Piękno skóry

Oho, znowu jest viralowo „ważnie” o pięknie kobiety! Znane?

albo to:

 

Piękne. I ważne właśnie. Bo co te media robią tym dziewczynkom, dziewczynom, kobietom, w ogóle całemu rodzajowi żeńskiemu, o męskim już nie wspomnę (nie dziś). Jakimi informacjami o tzw. urodzie nas wszędobylczo i bezkarnie karmią? Co te kobiety potem muszą ze sobą robić, żeby tak sprostać tym „ideałom piękna prawdziwego”? No wszystko, prawie. Niby wszyscy wiemy, że to photoszop a jednak porównania siebie zostają, gdzieś tam na granicy świadomości po milimetrze się kodują. Złe media, złe…

Naturalnie więc się wydaje, że takie oto ujawniające prawdę i porównania clipy są potrzebne, bo przecież o tym trzeba mówić! Ujawniać! Demaskować!! Uświadamiać młodym i starym! Kobietom i mężczyznom!!

Pewnie tak.

Ale gdyby tak popatrzeć na teledysk nr 1 jako na reklamę środka do zmywania makijażu?

A na drugi jako na reklamę możliwości jakiegoś programu do edycji zdjęć?

A na obydwa, jako sposób monetyzacji tego trendu „piękna skóry naturalnej” i zdobycia popularności wśród rzeszy kobiet??

Można. Ale tak nie robimy, bo zatrzymujemy się na powierzchni, na tym co nam one przedstawiają i „achom” i „ochom” i łzom wzruszenia nie ma końca.

A dla mnie nie ma różnicy, czy jest makeup czy nie ma, czy był fotoszop użyty czy nie. Bo i tak oba podejścia podkreślają to samo: „Patrz na powierzchnię. Patrz na to co tylko oczami możesz zobaczyć. Wygląd, wygląd, wygląd…”. Zatrzymujemy się na psychologii ewolucyjnej, na swojej własnej zwierzęcości, podkreślając ważność tego co na zewnątrz, trochę jakby się patrzyło na samochód, nie zaglądając pod maskę, kupowało dom, oceniając tylko jego fasadę.

Zewsząd słyszę i wszędzie czytam, że to przecież wnętrze się liczy. Hyh, serio??? To się ci wszyscy mądrzy ludzie, mistycy i nauczyciele mylą chyba…

Tak. Wygląd przemija? Jasne. Ważne to co w środku? Oczywiście. Takimi wyświechtanymi frazesami nas karmią. Bzdura, proszę Państwa! Przecież to nie jest istotne tak bardzo, jaką osobą jesteś, jak bardzo dobrą, moralną, ciepłą, kochaną, inteligentną i mądrą, skoro nie za wiele osób się będzie chciało tego dowiedzieć, nie? Bo akurat tak się zdarzyło, że nie wpisujesz się w kanony „piękna skóry”, bo tak się zdarzyło, że masz taki zestaw genetyczny a nie inny..

Czym jest piękno prawdziwe się pytam?

Dla mnie zawsze, tym kim jesteś. To czy swoim zachowaniem ranisz innych, to co wnosisz w tzw. życie, swoje i innych, to w jakim kierunku idziesz. Tak, takie bzdurne wartości, jak dobro, miłość bliźniego, szacunek.

Możesz siebie uważać za piękność, możesz być dumna z bycia Miss Wszechświata (i Wszechświatów Równoległych jak już przy tym jesteśmy), to, powiem nowotestamentowo, „jesteś jak cymbał pusto – brzmiący” jak nie masz tych oldskulowych wartości..

Zmieńmy w końcu ten focus na „to co widać”, patrzmy pod „piękno skóry”, zobaczmy czym i kim jesteśmy naprawdę, a nie podkreślajmy ważność tych skórek, wydmuszek, powierzchowności przesyłając sobie śliczne virale w soszialach.

I młodych uczmy właśnie tego, nowego „focusu”, taka praca u podstaw, im będzie lżej bez tych porównań..

