Dlaczego facet zdradza?

„Bo może” – tak moje rozmyślania nt. natury płci skwitował mój niegdysiejszy narzeczony.  Oburzyłam się nieludzko wręcz.

„No halo, ale, że co? Jestem kobietą, też mogę, nie?”.

„Twój wybór” odparł, i zajął się zmienianiem Wszechświata.

Przyznaję. Pokonał mnie wtedy. I tak do mnie ta krótka nasza wymiana powracała. I powraca. Bo na kozetce i w życiu tych poturbowanych przez zdradę dziesiątki. Jak bumerang wracają więc te zdania. Bo masz wybór? Serio? To jest takie proste? Ekhm, znaczy trudne?

Zdradę oglądałam ze wszystkich dostępnych stron już chyba. We wszystkich możliwych konfiguracjach. Chociaż pewnie życie mnie jeszcze zaskoczy, na co liczę, i nie chcę oczywiście.

Bo normalnie to napisałabym że przecież chodzi o niespełnione potrzeby, takie długofalowo niespełniane, więc szuka się gdzie indziej – bo jak się chce piciu to trzeba i już. Tak o seksie mówię, ale nie tylko. Taka deprywacja przez lata się ciągnąca, kusi spełnieniem. A panowie – sorry, wiecie, że Was kocham – potrzeby swoje dla tzw. świętego spokoju zawieszają i cierpią, ale jak już się przydarzyć okazja może to z tego wyczerpania, chcą, pragną siebie urzeczywistnić. Może w końcu się poczuć dobrze, ze sobą, ze światem. Może.

Normalnie też popatrzyłabym na tych, którzy swoją samoocenę wzmocnić muszą ciałem i duszą kolejnej kobiety, żeby ciut bardziej męsko się poczuć. Ciut bardziej pełnokrwistym facetem. Ciut bardziej gorącym kochankiem. Ciut mocniej podziwianym przez inny model, niż szanowna kobieta długoletnia, bez względu jaką Kocicą by nie była. Co z tego, że to krótką trwałośc ma. Co z tego, że zaraz jak tylko z łoża wyskoczysz, to już za drzwiami czarna dziura własnej wartości jest jeszcze większa, bo wiesz przecież, że kolejna kobieta Ci jej nie zszyje. Co z tego?

I tak, zdradzają.

Oczywiście, biologia, rozsiewanie genów itd aż do zupełnego upojenia się stereotypami.

A co, Drogi Mężczyzno, jeśli masz wybór po prostu? I to od Ciebie zależy? Bez względu na braki, potrzeby, niezrozumienie, nieistniejącą samoocenę, czy psychologię ewolucyjną? Nie ma na co zwalić winy? Nie ma. Możesz co najwyżej „zwalić konia” (brzydkie wyrażenie) albo „niechcący” wpaść między już rozłożone nogi chętnej, no bo jakże, kobiety tudzież pośladki mężczyzny (nie dyskryminujemy).

Bo może właśnie to jest Twoja i tylko Twoja odpowiedzialność? Nie masz spełnianych potrzeb? A co zrobiłeś żeby mieć je spełnione? Odszedłeś? Szukałeś dalej? Pracowałeś nad związkiem? Aaaa, masz niską samoocenę? Rozumiem.. A jakoś chciałeś to zmienić, bez ranienia kobiety swojego życia? Bo nie wiem przypadkiem, czy seksik bez zobowiązań, czy nawet romansik na boczku, to przypadkiem nie plasterek na gangrenę?

Może gdzieś o tzw. moralność się rozbijamy. Ja nie wiem co to znaczy. Każdy chyba ma swoją z wierzeń i przesądów ukutą. Patrzę na tych zdradzonych i zdradzających i myślę, że nie o to tu chodzi. Tylko o rany, o integralność, o odpowiedzialność. Tak, wiem, same nudne słowa, jakże niepopularne dziś dla nas, w Krainie Wiecznej Przyjemności żyjących. No cóż.

Idziemy na łatwiznę.

Twój wybór.

Dlaczego facet zdradza?

Jestem ofiarą, jestem katem

Ostatnio po gabinetach hulało mi słowo „przebaczenie”. Jakoś tak się stało. Dużo się o nim mówiło. Ktoś przebaczył swojemu katowi z dzieciństwa, a ja znowu o mało terapeutańca radości nie odtańczyłam. Ktoś inny dowiedział się, że mu przebaczono i łzom wycierania nie było końca. W pewnym małżeństwie też grzech wielki odpuszczono, i znowu po pudełko chusteczek pobiec musiałam, bo się skończyły. Tak było.

