Jak tam Twoje postanowienia noworoczne?

Oglądam sobie z A. przepływające cztery pory roku za oknem. Pięknie jest. Nagle A. głęboko wzdycha:

– Ty wiesz, że już tydzień Nowego minął a ja jakoś nie mogę się w sobie pozbierać, zmotywować, wiesz..

– Daj spokój, to przez ten dwutygodniowy świąteczny weekend. Wszystko w swoim tempie…

No ale rzeczywiście, sporo mi się na Fejsbuniu i poza znajomych chwali swoimi planami na 2015. Ile to książek przeczytają, ile przysiadów zrobią (serio, jest na ten challenge stronka), ile kilometrów przejdą, przebiegną, przepełzną, ile alkoholu nie wypiją, ilu paczek papierosów nie wypalą. I fajnie myślę sobie. Jak wiadomo (są na to badania), jak się powie znajomym, że coś robić zamierzamy, to wzrasta motywacja, że rzeczywście to zrobimy. Bo wsparcie, bo głupio jak nie zrobimy.

Druga szkoła, to ta „cichociemna” – nie mówię, nie chwalę się, żeby potem wszystkich zaskoczyć i „pokazać”, że można. Ta motywacja trochę trudniejsza się wydaje, bo ścigamy się tylko ze sobą przecież, i łatwiej popaść w jakieś stare wzorce z absolutnie rzetelnym usprawiedliwieniem np. takim, że „mi się dziś nie chce”…

Jak się tak przyglądam, to rewolucja na rewolucji będzie. Popieram zmianę oczywiście. Zawsze. Ale jak to mi znajomy, który od lat zapalonym bywalcem „siłki” jest, powiedział: „Do mnie więcej połowy lutego nie chodzę, bo nie można sie na sprzęt dopchać, jak wszyscy Postanowicze życie zaczynają zmieniać. Potem już luzik. Heh, jak zwykle”.

Jak zwykle. Nie dziwne też. Mamy przecież wiadra przekonań, racjonalizacji swoich zachowań, więc wiadomo, że łatwo złamać siebie nie da się. Coś co wpajamy sobie do głowy nie może przecież nagle okazać się kłamstwem, nie?

Np. przez całe życie, albo jego chwalebną dorosłą część myślę sobie, że siłownia (niech już będzie) to miejsce dla karków, kobiety stają się tam męskie i rosną im włosy na brzuchu, wszyscy są smukli, szczupli i wysportowani (no oprócz karków, ale tak ma być) itp.itd.

Ale pod wpływem presji robienia postanowień, koleżanki Józi i chęcią zgubienia brzuszka, decyduję się na wiekopomną zmianę i idę. Tam. Na siłownię. Z powyższymi przekonaniami przez wiele lat wpajanymi sobie. No posmarowałam sobie trochę te myśli masełkiem racjonalizacji, że „może nie jest tak źle, może te karki są całkiem miłe, a ci szczupli mnie tylko zdopingują do cięższej pracy a w razie czego to sobie te włosy z brzucha wydepiluję!”.

I na ringu przekonań mamy w lewym rogu: te tworzone przez lata, a w prawym, te miźnięcia intelektu. Kto wygra?

Tia.

Tak to czasem do tych zmian ponoworocznych podchodzimy. To jak byśmy jechali 200 km/h i po naciśnięciu hamulca oczekiwali, że zatrzymamy się natychmiast.

Miejcie litość nad sobą i nie oczekujcie cudów (chociaż takie cuda motywacyjne się zdarzają) ale prześledźcie swoje wewnętrzne dialogo- nawyki. To one potrzebują trwałej zmiany, a potem tylko trochę samodyscypliny i wiadra radości w zdobywaniu tego co tam sobie postanowiliście.

Przepis na własnym umyśle wielokrotnie wypróbowany.

Powodzenia!

🙂

 

IMG_20150110_153026

 

Jak tam Twoje postanowienia noworoczne?

Dlaczego ciągle jest tak samo?

O. mnie nie lubi. Powiedziała mi o tym otwarcie, po latach. Pięciu a może sześciu. Nie, nie jest tyle w terapii. Wtedy ją poznałam.

Pamiętam jak wpadła wtedy do gabinetu spóźniona lekko. Bez przepraszam, szybko powiedziała:

– Mam na imię O. Byłam już na kilku terapiach. Chciałabym, żeby w końcu ktoś mi pomógł. Teraz padło na ciebie.

Padło. I zostało.

Usłyszałam o byciu niechcianym dzieckiem, przypadkowym, wpadką. O szukaniu akceptacji siebie we wszystkich możliwych miejscach. O wielkiej samotności dziecka, kiedy rodzice byli, ale jakby nie byli. O pragnieniu bycia po prostu zobaczoną. O zapadaniu się w siebie. I powolnym odchodzeniu od zmysłów.

Czytam maila, którego wtedy dostałam, od Niej, pierwszego z wielu:

„Wiesz, że jestem jak wrzód na dupie świata. Jak śmierdziel, od którego wszyscy się odsuwają. Jestem niewidoczna. A każdą komórką ciała drę się „Spójrz na mnie! Poznaj mnie!”. (…) Jak hemoroid cieknący ropą”.

