Wybieram śmierć zanim ona po mnie przyjdzie

Brakowało mi ostatnio czasu na uczestnictwo w społecznościówkach. Taki „disconnect” narzucony trochę. Zawsze wtedy myślę, że jak coś ekstremalnie ważnego, to i tak się dowiem. Ale są rzeczy ważne i ważne. Każdy taką „ważność” sam przecież sobie definiuje. I jak już chwilę złapałam, to „ważność” mnie dogoniła.

Nie było nic w polskich mediach, ba nawet Ciocia Wiki jeszcze przed aktualizacją (kiedy to piszę), w zagranicznych ze 2-3 notki. Cisza. A Sandra Bem nie żyje.

Myślisz sobie pewnie „Who the fuck is Sandra Bem?” albo coś podobnie brzmiącego. Też bym nie wiedziała, gdyby nie była jednym z moich autorytetów i nauczycieli. Gdyby nie otworzyła przede mną świata gender, roli społecznych, roli męskich i kobiecych. Gdyby nie wlała mi do głowy, wcześnie bardzo, zamiłowania do kwestionowania stereotypów. Gdyby nie pokazała społecznego mózgu. Gdyby nie wyjawiła pojęcia androgyniczności. Gdyby nie walczyła do konca z narzuconymi kulturowo postrzeganiem ciała i siebie nawzajem. Gdyby nie było jej w moim życiu, nie byłoby mojego życia, które teraz znam, lubię i szanuję. A jej już nie ma.

Już trochę lat miała. Mogła poczekać i odejść jako starowinka profesorka- badaczka, ubóstwiana przez swoich studentów. Nie.

4 lata temu został u niej wykryty Alzheimer. U tego nieprawdopodobnego umysłu, który na szczęście dla epoki, ją wyprzedzał. Już wtedy zapowiedziała najbliższym, że jeśli choroba ją zdominuje, czy stanie się dla niej nie do zniesienia, zabije się.

Odeszła we wtorek. 20 maja 2014. Dwa dni wcześniej urządziła stypę dla najbliższych z którymi się godnie pożegnała. Poniedziałek spędziła z mężem, z którym przez lata dzieliła pracę naukową (Daryl jest również znakomitym psychologiem) i życie. Poszli na spacer, obejrzeli film, zjedli obiad. Wzięła proszki i odeszła we śnie. Wszyscy wiedzieli, że wtorek to ostateczny termin, deadline.

Piękny umysł odszedł, kiedy jeszcze był piękny.

Bardzo się wzruszyłam. Dotknęło mnie to do rdzenia. Nie, że jakoś żałobnie. Ale to jej postanowienie – żyć w wolności i w niej odejść, kiedy jeszcze wiem kim jestem. Wybrać najtrudniejsze z rozwiązan, a może najłatwiejsze? A ta „stypa” – pożegnanie, kiedy jeszcze żyjesz, to była taka jak w filmie „Wtorki z Morrim” czy jak w „Ćmie”? Czy jeszcze inaczej? Co myślał mąż, starszy od niej przecież? Jak podjęła taką decyzję? A co oglądali tego ostatniego dnia? Co było na obiad?

I głębiej. W jakich okolicznościach możemy w ten sposób, świadomy, zadysponować swoim życiem? Jaka choroba nas do tego kwalifikuje? Czy fizyczna tylko? A co z „chorymi” psychicznie, którzy nie są w stanie unieść tego swojego cierpienia, mimo medykamentów i remisji? Czy oni mają prawo o sobie w taki sposób zdecydować? Wg jakiego kodeksu moralnego mamy prawo osądzać – „samobójstwo jest złe”? Kto jest w stanie zważyć ilość cierpienia? Kto ma prawo oceniać? Jeśli żyjemy, ot, bo tak nam dane, to czy nie możemy też decydować o swojej śmierci? Godnej, bo świadomej?

Nie mam odpowiedzi. Jak macie to mi podrzućcie. Proszę.

PS. I’ll miss you Sandra. Your life and work changed my life and work. You will not be forgotten.

Wybieram śmierć zanim ona po mnie przyjdzie

Siła w trawie?

Gabinet.

Siedzi uśmiechnięty i wpatruje się we mnie tym swoim psychopatycznym błękitem. Ale to tylko kolor. Za grosz w nim psychopaty.

