2014 bez znieczulenia

2014 miał być rokiem bez bólu, napisałam sobie ładnie troszkę ponad rok temu. Fajnie jest sobie tak napisać, bo potem można wrócić i spojrzeć. I spoglądam.

I okazuje się, że tego bólu było/ jest jeszcze więcej niż wcześniej. Kręcę w niedowierzaniu głową. Czy to tak po polsku bardzo „miało być lepiej, wyszło jak zawsze”?

Powierzchownie patrząc, tak. Kilka relacji dyndających na włosku, urwało się z tego włoska. Niekórzy odeszli niespodziewanie, na zawsze. Projekty, które miałam w głowie i już, tuż, prawie zaczęłam, zostały, well, tam gdzie były poczęte. Pisać miałam tu więcej, a pisałam mniej. Wyjazdów kilka zaplanowanych, z powodów różnych, nie doszło do skutku. Wypadek samochodowo – rowerowy wyrzucił mnie z aktywności normalnej na kilka miesięcy, i jeszcze na kilka następnych.

Nie jest kolorowo. No w ogóle nie wpisuję się w „śliczny” świat wszechszczęśliwości i wszechsukcesu tak w socialach przedstawianej.

I można się zasmucić i już z tego wszechcierpienia się nie podnieść. Tylko wieko trumny nad sobą zasunąć i nurzać się w wiecznej ciemności.

 

IMG_20141112_000820

No jakoś niewygodnie mi w tej trumnie. Łatwo jest własnymi fakapami i zdarzeniami poza kontrolą właną pozostającymi się miziać, bo one takie widoczne. Jak łatwo jest zapomnieć (ach te umysły nasze) o tym co rzeczywiście się działo. Jak łatwo skazać się na płacz i zgrzytanie zębów metaforycznych. Najłatwiej.

Przychodzi w końcu refleksja – tak, była jazda bez znieczulenia, patrzyłam na swój cień wewnętrzny, prawdy o sobie gryzły w pupę, ale gdzieś to wszystko nitką połączone..

Ktoś mi kiedyś powiedział, albo przeczytałam, że w każdym cierpieniu jest sens, a jak się go pozna, to wtedy już nie jest ono takie straszne. Tak, coehlioza przeokropna, ale jak się tak pochylić nad tym, szczególnie jak się w tym cierpieniu siedzi, to jest, łatwiej, mądrzej, pewniej.

Kiedy mogę rozdzielić to cierpienie, na to, które sama sobie zadaję, bo to gdzieś z mojego skrzywionego myślenia starymi schematami wynika, i na to, które „się przydarza” – świadomie głowy nie odwracam, demonom i demonikom patrzę w pyski, to ból już nie taki ciężki, jakoś łatwiej się robi, jest miejsce w końcu na współczucie dla siebie, na miłość i akceptację tego co jest, a nie „być powinno”, „nie zasłużyłam”, „dlaczego, o Niebiosa?”.

Może bolało, bo siedziałam sobie za długo w strefie komfortu, och jak przyjemnie znajomej? Może „wszystko mi mówi”, że jednak wyjść z niej trzeba i spróbować Siebie na nowo? Też, bez znieczulenia, Siebie otwartej, grając w grę, której jeszcze nie znam, nauczyć się Siebie na nowo, internalizując mądrość z cierpienia płynącą? Wykluć się w końcu z tego kokonu? To co się poczęło w środku, urodzić w końcu, no bo czy ciąża mentalna może trwać 2 lata?

Decyzje podjęłam. Twarde. Odejście z pracy, szkoła którą od lat chciałam zacząć, zacznę, projekty ujrzą w końcu światło dzienne (i nocne). To na początek.

Cierpienie to sianie i czekanie. Cierpienie to wzrost, czasem niewidoczny dla oka. Cierpienie to poznawanie swoich granic i dojrzałości.

Nie, nie „co mnie nie zabije, to mnie wmocni” i nie „cierpienie uszlachetnia”. Pójdźmy ponad to. Transgresja siebie w całej swojej człowieczej okazałości. Stawanie się bardziej sobą. Świadomym.

