Jestem zboczeńcem

Potocznie – zboczeniec –  «człowiek, którego zachowania seksualne odbiegają od normy».

Siada na jednym z foteli na przeciwko mnie. „Hmm..dlaczego wybrał akurat ten?” – mogłabym pomyśleć, ale nie myślę, bo może po prostu siada gdzie chce. Wypija cały kubek wody. I nie szukając kontaktu wzrokowego, wbija wzrok gdzieś za horyzont za oknem.

„Na początek, chciałbym, żeby pani wiedziała, że jestem zboczeńcem.”

Aha. „Jak mogę nie kochać swojej pracy?!!!” – miga mi na korze przedniej.

„A co sprawia, że tak pan o sobie myśli?” – przemyka mi po twarzy spojrzeniem, koncentrując się na pięknie seksownym kalendarzu Zbyluta Grzywacza na ścianie. Wzdycha.

„Znaczy ja tak o sobie nie do końca myślę, moja partnerka raczej..”

„Tak panu powiedziała?”

„No może nie dosłownie, ale czasem jak rozmawiamy po seksie, jeśli rozmawiamy po seksie, to mam wrażenie, że ona tak o mnie myśli, tylko nie chce tego na głos powiedzieć…”.

Aha. Czyli nie do końca zboczeniec jest zboczeńcem.

Okazuje się, że on „coś” robi, czego ona nie lubi, nie aprobuje, nie zgadza się, co okazuje dość otwarcie, bez zahamowań. On się wtedy zamyka i obrzuca wewnętrznie najgorszymi epitetami.

Po rozmowie z Oną, wychodzi na to, że ona tego nie lubi, bo jej po prostu niewygodnie i uważa, że jej ciało wcale nie wygląda w tej pozycji zbyt podniecająco, więc się zamyka i pożądanie znika, i się wycofuje i nici ze szczytowania jej i jego. I po seksie. A ona tonie w falach wstydu.

Jej. Prosta sprawa niby. Chór głosów może się wznieść: „No to dlaczego ze sobą nie pogadali!”. Ano nie pogadali, bo i jedno i drugie miało w głowie swój film na temat tego co się między nimi wydarza. Tak łatwo jest przecież ocenić z pozycji czytacza co zrobić, nie? A ileż razy w związkach o tych wyobrażeniach i projekcjach nijak rozmawiać nie umiemy, trzymając się Swojej Prawdy, która z Prawdą Prawdą niewiele ma wspólnego. No nic. Oni mają się dobrze, i z tego co wiem, pożycie kwitnie! (przesyłam pozdrowienia, bo przeczytają)

Ale to co mnie tak zawsze, ale to zawsze zastanawia, to ilekroć słyszę kogoś przylepiającego sobie łatkę „zboczeniec”, „nienormalna”, „chory” kiedy mowa jest o zachowaniach seksualnych, to prawie na 100% wychodzi później, że to tylko ten pęd wciśnięcia się w normy, czy raczej to, co ktoś uważa za normy. Bo broń mnie o Buddo, żebym odstawać miała od całości, wielości, przeciętności statystycznej???

A co ta „normalność” w ogóle oznacza? Bo słuchając innych i w gabientach i poza nimi, jak już rozmowa czasem schodzi na „te sprawy” to jak ten seks „normalnie” przeciętny, statystycznie ujęty wygląda?

– jest niezręcznie, czasem niewygodnie

– komunikacja bywa ograniczona

–  trochę „orka na ugorze”, a nie zabawa

– zrelaksowanie dopiero po znacznej często dawce alkoholu

– obsesyjne przejmowanie się „jak wypadnę?”

– niepewność co do upodobań partnera

– jak się coś nie podoba, to się czeka, aż to zaniknie, albo po męczeńsku znosi

– masturbacja to tajemnica

– „ciało nie takie” – za grube, za chude, za stare, za owłosione, niewydepilowane

– „penis za mały” tudzież za cienki

– „czy ona miała orgazm? czy tylko tak mówi?”

– „niech już dojdzie, i będzie po wszystkim”.

 

Tak mniej więcej, jest przeciętnie = normalne.

Myślę sobie, że jak się wypada „poza normy” to może być całkiem ciekawie.

 

Jestem zboczeńcem

Na Dzień nieMatki

Przemknął Dzień Matki z Dniem Dziecka pod rękę. I dobrze, że już po, mówię sobie głośno w gabinecie. Bo niby tyle radości, tyle celebracji, tyle fotek w sociale wrzucania! Ale gdzieś w cieniu, i między ścianami gabinetu wcale tej radości o tej porze nie ma.

Jak to? Przecież na zewnętrzu radość, kwiaciarki zajęte hurtowo, detalicznie upominiki kupowane, sieci GSM obciążone megatonami rozmów i smsów. Nie ma radości w gabinetach. I nie mówię o tych historiach Tych, którzy z matkami się ułożyć nie mogą, nie umieją, nie chcą. To na kiedy indziej.