Bo jak mocno dotyka ten brak przebaczenia za zbrodnie mniejsze i większe na sobie popełnione? Co robię gdy ktoś mnie zranił, do szpiku? Co jeśli jako dzieciak byłam bita, albo molestowana? Co, gdy byłam zdradzana? A gdy to ja zdradzałam? Co, kiedy słyszę słowa o sobie jadem podszyte, albo gorzej jeszcze, obojętnością? Co jeśli ktoś coś za moimi plecami zrobił? Co jeśli..?

Gniewam się, wściekam, złoszczę, urazę chowam. Tak. Mam do tego prawo. Ktoś mnie skrzywdził. Głębiej albo płycej. I to boli. I to ma boleć. I czasem skaza traumy na całe życie zostaje. I nawet, kiedy już się jakoś uporałam, i jakoś funkcjonuję to ciągle pamiętam.

Ale złość, gniew i ból wwierca się w skórę duszy jak kleszcz. Infekuje teraźniejszość. Coś się kiedyś stało, a ja wciąż emocjonalnie tkwię w tym samym miejscu, nie pozwalając sobie na przebaczenie. Siedzę z tą raną swoją i dłubie w niej paluchem jak się trochę zasklepi. Strupek sobie odrywam. Z blizną się obnoszę. A w środku ciągle te same emocje. Mam obiekt nienawiści. Powydzieram się w duchu na niego, albo na kogoś podobnego, aby te emocje jakoś wyrzucic. Bo tak nie może być przecież nieukarany! Musi zapłacić za to co zrobił!!

I tak minęło wczoraj. Mija dzisiaj. Minie pewnie też jutro. Ja wciąż z głową w moim bólu i pokrzywdzeniu. Jak kierowca ciągle we wsteczne lusterko spoglądający, nie widzi co przed nim, ale jedzie tak w teraźniejszość.

I tak z ofiary staję się swoim własnym katem. Niszczę siebie.

Z przebaczeniem komuś, przychodzi też po cichu, współczucie dla siebie, ale prawdziwe, bo ze świadomością i zrozumieniem. „Tak zraniono cię, tak cierpiałaś, tak bolało.” I jakby lżej. I przystaję. I wyciągam rękę do siebie. I do niego też. I przestaję być ofiarą kogoś i katem siebie. I już lepiej się skupiam na drodze codzienności. Nie, nie zapomniałam. Pamiętam. Przebaczenie nie zmieni przeszłości, zmienia za to moje teraz i moje jutro.

Trudne słowo.

images

Jestem ofiarą, jestem katem

Duet na jedno serce

Gabinet.

Wchodzą oboje. Pan przepuszcza panią. Pan już nie ma tej bujnej czupryny co kiedyś. Pani przybrana delikatną siateczką zmarszczek. Siadają, tak dostojni oboje. Obok siebie, chociaż kozetka przecież przestronna. Na bok idą torby pani, teczka pana. Pan patrzy na panią z taką czułością i sięga, trochę z zawstydzonym uśmiechem, po rękę pani. Pani podnosi głowę i patrzy na pana oczami pełnymi uczucia i tak, chyba lęku. Ja trochę  się jak intruz czuję, patrząc na te wrażliwości i piękno intymne. Spuszczam głowę i się uśmiecham, czekając na pierwsze słowo.

„Zanim zapyta nas pani o problem, chcielibyśmy tylko w skrócie, o nas, dwa słowa.” – pan niskim, mocnym głosem akcentuje każde słowo. „Nie jesteśmy, jak pani widzi, pierwszej świeżości. Razem od 3 miesięcy. Znamy się ponad 40 lat. Ale ja dopiero w 8klasie odważyłem się do niej podejśc i zaprosic do kina. Odmówiła. Na szczęście później poszliśmy do tego samego liceum, innych klas, ale zawsze. Miałem nadzieję. Tak bardzo chciałem. Pozwoliła się odprowadzac po szkole do domu. Ale nigdy nic więcej. Uczyła się. Kochanie, zawsze byłaś taką dobrą uczennicą..”.

„Tak, uczyłam się. On zawsze był. Taki czuły. A ja? Ja miałam się uczyc. Ale też patrzyłam na niego, a on był taki..młodzieńczo doskonały i przystojny i dowcipny. Co mógł widziec w kujonce? Potem nagle po wakacjach, powiedziałeś, że poznałeś kogoś, że jest wam dobrze razem. A ja wtedy, w te wakacje, już przemyślałam wszystko i chciałam się zmienic, chciałam Ci powiedziec…”.

I głos jej się załamuje. I odwraca oczy wodą przepełnione i ta woda już sama sobie po policzkach płynie. Podaję chusteczki.

„Czekałam na każdą przerwę, bo wtedy mogliśmy się zobaczyc. On nie stronił ode mnie, tylko wszystko było inaczej, i opowiadał mi o Eli. Ja słuchałam, bo tylko chciałam byc blisko. Chociaż to. Przyjaciele.”