– Miałaś rację z  trawą.

Zdania wypowiedziane tańczą oberka, czarna skrzynka uruchomiona, ale nie, nic o żadnego rodzaju trawie nie pamiętam!

– No wiesz..że mamy być jak trawa.

Teraz to już się dziwię zewnętrznie. Moje breżniewowskie brwi pełzną po czole.

– Mogą mnie deptać, w piłkę grać, srać i sikać na mnie a ja i tak się podniosę. A to wszystko jest dla mnie tylko nawozem. Robię się przez to silniejszy. I rosnę. I się rozwijam.

– Chodziło o drzewa, nie urosną do nieba jeśli korzeni w piekle nie zapuszczą. I to nie ja, tylko Jung.

– (śmieje się) No popatrz, ale chociaż tematycznie pamiętałem. Jezu, jak ten mózg działa…

– To teraz jesteś taki podeptany i obsikany?

– Przez to wszystko, co się działo. Ze mną. We mnie. Co mi życie w twarz rzuciło. Ale żyję. I rozumiem.

Milczymy wygodnie razem.

– Otworzyłaś mnie na strach.

– Otworzyłeś się.

– (znowu uśmiech) Wiedziałem, że tak powiesz. Czekaj..jak to było..”Depresja to nie śmierć. To nie koniec.”

– Dla Ciebie już nie.

Strzela błękitem znowu. Ale tym razem już zasnutym mgłą wodną. I kilka łez ucieka.

– Siedziałaś ze mną w tym gównie. Nie ubrudziłaś się za bardzo?? Teraz czuję się silny, wiesz, przez to co było chyba..

Wiem. Wiem. Bardzo wiem. I podam Ci tylko pudełko z chusteczkami. I posiedzę sobie z Twoją nową siłą. Z Tobą odmienionym. I trochę jej sobie od Ciebie wezmę, jak mi pozwolisz. I Twojej metafory będę używać, bo chyba lepsza jest od tej Dziadka Junga.

Dobrze, że ciągle tu jesteś. Wśród żywych.

I nie. Nie pobrudziłam się. A nawet gdyby tak, to wiesz, jestem jak trawa..

 

1017439_469191336502249_1980370900_n

Siła w trawie?

Śmierć w słońcu

pobrane

Tak się zdarzyło, że podczas wakacji  musiałam się udać do lekarza. Na Costa Brava. Nic poważnego, no ale zawsze. Pozostał oczywiście problem językowy, bo tak jak łamanym hiszpańskim żarełko się zamówi, tak już u lekarza lepiej wiedzieć co się mówi, bo gesty ręczno- twarzowe nie zawsze muszą oznaczać to samo w innych kulturach. No ale tzw. traf chciał, że wylądowałam na kozetce tym razem lekarskiej, u doktora niemieckiego o szlachetnym imieniu Ludwig. Sam pan doktor wyglądał jak potężnie zbudowany Einstein z chmurą białych włosów i mówił po angielsku z napadłościami niemieckimi. Daliśmy radę. Jedynym problemem było miasto pochodzenia bo okazało się, że w moich ustach Warschau brzmi podobnie do Breslau, no ale ważne, że procedura była sukcesem.

Na tyle nam się dobrze konwersowało, że jak się bawarski doktor dowiedział czym się zawodowo zajmuję, to zaczął mi historie lokalne opowiadać. O swoich pacjentach.

O tym jak wielu przyjeżdża na Costa Brava, tych nieuleczalnie chorych, tych którzy już w ojczyznach swoich nie chcą żyć, tylko żywota chcą swojego dokonać w pięknym, słonecznym miejscu. I dokonują. I czasem to trwa kilka miesięcy, a czasem kilka lat. A on jest z nimi do końca. Opiekując się lekarsko, robiąc to co jeszcze można zrobić. I smutek ogromny w jego oczach był jak to mówił.

„Wiesz, ja przez lata pracowałem w szpitalach tam ludzie chcieli żyć. Tak się trzymali, tak walczyli. A tu? To trudne. Widziałaś tego starszego mężczyznę w poczekalni z żoną? Jemu zostało już kilka dni. On już przestał walczyć. Ona też. Chociaż przychodzi wciąż, mimo tego, że wie, że to co ostateczne nadciąga nieuchronnie. Ale chyba jest pogodzony.”