Nie. Pod koniec maja ściany zasępione. Bo przychodzi ból nieMatek. W społeczeństwie przesiąkniętym kultem Matki, gdzie obowiązek rodzicielski każda kobieta winna wypełnić, bo jak nie to.. To co? To egoistka, feministka, „kto Ci na emeryturę zapracuje”, „kto Ci kubek wody w chorobie poda”, odrzut jakiś, zbędna, liszaj na społecznoskórze.

Takie głosy, z agresją a czasem z politowaniem oceny jedynoprawdziwe wygłaszane, nie, nie tylko przez polityków. Ile z tych nie – Matek kuli się w sobie słysząc „Masz dzieci?”. Tak durnowate pytanie strąca je w desperację, w depresję, w autoagresję, w cień, w który się nie wchodzi.

Słucham ich.

U jednej 4-5-6 próba in vitro.

U drugiej rozwód, bo mąż już ciśnienia nie wytrzymał i możliwej bezpłodności.

U trzeciej, trzy poronienia, a teraz się boi, że znowu. I że może nigdy już.

U czwartej, martwy płód i poród płodu w 7 miesiącu.

U piątej mąż bezpłodny, i nie chce słyszeć o adopcji.

U szóstej orientacja seksualna „nie ta” i w Polsce, jak to w Polsce..

I jeszcze ta sódma, ósma, dziwiąta i tysięczna. Tworzą grupę, „najgorszą z najgorszych” – pragną macierzyństwa, całą sobą i trudno im sobie wyobrazić, że dziecka nie będzie, bo nie ma partnera. I część wzruszyć ramionkami może najłatwiej – „To niech sobie zrobią! Co za filozofia!”.

Tylko, że te kobiety nie chcą siłą, za wszelką cenę, z czystego egoizmu, z ukradzionym komuś mężczyzną. Pragną całego pakietu, dla siebie i dla dziecka. Ale nie ma…partnera. Przerażone biologią. I nie, nie są księżniczkami, nie mają niemożliwych wymagań, nie zamykają się w wieżach Niedostępności. Są. Piękne, ciekawe, wykztałcone, zdrowe, jakby się ktoś pytał, na ciele i na umyśle. Nie godzą się tylko na desperację, wybierając nadzieję i cierpienie. Że może jednak, że będzie.

Patrzę na nieMatki, a Matkami chcące być i nie mam żadnych słów, bo co można im powiedzieć? Że i tak są pełnowartościowymi Kobietami, że Kobieta to nie „=” automatycznie Matka? Że nie są wybrakowanymi, nieważnymi niedorobami, nawet jeśli to o sobie słyszały, nie raz?? Bombardowane zewsząd, nie chcą w to uwierzyć.

Bo tak łatwo otaksować, zetykietować, sięgnąć po najbardziej dostępną heurystykę społeczniekulturowo ukształtowaną, nie wiedząc nic, co kryje się pod bezdzietnością.

A supermądralków nie wierzących w stygmę „bezdzietności” w Polsce, albo bezmyślnie szafującymi pytaniami „o potomstwo”, odsyłam po gram empatii i zrozumienia dla tych, którzy/ które muszą milczeć społecznie, bo nikt ich nie usłyszy, bo słuchać nie chce.

A dramat jednostki dramatem pozostaje.

 

 

Na Dzień nieMatki

#jakżyć *

question-mark-on-road-image-via-flickr-milos-milosevic_100335083_m

*zamiast wstępu dodam, że przedstawiam tu pogląd subiektywny, nie prawdę psychologiczną objawioną, bo takich nie znam zbyt wiele

Jak żyć?

Takie krótkie pytanie. Tak obśmiane już. Myślę sobie, że każdy zna na nie swoją odpowiedź. A jak nie to podręczniki samopomocowe, programy treningowe, coachingowe, internety przepełnione stronkami prześcigającymi się w poradach pt. „100 najszybszych sposobów na to jak być najszczęśliwszą osobą, jaką znasz” na pewno taką radę – poradę, odpowiedź zaserwują. I ta najczęstsza to:

<werble>

– „żyć szczęśliwie, pełnią życia”.

Nie jestem jakoś specjalnie zaskoczona, no bo pewnie każdy, by chciał tak żyć, chyba. Ale tak się zastanawiam, jak definiujemy to szczęście dla siebie, pełnię życia??

Może kiedy zapełnimy tzw. „brak”-

– kiedy już znajdę tego jedynego (jeśli go nie ma, albo jest, ale jeszcze nie Ten)

– kiedy spełnią się moje fantazje seksualne (bo jeszcze pozostają fantazjami)

– kiedy będę mieć ……… zł na koncie (wpisać ratyfikującą poczucie szczęścia sumę)

– kiedy założę rodzinę (bo wszyscy mają, chcę i ja)

– kiedy będę miał pod sobą rząd dusz (albo miała – gender, gender)

– kiedy, kiedy, kiedy….