„A potem już Uniwersytet dla Ciebie i Politechnika dla mnie. I już długo, długo cię nie widziałem.”

„Gdybym miała wtedy komórkę wysyłałabym ci smsy i mejle, długie, bo list, list był taki..taki..”

„Osobisty?”

„Tak. A potem spotkaliśmy się, pamiętasz? Na Marszałkowskiej.”

„Pod Sawą.”

„Nie. Juniorem! Ja byłam z moim mężem, ty ze swoją żoną…”.

„Przedstawiliśmy ich. A ja nie mogłem oderwac od Ciebie oczu…”

„A ja bałam się spojrzec, żebyś nie widział tego, co było w moich..”

„Potem, pamiętasz, że niechcący wpadaliśmy na siebie. Ze trzy razy chyba.”

„Cztery. Pamiętam każdy. Ty ze swoją drugą żoną, a ja ciągle z pierwszym mężem. Potem ty sam, a ja ciągle z tym samym. Potem już z dziecmi. Pamiętasz??”

Przecież słucham historii, różnych, codziennie. Ale ja zniknęłam. Mnie nie ma. Są tylko oni. I tak jest lepiej.

„Tak, z dziecmi. A potem znowu długo, długo nic. A ja ciągle pamiętałem o tobie. Moja pierwsza, prawdziwa miłośc.”

„Ja skrycie Cię wspominałam, bo przecież to niedorzeczne było, co czułam wciąż.. Potem mój rozwód.”

„Mój też..Kolejny..I tęsknota, właśnie za Tobą, bo to przecież niezamknięte było..”

Patrzą na siebie. Historia na twarzach wypisana.

„I w końcu ten głupi McDonalds. Nigdy tam nie chodzę, no ale Asia mnie zawlokła, bo zachciało jej się shake’a.. A tam stałeś Ty.”

„Zmęczony zakupami, chciałem coś szybko przegryźc.. I nagle widzę Ciebie z tą piękną, młodą kobietą, kopią Ciebie..Trzy miesiące temu.. Czekałem na to 40 lat.”

Obejmują się, zroszeni swoimi łzami. Ja przełykam swoje. Siedzimy tak. Po chwili spoglądają na mnie, trochę wyczekująco. Zbieram się na odwagę i trochę z niedowierzeniem pytam:

„Z czym przychodzicie?”

„Nie chcemy popełniac tych błędów, co w poprzednich związkach. Chcemy byc dla siebie naprawdę. Pomoże nam pani?”

I widzę, że dla nich czas stanął 40 lat temu. I siedzimy tak razem w gabinecie, ja z dwójką zakochanych nastolatków.

images

Duet na jedno serce

Kiedy umierają marzenia..

Zdaje się byc taka maciupeńka, chudziutka na czarnej sofie. Siedzi na skraju, bez ruchu. Skulona. Patrzy na mnie tymi swoimi wielkim oczami.

„Zauważyła pani?”

„Tak. Brak obrączki.”

Wyciąga rękę, jakby szukała śladu po niej. Łzy już kapią, bez kontroli.

„Wczoraj się wyprowadził. Znowu znalazłam smsy od niej. Chociaż nie wiem, czy od niej, czy od innej. Teraz już wszystko jedno…Staraliśmy się o dziecko. Mieliśmy się wyprowadzic poza miasto, jak już by było. Domy oglądaliśmy. Wtedy mówił, że to nie tak jak sobie wyobrażam, że to coś innego znaczyło..Że dużo mojej winy w tym było. Teraz już nie wiem, co jest prawdą. A co nie było. Moje marzenia umarły, to jest teraz moją prawdą.”

Patrzę na tę dłoń bez obrączki.

Po trzech, po siedmiu, dwunastu, osiemnastu latach związku. Przychodzą sami, same, czasem w parach. Czasem da się uratowac. Czasem nie. Czasem jest już za późno. Czasem tylko żal, złośc, rozpacz i żałoba. I kredyty, i dzieci, i rozstania, i bolesne rozwody.

I te pytania, a właściwie jedno. „Dlaczego???”.

Dlaczego ja?

Dlaczego mnie zdradziłeś? Dlaczego ona jest lepsza ode mnie? Dlaczego mi nie powiedziałeś, że coś jest nie tak?? Dlaczego nic nie widziałam? Itd.

Marzenia zdechły. Wspólna przyszłośc też. Oczekiwania „happily ever after”.

Tak marzyłaś, tak planowałaś, tak oczekiwałaś, a może zapomniałaś o teraźniejszości? O tym, że relację tworzy się codziennie, nie za tydzień, nie „jak już dom zbudujemy”, nie jak potomek zakwili. Relacja jest „tu i teraz”, bo jutro może jej nie byc i to z różnych przyczyn. Bo może, nagle byc za późno. Bo on może odejśc, nie do innej, ale na zawsze. Stąd.