PS. Hyh, nie mam nic przeciwko tzw. biologicznie pięknym ludziom płci obu, mają świetny mix genów, nieprawdaż?? Niespecjalnie mieli na to wpływ… Ot i tyle, a też czasem nie mają łatwo…Ech…

Piękno skóry

Jak chciałam popełnić e-samobójstwo

Kilku znajomych wymknęło się z Targowiska Próżności, o przepraszam, z Fejsbunia. Kilku innym nie podobały się moje posty (miały na pewno wiekopomne znaczenie), o czym nie omieszkali mi nadmienić. W radio komentowałam rodzaje aktywności w mediach społecznościowych i ich wpływ na nasz dobrostan. Czytałam badania o E-migrantach i Tubylcach sieciowych. W międzyczasie „obsługiwałam” swoje zwyczajowe profile, no i zaniedbywałam blogusia tegoż w efekcie.

Aż dostałam e-zadyszki. Autentycznie poczułam się zmęczona. Tak sobie chodziłam z decyzją, tak się powoli we mnie wykluwała. No i proszę – obwieściłam, najpierw tym, którzy w cyberprzestrzeni nie istnieją, albo tylko niszowo. „Odchodzę, rzucam, znikam, wylogowuję się, dezaktywuję! Wszystko!” – okrzyknęłam z dumą, czekając na aplauz, albo przynajmniej dobrotliwą akceptację licząc na wsparcie. Tia. Usłyszałam: „Ty???? Buahahaaha! Chciałbym to zobaczyć!”, „Przecież to część twojego życia, po cholerę chcesz sobie rękę odrąbać?”, „Ale z Instagramu też? To kto mi będzie serducha dawał?”. Ogólnie nieszczególnie.

Potem to samo już na profilu Próżnościowym – no powiedzmy, że reakcje były mieszane.

No ale decyzja to decyzja. Popełniam e-samobójstwo, zabieram swoją tożsamość online’ową i nie będę się już sobą dzielić!

Plan był obmyślony ze szczegółami – najpierw taki minidetoks, czyli nie wchodzenie na społecznościówki, a potem swobodne zamykanie profili, nikt już nie zauważy, że mnie nie ma.

Tia.

Czytam literaturę do jakiegoś zaburzenia psychologicznie niszowego i przypominam sobie, że przecież gdzieś badania najnowsze widziałam – tak, i owszem, nawet zalinkowałam – na Twitterze. Nie poddaje się, i szukam przez Wujka Google a potem przez Ciocię Wiki, z myślą, że może ktoś to znalazł i podrzucił. Nie. Namęczyłam się przeokrutnie, ale znalazłam. A wystarczyło tyko wejść i migusiem odszukać. No ale z twarzy cholewy nie będę robić..

Potem jakieś pytanie seksuologiczne miałam, więc chwytam za telefon i myślę, zadzwonię do M. na pewno będzie wiedzieć. I pewnie wie, ale ja się nie dowiem, bo nie mam do niej telefonu! Okazuje się, że nasza obszerna komunikacja i znajomość kilkuletnia opiera się na czacie FB. Wstydzę się trochę.

Przypomina mi się, że miałam iść na wernisaż, chyba dziś..Yyyy no i znowu, mój kalendarz na FB wie, a ja nie jestem pewna. Trzeba będzie gdzieś indziej te eventy wpisywać..

Już na samej wystawie twórczość mi przypomina coś co wcześniej widziałam (#pokolenieobrazka), odruchowo sięgam po Tumblera, bo tam sobie takie smakowite sztuki kąski składuję. No tak. Ale przecież nie mogę..Nigdy się nie dowiedziałam, do czego twórczość była podobna, a nawet inspirowana kim. Ych.

Gdzieś na mieście będąc włączam internet komórkowy, żeby rozkład tramwaju sprawdzić (banał) i zalewają mnie powiadomienia z różnych miejsc – sporo wiadomości nieprzeczytanych od znajomych i nieznajomych. Ważne. Ciekawe. Serce łąmiące niektóre. Ech. Potrzeba kontaktu.

Zaliczyłam jeszcze kilka takich wpadek w tym swoim „samobójstwie”. Zmęczyłam się jescze bardziej niż przed. Oczywiście, były plusy, uznałam, że z niektórych serwisów zrezygnuję (co uczyniłam – dwa już odpadły), bo nie wnoszą mi w życie nic konstruktywnego, więc won! Nad kolejnym się zastanawiam.

Te które zostają oczyszczam z rzeczy, ludzi, instytucji, stron których nie chcę już raczej oglądać – coś się jednak zmieniło.