„Patrzyć na odchodzące życie chyba zawsze jest trudno, prawda?”

„Nawet nie masz pojęcia jak bardzo. Bo to nie tylko Ci się tu zjawiają, którzy są nieuleczalni chorzy. Wczoraj przywieźli mi kobietę, która połknęła tyle valium, popijając winem, że nie mógł to być przypadek. Młoda. Wysłałem ją do psychiatryka, który jest jakieś 20 km stąd. Na tyle nie chciała żyć, że czterech policjantów nie mogło jej utrzymać, wyrywała się i krzyczała tylko „Dajcie mi umrzeć, dajcie mi umrzeć!”. Angielka, w silnej depresji…Ty byś miała tu co robić. Tylu przyjeżdża tu umrzeć. A może nie wszyscy muszą..gdyby dali sobie pomóc.”

 Oj i tak na słońce i plażę i winnice i miasteczka jak z bajki padł cień dla mnie, i już trochę inaczej patrzyłam na to piękno.

Śmierć w słońcu

Popatrz w lustro

Tak. Popatrz. Nie odwracaj głowy. Co widzisz?

Ja widzę zmarszczki mimiczne, i te niemimiczne, i rozszerzone pory, i przebijające gdzieniegdzie siwe włosy, i pełne usta od razu składające się w uśmiech, i moje szare oczy. A w nich, na dziś, głęboki spokój.

Ale to ja. A TY?

Może wzrok Ci wędruje do twoich przez siebie postrzeganych mankamentów. Może cieszysz się z zajebistych genów. A może z niesmakiem odwracasz głowę. Może.

Ale dziś popatrz sobie w oczy. Kogo tam widzisz? Może mózg nie pozwala Ci zobaczyć tego kim jesteś. Może mówi „Luzer”, „Dziwka”, „Przegrany”, „Samotna”, „Nieudacznica”. Może.

????????????????????????????????????????????????????
art by Philipp Igumnov

Spójrz jeszcze raz i przypomnij sobie co przeżyłeś.

Ja mam w swoim secie życiowym: śmierci i samobójstwa, chorobę, która potencjalnie ma mnie zabic, traumy rozstań, odejścia swoje i niemoje, złamane serce (cud, że jeszcze działa), kilka traum z dzieciństwa, kryzysy finansowe i zawodowe, dwie rany, które krwawią codziennie. Mam. Ale to ja.

A Ty?

Masz swój secik? Pewnie tak. Każdy ma. Bardziej lub mniej traumolski. Ale spytam tylko – jak Ty to robisz? Tyle przeżyłeś? Tyle wycierpiałaś? I żyjesz. I ciągle tu jesteś. I stoisz i patrzysz na siebie. A mózg śmie, Tobie, podsuwać te kłamstwa?

Ech, zobacz Siebie, naprawdę. True Survivor. Wojownik. Twardzielka z sercem na dłoni.

Jesteś zajebista. Jesteś nieprawdopodobny.

Jesteś.

Fajnie, że jesteś. Po prostu.

Popatrz w lustro

Tłumaczenie niewytłumaczalnego

Filmów jakoś nie oglądam ostatnio, bo jak zaczynam to po 15 minutach się nudzę i wyłączam. Kilka poszło do piachu na wieczne zapomnienie. Ale jeden mi serce rozjaśnił i zaciemnił. No tak. Przedstawiam Ci „Leolo”.

 

 

Chłopiec i walnięta rodzinka. No tak, trochę jak każda. Ale ta historia ma w sobie wyjątkowość. Bo chłopiec tłumaczy sobie te ich „szaleństwa” pięknym, poetyckim językiem. Takim, który łapie za serce. Tłumaczy świat, którego nie rozumie. I jak na początku wydawało mi się, że delikatnie moja dusza się nasyci tym dysonansem, to później już moja dusza chciała wyrzygac to co zobaczyła.

Niektóre sceny naprawdę przyprawiają o mdłości. Dlatego delikatnym nie polecam. Ale siłę ma ogromną, dla mnie. Bo dawno nie widziałam  pięknie opowiedzianego szaleństwa, chyba „Pająk” mnie tak dotknął.  Zdjęcia i muzyka idealnie „robią” atmosferę.

I pytania mocno mam w głowie teraz postawione.

Czy kiedykolwiek przestajesz się bać swoich oprawców?