Kochaj teraz! Tylko dziś. I jutro znowu. I pojutrze też. Ale głównie teraz. Zakochaj się w nim znowu. Popatrz na te wasze wojenki, i zobacz, czy są warte krzyków, albo cichych dni. Czy te jego fakapy,( a któż ich nie ma) to naprawdę zbrodnie niedoskonałe, które dzień w dzień popełnia? Spojrzyj na niego, jakbyś pierwszy raz go widziała. Fajny ten twój facet, nie? To mu to powiedz, bo on w logistyce życia mógł o tym zapomniec, że ciągle dla Ciebie jest ciachem. I ciągle chcesz Jego właśnie, takim jakim jest, a nie jakim oczekujesz, że kiedyś, jak się zmieni…bo ty przecież wiesz lepiej.

Życzę wszystkim sparowanym paniom (panom też), zanim będzie za późno.

Kiedy umierają marzenia..

Biała flaga

Już się czują w gabinecie jak w domu, rozkokosili się na dobre. Kawka, herbatka. Dwa razy do mnie wracali. Ten jest trzeci. Moje bumerangi. Już się zastanawiałam, czy to ja jakaś felerna w moich kompetencjach jestem, czy niektórzy są..łel, nienaprawialni związkowo. Trudni do pracy, bo tak mocno w okopach swoich prawd osadzeni, tak trzymający się swojego, bez szans na spotkanie w połowie drogi. I tylko jakiś granat czasem w stronę przeciwnika rzuci jedno, albo drugie. A tak to codzienna wojna podjazdowa.

I paluchy idą w ruch:”A bo on, proszę pani, no on tak jak zawsze, robi co chce, a ja się muszę na to zgadzac!”.

„Dlaczego pani się na to zgadza?”

„No wyjścia nie mam, bo przecież zaraz się będzie fochował, obrażał, i gadał, że jego zdanie się nie liczy. A moje zdanie?”

„To jak to jest panie Marku, rzeczywiście robi pan zawsze to co chce, tak jak mówi żona?”.

„Nie no pani Izo, przecież z nią nie ma dyskusji, uparta jak osioł, przepraszam kochanie, no ale jesteś..”.

„To ja jestem uparta??? A ty? Czy ty czasem możesz się na siebie popatrzec? Ja jak osioł, to ty jak baran jesteś.”

Taka właśnie kochająca się para pośrodku bitwy o swoje racje. Kto wygrywa? Nikt. Kto przegrywa? Wszyscy. Nawet jak się jedno przy swoim zdaniu uprze i powie – my way or the highway – nie ma bata, i tak przegrywa, bo drugie się ofochuje, i do punktu dowodzenia w mózgu sobie prześle taki komunikat: „Bitwa przegrana. Stop. Zmiana strategii. Stop. Przerzucic siły na tyły wroga. Stop. Uderzyc w najmniej spodziewanym momencie.”. Podświadomie oczywiście. I co potem? Dokładnie tak zrobi.

No i można tak myślec jak towarzysz Lenin:

Każdy kompromis jest zgniły.

I budowac mocniejsze wały ochronne, bo moja racja jest raciejsza.

Albo strategię „dla świętego spokoju, godzę się na wszystko, niech się tylko ode mnie odczepi” przyjąc. Można. Tylko na jak długo? I jakimi kosztami?

Albo złożyc broń, saperki wyrzucic, wyleźc ze swoich okopów prawd i mediowac przy stole w cywilizowanych warunkach. I walczyc razem już, o złoty arystotelesowski środek.

Ooo, wzajemne ustępstwa? Aaa, w imię ważnych celów? Noo, dla praktycznych korzyści?

Tak, tak i tak. Dla związku. Dla mnie i ciebie w nim.

Bo co takiego jest we mnie, że muszę miec rację?

Musisz się ze mną zawsze, we wszystkim zgadzac?

A jak się nie zgadzasz to mnie nie kochasz?

No wonieje tu niską samooceną i miłością trochę zniekształconą, bo ciągle potrzebującą, ciągle warunki stawiającą.

Bo jak wywieszę białą flagę, to się poddaję, ty wygrywasz?

Na wojnie tak. W związku, nie zawsze.

Mądra głowa wie kiedy zrzucic z siebie obrony ego.

 

Biała flaga

Życie w wersji beta

Gabinet.

„Niestety nie mogę udzielic Państwu pomocy.”

