypowiedzieć.

– Przytulił mnie. Dawno się przecież nie widzieliśmy. Po prostu, na przywitanie. Trzymał mnie w tym imadlanym uścisku. A ja chciałem, żeby mnie tak zawsze przytulał. Ale nie. Przyszła panika. Wybuchnąłem. Odepchnąłem go. Wyszedł.

– Co cię tak przeraziło?

– Nie wiem. Kocham go przecież. Takie irracjonalne. Pomyślałem, że ty mi powiesz.

Razem mówimy. Przeglądamy gesty. Małe, niby nic nie znaczące. Nabite emocjami. Ociekające lękiem czasem.

I już wiemy.

Te warunkowania, które otrzymujemy we wcześniejszych związkach. To, że trzeba było żebrać o czułość. O małe gesty bliskości. O intymność, tą nieseksualną. O przytulenie. O ciepło.

Nie było. I ciągłe błaganie się starło, już nie było w nim mocy. Już nie było sił też. Wyparciem chciało się przykryć tę najbardziej podstawową z potrzeb. I tak się trwa. W niespełnieniu, w bólu, w głodzie.

I już pojawia się przyzwyczajenie. Tak już ma być. Tak już będzie. Tak jest.

Dopóki nie pojawi się ktoś, kto tej potrzeby dotknie swoim ciałem, swoim gestem. I budzi się. I w panice, nie wie co robić. Jak się zachować, kiedy to, czego tak bardzo potrzebowałem, jest, czuję. Ciepło, gorąco, żar spełnienia.

Nie umiem tego wziąć, bo jak? Tak po prostu? Jest mi to dane? Kiedy przez lata było zabierane? Otworzę się? Czy będę trwać w starym?

Warunkowanie jak rdza się na nas osadza.

Co przenosimy z wcześniejszych związków? Jak głodzić się pozwalamy? Które z potrzeb niespełnione zalegają?

Bo głodów może być wiele. Po jednym, albo kilka dla każdego z nas. Intymność? Bliskość? Bezpieczeństwo? Stymulacja?  Zapominamy o sobie. Do momentu, kiedy znajdzie się ktoś, kto je widzi, dotyka, spełnia. Ktoś inny, niż on, ona.

I z więzienia siebie wyjść możemy. Albo i nie.

imagesCAAP8V0N

Na głodzie