Upragnione „kiedyś” nadchodzi, a tu się okazuje, że nie do końca szczęśliwi jesteśmy. I co dalej??? Pojawia się następny „brak” i tak do końca żywota naszego. Amen.

Czyli jeśli bazujemy na braku, to jego zapełnienie nie przenosi nas automatycznie do Krainy Wiecznego Szczęścia? Na chwilę, później, well, różnie..

A co z tą „pełnią życia”?

Jak każda emo-nastolatka myślałam, że nie dożyję lat 25, bo przecież później już nie ma po co. Okazało się, że przeżyłam z nawiązkąąąąą i mam się coraz lepiej, no dobra, odczuwam momentami odciski wieku starczego (czyt. po 25 roku życia) ale ogólnie w emo – lata wrócić raczej bym nie chciała. „Too old to die young” – i bardzo dobrze.

Ale pełnia – czyli co tak naprawdę??

Taka rockandrollowa – sex, narkotyki i alko? Taka FOMO – „jestem wszędzie, bywam wszędzie, mam na to fotkę”? Taka podróżnicza – „świat mi stoi otworem, bynajmniej nie odbytniczym”? Pracowa – spełniam się (czyt.spalam) w mojej misjo-pracy?? A może egzystencjaln0- nihilistyczna – „żyję chwilą, jutra nie ma – carpe the fuck of that diem”? Albo ew. artystowska – „nie spocznę dopóki nie stworzę opus vitae”? Tyle opcji, ilu przedstawicieli rasy ludzkiej, a pewnie niedługo również cybernetycznej. Ech.

Myślę sobie, że to co te sposoby mają ze sobą wspólnego, to podążanie za dobrym samopoczuciem: „Czuję się dobrze = jestem szczęśliwa/y”. I w sumie nic złego w tym nie ma, tylko, że jest. (Tak, tak popaprani psychoterapeuci we wszystkim problem widzo).

Uciekamy od złych odczuć, wrażeń, emocji. Ku ciepełku, ku dobremu, ku „szczęśliwości” powierzchniowej. Bo mam wrażenie, że ta „pełnia” to raczej pozwolenie sobie na odczuwanie wszystkiego i doświadczanie wszystkiego w związku z tym odczuwaniem. Mam tezę, że nie jesteśmy w pełni odczuć „szczęścia”, jeśli ciągle uciekamy od tzw.”negatywnych” wrażeń. Tak jakbyśmy żyli połówką siebie. Widzieli świat jednym okiem. Tacy niepełni. Tacy zapętleni w pogoni za dobrym samopoczuciem obdzieramy się z pełni samoistnie. Żeby tylko nie czuć się źle. Nie czuć cierpienia, bólu, zazdrości, odrzucenia, nienawiści..

A przecież „wszystko przemija”. Wszystko. Nawet to, przed czym tak skutecznie uciec próbujemy.

PS1: Mój niegdysiejszy arcymądry narzeczony mawiał: „Jak od czegoś uciekamy, spychamy w podświadomość, to to coś, schodzi do piwnicy umysłu jak do siłowni i wyciska żelazo, a potem wraca z podwójną siłą, żeby nam dopierdolić”. Miał rację, której przyznać mu wtedy nie chciałam. No cóż.

PS2. Pozdrawiam moich hejterów – poużywajcie sobie – hyh, poczuję swoją pełnię człowieczeństwa. Namaste Darlings.

#jakżyć *

Drodzy Marketingowcy!

Kilka tygodni temu uczestniczyłam czynnie w dorocznej konferencji pewnej agencji mediowej. Tym razem na panelu, z arcyciekawymi osobami, mieliśmy okazję opowiedzieć co nasz wkurza w reklamach i jak media społecznościowe wpływają na percepcję odbiorców. Publiczność składała się z osób odpowiedzialnych za marketing różnego rozmiaru firm. Było nas z 500 osób. Fajnie! Yey! Jedyna szansa, żeby powiedzieć co mi kręgosłup wykręca jak widzę kolejne działania marketingowe szanowanych, również przeze mnie, marek. Też.

Każdy ma swojego konika, jeśli chodzi o reklamy. Moim, ujeżdżanym często, są stereotypy, więc o nich powiedziałam. Jak są zbudowane, jak ich powielanie wpływa na Jana i Annę Kowalskich. I jak oni później lądują na kozetce. I jak trudno jest odwrócić ich znaczenia i „uzdrowić” przekonania o sobie („jestem gruba, powinnam mieć zawsze orgazm, jestem złą matką etc.), innych, i świecie, i „jak to powinno być”, i „jak to naprawdę powinno wyglądać”, itp. Szczególnie wtedy, kiedy zatopieni jesteśmy w diametralnie innym przekazie. Opowiedziałam. Howgh.

Później w kuluarach, próbowano mi uświadomić, że nie znam życia, i jak stereotypowo myślą klienci, i produkt ma się sprzedać. Ad infinitum.