Jak przetrwać ze swoją wrażliwością, w świecie, gdzie jest ona niepożądana?

Ech no.. piękny – niepiękny obraz. Niektórych pewnie może znudzić. Ale warto.

 

Film

Pierwszy genialny opis depresji to biblijna Księga Hioba „Piekło jest domem moim: i w ciemnościach usłałem łóżko moje (…) Wody twardnieją jako kamień i ścina się wierzch przepaści”. Ja chyba tylko tego dotknąłem. Człowiek jest jakby zatruty sam sobą i w sobie uwięziony. Staje się dla siebie izbą tortur, celą bez okien i drzwi. Nie ma ucieczki od siebie samego i samemu jest się źródłem i celem cierpienia.
Nic dziwnego, że śmierć, nieistnienie, wydaje się luksusem. Dla mnie zagadką nie jest wysoki procent samobójstw popełnianych przez będących w depresji, ale że nie robią tego wszyscy chorzy. Niech to będzie dowodem na potęgę instynktu życia.
Niesamowite. Życie jest niesamowite. Dopiero kiedy leży się na dnie, widać to w całej okazałości.

T. Jastrun

Bez ciemności nie ma światła. Bez upadania, nie ma siły powstawania. Bez łez, nie docenia się uśmiechu.

Cytat

Między piekłem a piekłem

imagesCAFB3E7D

„Spytasz mnie pewnie jak to przeżywam, prawda? Co to dla mnie znaczy? Już bywałam na terapiach, wiem co mówić. Nie boję się.

Wolisz o górkach najpierw, czy o dołkach? Dla mnie bez różnicy. To o górkach, delikatniej. To jest tak, jak z piciem. Na początku całkiem przyjemnie. Wszystko takie jasne i proste się wydaje. I łatwe. Nie ma rzeczy, która byłaby trudna. Nie ma nic, co byłoby niemożliwe. I jest energia. Och, jak ja kocham tę energię. Jaka jestem roześmiana, towarzyska, najlepszy kumpel do wszystkiego. I tak! Jestem w stanie i robię wszystko. Jestem piękna, seksowna, inteligentna i bystra. Łączą mi się wątki w głowie. Pomysły nabierają kształtu. I to różnie może trwać, czasem kilka godzin, czasem dni, tygodni. Potem nagle zauważam, że już coraz mniej snu potrzebuję. Wątki się ze sobą przeplatają..Trochę gubię ich końce i początki. Koncentracja mi się urywa. Zaczynam ileśtam rzeczy, ale niecierpliwa się robię. Siadam, wstaję. Gotuję obiad o 4 nad ranem. Albo idę biegac o północy, bo jest ta energia. Tak dużo rozpierającej głowę energii. Nie ma ujścia. Wydaję kasę, och jestem panią życia wtedy, wiesz przecież. Pewnie dla znajomych to dobrze. Chociaż nieprzyjemna się robię, bo miałkie rozmowy wtedy to już nie dla mnie. Ja potrzebuję górnolotnej stymulacji, już nie dla mnie rozmowy o psach, youtubie i pracy. Ja chcę latać. I agresywna się robię, tak na początek cynizm się ze mnie wylewa, potem już tylko wolę się upić na przykład. I wtedy jest najgorzej, bo jeszcze faceci, no i tak, kobiety się pojawiają, jak króliki z cylindra magika wyskakują. Prawie nigdy nie mówię nie. Sama sytuacje prowokuję. A w głowie karuzela, złość, krótkie, oślepiające błyski myśli, rozedrganie. To nie boli. Nic nie boli wtedy. Dlatego ten pęd za stymulacją, żeby coś poczuć. Złudnie, żeby było tak jak kiedyś. Skóra tylko swędzi, jak tysiąc robali mi się pod nią wiło, a ja wtedy chcę tylko wydłubywac je widelcem spod skóry.. Moje piekło manii.