Inaczej korzystam, większa uważność i koncentracja na zawartości, większa wybiórczość, tak poprzez szacunek dla swojej często przebodźcowanej głowy.

Ciekawy eksperyment na sobie popełniłam. Może nieprzemyślany do końca. Może następnym razem będzie lepiej. Tylko po co mi następny raz???

tumblr_ml1p5w4PlC1s3x1lno1_500

 

 

Jak chciałam popełnić e-samobójstwo

#książkojebka

Zmowa straszna nastąpiła u mnie w domostwie ostatnio. Wszystkie, ale to wszystkie urządzenia elektryczne zakrzyknęły unisono: „Strajkujemy!”. I zastrajkowały. Padł również internet, co jak wiadomo, niestety, jest przerażającym dla mnie zjawiskiem. Zainterweniowałam w panice, czyli błyskawicznie, pozostając na łasce niełasce internetów z kijka, który popłakiwał tylko megabajtami. Pan Mechanik z firmy obsługującej zjawił się po 4 dniach, jak na najlepszego usługodawcę przystało.

– Gdzie ma pani złączkę?

Skonfundowałam się przeokrutnie, bo właśnie czytałam artykuł o sexie przyszłości z robotami jakiegoś japońskiego blogera:

– Yyyyy…Zzzzzłąączkęęę???

– Dobra, sam sobie poszukam..

I ruszył rześko w moją stronę. Stanął przede mną wmurowaną w posadzkę dębową. Popatrzył długo i wymownie, aż mi się gorąco zrobiło.

– Będzie tak pani stała i przeszkadzała, czy pomoże, bo szafę trzeba odsunąć widzę.

Ech no, z szafy trzeba bylo zdjąć „kilka rzeczy”. Jeden taki szpilek z pary z cekinami (nie wstydzę się, że mam takie, wcale) pan uchwycił w locie, ale z dezaprobatą, ba, z obrzydzeniem prawie…”Może nie lubi różowego” – pomyślałam przytomnie. Złączkę odnaleźliśmy.

– Podłączę panią teraz.. – I zasiadł przed kompikiem, gdzie moje roboty w pełni okazałości swej androidalnej i stronka sexszopu zaprzyjaźnionego, gdzie ceny pobożonarodzeniowe sprawdzałam. – Czyta to pani, czy mogę wyłączyć?? Z jakimś nieukrywanym niesmakiem spytał.

– Ależ proszę, znajdę sobie potem..

– Nie wątpię… – wymamrotał. Mowę mi odjęło na mikrosekundę, na szczęście komórka zadzwoniła, moja.

Pan jeszcze marudził coś do siebie, poczym podłączył mi jakąś maszynę do telewizora (mam znowu kablówkę, rety!!!).

– No tu pani ma zwykłe programy, a tu pakiety, np. taki „dla dorosłych” pewnie panią zainsteresuje, tylko trzeba aktywować.

– A nie, nie będzie potrzeby, przecież w internetach takie bogactwo porno….

Pan przebąkał coś nieodszyfrowalnego i szybko zbiegł, zapominając o bardzo ważnych dokumentach, po które musiał się jednak wrócić. Nieswój taki.

Ucieszona mocą połączenia zasiadłam w Centrum Zarządzania Wszechświatem (czyt.przy biurku), gdzie po jakimś czasie, kawałkiem mózgu analizując niemiłą dość wizytę i dziwaczne momentami zachowanie pana Mechanika, pojęłam w czym rzecz. Popatrzyłam na otwarte stronki, na stosy książek, gdzie wbijały się w oczy tytuły:

„Puszczalscy z zasadmi”

„Poliamoria”

„Inna rozkosz”

„Święta seksualność”

„Jak się kochać?”

„Inteligencja seskualna”

„Miłosny potencjał mężczyzny”

„Sekrety wielokrotnych orgazmów”

I jeszcze kilkanaście innych okołoseksualnych pozycji (hyh), które najzwyczajniej w świecie potrzebne mi są do pracy. Studiuję i wracam do nich z pasją. A pan Mechanik pomyślał sobie bógjedenwie co. No cóż.