Ja to wszystko rozumiem. Naprawdę! Naprawdę! (Mogę dla efektu powtórzyć).

Przykład. To widzieli już chyba wszyscy:

I wszyscy teraz na 3,4.. #ziew – „Przecież to wiadomo!!!!”. Pewnie, że wiadomo. I co z tego? Pokiwamy w zadumie płytszej lub głębszej, klikniemy „Udostępnij” i żyjemy dalej w tzw. świadomości – „media = fuj”. A powoli, modelowo stereotypowe reklamy na różnych nośnikach wsiąkając utrwalają nam już i tak mocne stereotypy, czasem metodą „prosto w twarz” a czasem skubane – podprogowo, no wtedy to już na pewno dużo mamy w sferze decyzji nie podążania za makromózgiem, do powiedzenia.

Nie obchodzi mnie stwierdzenie, że przecież wpływa na nas kultura, społeczeństwo, przekaz historyczny. Bo to wszystko tworzone jest przez jednostki – jak mur nie do przejścia, cegła po cegle. W moich mokrych snach, marzę sobie o świadomych jednostkach tkających otaczającą nas rzeczywistość wg prostego prawa przyczynowo – skutkowego.  Jak to co robię, stworzę, puszczę w obieg wpłynie na odbiorcę? Jaki obraz siebie utrwalam w tym człowieku? Jakie role społeczne propaguję? Czym nasiąkam tkankę społeczną, przecież żywą, rozwijającą się?

Ale może uda nam się gdzieś złapać wspólny grunt, kiedy naprawdę będzie się o tym mówić otwarcie i jasno i nie propagować najprostszych, najbanalniejszych rozwiązań? Mam wrażenie, że wiele osób odpowiedzialnych za reklamę, ma w głębokim znaku nieskończoności wagę swoich działań. To co robią naprawdę wpływa na odbiorców. Często, a może głównie nieświadomych. Patrz młodych – ale o tym, kiedy indziej.

Wiem. Walczę z wiatrakami.

Mam świadomość.

Drodzy Marketingowcy!

Jakie porno oglądacie?

Z ciekawości pytam, zawodowej, też.. Ale nie będę psychologizować pt.”Pokaż mi jakie porno oglądasz, a powiem Ci jakim perwersem jesteś”. No nie.

Ja porno oglądam, również z powodów zawodowych, żeby wiedzieć co w trendach kopuluje. Mam niestety dość mocno wyrobioną opinię na temat ogólnie dostępnej sexrozrywki, o czym pisałam tu i tu. Trudno mnie zadowolić (hyh, nie wczytywać tu nic, bo podtekstów nie ma). Przaśność mnie odrzuca. Hardcore często śmieszy. Erotyki miziające nudzą do omdlenia. A inne brzydzą, bo są po prostu brzydkie, źle zrealizowane i szczują obleśnością. Wymagająca ze mnie kobieta, no cóż.

Na szczęście jest nisza, jest cudo, jest tajemnica, jest transgresja, jest miejsce na wyobraźnię, jest uruchamiacz fantazji!

20130913_131550

Suka Off! To team realizujący projekty z pogranicza, no tak, dla niektórych smaku, dla niektórych legalności, dla niektórych hardcore pornografii. Dla mnie inspiracja. Śledzę ich poczynania artystyczne od kilku lat, i jak wydali porno ze swoim udziałem, pobiegłam do klawiatury jako pewnie jedna z pierwszych, żeby tylko zamówić i oglądać i oglądać…

Nie zawiodłam się. Znając ich działania – performance, teledyski (tak, tak..polecam c.h. district, vilgoć czy wiracki) och..Podnoszące tematy trangresji i umowności płci jako konceptu, przemocy i strachu jako infekcji, choroby. Szukające nowych nośników komunikacji – ciało, nadpłciowość, maszyna, substancja. Przekraczające granice naszych osobistych zahamowań, kompleksów i frustracji kulturowych – nie zawiodłam się.

W końcu na zeszłorocznym festiwalu wydawnictwa Okultura, w końcu, zobaczyłam ich performance na żywo, co w Polsce jest rzadkością. Niestety. Ale widziałam. Nie pamiętam czy oddychałam. Magia. Gęsia skórka. Ciało reagowało tak jak ciało chciało. Wyzwanie rzucone każdej sferze tożsamości. Serio. Och. Tak.

To nie jest materiał dla każdego. Rozumiem, że może odpychać. Być niezrozumiały. Może obrzydzać. Wg mnie – powinien być obowiązkowy dla studentów seksuologii, psychologii i życia.

A porno, jest..takie jak lubię. Nieoczywiste, pełne niedomówień i nagości, z tajemnicą i historią, i pięknymi ciałami i świetnymi kadrami. Oj, no więcej chcę!

#nienasycenie Suka Off!

Jakie porno oglądacie?