A potem jakoś nie wiadomo jak, skąd, budzę się i nie wiem kto zgasił światło. Nie mogę nawet wstać, żeby poszukać kontaktu. I szukam tego światła. I nie ma. I słabnę. Więdnę. Chodzę jak w gęstym syropie. Mówię coraz wolniej. Głowa jak durszlak. Słów i zdań zapominam. Pójście do łazienki to wyczyn olimpijski. Wyjście z domu to wspinaczka na MountEverest. Źle słyszę. Wszystko wokół mnie jak w jakimś pędzie rozszalałym, a ja pełznę i nie nadążam za własnym oddechem. Chcę tylko leżeć i spać. Tylko nic nie robić, bo wszystko, mówię ci, wszystko mnie przerasta. Nic nie daje wytchnienia. I ten smutek. Już nawet nie smutek, rozpacz. I jedna tylko myśl włączona na Replay – skończ z tym, skończ z tym, skończ ze sobą. Tylko to.

Czy próbowałam skończyć? Tak. Kilka razy. Nie udało się, jak widzisz. Ten głos myśli jest tak ogłuszający, że nie ma nic, oprócz niego wtedy. Najgorsze jest to, że nie wiadomo, kiedy koniec tego będzie. Bo wtedy się wydaje, że nie ma końca. Nie będzie. Że już zawsze taka będę, głupia i beznadziejna, i gruba. Glista do rozdeptania. Jak ktoś mi opowiada o piekle, to myślę o tym, że tam właśnie tak jest.

Tak, brałam leki. Czułam się..eee..nie wiem, pewnie lepiej, ale nie sobą. Jakby mi kawałki siebie ktoś poucinał. Spróbuj życ bez stopy, ucha, trzech palców, biodra..Niefajnie, nie? Tak się czułam. I mówili mi – musisz, bo to genetyka, lepiej nie będzie, tylko gorzej..Mają rację przecież. Wiem o tym, ale już nie chcę. Przez prawie dwadzieścia lat od diagnozy uczyłam się siebie, wygryzałam każdą chwilę przejrzystości, śledziłam każdy nastrój, namierzałam w sobie zapalniki, podążałam, nieudolnie czasem, za myślami, i w dołkach i w górkach. Dotarłam do takiego miejsca, które wyobraź sobie, się nie zmienia. Tam chyba mieszkam. Ta prawdziwa. Tam jestem ja. Albo to tylko brednie. Ale tam się wczołguję jak już nie mogę dalej żyć, i czekam. Tam wbiegam jak oszalała w manii, żeby siebie dotknąć, i trzymać pazurami i nie zapomnieć, że jestem. Jest we mnie. To jedno wiem.

Co jest najgorsze??……. Samotność w tym jest najgorsza. Bo niby ludzie są, ale ich nie ma, nie tak jak marzę, żeby byli. Bo też nie chcę skazywać nikogo na życie ze mną. No jak?

Chciałabym żeby ktoś wiedział, jak to jest żyć między piekłem a piekłem, z kroplą siebie w środku.”

Już wie.

Między piekłem a piekłem

Został mi rok życia

Pomyśl tak. Przez moment.

Wyobraź sobie. 1 rok życia. 12 miesięcy. 365 dni. 8760 godzin. 525650 minut. Sekund nie mnożę.

Co by było, gdybyś właśnie tyle dostał. Nie więcej. Nie mniej. Dokładnie tyle.

Panika? Tysiące obrazów przed oczami? Rzeczy do zrobienia? Ludzie do kochania? Rzeczy do załatwienia? Słowa do powiedzenia? Marzenia do spełnienia? A może spokój? Tak ma byc? Żyję dalej tak samo?

Ehhh..myślisz, taki eksperimą paniusia psycholożko-psychoterapuetko-seksuolożka mi zadaje, phi..A gdyby tak naprawdę? Taką diagnozę śmiertelną dostajesz? Albo ten prorokowany koniec świata, naprawdę się staje? Albo zmęczony sobą postanawiasz dac sobie i życiu, właśnie jeszcze rok, a potem..

Prawda jest taka, że codziennie zbliżasz się do swojej śmierci. Już od urodzenia. Czy codziennie z tym w głowie żyjesz? Pamiętasz?

W zakład idę, że nie. Nie pamiętamy o niej. Wzdrygamy się na samą myśl o śmierci. To jest taki Król Lęków. My. Tacy Śniący. Tacy Nieobudzeni. I uprawiamy to życie, jak grządkę warzywno-kwiatową. Ma byc równo i tak jak u innych. Nie myślec za dużo, bo po co? Łatwe – podlewamy codziennością, pielimy, chwasty niepasujące do planu wyrywając, z nadzieją na zbiory w porze odpowiedniej, czekamy. Czekamy.