Czego Ci życzę również.

2014 bez znieczulenia

#wstyd

Nie-gabinety i gabinety. Życie i nie-życie.

Wstyd.

2605784-16x9-340x191

Zżera. Konsumuje. Nadgryza. Jest. Obecny.

Ile razy o nim słyszałam? Ile razy sama go czułam? Ile razy chciałam kimś potrząsnąć, krzycząc: „Nie masz się czego k….a wstydzić!!”.

I te zdania wypowiadane sobie, a w gabinecie przede mną:

„Wstydzę się siebie, wiesz, tego, że taka jestem. Gorsza.”

„Wstydzę się swojego ciała, tego jak wyglądam. Wiesz kulę się. Chcę się schować, żeby tylko nikt na mnie nie patrzył”.

„Wstydzę się tego, że nigdy nie będę wystarczająco dobra dla niego”.

„Wstydzę się tego, że się wstydzę. Bo jakby ktoś wiedział kim naprawdę jestem..Umarłbym. Gdyby mnie zobaczył, naprawdę”.

„Wstydzę się swojej przeszłości. Tego co było i może bardziej, czego nie było”.

„Wstydzę się..Siebie..”.

My. Nieperfekcyjni. Nieudolni. Nieładni. Niezręczni. Niemądrzy. Nieinteligentni. Niecool. Niepasujący. W naszych głowach tylko. Bo coś kiedyś ktoś powiedział, skomentował, zrobił albo nie zrobił właśnie. Nie zaakceptował, nie zadbał, nie kochał. Skrytykował, wytknął, nie docenił.

A my na wiarę, uwarunkowani tak, wierzymy w coś, co już dawno prawdą przestało być, a najpewniej nigdy nie było. Wstydzimy się. To potężna emocja. Ciemna. Duszę infekująca. W głębi rdzenia osadzona. To nie jest „poczucie winy” – to czuję, gdy coś źle zrobiłam, kogoś zraniłam. Wstyd jest zawsze.

I próbujemy markować, zasłaniać, chować, kryć. Jeszcze tylko kilka nagród, jeszcze awansów ze dwa, jeszcze ładniejsza partnerka, jeszcze bardziej zajebisty partner, jeszcze kilka zer po jedynce na koncie, jeszcze podróż dookoła świata, jeszcze.., jeszcze… . I nic. Nic nie jest w stanie tego wstydu siebie, przed sobą i innymi, zatrzeć.

Może czas popatrzeć w oczy tego toksycznego potwora. I zawstydzić go, swoją prawdą, na #tuiteraz. Bo prawda jest skrajnie inna, jeśli tylko ją zobaczymy.

Pomyśl, kim byś był bez swojego wstydu?

#wstyd

Zobacz mnie

Gabinet.

Siedzi, jak zawsze, nienagannie ubrana. Cała, taka idealna. Aż ja próbuję, tak nieudolnie trochę, zamaskować plamkę po kawie na bluzce.

Opowiada o swoim minionym weekendzie. O zajęciach, o teatrze, o filmie, o znajomych, tych pięknych, tych creme de la creme miasta stołecznego.

– Dużo tego. Ale jak się w tym wszystkim czułaś?

Po raz pierwszy dziś, milknie. Wbija we mnie sztućce spojrzenia.

– A ty znowu swoje z tymi emocjami..

– O weekendzie możesz porozmawiać z przyjaciółkami..

– Czy terapeuci nie powinni być mili i wspierający?

– Kiedy trzeba, powinni. Mówisz mi, że nie jestem taka dla Ciebie?

– Tylko mnie do ściany z tą dziwną tapetą przyciskasz z tymi emocjami!

– Mam wrażenie, że od nich uciekasz, bo w ogóle o nich nie mówisz.

Wysyła mi dwa sople lodu. Ale one gdzieś po drodze topnieją. Za to widzę wulkan chyba..