Jak ci przyjdzie teraz na myśl, że wystarczyło, żeby siebie pokochała, polubiła chociaż, to wyśmiałaby cię tym swoim pięknie ciepłym śmiechem, którym nie myślała, że się śmieje. Bo O.to wiedziała. O. znała na pamięć teksty z self-helpów, cytaty z Osho, nazwy mechanizmów, których używała. Mogłaby cię przelicytować w nazwiskach psychologów, trenerów, świętojebliwych cudotwórców i uzdrawiaczy szamanów. Powiedzieć o O. że jest inteligentna, to stwierdzić, że deszcz jest mokry.

Bo były dwie O. – jedna ta dorosła, ta teraz, kobieta z dorobkiem zawodowym, którego wielu jej mogło pozazdrościć, i O. ta z dzieciństwa, ta która wracała, w tych momentach, kiedy dorosła O. nie radziła sobie z rzeczywistością. I z jej jedynym pragnieniem. Byciem kochaną.

Przez kilka miesięcy O. uczyła się troszczyć o siebie, kiedy nie było nikogo kto by o nią zadbał. Milimetrami tworzyła przestrzeń dla tej małej O., nie karząc jej już, ale akceptując te jej pragnienia. Tak bardzo powoli. I zniknęła. Bez słowa.

Myślałam czasem o O. Po pracy, w przerwach. Bo to przecież nie jest tak do końca praca od – do. Emocje zostają, człowiek pozostaje w sercu pewnie na zawsze.

Kilka lat później, niedawno, zjawiła się. Odszukała w internetach. I zasiadła na kozetce. Spokojniejsza. Chyba.

– Tęskniłam za tymi spotkaniami. – zaczęła uważnie, przechyliła głowę, lustrując – Masz więcej zmarszczek i w końcu siwe włosy widać! Życie cię nie rozpieszcza widzę, może w końcu przestań z tym wariatami pracować, co??

– A co ja bym bez nich robiła? – zażartowałam.

– Wiem, wiem, pieprzona idealistka z Ciebie, za to cię ceniłam, i za szczerość, w tym waszym popieprzonym zawodzie to nie jest częste, i za to, że jesteś taka naiwna, z całym szacunkiem…

– Znasz mnie – poczułam znowu te ciasno domykane granice, z taką lekkością przez nią przesuwane. – Z czym przychodzisz?

– Z mokką czekoladową – wskazała na swój papierowy kubek. – Wiem o co pytasz. Jebie się moje życie, disneyowskiej księżniczki, więc się pojawiam, u mojej wiedźmy, żeby mi powiedziała dlaczego ciągle jest tak samo.

Zapada się w siebie na chwilę, ktoś za drzwiami robi herbatę i rozmawia o psie..

– Pokochałam kogoś, i on, też pokochał mnie. Wyobraź sobie, taki wrzód na dupie! I jest nam dobrze ze sobą. Mój wielki projekt życiowy dobiegł końca! Ktoś mnie pokochał! Oł, jeah! Tylko że, w żadnej jebanej bajce nie napisali, nie było ciągu dalszego nigdy, tylko to cholerne „i żyli długo i szczęśliwie”. Książe może tak, ale Księżniczka stoi zdziwiona z chwiejącym się diademem na główce, bo w środku ta jakaś otchłań znowu ją zasysa. I zamiast cieszyć się „długo i szczęśliwie” to czuje się wyruchana w dupę, i to za swoim przyzwoleniem. Rozumiesz???

– Pochwalam seks analny ale tylko świadomie konsensualny.

Śmieje się, tym śmiechem swoim, tym co do kości grzeje. – Dobrze, że poczucie humoru ci się nie zestarzało!

Siorbiemy swoje kawy. O.marszczy czoło, coś sobie przypominając:

– Jak ty zawsze mówiłaś?? – przewracam oczami na swoje błędy terapeutyczne, O. nie widzi na szczęście, a może udaje. – „Lekcja nieodrobiona wraca tyle razy, aż ją odrobisz”? Nie, to ktoś inny. Czekaj.. Aaa, raz się tak niepsychoterepeutycznie odkryłaś… o pustce, której nikt inny, zewnętrzny, nie jest w stanie zapełnić..Zbyłam to, bo to takie banalne. A kilka lat później patrz…

I tak sobie patrzymy. Wraz z O. która mnie nie lubi, bo ją „wkurwiam tym drążeniem” – cytuję…

Powoli idziemy, w tym dochodzeniu do siebie, do swojej własnej prawdy. Wyśmiewając i drwiąc z tych prawd oczywistych i rozwiązań jeszcze bardziej „coelhiowskich”. Dopóki gdzieś nie uderzą w samo sedno, nie podłączą się emocjonalnie, dopóki nie stają się dla nas żywe. W tym samym procesie wszyscy jesteśmy, może na innych miejscach, może w ogóle nie chcemy w nim być. Ale i tak przyjdzie, i tak będziemy. Żeby już nie było tak samo, chociaż tyle na zewnątrz się zmienia.

(O. po autoryzacji powiedziała, że „pierdolę jakieś kocopoły, zamiast jej o pustce objaśniać i dlaczego książe nie jest lekiem na całe zło”, więc już kończę).