I serce boli. I wszystko boli, jak na nich patrzę. I kiedy wracam do domu, to moje myśli wciąż przy nich. I teraz też o nich myślę. I to zdanie, proste przecież, tak siedzi mi w głowie. Nie miałam wyjścia. Musiałam. To nie bezsilnośc, to nie brak kompetencji, to nie, że mi się nie podobają, albo mam taką fanaberię rozpieszczonej psychoterapeutki. Nie.

Ona kłamie.

Wiem, bo mi powiedziała. Wcześniej, na spotkaniu jeden na jeden.

„- Pani Izabelo, prawda jest taka, że ja męża nie kocham. Miłośc mi się skończyła. Kocham kogoś innego. On też mnie kocha. Ale ja wiem, że nie mogę męża zostawic.  Jak nasze rodziny będą na mnie patrzec? Pochodzę z małej miejscowości, wsi właściwie. Tam wszystko o wszystkich wiedzą. Moja rodzina by tego nie wytrzymała. Wykleli by mnie. Ksiądz by kazanie o prostytutce powiedział, i wszyscy wiedzieliby, że to o mnie. Nie umiem odejśc. Ale też nie chcę chyba.

– A co z tym drugim?

– Będziemy się spotykac. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Może to się jakoś samo rozwiąże. Ja po prostu nie wiem jak mogłabym to zrobic. Odejśc, jak?

– A pani szczęście? Gdyby nie było presji rodzin i społeczności?

– Moje szczęście?”.

I tak będą trwac, bo „co o mnie ludzie powiedzą?”. Nie mają dzieci, nie mają kredytu. Wiąże ich przeszłośc i zasady małej, wioskowej społeczności.

I już uszami wyobraźni słyszę te głosy unoszące się w swojej pryncypialności: „No jak tak można! Przecież to zdrada! Jak można tak życ dwulicowo, och!” i już cegłówki moralne i kawałki bruku emocjonalnego w ruch idą.

A ja sobie w lusterko łypię i zadrę ze swojego ślepięcia wyjmuję i siebie pytaniami molestuję  : „Ile razy uległam presji społecznej? Ile razy, nieświadomie może, powiedziałam sobie w duchu, „co inni o mnie pomyślą?”. Jak często zależy mi na ocenie przyjaciółki, kolegi z pracy, pacjenta czy pacjentki?”.

Nie wiem jak często. Teraz już rzadziej niż wcześniej. Teraz już robię co chcę, w większości przypadków życiowych, taki mam komfort, który sobie wypracowałam. I wiem, ile wolności to ze sobą przynosi, jak się pełnym cyckiem oddycha i w głębokim offie się ma swój imaaż, tak kiedyś bibelotami i świecidełkami opinii innych przyozdabiany. Ale to ja. Teraz. Nie dwa lata wcześniej, nawet nie rok.

Dlatego wiem, że to możliwe. Taka zmiana. Nie patrzec, nie rozglądac się, nie stroic w piórka hipokryzji. Wiem, ile to kosztuje. Wiem, ile szans mnie ominęło, bo „nie wypadało”. Wiem,  czego nie zrobiłam, bo „co inni by o mnie pomyśleli”. Dlatego tak mnie boli, kiedy widzę ludzi, którzy tak żyją, jakby siedzieli półpupkiem na krzesełku. Wygodnie???

Boli i deprymuje, nie, nie deprymuje, mnie to po prostu, wkurwia (z góry przepraszam za niecenzuralne słowo). Tak, wkurwia mnie to strasznie, a ja do łatwowkurwiających nie należę w całej swojej praktyce masterki Zen.

I tak mi się czasem chce wyjśc na balkon, który z gabinetu wystaje na widok taki:

i wykrzyczec z całej swojej owalnej postury:

„Ludzie! Życie to nie wersja beta! To jest alfa i omega! Życie jest tu i teraz! Nie jutro i nie wczoraj! Nie, bo „mi nie wypada”. Nie, bo „co mamusia albo żona pomyśli”. Nie, bo „różowego w moim wieku się nie nosi”. Nie, bo „w moim zawodzie, powinienem byc taki i owaki”. Nie!”.

No dobra, nakrzyczałam się. Idę włączyc densstara, chociaż nie wiem, czy mi wypada..

Życie w wersji beta

Między nami telepatami

Gabinet. Ten mniejszy, z psychodelicznie fioletową tapetą, jak ktoś był, to wie, bo zapomniec się nie da.

Siedzimy we trójkę. Śliczni, młodziutcy, krótki przebieg matrymonialny.

(Już słyszę to westchnienie świętym oburzeniem podmurowane: „Jak to? I już u terapeuty?”. Ano. Bo po co czekac, aż nieporozumienia i niemożnośc komunikacji stanie się K-2 w związku, skoro mozna przeciwdziałac, kiedy trudnośc to tylko pagórek – pierdnięcie, nie?? No ale stronnicza baba ze mnie.).