Prawdziwy Mężczyzna

Odpalam Fejsbunia rano, a tam na wallu siedzi od przyjaciółeczki, co to dba o moje zdrowie psychiczne taki tam artykulik, a w nim same zdjęcia. I to jakie! Rzuciłam się więc od razu (czyli po 10 h) do klawiatury, bo muszę to dla potomności (czyt. dla siebie na długie wieczory zimowe) uwiecznić. Oto są, piękni Panowie!

The Sun sesję zdjęciową zrobiło, a potem już poszła lawina lajków, sharów, retweetów, reblogów i innych reprintów (w tym Queerty). Internety się w Panach rozmiłowały, i dobrze! Nareszcie –  z damskich, podeksyctowanych piersi się wyrwać chciało, ale zamilkło, bo oglądało! Panowie po lewej, odważni, bo wobec bogowo – herosowo- gladiatorskich ciał stanęli! Tych znanych, przez rzesze i reklamodawców uwielbianych. Oto efekt..

tumblr_msywbkjgpz1ql3ntoo9_1280

tumblr_msywbkjgpz1ql3ntoo7_1280

tumblr_msywbkjgpz1ql3ntoo3_1280

tumblr_msywbkjgpz1ql3ntoo5_1280

Piękni, nieprawdaż? Ci po lewej. Prawdziwi. Męscy jak cholera. Bo właśnie, autentyczni. Ci po prawej, no są, ok..Ale jakoś tak, jak w muzeum się czuję patrząc na nich – zbyt estetyczni, wymuskani w tej swojej seksualności, zbyt mało prawdziwi,  „uprasza się o niedotykanie”.

Jak się czuje facet patrząc na tych bogów olimpijskich? Nie wiem osobiście, ale jak wyraził to mój niedoszły narzeczony, komentując kampanię H&M z Beckhamem: „Facet ma nie być piękny, tylko charakterystyczny, a mięśnie ma mieć od pracy albo od uprawiania seksu”. No cóż. Pozamiatał. Ale trochę prawdy w tym było. Wiem też, bo tak się „powszechnie uważa” (cudowne stwierdzenie), że panowie z samooceną ciał swych problemów nie mają. Bujda to na kółkach bo jak już się z facetami porozmawia szczerze, ja mam taką sposobność zawodową (ale nie tylko), jak wiemy, to kompleks na kompleksie siedzi, i tak jak u kobiet często, zupełnie bez pokrycia w prawdzie, czyli w ciele narzekającego.

Panowie martwią się swoją wagą (za małą, albo za dużą). Za małą masą mięśniową. Za wzrost niski, za wzrost za wysoki. Za owłosienie lub jego brak. Brzuch kompleksem naczelnym bywa – ten z ciąży spożywczo- piwnej, tak, tak.. Nie wspomnę już o kompleksie małego Pana i Władcy, bo o tym drzewiej pisałam.

I co? I dobrze, że takich śmiałków Janów Kowalskich wobec herosów marketingowych pokazują, bo może wtedy Panowie spojrzycie na siebie, potem na nich i się okaże, że wcale nie jest tak źle. Jest dobrze, ba, nawet bardzo! Bo my kobiety, tak no, trochę tak głosem połowy ponad narodu przemówię – my Was uwielbiamy, takimi jakimi jesteście, z waszymi kompleksami, z łysinami, z brzuchami (tylko, ej..nie odpuszczać sobie przesadnie).

Jesteś seksowny, kiedy jesteś autentyczny, wstydu ciała w tobie nie ma, tylko używasz go do, no well, np. dawania nam przyjemności i brania jej z naszych ciał… mmmm… Nie musisz być ideałem, nie musisz się porównywać zbytnio, chociaż wiem, że w swej naturze Wojownika zawsze będziesz chciał być najlepszy. Jesteś – dla swojej kobiety, skoro Ciebie właśnie wybrała, i Ciebie kocha. Z mięśniami, czy bez.

Nie musisz sobie nic udowadniać.

Kompleksy nie są sexy.

Popatrzę sobie jeszcze na powyższe zdjęcia – takie jedno w szczególności..mniam… 😉

Prawdziwy Mężczyzna

Podnieca mnie Twoje 14-letnie ciało..

Skusiłam się na ponoć najbardziej kontrowersyjną książkę tego lata.

Przyznam się. Mam słabość do seksownych bestsellerów, a tak był chrzczony. Ech..

indeks

Nie spodziewałam się siły rażenia. Jak zwykle trochę z przymrużeniem oka potraktować chciałam lekturę. Ale nie udało się. Po kilku stronach już chciałam rzucić Kindlem o ścianę. No ale w porę przyszła refleksja na szczęście i to wielopiętrowa. Przeczytałam do końca w dwie godziny, prawie nie oddychając.

Rzecz jest pisana z perspektywy 26 letniej nauczycielki w czymś, co u nas pewnie byłoby gimnazjum. Celeste, piękna, zamężna, ale Ford jej mąż, jest dla niej po prostu za stary:

But thirty – one is roughly seventeen years past my window of sexual interest.