Dlaczego ciągle jest tak samo?

Wszystko przez Jacka

Ze wstydem nie wchodziłam na stronę bloga ostatnio. Tyle czasu od kiedy napisałam ostatni raz, a ludzie wchodzą, czytają, co odważniejsi komentują.. Wstyd, pani, czysty wstyd. Wstydzę się więc i debatuję. Jak to się stało?

Ano lato się stało, tyle rzeczy do zrobienia, ludzi do spotkania, miejsc do pojechania. Sprawdzam wcześniejsze „lata atmosferyczne” i co? Ano pisałam, nawet całkiem często. Nawet z pobytów gdzieśtam.

Krasy rumieniec z wolna zalewa mi lico.

Ej, no, myślę sobie do siebie, ale te nowe projekty? Ha? No dobrze, w wersji roboczej, ale czasopochłaniacze. No i przecież pracowałam prawie w pełnym wymiarze psychoterapeutycznym. To mało? No i jest zwycięska konkluzja – nie miałam czasu!

Wena moja, skonfrontowana też przez kolegę terapeutę, kiedy to sobie o „twórczościach” naszych rozmaitych fejsbukowaliśmy, ze złośliwym uśmieszkiem, szepce, wzgardliwie oczywiście: „Czasu bidulko nie miałaś? Ojej..”.

Chciałam sobie uwierzyć, tak bardzo. Bo to przecież fakty faktyczne a nie fantazje. Ale wymówkami zacuchnęło. Ojoj. Swąd się rozszedł, aż głowę odwracałam, tylko jak tu od siebie się odwrócić, no jak?

Czerwona już jak cegła, nie z przyczyn seksualnych bynajmniej, przyznałam się przed sobą, że to wszystko kłamstwa wierutne, że klasyczną, pospolitą „ściemę” sobie uprawiałam i osiągnęłam poziom hard Masterki Prokrastynatorki.

Wzdechnęłam sobie głęboko, aż się zakrztusiłam. Jak ja tego, na Jezuska z Brodą, nie zauważyłam? Jak ta prawda niepyszna mnie tak skrzętnie (po złości pewnie) omijała?

I już wyraźnie mi się pokazało, jak to czasem po prostu „nie widać”. Nie widzimy, bo nie możemy, przez sieci schemacików przez umysły utkanych, takich prawd zwykłych o sobie. Jak to w wymówki wierzyć wolimy, bo, yeny, no wygodnie przecież. Rzeczy ważne odpuszczamy. Na „bardziej odpowiedni czas” odkładamy. Sami sobie pod sobą dołki kłamstwami wykopujemy.

A na dodatek, kolega Jacek, a niech mu będzie z nazwiska, Gientka, podzielił się swoim wytworem wierszowanym, który poniżej przytaczam. Obśmiałam w głos, a potem w milczenie wstydliwe wymówko- kłamstwek zapadłam.

 

Kuopciuszek

Za kilkoma rzekami, miastami i górami

(Nie bądźmy przesadnie szczegółowi,

Bo po co komu takie fakty, prawda?)

Żyła biedna dziewczynka – Kuopciuszek.

 

Właściwie to wszystko jedno, czy była

Dziewczynką czy chłopczykiem, czy może…

A, nieważne, nie czas na dygresje.

Żyła sobie i już. To jest sedno. Żyła.

 

Miała macochę. Biednemu Kuopciuszkowi zmarła matka,

A ojciec chciał, żeby dziecko wychowywało się

Biorąc wzór nie tylko z niego, ale i z mądrej kobiety,

Którą widziałoby na co dzień (właśnie tak to się pisze).

 

Myślicie, że wiecie co było dalej?

Że macocha i jej córki stosowały przemoc,

Którą właściwie należałoby nazwać mobbingiem,

Ze względu na rzekomo pracujący los dziewczyny?

 

Macocha była dobrą kobietą, siostry znosiły

Wszystkie smutki biednego Kuopciuszka.

Nawet, gdy mówiła, że nikt jej nie szanuje,

Że wszyscy się z niej śmieją, bo brzydka czy coś.

 

Gdy ktoś powiedział: podnieś łyżkę z podłogi,

Płakała, że znów się nią wysługują.

Gdy ktoś nie dosłyszał, co właśnie mówiła,

Płakała w poduszkę, że znów ją lekceważą.

 

Zdarzało się, że jakiś przystojny pan,

Albo taki, który tylko tak myślał, naiwniak,

Pochwalił jej oczy, usta czy cerę, a ona

Uciekała myśląc: znów czegoś ode mnie chce.

 

W sobotę ojciec (który był wielkim królem,

Nie mówiłem? Widocznie zapomniałem)

Zorganizował wielki bal, żeby wszyscy

W całym królestwie dobrze się zabawili.

 

Siostry szybko się umalowały i ubrały,

Żeby ustawić się w kolejce do co ładniejszych

Kawalerów albo tych, co po zdjęciu obrączki

Raz w tygodniu wybierali się, żeby pohulać.

 

A biedny Kuopciuszek? Siadła w kącie kuchni,

Zapłakała rzewnymi łzami, smutna jak skrzypce,

Że znów o niej zapomnieli, że nikt jej nie kocha,

Że niepotrzebnie się urodziła i chce umrzeć.