Młodzi się przerzucają jakimiś argumentami wybitnie konstruktywnymi komunikacyjnie np. „Bo ty zawsze..”, „Ale to ty nigdy..”. Mniejsza o merytorykę zarzutów, bo w związkach przecież nie o prawdę obiektywną chodzi. No przynajmniej nie na terapii. Ale o tym kiedy indziej. Aż tu nagle pada kardynalne, oczekiwane i flagowe:

„Ale ty powinieneś wiedziec, że ja tak myślę”.

Wkraczam więc, bo w pingpongu małżeńskim piłeczka właśnie na aut wyleciała i poleciała za horyzont poprawnej komunikacji.

„A skąd mąż miał wiedziec, że pani tak myśli?” – pytam delikatnie, jak na empatyzującą terapuetkę przystało.

„No..przecież mnie zna. Tyle czasu już jesteśmy razem, a on ciagle nie wie!!” – ze skandalem w głosie, pani półprzytomna pokrzykuje. Mąż za to siedzi z oczami szerszymi niż spodeczki od filiżanek serwisu mojej babci.

„Ale kochanie.. – próbuje biedak coś wtrącic.

„Nie przerywaj mi! Przecież to oczywiste jest! Znasz mnie!”.

I doszliśmy do sedna. Pani uważa, że poślubiła telepatę, i na nic się zdają jakiekolwiek argumenty świadczące przeciw. Pan telepatą nie jest, żeby nie było pytań pt. a może?

Co tu się dzieje? Ano typowy fakap komunikacyjny – ona myśli, że on powinien wiedziec, co ona myśli, czego oczekuje, czego potrzebuje, bazując tylko na jednym, jedynym odnośniku – bycia w relacji z panią. Bo przecież jak już w związku się jest, to symbioza myśli, uczuc i potrzeb, jednośc, nierozerwalną, niepodważalną stanowimy! No bliźniaki, każdą komórką ciała scalone przecież. No przecież nie.

Jak się chce, żeby partner, tudzież partnerka (bo nie tylko kobiety takie argumenty protelepatyczne przytaczają) wiedziała o co nam chodzi, to najłatwiej w świecie jest o tym powiedziec. Otworzyc jamę ustną i używając zwykłych narzędzi mowy zakomunikowac!

„Ale jak mnie kocha, to powinien wiedziec..” – no może powinien, tylko że, co ma miłośc do tego, że ty akurat chcesz spędzic z nim wieczór, a on ma co innego w planach? Powiedziałaś mu to?

„Jak ona do mnie chociaż smsa raz dziennie puści, to będę wiedział, że jestem dla niej ważny!” – a może ona nie lubi smsowac, tylko woli ci kolację na cztery fajery ugotowac?

„Jeśli on spędzi każdy weekend ze mną, to wtedy będę wiedziała, że się o mnie troszczy!” – bo inaczej to się nie troszczy??

„Ale jak go poproszę, żeby do mnie zadzwonił po pracy, to nie to samo, jakby sam z siebie to zrobił” – no nie to samo, ale skąd on ma wiedziec, że zaraz ma po pracy to zrobic? A ile po pracy? 5 minut, godzinę, bo dwie to już za dużo?

Drugie połówki naprawdę chcą najlepszego dla swoich pierwszych połówek, tylko czasem mogą nie wiedziec, co to najlepsze jest, bo nie są telepatami, tylko zwyczajnymi ludźmi, którzy też swoje pragnienia i potrzeby mają.

Mówcie czego chcecie, czego pragniecie, czego potrzebujecie. W związkach i poza. Ułatwi to nam wszystkim funkcjonowanie i będzie, ot, zwyczajnie miło, kurcze!

Ja, na przykład, zupełnie egoistycznie, bardzo bym chciała, żebyście więcej komentowali, bo chcę usłyszec wasze głosy i opinie!

Proszę bardzo – się skomunikowałam! 😉 Przykład dałam!

 

Między nami telepatami

Ile płacisz w związku?

Wdałam się niechcący w bójkę na Fejsie, słowną oczywiście, na tzw. argumenty. Rzadko to robię, bo nie dośc, że pokojowo jestem nastawiona, to jeszcze w cyberprzestrzeni w ogóle mi się nie chce, bo o nieporozumienie łatwiej niż w realu. Zaczęło się zupełnie niewinnie. Znajomy wrzucił obrazek pt.”Najlepsze rzeczy w życiu są za darmo” (A.! jeśli czytasz to wybacz, musiałam!). Taki fajny, że tam uśmiech, że przyjaźń i takie tam. Gdzieś tam to skomentowałam, że mimo wszystko się płaci, np. w związkach właśnie i nie ma tam rzeczy za free. Nie rozwijając oczywiście całej myśli, stosując, jak to ja niestety mam często w zwyczaju, tzw. skrót myślowy, bo rozpisywac mi się nie chciało. No i się zaczęło. Jakieś panie, wyznały, że to „pitolenie” i że nic takiego nie ma miejsca w związkach, jeśli są szczęśliwe i partnerskie, i że to nie prawdziwa milośc, i tym takie kwiatki podobne. No ok. Z dyskusji się wydaliłam jak najszybciej, bo z takimi głosami, nijak się spierac. Ale scenka mi w głowie została, i się odniosę tu. Najwyżej czytelnictwo mi ucierpi.