Może nowym słowem na ten rok idąc w ślad za 2013 – „selfie” – u nas pieszczotliwie nazywana „samojebką”, będzie #shelfie (od półki w langłydżu) = #książkojebka??? Bo ileż te słitfocie mówią o nas – „tak, tak, jesteśmy osom i trochę narcystycznie przegięci”, ale już taka #shelfie?? Ha?? Albo pokaż mi swój czytnik e-bookowy, to powiem Ci kim jesteś??

Co Twoja „shelfie” powie o Tobie?

Bo o mnie to już wiadomo…Hyh..

#książkojebka

Rozprawiczony

Jasiek nie ma Facebooka, Twittera, Tumblera, Instagramu, nie melduje się na Foursquerze, nie miał też NK, jak jeszcze była cool. Nie ma. Bo po co? Dziwne trochę, bo to on wprowadził mnie kiedyś, kiedyś w świat Mario, hyh.

Widzimy się po latach, dwudziestu z hakiem, więc nadrabiamy zaległości jak wściekli. Jak już docieramy do #tuiteraz, to coraz częściej łapię się na: „a widziałeś? Na Fejsie ostatnio..”, „A pamiętasz jak na Tweeterze taka akcja polityczna z dementi w 15 minut się rozegrała?”, „a ten GIF, wiesz, z…”.

„Izzy, polowy z tego co do mnie mówisz, nie rozumiem”.

„No ok, rozumiem, że chcesz być poza systemem, ale może poznaj najpierw system, żeby wiedzieć, czego się wyrzekasz? Na zasadzie – poznaj wroga swego…”.

Nie wiem jaki to internetowy demon we mnie wtedy wstąpił, może po prostu chciałam mu pokazać ułamki swojego wirtualnego życia? Może naprawdę zapragnęłam, żeby się otworzył na świat obcy sobie? Może, z babskiej przekory, chciałam, well, no, mieć rację?? <słabe> Może ciekawość mną owładnęła – jak to jest być „niepodłączonym”? No i oczywiście Izunia- Mądralina: patrz jak ja tu wiem, patrz jak się znam, phi!  Że niby.

No bez względu na moje czysto- nieczyste motywacje, przedstawiłam Jaśka serwisom społecznościowym. Można sobie śmiało wyobrazić – głównie ja gadałam, opowiadałam, pokazywałam – o, a tu troll w pełnej krasie, a tu flejm mały ktoś robi, oooo, pokażę ci moich hejterów, hej! Siedzieliśmy tak z pół nocy i godzinę więcej. Taka rozbudowana gra wstępna. A oczy Jaśka robiły się coraz  bardziej okrągło – czerwone, bynajmniej nie od ręcznie zwijanych papierosów (oczywiście..le sigh..).

No cóż.

Dochodzimy do profili znajomych <serdecznie przepraszam>. Jasiek wydaje jęk i przechylając kieliszek własnoręcznie sporządzonej księżycówki artykułuje wiekopomne:

„Ale po co to wszystko? Po co te focie kotków, obiadów, buziek, latorośli? Po co ten artykuł tutaj? Po co te „lajki”, do czego niby?? Ktoś się nie zgadza? A powie mu to w twarz?? A powiedziałby Ci prosto w oczy, ten koleś, że jesteś głupia i gruba, jak tu? Po co takim chłamem się dzielić..czekaj, jak to się nazywa? „Warsaw Shore”, to nie ma już polskich nazw? Po jaką cholerę to wrzucać? A komentowanie siebie i pod siebie, to jakiś trend o którym mi nie powiedziałaś??”.

Odpowiedź mi zajęła do rana i o godzinę dłużej. A konstatacja rozmówcy:

„Kartezjusz własną pięścią się dławi – myślę, więc jestem?  No nieee, teraz masz: Dzielę się, więc jestem”.

A po chwili usłyszałam:

„Oddaj mi moją niewinność, diable…”.

Zasmuciłam się.

Tak źle z nami „podłączonymi”? Tacy bezmyślni jesteśmy? Tacy bezrefleksyjni? Tak tylko siebie autopromować umiemy? Tak powierzchownie połączeni jesteśmy?

Jasiek tej notki nie przeczyta, bo uważa, że blogi, to idioci dla idiotów piszą.