Tak. Celeste jest kobietą pedofilem, pedofilką. Pracuje jako nauczycielka, żeby mieć możliwość uwiedzenia uczniów, nie, jednego, jedynego, wybranego z całej rzeszy innych. Młode ciało, 14- letnie, żeby być dokładnym, tylko takie jest w stanie ją podniecić do czerwoności, o nim fantazjuje, do marzenia o nim się masturbuje, agresywnie. Zasadza się, uwodzi, śledzi, aż do momentu kiedy jej obsesje mogą się ziścić. I spełnia swoje fantazje wielokrotnie, w każdy możliwy sposób, łącznie z seksem analnym na biurku w klasie pełnej biurek.

Sceny seksu są dokładnie opisane. Każda część ciała przedstawiona jak fotografia. Każdy zapach, smak opisany. Niewiele pozostawione wyobraźni, chociaż może za dużo właśnie. Nie wiem.

Bo po lekturze, to moja główna refleksja – „nie wiem”.

Przyznam się, przeszłam przez różne fazy czytając. Jako psychologowi seksuologowi, od razu mi się wszystkie światełka pozapalały jeśli chodzi o jej „ofiary”. Bo przecież komponenta emocjonalna, bo rozwój psychoseksualny zaburzony, bo cierpienie, bo ślad na całe życie, bo krzywda. Bo właśnie – kat i ofiara.

Jak już mi się udało wyłączyć mózg pracowy, to wpadłam na ścianę swoich własnych misternie przez społeczeństwo utkanych stereotypów. I moich własnych ograniczeń. Emocjonalnych, poznawczych, seksualnych. I cieszę się, że tak się stało. Bo to ważne.

Kiedy już odrzucę te okulary przyzwyczajeń i schematów myślenia, otworzę głowę to ciągle mi pytania wirują. Czy aby na pewno? Te normy  zachowania seksualnego, czy one w pełni odzwierciedlają pełnię naszego człowieczeństwa? Czy to co chłopcom się działo, to na pewno krzywda? Jak taka inicjacja, i praktyki wpływają na młody umysł, a w efekcie na późniejsze potrzeby seksualne? Czy na pewno inaczej postrzegamy facetów pedofilów, a inaczej kobiety? Czy może należałoby stosować inne kryteria? Co to znaczy, że podniecały mnie niektóre sceny? A niektórych nie mogłam czytać? A co jeśli, w emocjach i pragnieniach identyfikowałam się z bohaterką? No co to znaczy cholera?

Nie wiem. Nie jestem pewna.

Wiem natomiast, że każdy człowiek jest inny. Każde doświadczenie nie jest takie samo. Zasady są ogólne. Mają chronić. Ale też mam wrażenie, że często zbyt szybko etykietujemy (to do moich kolegów, i koleżanek po fachu, chociaż pewnie nie tylko). Zbyt szybko może nadajemy znaczenie czynom, nie słuchając indywidualnych historii. Zbyt szybko odciąc się chcemy od tego, co społecznie nieakceptowalne, bo nuż, broń cie panie bosze, może rozpoznamy swoje stany w tych złych.

To jest bardzo dobra historia – kobieta pedofil (a może raczej kobieta – efebofil, chociaż granica to 15 lat..ech..). Kiedy czyta się ją z otwartą głową, bez przedwczesnych osądów i kalek stereotypów. Ale to jest naprawdę cholernie trudne.

Ciągle szukam odpowiedzi.

Podnieca mnie Twoje 14-letnie ciało..

Komentarz do komentarza

Po komentarzach na fejsie w różnych miejscach do wpisiku o Dove poczułam się mnie więcej tak:

tumblr_ml90q3L1aa1ro74x3o1_r1_500
photo by Vito Mirr

czyli z lekka niezrozumiana chyba. Zamiast drążyć temat i masturbować się do niczego nie prowadzącymi miziankami intelektualnymi, napiszę krótko i w punktach.