 

Nagle pojawiła się wróżka.

Spojrzała dobrotliwie

Na biednego Kopciuszka, dała mu kopa

W dupę i powiedziała: „Nie marudź. Weź się wreszcie za swoje życie”.

 

Koniec. Zasłona. Milczenie. Dobranoc.

Wszystko przez Jacka

Piękno skóry

Oho, znowu jest viralowo „ważnie” o pięknie kobiety! Znane?

albo to:

 

Piękne. I ważne właśnie. Bo co te media robią tym dziewczynkom, dziewczynom, kobietom, w ogóle całemu rodzajowi żeńskiemu, o męskim już nie wspomnę (nie dziś). Jakimi informacjami o tzw. urodzie nas wszędobylczo i bezkarnie karmią? Co te kobiety potem muszą ze sobą robić, żeby tak sprostać tym „ideałom piękna prawdziwego”? No wszystko, prawie. Niby wszyscy wiemy, że to photoszop a jednak porównania siebie zostają, gdzieś tam na granicy świadomości po milimetrze się kodują. Złe media, złe…

Naturalnie więc się wydaje, że takie oto ujawniające prawdę i porównania clipy są potrzebne, bo przecież o tym trzeba mówić! Ujawniać! Demaskować!! Uświadamiać młodym i starym! Kobietom i mężczyznom!!

Pewnie tak.

Ale gdyby tak popatrzeć na teledysk nr 1 jako na reklamę środka do zmywania makijażu?

A na drugi jako na reklamę możliwości jakiegoś programu do edycji zdjęć?

A na obydwa, jako sposób monetyzacji tego trendu „piękna skóry naturalnej” i zdobycia popularności wśród rzeszy kobiet??

Można. Ale tak nie robimy, bo zatrzymujemy się na powierzchni, na tym co nam one przedstawiają i „achom” i „ochom” i łzom wzruszenia nie ma końca.

A dla mnie nie ma różnicy, czy jest makeup czy nie ma, czy był fotoszop użyty czy nie. Bo i tak oba podejścia podkreślają to samo: „Patrz na powierzchnię. Patrz na to co tylko oczami możesz zobaczyć. Wygląd, wygląd, wygląd…”. Zatrzymujemy się na psychologii ewolucyjnej, na swojej własnej zwierzęcości, podkreślając ważność tego co na zewnątrz, trochę jakby się patrzyło na samochód, nie zaglądając pod maskę, kupowało dom, oceniając tylko jego fasadę.

Zewsząd słyszę i wszędzie czytam, że to przecież wnętrze się liczy. Hyh, serio??? To się ci wszyscy mądrzy ludzie, mistycy i nauczyciele mylą chyba…

Tak. Wygląd przemija? Jasne. Ważne to co w środku? Oczywiście. Takimi wyświechtanymi frazesami nas karmią. Bzdura, proszę Państwa! Przecież to nie jest istotne tak bardzo, jaką osobą jesteś, jak bardzo dobrą, moralną, ciepłą, kochaną, inteligentną i mądrą, skoro nie za wiele osób się będzie chciało tego dowiedzieć, nie? Bo akurat tak się zdarzyło, że nie wpisujesz się w kanony „piękna skóry”, bo tak się zdarzyło, że masz taki zestaw genetyczny a nie inny..

Czym jest piękno prawdziwe się pytam?

Dla mnie zawsze, tym kim jesteś. To czy swoim zachowaniem ranisz innych, to co wnosisz w tzw. życie, swoje i innych, to w jakim kierunku idziesz. Tak, takie bzdurne wartości, jak dobro, miłość bliźniego, szacunek.

Możesz siebie uważać za piękność, możesz być dumna z bycia Miss Wszechświata (i Wszechświatów Równoległych jak już przy tym jesteśmy), to, powiem nowotestamentowo, „jesteś jak cymbał pusto – brzmiący” jak nie masz tych oldskulowych wartości..

Zmieńmy w końcu ten focus na „to co widać”, patrzmy pod „piękno skóry”, zobaczmy czym i kim jesteśmy naprawdę, a nie podkreślajmy ważność tych skórek, wydmuszek, powierzchowności przesyłając sobie śliczne virale w soszialach.

I młodych uczmy właśnie tego, nowego „focusu”, taka praca u podstaw, im będzie lżej bez tych porównań..

PS. Hyh, nie mam nic przeciwko tzw. biologicznie pięknym ludziom płci obu, mają świetny mix genów, nieprawdaż?? Niespecjalnie mieli na to wpływ… Ot i tyle, a też czasem nie mają łatwo…Ech…

Piękno skóry

To samo ad infinitum

Gabinety.

Z eRem się znamy. Z jego schematami i przeszłością kolorową również. Jego mądrość mnie zadziwia, a jego ponowna obecność w gabinecie bardziej.

– Ha! Wiedziałem, że cię zaskoczę.

– Udało się. Co cię do mnie sprowadza? Nie widzieliśmy się ze trzy lata..

– Jedno zdanie, które kiedyś powiedziałaś.

(Manipulant, hyh, głaszcze mi terapeut-ego..myślę..).