– Kurwaaa, Iza!!! Tak! Uciekam! Tak, bo to boli. Bo nie chcę ich czuć, ani widzieć! Nie chcę patrzeć na tą pojebanie żałosną prawdę o sobie! Happy?

Milczymy. Słychać głosy z recepcji. I strzępki wyrazów zza ściany.

– Jaka to prawda, której się tak obawiasz?

Kręci głową. – Nie możesz się poddać, raz, co?

Uśmiecham się tylko, bo przecież wie, że nie. Wzdycha. I już ciszej. Szeptem prawie.

– Iza..Nikt mnie nie zna, tak naprawdę. Ci ludzie wokół mnie, mam wrażenie, że żonglują setkami masek, żeby tylko było, och, no zajebiście.. Ja też to robię. Ale gdzieś kurwa, w samym rdzeniu, marzę, żeby mnie ktoś naprawdę zobaczył. Może przejrzał przez te maski i dostrzegł mnie. Mnie. Z tym wszystkim co się we mnie kotłuje, z lękami, ze smutkiem. Żeby zobaczył. Mnie. Całą. Tak. Może z całym tym syfem przeszłości. Z tymi pierdolonymi neurozami przyszłości. Tak. I tak. Boję się, że nikogo takiego nie będzie. Będę taka, niezobaczona, niepełna, sztuczna więc..

– A dajesz się zobaczyć innym?

tumblr_mvyatkhPzT1rnqg7ho2_500
photo by Julien Mauve

Zobacz mnie

Klub Złamanych Serc

Jestem sobie na najlepszym festiwalu ever. Miałam nie pisać. Ale dziś po prostu muszę. Taka ot, kompulsja przyczynowa.

#Unsound rządzi. Tyle inspiracji się nażarłam, napoiłam, wchłonęłam, że starczy mi na… (wstaw określoną ilość czasu) długo.

Dziś szczególnie. Za sprawą pana Blunta. Nie Jamesa, tylko Deana. Tuptałam ze szczęścia jak już w Teatrze Starym w Krakowie na miejscu się usadowiłam i odpłynęłam. W ból, w szczerość (chyba?), w winę, w człowieczeństwo.

Blunt, bluntly, czyli bez ogródek, w swoim show na pograniczu teatru, najebki z popu i doskonale niedopracowanego wykonania muzycznego przecież, opowiada o końcu relacji, z pewną kobietą w swoim życiu. „The Redeemer” krok po kroku zabrał mnie w emocjonalną podróż, w którą w ogóle nie chciałam, jak się okazało, jechać. Ale siedziałam i mimo wszystko się rozkoszowałam. Oh! Dysonans dysonansem się poganiał. Asynchronia rozbrzmiewała. Bo chcę oglądać, ale nie chcę, ale trudno. Zamknę oczy i uszy, to jestem ciekawa. Jak tu z babą (czyli ze mną) artystycznie wytrzymać?

Po spektaklo-koncercie, jak już majestatycznie schodziliśmy z moim kompanem po majestatycznych schodach, kiedy on, rozwodząc się szeroko nad dźwiękami i słowami, brutalnie został przeze mnie zapytany „Czy Ty miałeś kiedyś złamane serce?”. Zamilkliśmy oboje dramatycznie, jak na teatr przystało, tamując tym samym bezruchem ruch schodzący po schodach dramatycznych. „Nie.”. I w tym wiekopomnym „nie” tak wytrwaliśmy do szatni. Przyodziani wymknęliśmy się w tłumie palaczy przystając na moment, kiedy mój kompan, w końcu przemówił: „Aaa, bo Ty z serca a ja z głowy recenzuję.. Ale wiesz dla mnie to czysty masochizm, tak to przejadać, powtarzać, nie kończyć”.

I kiedy już tak się rozbiegliśmy, ja na kolejne wydarzenie do Kijowa (nie ukraińskiego, tylko kina), on gdzieśtam, bo inaczej sobie wieczór zaplanowaliśmy, recka skrótowa siedziała mi w głowie.