  • reklama jest fajna i mi się podoba ( na pierwszy rzut oka), bo zwraca uwagę na Wszędobylskiego Wewnętrznego Krytyka, którego każde z nas, tak nawet panowie (pomimo pięknej parodii) ma
  • nie walczę z koncernem, bo sorry, ale to raczej walka mrówki z siadającą na nią dupą słonia
  • ageism, rasizm i dyskryminacja to czerstwa „buła” powszednia poprawności politycznej, ale coś na rzeczy jest i trochę Dove mimo swej czystości przekazu tym dla mnie śmierdzi
  • nie zgadzam się i zgadzać się nie będę na podsycanie stereotypów pt.”uroda” jest najważniejsza – zbyt wiele ofiar ten schemat społecznie pochłania. Spójrzmy na przemysł kosmetyczny, na kliniki chirurgii plastycznej. Ich przychody. Ich rozwój.
  • słyszę codziennie na kozetce (i poza nią) ludzi (tak, tak, bez – płciowo), którzy do kanonów piękna nie dorastają, bo takie geny w spadku po rodzinie dostali i mogą je poprawiać i afirmacjami codziennymi się krztusić aż do wymiotów, ale i tak pewne rzeczy pozostaną niezmienne. Akceptacja siebie na tle społeczeństwa nie jest łatwa. Dla niektórych niemalże niemożliwa.
  • dość mam patrzenia na to co kanony piękna robią z psyche i duszą (oho, już słyszę nadciągający Armageddonik mścicieli) niektórych, a może większości!!!
  • dość mam wersji przeglądania się w oczach innych, jakbyśmy potrzebowali walidacji swojego istnienia poprzez akceptację zewnętrzną.
  • warunkowanie ewolucyjne odebraliśmy w DNA. Zawsze tak było. Natury się nie da zmienić. Tylko czy aby na pewno??? Mówią mi niektórzy (transhumaniści, żeby nie było), że przedefiniować pewne wartości trzeba, to jak postrzegamy siebie, jako istoty biologiczne przede wszystkim. Wierzę im. Nie wiem jak to zrobić. Ale wiem, jak tego NIE robić – ano poprzez wzmacnianie człowieka ssaczego i jego poglądu na siebie jako takowego, który miotany jest swoimi instynktami tylko (Dziadek Freud już coś mamrotał na ten temat, nie wspomnę o wcześniejurodzonych gonzach filozofii).
  •  niektórym może pasować patrzenie na siebie tylko przez pryzmat wyglądu, i na tym swoją energię życiową skupiają i hedonistycznie sobie żeglują na powierzchni życia i świadomości siebie – jak im pasuje, to spoko, mnie nie.
  • możemy sobie papkę medialną serwować i się bezrefleksyjnie zachwycać, że cos tam Unilever zobaczył i agencja się posłuchała i taką nowatorską reklamę zrobiła. Możemy. Tylko po co? #bitchpliz  Reklama ma przynieść pieniążek. I tyle. I może połechtać tych, którzy chcą zmiany. Niespecjalnie się czuję łechtana.

To tak z mankietu kilka wniosków mi na klawiaturę spadło.

No dobra, może mi się trochę ulało. Ale to nie nienawiść Psze Państwa, myślę, ba, marzę, że urealnienie słodkopierdzącego trendu medialnego.

Ale co ja tam wiem..

Komentarz do komentarza

Dove! You’re doing it wrong

Ostatnio na Fejsie video Dove zrobiło furorę. Udostępniane przez wielu moich znajomych i nie tylko. Skusiłam się na virala, w szczególności po dziesiątkach komentarzy, że to piękne, i że łzy, i że ważny przekaz, i że duszy dotyka. No ok. Oglądałam i włos mi się mój długi jeżył, bo..no właśnie.

 

W skrócie dla leniwych: Dove zaprosiło profesjonalnego rysownika z agencji rządowej, który na podstawie opisów tworzył obraz osoby opisującej siebie, a później drugi, na podstawie informacji od innych, którzy widzieli tę osobę. Portrety skrajnie się różniły. I osoby, no dobra, kobiety widząc swoje podobizny w obydwu wersjach, bardzo się wzruszały, widząc jak siebie postrzegają a jak postrzegają je inni. W oczach innych były o wiele atrakcyjniejsze. I morał Dove na koniec: „Jesteś piękniejsza niż myślisz”.

Piękne w swojej prostocie, nieprawdaż? O mało dałam się na to złapać. O mało bym powiedziała, „Och, no tak, oczywiście” i łzę wzruszenia uroniła. Ale żaróweczki mi się zaczęły zapalać, tak że mój mózg wyglądał jak choinka bożenarodzeniowa:

Żarówka #1: video robione było w Stanach, pewnie głównie dla amerykańskiej publiki, tak? To co z różnorodnością ras??? Z tym tyglem narodowości? Bo ja tam tej różnorodności to się dopatrzyłam może przez 10 sekund? Czyli co? „Białe” = „Piękne”?? Serio?

Żarówka #2: kobiety biorące udział w eksperymencie były ogólnie mówiąc, atrakcyjne obiektywnie. To co o sobie myślały, to inna historia oczywiście, ale tak na oko, fajne laski. Co to ma zakomunikować innym, mniej „obiektywnie” atrakcyjnym kobietom??

Żarówka #3: „brzydkimi” cechami, wynika z tego, że są: okrągła twarz, piegi, pełniejsza twarz, znamiona, tzw. „kurze łapki”, pieprzyki. No. A „ładne” to: szczupła twarz, wąska broda, krótki, mały nosek, błękitne oczy.. Czy to nie brzmi znajomo??? Stereotypem ewolucyjnym jedzie na kilometr i nikt o tym ani słowa?? Stereotypem „piękności”propagowanym przez media tak się podniecamy??? Halooooo?? Czy jest tam ktoś?? A co z kobietami, które akurat tych atrybutów nie mają, bo np. urodziły się w czarnej Afryce, albo w Ameryce Łacińskiej, albo na Samoa, albo w Polsce, tylko akurat są szatynkami, albo rudymi?? To one już mniej piękne??