Nie chcę wyjśc na jakąś nieczułą, zimnokrwistą żmiję, co to miłości w życiu nie zaznała i tym podobne. Wręcz przeciwnie. Jakbym mogła byc Amorem w wersji female to bym strzały rozsyłała na lewo i prawo, żeby wszyscy smak miłości poznali, nie na ślepo, ale taką krzyżowką swatki a Amorka chętnie bym była, tylko że, no cóż, waga nie ta, płec nia ta, no i w ogóle za duża jestem i strzelac z łuku nie umiem(proszę bez wizualizacji, bo trzeba będzie do kibelka biec, z różnych przyczyn), co najwyżej oczami, i z gumki. W skrócie – orędowniczką miłości jestem pierwszą i najzagorzalszą! Ale to o czym kobiety niestety (tak jakoś płciowo mamy w genach) marzą i opisują jako miłośc, to tzw. motylki w brzuchu, i uniesienia, i achy, i ochy, i kwiatki, i czekoladki, i pasja pierwszych dotyków, i „pójdę za nim na koniec świata”, i „mójci on”. No bosko przecież! Kto by nie chciał, nie?? To najfajniejsze w zakochaniu. Ale się przy tym zapomina, że to hormony tak szaleją, czyli mózg zalany chemią. Ale ile można tak funkcjonowac? Przecież pod wpływem tych hormonów maszynka biedna by się przepaliła, i co by było? No sito. Po jakimś czasie, więc pojawia się przyzwyczajenie, wydzielanie się zmniejsza i wracamy do tzw. normalnego funkcjonowania, czyli, proszę Państwa, motyle zdechły. No i wraz z marszem pogrzebowym, i zrzuconymi różowymi okularami, pojawia się pytanie: co dalej?

Oczywiście, bystry czytelnik, się oburza i łapie mnie na miałkośc moich argumentów i w ogóle odejściu od tematu. „Acha! Mam cię przemądrzała pińdziu! Klepiesz bzdury, bo o kosztach ani mru, mru! Ha!”. No moment! Powstrzymaj swój miecz argumentów oprawco! Bo to jest właśnie moment, kiedy zdajemy sobie sprawę z zasobów już zainwestowanych, trochę różnych ze względu na płec, ale w uproszczeniu: czas (bo jak można się poznac, bez razem spędzonego czasu, nie tylko w realu!!!) i pieniądze (taaak – antykoncepcja kosztuje, chyba że ktoś au naturell z kalendarzykiem, więc szansa jest że inwestycja będzie wtedy dłuuugoterminowa i będzie miała na imię Jaś albo Kasia; kawki, herbatki, drineczki, obiadki, okazjonalny prezencik; fryzjer – bo trzeba jakoś wyglądac; depilacja – bo odchaszczyc się trzeba, niektórym panom to też polecane; nowy odzień, tudzież but – yyy, to panie pewnie częściej; kino, teatr, koncert, bo się bywa przecież razem w miejscach krzewiących kulturę, żeby dobre wrażenie zrobic; i wiele innych o których na ten moment nie pamiętam i serdecznie za to żałuję). Czy ta inwestycja mi się opłaca? Czy dostaję więcej, albo przynajmniej równo – jaka jest stopa zwrotu (właśnie zostałam pouczona, że tak się mówi, hyh, finansiści..). I tu decyzja, czy dalej chcę inwestowac? Bo to już się wiąże z większymi kosztami – na tym etapie (mądre głowy wyliczyły, że ten pierwszy okres, nazwijmy to, fascynacją – trwa do 18 – 24 miesięcy) bowiem zaczynamy myślec o wprowadzeniu się do siebie (albo już to zrobiliśmy) i inne takie fajnie dojrzałe rzeczy jak np. wspólny kredyt – a jak wiemy nic tak nie scala związku jak właśnie zadłużenie na trzytysiącedwieściepięcdziesiąt lat, albo pytania o potomstwo, co wiadomo tanie nie jest. No ale uprzyjmy się, że to zwykła inwestycja w związek, wspólna świetlana przyszłośc itp. No pewnie, tylko, że trzeba pamietac, że związek to dwie osoby (normatywnie oczywiście, znam inne, rządzące się swoimi prawami), i nie ma bata, żeby któraś z nich nie inwestowała trochę więcej. Trochę więcej czasu, może emocji, może pieniążka, chcenia, może sił w ogóle. I co dalej? Ano może się pojawic syndrom wypalonego bankruta, albo po prostu „się już nie chce”. Pojawiają się pytania? Czy moje potrzeby są spełniane (różne, piramidę Maslowa polecam mimo wszystko..)? Jaka jest jakośc spełnianych potrzeb? Jaka jest jakośc wymiany? A jak rachunek wypada dla mnie na „-„, to wiadomo co dalej….Najzabawniejsze (kategoriami Montiego Pajtona oczywiście), że wszystkie te rozkminki z kosztami robimy nieświadomie w większości przypadków, stąd pewnie narodowe oburzenie na bidną terapeutkę.