No cóż.

tumblr_mvmdeiqDKw1r62zwpo5_500

Rozprawiczony

Ex-, ja i social media

images

Kiedyś to było łatwo. Ludzie się rozstawali. Przestawali do siebie dzwonić. Najwyżej wpadło się gdzieś na Exa, albo Exę. Trochę przez moment kwadratowo, ale później już do przodu. Ale teraz z tymi mediami społecznościowymi oszaleć można!

Pół biedy jak polubownie. Ale jak ktoś od kogoś odchodzi, rzuca, to serce jednej strony krwawi i zaczyna się tango rozpamiętywania. I już byłoby może bliżej uleczenia, już może serce by tak juchą nie buchało, gdyby nie np. update exa na Facebooku, a jeszcze gorzej zdjęcie z jakąś nową love.

I tango od początku gra. I przyrzekasz sobie, że wykasujesz, zablokujesz i w ogóle wielkie „Won!” zastosujesz, kiedy człowiekiem w bardzo przecież delikatnym właśnie stanie jesteś i niestety ciekawość czysto masochistyczna wygrywa z rozsądkiem i radami mądrych ludzi. Które brzmią właśnie – bardzo rozsądnie:

„Męczyć się będziesz tylko. Rozstanie to rozstanie.”

„Oddychaj, a potem zrób dla siebie coś dobrego.”

„Kup sobie nowe buty. Zawsze pomaga.”

Inni, zaprawieni w bojach, optują za słodką zemstą podawaną w społecznościowych porcyjkach, jak kawałki zatrutego tortu: „Weź wrzuć zdjęcia z tego melanżu, najlepiej z jakimś superboyem, albo „samojebkę” tuż przed wyjściem na jakąś intelektualną imprezę. Albo focie z wyjazdu mocno koedukacyjnego na plaży, na basenie, przy barze”.

Jeszcze inni twierdzą, że posty z aśramu w Indiach, gdzie aktualnie przebywasz szukając siebie, będą dowodem na to, że na pewno się wznosisz ponad to co Ci on zrobił, albo ona, płeć przecież nie ma znaczenia.

Super. Rady zawsze pozostaną tym czym są, czyli kupą…śmieci, dla kogoś kto akurat jest w stanie bliskim psychotycznemu, bo tak boli i już. Odzywają się więc najgłębiej skrywane instynkty i z samobójczą ciekawością – bo to ty właśnie konasz w mękach, stając się superStalkerem, buszując po wszelkich możliwych portalach na których twój Ex gości, odkrywasz, co, gdzie i najgorsze z kim, robi. Każdy status, jak mały gwoździk w już i tak czołgającą się po żwirze samoocenę. Ale ty nie dajesz spokoju i dalej – może Instagram jeszcze Cię bardziej przekona, że cierpienie uszlachetnia. A już śledzenie nowej love, na pewno. Tia. Zapewne.

W życiu i w gabinecie doświadczam karuzeli płaczu, jęków i bólu codziennie właśnie przez cyberstalkowanie podawanych.

Social media rozstań nam nie ułatwiają. Ileż trzeba mieć samokontroli, żeby jednak nie zamienić się w Prześladowcę, który tak naprawdę prześladuje tylko siebie, zdzierając tylko zasychające strupki, gmera paluchem w ranach?

I po co?

Ex-, ja i social media

Facebook, my love (czyli o wiecznym konflikcie: Kobiety vs Mężczyźni)

Oj no dobra! Wyznanie będzie: kocham FB. To nie Florian Bęcwalski, tylko nasz fejsik kochany! Bo jest wymiana, bo jest fun, bo gadam z ludźmi z którymi nigdy bym się nie spotkała, a się znajdujemy jakoś. Bosko!

Np. ostatnio (dziś!) wrzuciłam na walla, coś co mi się podobało, gdzieśtam moje zdanie wyrażało:

tumblr_mh16nkZ2qv1r958ldo1_500

Po tym co się stało w Indiach, jasne, nie???

I nagle wywiązuje się dyskusja z facetem, którego, autentycznie nie znam osobiście:

R: a „mame madzi” np. tez mam szanowac? 😉

Ja: szacunek chyba wszystkim należny wg mnie

R: a gwalcicielom? 😉

(Ja w pracy, między klientami, Fb sprawdzam, więc trochę myślę, że oszołom (sorry R.) się trafił..).

Ja: w pewnym sensie też.kara za czyn.ale szacunek po ludzku..