A to czekanie, żeby pytań i lęków do siebie nie dopuścic, tak sobie zakrywamy – to praca, to rodzina, to dzieci, to podróże, to hobby, to melanż, to serial, to nowe meble. Nie myślę, nie myślę, nie myślę. Oby tylko nie myślec.

Nie uciekniesz. Nic ci nie pomoże. Umrzesz. Umierasz. Minuta po minucie. Sekunda po sekundzie. Coraz bliżej. Już ci niosą trumienkę drewnianą, albo urnę glinianą.

Zostaje ci rok życia, co z nim zrobisz? Z Barbie uciekniesz do Barcelony? Z Kenem do San Francisco? Ożenisz się? Rozwiedziesz? Rzucisz robotę? Zaczniesz chodzic do kościoła, no bo wiesz, ubezpieczenie, tak w razie czego? Tatuaż sobie zrobisz? Powiesz jej, w końcu, że ją kochasz, bo czasu już nie ma na myślenie? Wyznasz mu, że go uwielbiasz, bo jest najwspanialszym facetem pod słońcem, bo po co już teraz udawac?

Masz rok życia. Może krócej, bo jak TataHun mówi:”Jak ma tak byc, to cegłówka ci na głowę w drewnianym kościele spadnie”.

Żyj. Bo ktoś powiedział, że boją się śmierci, ci, którzy tak naprawdę nie żyją.

Żyjesz?

533981_10151311465451018_253297142_n

Został mi rok życia

Kiedy słońce zapomina wstaĆ

„Dzwoni budzik w telefonie. Myślę, znowu. Okej. To nie jest trudne. Najpierw noga prawa, potem lewa – myślę. Leżę. Ponad moje siły. Może nie jednak? Noga prawa, noga lewa? Koncentruję się. Oj, no kurwa, to nie może byc trudne. Noga lewa, noga prawa. Słuchają. Siedzę. Yey! Miliony ludzi to robi – wstań, siusiu, prysznic, ząbki..Nie..niekurwaumiem..Niekurwamogę..Powoli kładę głowę na poduszkę i wiem, że znowu..”

„I woda mi sama leci po ryju..Nie, po prostu. Nie mam siły. Chcę, się przykryc kołdrą i nigdy nie odkryc. Nigdy. Ciało, już w końcu nieważne. Już tak zakryc się na zawsze. Nie mogę już..”.

Siedzimy na czerwonym. Sofie i fotelu. Pl. Konstytucji przez okno hałasem przebija. Siedzimy. Ona nie ma siły. Ona już nie widzi nic. Ona już nie może dalej życ. Bo nie umie. Nie ma po co. Dla kogo?

I słońce zachodzi nad wawą. I wstaję, i zasłaniam, bo mnie razi, tą swoją jasnością zachodzenia.

I dla niej już nie wstaje.

Już zapomina, że miało.

Ja wiem, że teraz nie chcesz byc. Chcesz, żeby cię nie było. Ale jesteś. Ja wiem, że teraz siedzisz w tej dolinie, i posypujesz głowę popiołem swoich marzeń. Ja wiem, że nie widzisz wyjścia stąd. Ja wiem, że marzysz o końcu. Już. Dajcie mi spokój! Ja wiem, jak ciemna może byc noc. Ale zobacz, przez chwilę, chociaż, błagam, że im bardziej ciemniejsza ciemnośc, tym lepiej widac gwiazdy, tak???

Tak???

Jestem.

Kiedy słońce zapomina wstaĆ

Co będzie, jak mnie nie będzie?

Nic nie będzie. Będzie nic. Będzie życie toczące się dalej. Beze mnie. Zniknę. Po prostu.

 

Wsłuchuję się w to pytanie w sobie od lat. Gdzieś tak właśnie okołozaduszkowo. Słucham też słów innych ludzi, jak oni do śmierci podchodzą. Patrzę na świat, jak próbuje ją oswoic, ośmieszyc, uczłowieczyc, albo uwznioślic, żeby sens jakiś miała. Widzę jak na nią zarzucają płachtę milczenia, jak tabu się stała.

Słyszę też w gabinecie jak lęk i przerażenie moich rozmówców ogarnia, kiedy czasem o śmierci porozmawiac trzeba. Nie uciekam od tematu. Wprost przeciwnie. Chętnie o przemijaniu rozmawiam. I o końcu końców.