Żarówka #4: proszę się przyjrzeć tym pięknym kobietom – po ile one mają lat??? Najstarsza może troszeczkę po 40. Starsze kobiety już nie są piękne, prawda?? No tak, o czym ja tu w ogóle gadam..Le Sigh..

Żarówka #5: Dove oskarżane było wcześniej o retuszowanie zdjęć modelek o pełniejszych kształtach, no ale o tym zapominamy przecież!

Żarówka #6: Oskarżenia poszły również o propagowanie rasizmu – środki do rozjaśniania skóry, jakby ciemna była fe..

Żarówka #7: I takie pieprzenie (przepraszam, uniosłam się) o „prawdziwym pięknie” i wzmacnianiu kobiecej siły wychodzi z ust marki, której właścicielem jest Unilever, który w swojej stajni ma również Axe, którego reklamy są, no dobra, trochę zabawne, ale arcyseksistowskie???? Przykładzik:

 

 

Hellooooł, again????

Żarówka#8: a to już mój faworyt- na końcu, jedna z uczestniczek mówi: „Powinnam być bardziej wdzięczna za moją naturalną urodę (prawda). Bo wpływa ona na moje wybory, na to jakich przyjaciół mam, na to jak traktuję swoje dzieci. Wpływa na wszystko. Uroda decyduje o naszym szczęściu”. Yesuuuuu! Że co???

Dziewczyno! Kobieto! Babeczko! Mam nadzieję, że nie wierzysz w te kłamstwa??? Jesteś więcej niż swoją urodą, lub jej tzw. brakiem, do cholery!

Błagam, bądźmy trochę bardziej krytyczni co do tego co nam internety serwują. Bzdury pod przykrywką „misji ulepszania świata”, a to przecież zwykła reklama marki. Ma robić pieniądz, a nie zrobi go, jeśli kobiety zaczną myśleć za siebie, i patrzeć na siebie bez filtrów stereotypów społecznych podsycanych przez koncerny. Jak nie będą utrwalać tych schematów myślenia, to kto kupi następne mydełko????

Nie lubię cię Dove.

Dove! You’re doing it wrong

Sextremistki Femenu

femenwomenpower

Przyznam się. Lubię akcje Femenu. Tak trochę nieśmiało się do tego przyznaję, ale gdzieś mi strasznie pasuje to co robią. Używając swoich ciał, pięknych i młodych, czyli tego co uprzedmiotowiane jest od zawsze, dziewczyny walczą z prostytucją, przemocą seksualną, turystyką seksualną i mocno sprzeciwiają się stereotypizacji patriarchalnej. Zajebiście, nie? Trochę miałam z tym problem, dopóki nie obejrzałam wywiadu z siostrami- założycielkami. Świadomością i motywacją zawstydzić mogą działaczy, ekhm, Młodzieży Wszechpolskiej na przykład. A to już coś!

Ostatnia międzynarodowa akcja z początku kwietnia przyniosła światowy rozgłos. „Topless Jihad” w imię ich tunezyjskiej działaczki Aminy Tyler, która publikując swoje topless zdjęcia na fejsie z napisem: „Moje ciało należy do mnie, to nie jest źródło czyjegokolwiek honoru”, naraziła się konserwatystom islamskim w jej ojczystym kraju, i teraz musi się ukrywać. Dziewczyny, w geście wsparcia, postanowiły pokazać cycki międzynarodowo – Szwecja, Włochy, Ukraina, Francja, Belgia. Działo się. Ostro.

(Zdjęcia dzięki The Atlantic ).

s_f03_0RTXY7YS

s_f04_0RTXY7Z8

s_f15_65342447

s_f22_0RTXY7ZP

s_f26_65431514

s_f30_65431623

A tak było w Warszawie. Zimno było. No cóż.

z13680877AA,Protest-Femen-pod-ambasada-Tunezji-w-Warszawie

Jestem ogólnie pokojowo nastawioną osobą, bardzo. I takie akcje nie dla mnie pewnie. Ale nie można dziewczynom odebrać odwagi i jaj, w tym kontekście, jajników w walce o dobro sprawy. Bo z patriarchatem i moralnością postreligijną z każdego systemu pochodzącą, rozprawić się musimy, wcześniej czy później, by dać miejsce nowemu systemowi wartości, bardziej pasującemu do nowej rzeczywistości.

Poza tym, że moje cycki mają trochę więcej lat, niż u dziewczyn na zdjęciach, to podziwiam mimo różnic generacyjnych. Tylko nie wiem, czy to militarne podejście to na pewno to czego świat potrzebuje. Ech, no.. Ambiwalencja mnie zjada.

Ale i tak sutki trzymam za dziewczyny! Femen Rocks!

Sextremistki Femenu