– Nie, nie przymilam się (jeszcze czyta w myślach! skubany!). Po prostu zostało i w końcu ogarnąłem co znaczy, dla mnie – „Lekcje życiowe będą się powtarzały aż się nauczysz,to czego masz się nauczyć”.

– Aha. (broń każdego terapeuty, jak chce wypaść na tak mądrego jak postrzega go rozmówca/pacjent/ klient). To czego się nauczyłeś?

– Jeszcze dokładnie nie wiem. Przed wejściem w ostatni związek, myślałem i pilnowałem się, żeby tylko nie popełnić błędów z tego ostatniego. Okazało się, że popełniłem dokładnie te same, tylko trochę inaczej. Iza, no, ciągle jest tak samo, coś mnie przeciąga po tych samych koleinach. Niby inaczej a tak samo… No kurna…

– Szukamy wzorca, mechanizmu?

– (wzdycha) No tak…Dziękuję, że powiedziałaś „my”… Już nie mam siły sam..

(Wcześniej mnie za to punktował, teraz docenia… Ludzie się zmieniają, hyh).

– Chcę już siebie normalnego! Wiesz..Bez tych starości, naleciałości przeszłości..Bez błędów…

– Popełnisz nowe, wiesz..

– (kręci głową, przyglądając się mi) Czy ty masz jakieś szkolenie na psucie ludziom nadziei?? Nie uczą was, że macie pomagać, a nie uziemiać??

– O mój dyplom ze złośliwości poproś w recepcji. (śmiejemy się, bo to nasze zwyczajowe wymianki..).

No śmichy chichy, ale podziwiam eR, że zauważył, że widzi, że wszystkie drogi prowadzą do tego samego przekonania, o sobie, o tym jaki on jest w relacjach z kobietami. I kobieta inna, ze swoim setem przekonań, ale on jest ten sam przecież. Te same mechanizmy. I widzi, że to nie działa.

Bo lekcja będzie się powtarzać, dopóki się nie nauczę. Nie zmienię. Nie odkryję, tego co mnie trzyma w warunkowanej przeszłości.

Zmienia się partnerów, partnerki, żeby było lepiej, a tu trzeba siebie. Trochę jak z urlopem, wyjazdem, albo zmianą pracy, zamieszkania. Jak to się ładno – niecenzuralnie mówi – „Same shit, different place”.

Ech.

 

To samo ad infinitum

Porozmawiajamy o (bez)Nadziei

Trudny temat, ta nadzieja, myślę sobie. Trudno mówić o niej i nie brzmieć patetycznie i nie otrzeć się ramieniem chociaż, o banał, i nie brzmieć jak odurzony substancją nielegalną Coelho.

Jak nie mówić o Niej religijnie, w triumwiracie z Wiarą i Miłością? Jak nie myśleć o tych chorych, którym pomogła zwyciężyć śmierć? Jak nie patrzeć z podziwem na tych, którzy dzięki niej wierzą w Wielkie Marzenia, i je spełniają? Jak nie podziwiać tych, którzy Nią napici, przeżywają jeszcze jeden dzień, walcząc z ciemnością, swoją i życia? Jak mam nie pamiętać Jej w oczach tych, którzy w pracy nad sobą swoje słabości zwyciężąją dzień po dniu, damn it? No jak? Przyznaję nie umiem.

Niesie nas, trzyma przy życiu.

Wstyd więc mówić o Jej ciemnej stronie. No nie wypada.

Ciemna strona, która pokazuje się tylko wtedy, kiedy tkwisz w jakiejś sytuacji, mając Nadzieję właśnie, że owa sytuacja się zmieni, że coś się zmieni, że ktoś się zmieni, a może, że Ty się zmienisz. Tak sobie stoisz i śnisz, sen, który nie ma korzeni w rzeczywistości (jak to sny). Gdzie wszystkie „znaki” na ziemi i nieboskłonie mówią, no, coś zupełnie innego niż Twój sen.

Tkwisz sobie w swoich starych schematach śniąc swój sen o świetlistej przyszłości. A rzeczywistość, fakty tak zwane, skamlą o miliseksundę Twojej uwagi: „Honey, tu i teraz, spójrz”..

No ale po co Ci fakty. Jest ta nadzieja przecież, że jednak może, w jakimś przypadku, cudzie może raczej, będzie w końcu „po Twojemu”.

Czepiasz się więc pazurami tej wizji, kłamstw raczej. A nadzieja rechocze ubawiona Twoją naiwnością i zakrywa oczy przepaską z cierpienia. No. Bo tak czekając na cud jakiś (zdarzają się, wiem..), czepiasz się nieprzeżytej jeszcze przyszłości, albo uparcie tkwisz w przeszłości, bo „wtedybyło tak dobrze”, ignorujesz to co jest napawdę, tu, przed Tobą.

Póki jest ta nadzieja, nie ma miejsca na zmianę. Na przejrzenie na oczy, te prawdziwe. Na przyznanie się przed sobą: „Nie, nie będzie inaczej na teraz. To jest naprawdę. Nic poza tym”. I pewnie nic innego nie będzie.

Jeśli chcesz zmiany, porzuć wszelką nadzieję, że będzie jakoś, ktoś będzie jakiś, coś będzie jakieś, i po prostu przyjrzyj się gdzie jesteś. Tak. Tu i Teraz.