Tak. Przyznaję. Z serca i z doświadczenia za Bluntem się wstawiam. Bo mocno mi pokazał, jakie cierpienie może być. Jest. Kiedy z relacji chcę się wycofać, zakończyć. I jest ciemność. I jest mgła myśli. I jest ból, tak jak ten światłami zadany. Bo każdy kontakt boli? Bo brak kontaktu jeszcze bardziej? Bo trzeba to przetrwać i tyle?

I wierzę mu, kiedy śpiewa, ni to do Siebie, ni to do Niej – „Wake up, wake Up, wake up”. Bo to wtedy trzeba zrobić. Obudzić się ze snu do rzeczywistości, która piękna nie jest. Ale taka właśnie jest. Prawda. W Klubie Złamanych  Serc.

I tak sobie myślałam, już w Kijowie, hyh, kto tego nie doznał, nie zrozumie, wyśmieje, i prychnie „teatralność przecież to jest”. Może. Dla mnie nie. Moje serce teraz już tak połamane, że nie wiem czy je pokładam. Na razie jak puzzle próbuję ułożyć, ale cały czas mi ktoś kawałki podpierdala. I czegoś brakuje. Trudno.

Dla tych, którzy nie rozumieją czym jest serce złamane, żadne medium ich nie przekona.

Dla tych, którzy przeżyli – wiecie jak to jest. Pisać nie będę.

I jeszcze tytuł całości – „The Redeemer”. Odkupiciel. Wybawiciel. Religijnie. Bo chce się „odkupić”, zbawić  Siebie po relacji, która nie wyszła. Coś zrobić, cokolwiek, żeby zrozumieć, wiedzieć, zakończyć. Znaleźć odpowiedzi na wszystkie „Dlaczego?”. Może właśnie poprzez sztukę, bo tak jest się wtedy najbliżej siebie. Dla reszty, nas, śmiertelników pozostają „nocne Polaków rozmowy”, stos chusteczek niehigienicznie zużytych i nadzieja na Czas Leczący Przemijający. Amen.

 

Klub Złamanych Serc

Demaskator

Gabinet.

Siedzi ze skrzyżowanymi ramionami i nogami. Zaciśnięte usta w linijkę.

– Nie obrazisz się jak sobie trochę pochodzę…Co?

Zrywa się z kozetki i mocnym krokiem rozchodzić chce to swoje napięcie. Trochę od ścian się odbija, bo przecież gabinet to nie bieżnia. Oddycha hiperwentylując się. Kręci głową. Sapie.  W końcu pięścią uderza w poduchę. Raz po razie. Zabija ten swój gniew. Wbija się we wściekłość. I pada w końcu.

– Pierdolę to, wiesz! To wszystko! Tak ma ten twój zasrany proces wyglądać?? Nie chcę. Mam to w dupie.

Chłonę tą jego energię. Biorę. Przyjmuję. I czuję bezradność pod frustracją. Lęk przed Oczywistym.

– Na kogo jesteś teraz wściekły?

– Nie wiem.

Odwraca głowę, a ja wiem, że wie, a on też wie, że wie, ale nie powie głośno. Bo lęk zamyka słowa w ustach.

– Na siebie przecież. Tak? To chciałaś usłyszeć?

Rzuca wyzwanie. Ale to nie on je rzuca. To ten strach przed demaskacją siebie. Przed stanięciem z okrutną prawdą, którą poczuł. Tak mocno, że aż w rdzeniu swoim. Piecze. Gryzie.

Ja wiem, że przyjdzie ukojenie. Tak jak wtedy gdy staję przed sobą. Przed taką prawdą o sobie, którą podskórnie znam. Ale w podświadomość odsuwam, bo nie chcę bólu. Bo nie chcę wiedzieć, że sobie kłamię. Przez lata może. A kiedy to wypływa na powierzchnię. Nie gwałtownie. Delikatnie często i widzę to, czym to naprawdę jest. Kłamstwem. Wygodnym. Ciepłoznajomym. Śmierdzącym trochę. I odwracać głowę mogę ile wlezie. Wiem i nie chcę wiedzieć. Jaka jest prawda. Ale wyłazi. Maska spada. I stoję naga przed sobą.