Śmierc jest. Wszyscy na nią umrzemy.

Ja miałam już dawno to zrobic, ale jakoś nie wyszło. Nie chciała mnie jeszcze później. Bawi się ze mną. Albo próbuje mnie czegoś nauczyc, tylko ja tępak taki jestem, więc lekcje mi musi dawac co i raz. Albo przypomina. O sobie. Jakbym mogła zapomniec..

Pierwszy raz, który mną wstrząsnął, kiedy pokazała twarz wyraźnie, miesiąc przed moimi 21szymi urodzinami. Mieszkałam i pracowałam we wschodniej Afryce. Byliśmy akurat na granicy Ugandy i Zairu, niedaleko Gór Księżycowych. Czułam się jakoś tak, nietak, od kilku tygodni. Dużo podróży, jedzenie czasem, albo nie, no i słowa znajomego misjonarza:”Izzy, dbaj o siebie, Afryka to grób białych ludzi”. Ale przecież zajęta byłam, więc jak już gorączka podniosła się do 40 stopni C, i przestawałam kontaktowac się poprawnie ze światem, wtedy trzeba było reagowac szybko. Wiedziałam, że to malaria. Na nieszczęście, tam gdzie mieszkaliśmy, nie można było dojechac, z prostej przyczyny – nie było drogi. Były tylko ścieżki. Trzeba było jeszcze się jakoś zorganizowac. W nocy miałam halucynacje. Pierwszy raz w życiu. Leżałam na kojce i nie mogłam spac. Czułam jak pali mnie skóra. Gekony łażące po ścianach, nagle były wielkości małych krokodyli. Cienie na ścianach ze świecy, układały się w historie. Nie miałam siły nikogo budzic. Leżałam i płakałam, ze strachu, bo wydawało mi się, że jak zamknę oczy to już nigdy ich nie otworzę. Potem pamiętam jak mnie nieśli tymi ścieżynkami, na noszach z byle czego sklecionych. Pamietam, przez mgłę, głos doktora: „Jak się umiecie modlic, to się módlcie”. I jak leżałam na stole, bo w „klinice” nie było już miejsca. Potem mi powiedzieli, że „szkoda było dla mnie łóżka”. Miałam nie przeżyc nocy. Nie pamiętam zastrzyków z chininy. Wiedziałam, że je miałam, bo potem przez pół roku nie mogłam siadac normalnie. Miejsca nakłuc tak bardzo bolały. Nie pamietam, jak zapadłam w śpiączkę. Nie pamiętam nic. Nie było mnie w ciele. A może byłam, tylko się schowałam. Nie pamiętam jak przychodzili ludzie, żeby popatrzec na umierającą białaskę. Nie pamiętam, jak moi  współpracownicy, nie wiedzieli co zrobic. Musiałam tam zostac, bo nie przetrwałabym żadnego rodzaju transportu. Nie pamiętam jak moje ciało było przeniesione z kliniki do domu czyjegoś, bo medycznie nie można było już nic zrobic. A stół był potrzebny przecież. Nie pamiętam, jak byłam myta. Nie pamiętam, jak mnie poili wodą. Bo kroplówki nie było. Nie pamiętam nic z tych dni, kiedy mnie nie było.

Pamiętam jak się ocknęłam. Nagle. Bez przyczyny. I pierwsze co zobaczyłam, to sufit pęknięty. I pomyślałam: „Jak można mieszkac w domu, który jest tak popękany.”. Potem się okazało, że mnie ominęło trzęsienie ziemi. Dlatego to pęknięcie. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Nie było nikogo. Sama. Wstałam, ledwo. Popękane ściany. Skrzypiące drzwi. Na zewnątrz dwie młodziutkie dziewczyny obierały kasawę. Przestraszyły się mnie, prawie śmiertelnie. Tak, czarna skóra nie chroni od blednięcia.

Po 16 dniach śpiączki obudziłam się, i byłam strasznie głodna.

Śmierc. Wtedy po raz pierwszy pokiwała mi paluchem swoim krzywym. Ale nie szeptała „memento mori”. Dla mnie to było – „amore fati” – kochaj swój los, z tym wszystkim co przynosi, co Ci daje.

Żyję. Kocham. Jestem. Po prostu.

 

Co będzie, jak mnie nie będzie?