Całkiem niedawno, tak się swojej nadziei/ beznadziei przyjrzałam. Gołym dupskiem świecące fakty mi się w swej pośladkowej okazałości okazały. I z pokorą musiałam tym półksiężycom przyznać rację – dopóki nie pochowam tej iluzjami nasiąkniętej nadziei, nie będzie zmiany, będę się tak oszukiwać do końca. Siebie pewnie. Bo nadzieja wieczna przecież, Ja nie, w moim biomięsie żyjąca.

Pogrzebałam cholerę w cierpieniu, łzach gorzkich i z połamanym na pierdyliard kawałków sercem.

Czy teraz jest mi lepiej? Nie. Ale już, w końcu wiem, że się nie oszukuję, nie żyję przez siebie stworzonymi kłamstwami, sfabrykowanymi iluzjami. Jestem, po prostu. Zbolała, zamroczona trwogą pt.”Co teraz będzie?”, utytłana po łokcie łzami z glutem z nosa. Ale jestem. Oddycham. Wolna.

Bo jak mawiał jeden z bohaterów mojego ukochanego/shame filmu:

 

tumblr_n2t1raFDUo1qza50no1_400

 

„It makes people crazy”..

 

Porozmawiajamy o (bez)Nadziei

Jak zostałam wariatką

Raz na jakiś czas oczyszczam życie (czyt. powierzchnię mieszkalną) z tzw. „przydasiów”. To po Tacie – „wszystko się przyda”. Jak nie używałam rok, nie przydaje się. Out. No mercy. Wszystko, oprócz „martwych drzew” czyli książek. I tak mi się ich przez ostatnie kilka miesięcy nagromadziło, nie wiem jakim cudem (jaaaasneee!!), bo przecież na Kindelku 99% czytam.

Raz jakieś szmery mnie obudziły, a to książki wokół łoża rzędami stoiwszy, zakrzykiwały, grzbietami na mnie groźnie łypiąc, prawie jak Rycerze i Rycerzówny Solidarności – „Domagamy się godnych warunków mieszkaniowych! Chcemy półek nie podłogi! Chcemy życia w kategoriach, nie w chaosu alegoriach! Chcemy światła i pogody, dość zakurzonej niewygody!”.

Zastrajkowały. Rada nie rada, półki zakupiłam, bo takich demonstracji co rano, moje nadwyrężone serce przecież by nie zniosło.

Półki przyszły. Zapakowane jak dzieciątka w beciki.

Och, jak zwlekałam z ich składaniem! Jak patrzyłam! Jak w przedłużoną grę wstępną z nimi grałam! Och! Bo słabość mam ogromną, publicznie się przyznaję – uwielbiam składanie mebli. Ale uwielbiam, tak fetyszystycznie wręcz. Z lubieżnością więc na odpowiednią chwilę czekałam, żeby proces zacząć.

Składałam pieczołowicie, każdy tomik, tomiszcze, tomunio ładnie odkurzałam. Co i raz z sentymentem jakiś przytulałam. No orgia panie. Kiedy już stały, takie piękne do sufitu i wystarczyło tylko 4 ostatnie śrubki wkręcić, okazało się, że śrubek nigdzie nie ma.

Na początek nie panikowałam, bo przecież jasno pamiętałam odliczanie systemowe powyższych i wszystko się zgadzało. Przerzuciłam kilka rzeczy. I flashback miałam – między niestety odbieraniem telefonu a pisaniem niecierpiącego zwłoki maila, śrubki niechcący wylądowały w jednym z kilku worów „przydasiów”, które zostały wyniesione na wieczne potępienie czyli do śmietnika.

Decycja. Zostawiam taką niedoróbkę czy idę szukać? Niełatwa to, bo śnieg i mróz na świecie przeokrutny, poza tym śmietnik??? No ale popatrzyłam na kilkanaście bezdomnych albumów co to miały zagwarantowany penthouse pod sufitem…

Moja Wewnętrzna Dresiara była przeszczęśliwa, kiedy już pod przykrywą nocy wymknęłam się na poszukiwania. No bo jak się ubrać do przeszukiwania ogromniastych koszy na śmieci na kółkach?? Takich na wpół pełnych, które sprawiedliwie workami po równo nakarmiłam?

Podpowiem: ciepło i wygodnie i dobrze jest mieć cos długiego do odsuwania rzeczy, które są miękkie i mogły stanowić podstawy grupy żywieniowej albo pieluszki albo inne pokrewne, ekhm.

Na wpół wisząc na kolejnym pojemniku udało mi się namierzyć mój worek. Co w ciemnościach wcale nie było takie łatwe. Już poddałam go bliższym oględzinom, kiedy u wejścia do altanki ukazały się dwie postaci. Jedna błysnęła mi latarką po oczach, potem po „moich” śmieciach, które zgrabnie z worka wyłuskiwałam. Nie bardzo wiedziałam jak zareagować, aż usłyszałam zachrypnięty głos jednego z panów, którzy niebezpiecznie blisko się przybliżyli:

„A czego tam tak szuka?”

„Śrubek” odpowiedziałam zgodnie z prawdą przecież.

Latarka zgasła.