Kiedy wiem, że sobie kłamię? Coś nazywam inaczej niż tym czym jest naprawdę? Kogoś chcę widzieć innym niż jest naprawdę, bo tak  mi lepiej? Bo nie chcę huśtać równo płynącą łódką? Bo kim się okażę, jak tą prawdę sobie i innym wyjawię? Bo co jak coś się skończyło, a ja tego końca nie akceptuję? A maska, którą nosiłam przez wieki, już nie moja, już wyrosłam?

Czas się zdemaskować. Czas popatrzeć sobie w oczy. Czas kłamstwa sobie mówione za jaja złapać. Bez strachu.

Bo co może się najgorszego zdarzyć?

art by Nathan Sawaya
art by Nathan Sawaya
Demaskator

Siła w trawie?

Gabinet.

Siedzi uśmiechnięty i wpatruje się we mnie tym swoim psychopatycznym błękitem. Ale to tylko kolor. Za grosz w nim psychopaty.

– Miałaś rację z  trawą.

Zdania wypowiedziane tańczą oberka, czarna skrzynka uruchomiona, ale nie, nic o żadnego rodzaju trawie nie pamiętam!

– No wiesz..że mamy być jak trawa.

Teraz to już się dziwię zewnętrznie. Moje breżniewowskie brwi pełzną po czole.

– Mogą mnie deptać, w piłkę grać, srać i sikać na mnie a ja i tak się podniosę. A to wszystko jest dla mnie tylko nawozem. Robię się przez to silniejszy. I rosnę. I się rozwijam.

– Chodziło o drzewa, nie urosną do nieba jeśli korzeni w piekle nie zapuszczą. I to nie ja, tylko Jung.

– (śmieje się) No popatrz, ale chociaż tematycznie pamiętałem. Jezu, jak ten mózg działa…

– To teraz jesteś taki podeptany i obsikany?

– Przez to wszystko, co się działo. Ze mną. We mnie. Co mi życie w twarz rzuciło. Ale żyję. I rozumiem.

Milczymy wygodnie razem.

– Otworzyłaś mnie na strach.

– Otworzyłeś się.

– (znowu uśmiech) Wiedziałem, że tak powiesz. Czekaj..jak to było..”Depresja to nie śmierć. To nie koniec.”

– Dla Ciebie już nie.

Strzela błękitem znowu. Ale tym razem już zasnutym mgłą wodną. I kilka łez ucieka.

– Siedziałaś ze mną w tym gównie. Nie ubrudziłaś się za bardzo?? Teraz czuję się silny, wiesz, przez to co było chyba..

Wiem. Wiem. Bardzo wiem. I podam Ci tylko pudełko z chusteczkami. I posiedzę sobie z Twoją nową siłą. Z Tobą odmienionym. I trochę jej sobie od Ciebie wezmę, jak mi pozwolisz. I Twojej metafory będę używać, bo chyba lepsza jest od tej Dziadka Junga.

Dobrze, że ciągle tu jesteś. Wśród żywych.

I nie. Nie pobrudziłam się. A nawet gdyby tak, to wiesz, jestem jak trawa..

 

1017439_469191336502249_1980370900_n

Siła w trawie?

„..i że nie opuszczę Cię, dopóki mi będzie z Tobą wygodnie.”

Środek tygodnia, środek nocy, w ramionach Morfeusza oddaję się marzeniom sennym, kiedy wbija mi się gdzieś w ucho środkowe dzwonek komórki. No tak,  Car BadBoyów czasoprzestrzeń międzykontynentalną traktuje wg własnych potrzeb.

„Czy ty wiesz która u mnie jest godzina?”

„Nie za bardzo, ale nie śpisz przecież”

„Bo mnie obudziłeś!”

„Pomóc mi musisz, bo się pokłóciliśmy z Lynn i myślę, że to już koniec. A z kim mam o tym rozmawiać??”