No nic, tylko świadomośc nas uratuje..Czego życzę wszystkim w związkach i bez.

 

 

Ile płacisz w związku?

„…oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.”

 

Śledzę wskazówki zegara. Nie ma ich wciąż. Niby 5 minut spóźnienia to nie zbrodnia, w szczególności z tymi korkami, ale wcześniej zawsze byli na czas. Tykanie ogłasza uciekające minuty. W końcu wchodzi pani. Sama.

– Przepraszam za spóźnienie.

Siada na środku sofy. W zamyśleniu wygładza fałdki sukienki.

Patrzę na nią, zmieniona w znak zapytania.

– Jarka nie będzie. Wyprowadził się wczoraj. Ustaliliśmy, że ja przyjdę, żeby pani podziękowac – uśmiecha się, trochę z przyzwoitości, trochę ubawiona paradoksem sytuacji – Pewnie nieczęsto pani to słyszy. Przychodzi para z prośbą o pomoc, po czym się rozstaje, i jeszcze dziękuje.

Myślę do siebie, że nie jest to standard. Uśmiecham się.

– Po tym, co usłyszeliśmy ostatnio, jak pani pytała o potrzeby..hmm..Stwierdziliśmy, że nie ma sensu się męczyc ze sobą. Już się nie znamy. Zmieniliśmy się, chcemy od życia czegoś innego. To cenne szczególnie dla mnie.

Jest takie muzeum w Zagrzebiu – Museum of Broken Relationships – pomysł jest prosty. Ludzie, którym związki się rozpadły, oddają na wystawę przedmioty, które uważali za ważne, czy symboliczne dla tych relacji. Czasem dołączają swoją historię, a czasem nie. I co tam można znaleźc? Siekierę, misia pluszowego, komiks, stare żelazko, płaszcz kupiony kiedyś razem na wyprzedaży. I jest migająca czerwonym światłem obroża dla pieska. I tu historia: pan rzuca panią, pani wyprowadza się z ich wspólnym pieskiem, dla którego kiedyś kupili razem obrożę. Pani przed popełnieniem samobójstwa, przesyła obrożę panu, wraz z listem pożegnalnym. Albo jest podpis pod jedną z gablot: „Zdałem sobie sprawę z tego jak bardzo mnie kochałeś, po tym jak umarłeś na AIDS..”. Albo cała sala z albumami ślubnymi, małżeństw, które nie przetrwały. Ból, smutek, zawiedzione nadzieje, furia, gniew, płacz. I chyba trochę mnie nie obchodzi to, że muzeum nie ma wielkiego poważania wśród kuratorów sztuki, bo pokazuje człowieczeństwo, bo może miec dla niektórych znaczenie terapeutyczne, takie wyzwolenie się, zakończenie. I mimo tego, że jedna z moich ulubionych Sherry Turkle w jednej z książek pisze: „We think with the objects we love; we love the objects we think with.”, to tak naprawdę rzeczy nie mają wielkiego znaczenia. Bo co ważniejsze, to z czym kończy sie takie relacje. Jakie blizny i siniaki i ile złamań wynoszę ze związku, który „nie wyszedł”. Czy jestem w stanie później jeszcze zaufac? Czy te doświadczenia i blizny stają się moją zbroją? Czy będę umiała otworzyc się przed następnym człowiekiem? Jakie przekonania mogę sobie w głowie zasadzic np. dotyczące związków? Czy jestem w stanie uwierzyc, że przeżyję to rozstanie? Czy jest dla mnie jeszcze nadzieja? Czy posklejam to swoje rozpadnięte serce?

A rzeczy? Pozostałości. Ja mam książki i muzykę i filmy, i … nóż. Przypominają o tym co było, a co już nie jest. Ale też pamiętam, jak dużo inspiracji i uczucia kiedyś przeżyłam. Jak dużo zajebistych chwil razem. I uśmiecham się. Mimo wszystko.

A wy jakie macie pamiątki?

 

„…oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.”