„Chodź Tadzik, to jakaś wariatka. Przyjdziemy później”.

I odeszli wolno ciągnąc wózek z różnościami.

Już w domu, przykręcając ostatnią półkę, (śrubki znalazłam dwa worki później), zamyśliłam się.

Jak to nam łatwo te oceny innych przychodzą, co? Jak patrzymy, jak postrzegamy i już wiemy. Namyślać się nie trzeba. Dociekanie zbyteczne. Dopytywać – a po co? Pochylić się i zobaczyć co pod okładką? Eee tam. Widzę, więc wiem.

Phi, jakie to proste. Jak śrubka.

Jak zostałam wariatką

Czym nie jesteś?

Jesteśmy otoczeni słowami. Dostajemy je, wypuszczamy z siebie, przetwarzamy w umysłach. Niektóre wypowiadane przez nam bliskich zapadają w serca, na zawsze. Słowa budowane na fundamentach standardów społecznych i przekazów medialnych. Słowa, opisujące doświadczenia, które niestety mieliśmy, albo których niestety nie mamy. Słowa, które pęcznieją w duszy i rozsiadają się na zawsze cieniem na teraźniejszości i przyszłości. Taka wielość.

I te najtrudniejsze pływają wciąż w głowie. Stają się częścią tożsamości. „Jestem….”. Te nazwy siebie. Skrzętnie przed innymi ukrywane, żeby nikt nigdy się nie dowiedział, jaka jestem. Te uformowane z jakichś dziecięcych sprzed laty spostrzeżeń, z małych gestów niehcęci, z wyzwisk szkolnych, z chorób przeżytych, z wypadków, z tego co dziecku zrobili źli dorośli ludzie. Cegłówkami prawd ogólnych odkładają się w środku, odgradzając mnie murem od cieszenia się życiem, takim jakim jest. Słowa, które żenią się ze wstydem, smutkiem, rozpaczą. I tak, Ja Dorosła, jestem.

Słowa, które ktoś nieopacznie, czasem żartem wypowie. Słowa, które się cisną, gdy oglądam zdjęcia, które media rzucają mi w oczy. Słowa, którymi opisuje się tych z defektami, tych niepasujących do sielskiego obrazu narcystycznego świata.

Kilogramy niepotrzebnych, raniących słów, skrywanych w sobie, w próbie dopasowania się do norm.

A co gdyby tak te słowa pokazać innym? Odkryć siebie? Swoje „najgłębsze” tajemnice? Czy w kulturze „instanthedonizmu” i rozbujałych Ego przetrwać mogą Ci, którzy pokażą swoje niepewności? Co by sie stało, gdybyśmy je nosili „wypisane” na ciałach? Nasze wewnętrzne koszmary? Gdyby świat mógł zobaczyć, że jesteśmy czymś więcej niż tylko swoim defektem?

Projekt „What I be?” – przejrzyj setki zdjęć ludzi, którzy się odważyli. Mocne. Prawdziwe.

Iamnotmyadoption

„Nie jestem swoją adopcją”

Iamnotmydysmorphia

„Nie jestem swoją dysmorfią”

Iamnotmysadness

„Nie jestem swoim smutkiem”

Iamnotmythoughts

„Nie jestem moim myślami”

Iamnotmymolestation

„Nie jestem molestowaniem mnie”

To są tylko cząstki Ciebie, twoich doświadczeń, słów, które były usłyszane, standardów, które obowiązują, niepisane, raniące do szpiku. To tylko jeden aspekt Ciebie, nie cała, cały, Ty.

„Nie jesteś swoją chorobą”

„Nie jesteś swoją samotnością”

„Nie jesteś swoim zranieniem”

„Nie jesteś swoim odrzuceniem”

„Nie jesteś swoim obrazem ciała”

Czym nie jesteś?

Czym nie jesteś?

Znasz kogoś z chorobą psychiczną?

Ale taką zdiagnozowaną? Z etykietą jakiegoś F. coś.. (wg ICD -10, Klasyfikacji Zaburzeń Psychicznych)?

Ja znam wielu. Jasne – it goes with the job. Ale znam też osobiście, kilku kochanych „wariatów”. I pamiętam też czasy, kiedy stażowałam do upadłego w warszawskich szpitalach i przychodniach, tam to już można było przebierać w zaburzeniach. Jasne.

Znam tych ludzi. Wielu z nich, walczących i poddających się.  Chodzących ze swoim cierpieniem pod rękę. Nadwrażliwych, delikatnych, często bezwiednie, krzywdzących innych, bo nie mogą inaczej, ale częściej raniących siebie, przede wszystkim.Na lekach, albo próbujących przetrwać rzeczywistość bez.

Ale najwięcej nauczył mnie kiedyś, na 3 roku studiów na stażu, pewien pacjent z etykietą schizofrenii, takiej kolorowej, z urojeniami i halucynacjami. Kiedyś na papierosie, kiedy już ustabilizowany był na długim pobycie w szpitalu, opowiedział mi coś, czego na sesjach nigdy nie słyszałam od niego: „Wiesz co jest najgorsze?? Nie te wytwory, nie szał emocji, nie to, że widzę coś, czego nie ma. Nie. To, że jestem skreślany, jak tylko ktoś usłyszy, że żyję z taką chorobą. Na wszystko co robię patrzy się przez:”Wiesz, to wariat..”. Bez względu, czy jest akurat remisja, czy pigsy działają..Nie! Zawsze jestem tym kurwa pierdolonym wariatem! Po co się wysilać? Po co być szczerym?”.