Całuję Morfeusza w mityczne czółko i drepcę do lodówki po coś orzeźwiającego, bo to długa rozmowa będzie. I była. Co on powiedział, jak ona zareagowała, co powiedziała, kto pierwszy talerzem rzucił, kto kieliszkiem do wina się odrzucił. Drama, panie, sama drama. No ale u Cara zawsze tak było. Tłumaczę mu meandry kobiecej psychiki, że to nie o to chodziło, że ona tylko chciała pokazać mu swoje potrzeby (swoją drogą dość dynamicznie to zrobiła, bo przecież zwykły „foch kobiecy” pewnie by wystarczył), że to nie świadczy o tym, że coś się psuje, że właśnie wprost przeciwnie. Car milczy.

„Halo! Jesteś tam??”

„Yeah..ale wcale mi nie pasuje co mi mówisz, bo to znaczy, że mam się nie poddawać i porozmawiać z nią o tym. Wiesz, że ja nigdy tego nie robię.”

„No to zacznij! To nie musi być koniec. Nie spieprzaj, tylko dlatego, że się poróżniliście, bożżż..”

„Nienawidzę Cię”

„Ja Ciebie też. Dobranoc”.

Oczywiście już usnąć nie mogłam, bo się nad tematem zamyśliłam i ptaki zaczęły drzeć dzioby, bo słońce już wstało.

No tak, bo w relacjach jest fajnie jak jest fajnie. I tak myślimy, że z usteczek miodzio spijać sobie na wieczność będziemy. No miło by było, choć to pewnie przesłodzeniem i wymiocinami by groziło. Ale jak się jakiś konflikt pojawia, to wtedy co? Czy ja ciągle kocham? Czy to koniec nam zapowiada?

Ale myślę, że wtedy dopiero, kiedy druga osoba lustro nam do twarzy przystawia, i siebie widzę, i zmienić coś w sobie muszę, test związku następuje. Bo widzę, co ja tam w sobie trzymam, coś do przerobienia, do zrozumienia. To w relacji mogę niszczyć te ściany w sobie, które mnie przed byciu prawdziwie sobą powstrzymują. Jak w zwierciadełku widzę kompleksy, uwarunkowania, pokrzywione oczekiwania. Ale czy zaryzykuję i się zmienię? Czy usłyszę drugiego? Czy z odwagą w lusterko spojrzę? Czy się zamknę i pielęgnować swoje rabatki Racji będę?

imagesCAXZJIEH

„..i że nie opuszczę Cię, dopóki mi będzie z Tobą wygodnie.”

Tłumaczenie niewytłumaczalnego

Filmów jakoś nie oglądam ostatnio, bo jak zaczynam to po 15 minutach się nudzę i wyłączam. Kilka poszło do piachu na wieczne zapomnienie. Ale jeden mi serce rozjaśnił i zaciemnił. No tak. Przedstawiam Ci „Leolo”.

 

 

Chłopiec i walnięta rodzinka. No tak, trochę jak każda. Ale ta historia ma w sobie wyjątkowość. Bo chłopiec tłumaczy sobie te ich „szaleństwa” pięknym, poetyckim językiem. Takim, który łapie za serce. Tłumaczy świat, którego nie rozumie. I jak na początku wydawało mi się, że delikatnie moja dusza się nasyci tym dysonansem, to później już moja dusza chciała wyrzygac to co zobaczyła.

Niektóre sceny naprawdę przyprawiają o mdłości. Dlatego delikatnym nie polecam. Ale siłę ma ogromną, dla mnie. Bo dawno nie widziałam  pięknie opowiedzianego szaleństwa, chyba „Pająk” mnie tak dotknął.  Zdjęcia i muzyka idealnie „robią” atmosferę.

I pytania mocno mam w głowie teraz postawione.

Czy kiedykolwiek przestajesz się bać swoich oprawców?

Jak przetrwać ze swoją wrażliwością, w świecie, gdzie jest ona niepożądana?