R: no dobra, to pewnie zalezy od tego, co kto rozumie pod pojeciem szacunek. bo moim zdaniem na szacunek trzeba sobie jakos zasluzyc, natomiast „w pewnym sensie szacunek”, czyli po prostu godne, ludzkie traktowanie przysluguje kazdemu. Z reszta paradoksalnie jest to ukryte nawet w tym plakacie, bo wg niego mezczyzna, ktory nie szanuje kobiety jest tylko „pol mezczyzna”. trudno to nazwac wyrazem szacunku. wiec mamy ciekawa sytuacje, w ktorej domaga sie szacunku dla kazdej kobiety bez wyjatku, rownoczesnie gardzac czescia mezczyzn. stad tez moje komentarze. 😉

Ja: (delikatnie po lodzie stąpająca) wiesz to tylko plakat..jakoś trzeba wyzwolic myślenie 😉

R: takie plakaty ksztaltuja myslenie, a nie wyzwalaja je i sa tez odbiciem pewnej ideologii i wlasnie, paradoksalnie, myslenia wielu kobiet, ktore czesto sprowadza sie do tego, ze mnie jako kobiecie nalezy sie szacunek z definicji, a tobie, jako mezczyznie, juz niekoniecznie. rozumiem, ze jest to poklosie skandalu z gwaltem w indiach, ale od dluzszego czasu obserwuje, ze to mezczyzni staja sie plcia kulturowo i spolecznie dyskryminowana a na dodatek kazde upomnienie sie w tej sprawie okreslane jest jako szowinizm.

Ja: (już szczerze zaciekawiona! nie zdążyłam napisac, a już kontynuacja)

R:  bo, dla przykladu, gdybym powiedzial cos takiego: kobieta, ktora nie szanuje swojego meza nie jest kobieta – to jakby to zabrzmialo?

Ja: a tu „niestety” muszę się z Tobą zgodzic – absolutnie! Męskośc jest prześladowana, co na kozetce np. w terapii par widac bardzo i nie wiadomo gdzie Wy (mężczyźni) macie iśc i jak funkcjonowac żeby się w tym nowym paradygmacie odnaleźc..wielki żal..bo męskośc i mężczyzn podziwiam! Też jeszcze sobie pomyślałam, że przecież znam kilku superfacetów, a oni są często wrzucani do worka razem z takimi dupkami dla których niestety może nawet plakat nie byłby zrozumiały, co jest dla mnie największą bolączką, bo wtedy cokolwiek z penisem chodzi= fuj i ukamieniowac!Bardzo!

R: to juz nawet nie o to mi chodzi, tylko o pewna retoryke i styl argumentacji, ktory mnie wlasnie m.in. w tym plakacie razi. stad tez moj przyklad. przeciez ten plakat mowi: jak mnie nie szanujesz, to nie jestes mezczyzna. gdybym jakiejkolwiek kobiecie powiedzal: jak mnie nie szanujesz, to nie jestes prawdziwa kobieta, to przeciez bylby to skrajny szowinizm. a jednak w obronie praw kobiet takie argumenty sa dopuszczalne, a w obronie praw mezczyzn sa potepiane.

Ja: ale wiesz, taka retoryka może byc wymuszana przez pewne „stadne” (akurat tu Indie) zachowania grupki mężczyzn no i stąd taki wydźwięk.. ale też, kurcze, uważam, że znowu, bla bla szacunek się należy każdemu..+ kobiety mimo wszystko narażone są trochę bardziej jawnie na jego brak + wieki zaniedbań patriarchalnych społeczeństw czy społeczności

R: no ja sie z tym argumentem nie zgadzam. patriarchat jest bolesny tak samo (a moze nawet bardziej, choc nie ma sensu sie licytowac) dla mezczyzn i dla kobiet. tylko ze w inny sposob. nie bez powodu to mezczyzni sa gorzej wyksztalceni, popelniaja wiecej przestepstw, krocej zyja itd. gorset kulturowy na to, jaki powinien byc mezczyzna jest rownie silny (a w tym momencie i silniejszy) niz wymagania wobec kobiet. kobieta np. nie spotka sie z brakiem szacunku, jesli jest bezrobotna, natomiast dla mezczyzny to jest cos, co go calkowicie skresla. oczywiscie, niby nie jest tak bardzo wazne kto i ile zarabia, ale jednak zarobki sa ciagle kulturowo wyznacznikiem meskiej wartosci, ewentualnie prestiz i hierarchia spoleczna. natomiast kobieta moze byc szanowana nawet jesli kompletnie nic w zyciu zawodowym/spolecznym nie osiagnela. wystarczy, ze wygladem nie odstrasza. 😉 itd itp