Czy etykietujemy? Prostych heurystyk używamy? Dyskredytujemy na „dzień dobry”?

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo1_500

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo4_500

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo3_500

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo2_500

tumblr_mv94xaLxwX1rvw3cbo5_500

Rozponawani?

1 i 2: Abraham Lincoln, Sylvia Plath – całe życie w ciężkiej depresji

3 i 4: Vincent van Gogh i Virginia Woolf – psychoza maniakalno – depresyjna

5: John Nash – schizofrenik i genialny matematyk – ten z „Pięknego umysłu”…

Wariaci, nie? No tak, wg kryteriów… i wg wyszukań googlowych*, wstukiwanych nie przez boty. Nie. To my. Osądzamy. Etykietujemy. Może nie dajemy szansy? Może upośledzamy swoje postrzeganie? Może nie jesteśmy w stanie poza uproszczenia wyjść?

A tych znasz? Wariatów?

Ludwig van Beethoven – psychoza maniakalno – depresyjna (uroczo nazywana dwubiegunówką)

Marlon Brando – chroniczna depresja

Jim Carey – wieloletnia depresja

Winston Churchill i Kurt Cobain – dwubiegunówka

Charles Dickens – chroniczna depresja

Ernest Hemingway – depresja, która wiemy jak się skończyła

Billy Joel – ostra depresja z próbą samobójczą

Michał Anioł i Izaak Newton też coś mieli, ale trudno teraz to zdiagnozować na 100%.

J.K. Rowling – autorka „Harry Pottera” – depresja..

Winona Ryder – ataki paniki i ostra depresja

Philip K. Dick – schizofrenia

Ci, pierwsi przychodzą mi do głowy. Lista jest długa. Nieoczekiwana. Nie wspominam innych zaburzeń, bo za długo by było.

Oczywiście. Nie wszyscy „wariaci” to geniusze. Nie każdy geniusz to wariat.

Może ta stygmatyzacja, te etykiety, ten brak wrażliwości i osłonki nietolerancji to wyrzućmy za siebie? Bo co będzie, kiedy Tobie się przydarzy, że „zwariujesz”, tak klinicznie??

*o „wypełnieniach Googla”  pisałam tu 

Znasz kogoś z chorobą psychiczną?

Zobacz mnie

Gabinet.

Siedzi, jak zawsze, nienagannie ubrana. Cała, taka idealna. Aż ja próbuję, tak nieudolnie trochę, zamaskować plamkę po kawie na bluzce.

Opowiada o swoim minionym weekendzie. O zajęciach, o teatrze, o filmie, o znajomych, tych pięknych, tych creme de la creme miasta stołecznego.

– Dużo tego. Ale jak się w tym wszystkim czułaś?

Po raz pierwszy dziś, milknie. Wbija we mnie sztućce spojrzenia.

– A ty znowu swoje z tymi emocjami..

– O weekendzie możesz porozmawiać z przyjaciółkami..

– Czy terapeuci nie powinni być mili i wspierający?

– Kiedy trzeba, powinni. Mówisz mi, że nie jestem taka dla Ciebie?

– Tylko mnie do ściany z tą dziwną tapetą przyciskasz z tymi emocjami!

– Mam wrażenie, że od nich uciekasz, bo w ogóle o nich nie mówisz.

Wysyła mi dwa sople lodu. Ale one gdzieś po drodze topnieją. Za to widzę wulkan chyba..

– Kurwaaa, Iza!!! Tak! Uciekam! Tak, bo to boli. Bo nie chcę ich czuć, ani widzieć! Nie chcę patrzeć na tą pojebanie żałosną prawdę o sobie! Happy?

Milczymy. Słychać głosy z recepcji. I strzępki wyrazów zza ściany.

– Jaka to prawda, której się tak obawiasz?

Kręci głową. – Nie możesz się poddać, raz, co?

Uśmiecham się tylko, bo przecież wie, że nie. Wzdycha. I już ciszej. Szeptem prawie.

– Iza..Nikt mnie nie zna, tak naprawdę. Ci ludzie wokół mnie, mam wrażenie, że żonglują setkami masek, żeby tylko było, och, no zajebiście.. Ja też to robię. Ale gdzieś kurwa, w samym rdzeniu, marzę, żeby mnie ktoś naprawdę zobaczył. Może przejrzał przez te maski i dostrzegł mnie. Mnie. Z tym wszystkim co się we mnie kotłuje, z lękami, ze smutkiem. Żeby zobaczył. Mnie. Całą. Tak. Może z całym tym syfem przeszłości. Z tymi pierdolonymi neurozami przyszłości. Tak. I tak. Boję się, że nikogo takiego nie będzie. Będę taka, niezobaczona, niepełna, sztuczna więc..

– A dajesz się zobaczyć innym?

tumblr_mvyatkhPzT1rnqg7ho2_500
photo by Julien Mauve

Zobacz mnie