Ech no.. piękny – niepiękny obraz. Niektórych pewnie może znudzić. Ale warto.

 

Film

Nie wiesz jak to jest..

Dzwoni przyjaciółka, głos drżący pyta:”Iza ty wiesz co robic z wariatami, bo widziałam się z ..” i opisuje mi swoją rozmowę ze znajomą. Diagnoz telefonicznych nie stawiam, ale wygląda na stan psychozy i to silnej. Pogadałyśmy trochę o możliwościach pomocy okrojonych niestety i się w sobie zapadłam.

Przypomniały mi się lata, kiedy stażowałam dzielnie w warszawskich szpitalach na oddziałach psychiatrycznych i widziałam jak wyglądają „wariaci”, jak spętani w swoich światach nie są w stanie wytłumaczyc nikomu co się tam dzieje. Jak strach zamyka ich na zewnętrze. Jak widzą rzeczy, których my nie. Słyszą niesłyszalne dla innych. I ranią siebie, żeby chociaż na chwilę te głosy ustały. Jak pragną ciszy, przez chwilę. Jak potwornie nieszczęśliwi są. Jak nadwrażliwi na wszystko co ich otacza, to rzeczywiste i to nieprawdziwe.

I znowu poczułam taką bezilnośc jak wtedy, kiedy nie można pomóc. Kiedy nic nie pomaga. Kiedy tylko leki, jeśli są brane, są w stanie przywrócic człowieka do powiedzmy, równowagi. Bezsilnośc wobec cierpienia.

I ich bezsilnośc, a potem wstyd czasem, za to co się robiło, pod wpływem choroby, kiedy świadomośc wraca.

Nie mogę sobie nawet wyobrazic tego ich świata, ale wiem, że jest przerażający. Bo moje własne doświadczenie to halucynacje w gorączce malarycznej, ale to przecież nie to samo.. Tu próbka, jak świat, dzień z rzeczywistości może wyglądac..

 

 

A tego pewnie jeszcze trudniej jest sobie wyobrazic – ciągła obecnośc głosu..Nienawidzącego. Wyzywającego.

(Dla „lepszego efektu” nałóż słuchawki!)

 

 

I jeszcze ten piękny „szort”, córki dla jej cierpiącego ojca, żeby inni zobaczyli tę inną rzeczywistośc, bez marginalizowania chorych i ich światów. Może ku lepszemu zrozumieniu

 

 

Nie wiesz jak to jest..

Chchchchch..changes…

Główki bym swojej odciąc nie dała, ale coś mi się tak wydaje, że to najczęściej zadawane w gabinetach pytanie „Czy ja mogę się zmienic?”. Niezmiennie od lat odpowiadam, „Nie wiem”. Bo nie wiem. Ale wiem, że każdy z nas ma potencjał zmiany w sobie.

Tylko ten strach przed nieznanym, och! Bo co będzie jak się zmienię? Jak to będzie? Jak inni zareagują? Czy dam radę?

Ale niewygoda coraz bardziej niewygodna. Już przed ścianą staję i głową w nią walę. Już inni mają mnie dośc. Ja już sama siebie mam dośc. Już stare kapciuchy schematów smrodzik stęchliwości wydzielają i coś się w duszy gdzieś tlic zaczyna. I już coraz silniejsze „Chcę” w środku krzyczy. Ale wraz z cichutkim „chcę” stare demony kompleksów łby podnoszą i swoje wyrykiwanie zaczynają. I co wtedy?

Czy ja mogę się zmienic? Kiedy kakofonia głosów we mnie gra? Który wygra? Stary czy nowy? Zostaję w strefie śmierdzącego komforciku czy wychodzę mierząc się z nieznanym?

Wiem jedno:

Jak nic nie zmienisz, to się nic nie zmieni.

I tak w błędnym kole poczucia winy, strachu i bezsilności oberki kręcimy, ech!

tumblr_mkcs58yyMd1qcr6iqo1_500

Do starego wrócic przeważnie można…

 

Chchchchch..changes…