Ja: (troszkę podkurwiona, wyznam..) o widzisz! wyglądem nie odstrasza??? no to już megapudelko! i stereotyp, tak jak męskie zarobki, co sie sprowadza do praw ewolucyjnych i no niestety trzeba to powiedziec prokreakcyjnych! wy macie miec kase, żeby ew. potomstwo utrzymac, my mamy byc sliczne, bo inaczej = 0 potomstwa..proste, od wieków pozostajemy sobie sami we wlasnych pudełeczkowych stereotypach – kto nas wyzwoli?? jesli nie my sami???

R: no tak, ale to nie stereotyp, tzn. moze i stereotyp, ale nie wszystkie stereotypy sa nieprawdziwe. nie sadze, zeby to sie dalo przeskoczyc, bo taka mamy biologie, jak sama mowisz.

Ja: no niby biologia, ale to też ewaluowac musi, bo zmieniamy się generacyjnie tzn. warunki się zmieniają – patrz: nowy paradygmat męskości mimo wszystko i nasze wspolne w nim „niepołapanie”..

R: no wiec wlasnie nowego paradygmatu poki co nie ma, na razie jest czesciowo nowe podejscie do kobiecosci, ktore wplywa na oczekiwania wobec mezczyzn. tylko ze obie strony sa w tym tak naprawde pogubione. bo, moim zdaniem, z jednej strony kobiety chcialyby byc „rowne”, „niezalezne” itd a z drugiej strony maja oczekiwania wobec mezczyzn caly czas takie, jakby rowne i niezalezne nie byly, lub nie chcialy byc. czyli z jednej strony, kobieta ma byc wyemancypowana i np. zarabiac tyle, co mezczyzna, ale z drugiej strony, fajnie, jak ten jej wlasny facet zarabia troszke wiecej i w ogole najlepiej jakby byl troszke bardziej zyciowo zaradny. z jednej strony facet ma traktowac kobiete jak kogos, kto jest samowystarczalny, z drugiej strony, jak nie wykaze sie wystarczajaca troskliwoscia i opiekunczoscia i w pewnych sprawach nie pomoze, to sa pretensje. z jednej strony facet ma byc empatyczny, czuly i nieagresywny, z drugiej strony, jak sie rozplacze to znaczy, ze jest lajza a jak da sie metaforycznie pobic komus w konkurencji zawodowej, to znaczy, ze nie daje rady. wiec w skrocie: nowa kobiecosc i meskosc ma polegac na tym, ze kobietom wszystko wolno, a facetom wolno jeszcze mniej niz kiedys i maja jeszcze wiecej roznych funkcji pelnic. tylko ze skoro, ja od kobiet zaczynam slyszec, ze wlasciwie facet im do niczego nie potrzebny, bo potrafia same o siebie zadbac, to mam ochote odpowiadac, ze spoko, to ja w takim razie tez potrafie prac i gotowac, w zwiazku z tym kobieta tez mi do niczego nie potrzebna (poza pewnymi fizjologicznymi przyjemnosciami). 😉

Ja: Ale gdzieś we wnętrzu, ale to ja pamietaj, nie wszystkie kobiety, czuję, że wolę trzymac się paradygmatu faceta, który jest właśnie taki, well, no jaki chce byc (ale musi miec zarost na twarzy, to mój jedyny warunek niezmienny…eee..chyba…). Może płakac, może mniej zarabiac, może byc jakoś tam agresywny, jak już musi, ale przede wszystkim – ja mam czuc się przy nim bezpiecznie na tyle, by byc autentyczna! I tylko tyle, albo aż tyle!

To zdecydowanie najdłuższy wpisik jaki się tu ukazał, ale dla mnie było warto! Na całośc zapraszam na mój profil 🙂 Dostępny, jeśli ktoś jest ciekawy..

Facebook, my love (czyli o wiecznym konflikcie: Kobiety vs Mężczyźni)