Dla tych, którzy kochają za bardzo

Trudny to do opisania. I niełatwy do zobaczenia. Ten mechanizm. Wszyscy niby wiedzą, większość widzi. A nawet rozpozna w sobie, skrycie. Widzę. Codziennie może. Po drugiej stronie. Czasem się wymknie między słowami, albo utopi się w nadmiarze słów wypowiadanych. Tak.

„Chcę być kochana. Chcę być kochany”.

Nie, nie tylko taką miłością romantycznie prostą. Chociaż tych też wielu – zakochani, oddający siebie, swój czas, wszystko, jak będzie trzeba, żeby tylko zostać zauważonym, docenionym, pokochanym. A tamci „niekochacze” nie patrzą w ogóle w tę stronę, gdzie indziej zainwestowani, czy sercem, czy rozsądkiem, czy „bo tak wygodniej, bo są głaski, bo nie trzeba się wysilać”. Nie widzą, tych, błagających sercami o miłość, o gest, o słowo, o uwagę. A „kochacze” kochają dalej, uparcie, bez nadziei, ale wiernie. Nie widzą odrzucenia, nie chcą widzieć, bo tak obsesyjnie uczuciami zalani. Nie znajdą się na tym miejscu pierwszym, i nie chcą, nie mogą tego zaakaceptować. „Kochacze – bidulki” z sercami większymi niż rzeczywistość.

I jeszcze są tacy „kochacze – dzieci – wieczne”. Te dzieci wewnętrzne, które za każdą cenę chciały poczuć miłość Tych Najważniejszych – mama, tata.. Takie oczywiste, nieprawdaż? Tak się uczyli dobrze, tak pomagali, takimi skałami oparcia dla tych Dorosłych byli, żeby tylko poczuć na chwilę się potrzebnymi, kochanymi, ważnymi. Nie byli. Nie czuli. A dalej są.

Dorosłe Niekochane Dzieci. DND. Nowy syndrom? Nie, podły mechanizm, który krępuje ruchy, który nakazuje kochać i zasługiwać na miłość i uwagę, tych, którzy może na nią nie zasługują. Uruchamia się w związkach często, kiedy Dorosłe Niekochane Dziecko ma wolność kochać dorośle ale nie wie jak, no bo jak? Nie nauczyło się nigdy. Nie czuło nigdy. I przenosi te braki na tych, którzy o tych niedostatkach pojęcia nie mają. I szaleństwo zasługiwania zaczyna się na nowo. Robić, robić, zasługiwać, zasługiwać. Oni wciąż tam są, w swoim dzieciństwie i młodości, tam zostali, jak w klatkach. Wciąż pragną tego, czego być może, nie, pewnie nie dostaną. Bo tamci odeszli, na zawsze, albo nie widzą problemu, bo nigdy nie widzieli. Starzy rodzice. Niekochacze.

source: thepoetsgarret
source: thepoetsgarret

Jak się wydostać z tego walca zasługiwania i błagania? Z tego kochania tych „niekochaczy”?

Prawda cię wyzwoli, ale też mocno wkurzy, załamie też, może, na chwilę, dłuższą pewnie.

Te miłości się nie zdarzą. Taka jest prawda. Przesadziłam? Tak, zdarzają się. Ale mogą nie. Nie będę miała tego czego tak bardzo pragnę. Nie będę miał tego, co mi się należało, należy. Nigdy. Nie pokocha Cię ten, który Cię nie chce. Nie pokocha Cię ten, który, właśnie myśli, że Cię kocha, po swojemu.

Co ja, z tym starganym cierpieniem, czasem długoletnim, sercem, mogę powiedzieć?

Może to:

„Odpuszczam, żeby dobrze żyć dalej. Odpuszczam, żeby być wolną. Odpuszczam, żeby cenić i kochać siebie, tak jak nigdy nie będę kochana i ceniona przez nikogo. Odpuszczam, żeby w końcu poczuć siebie w sobie, a nie siebie wobec innych. Odpuszczam, bo mam dość.”

Może to, może coś innego, żeby tylko już, w końcu, odpuścić. Sobie przede wszystkim. I im też. Bo pewnie „nie wiedzą, co czynią”.

Kochacze kochani! Kochajcie siebie! I idźcie dalej, albo posiedźcie, albo położcie się i poleżcie, jeszcze trochę…Troszeczkę…

Dla tych, którzy kochają za bardzo

„Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni…

… mówi jeden z najgłupszych sloganów psychologicznej nowomowy, bo to co mnie nie zabije, może mnie zamienić – na długo albo na zawsze – w żyjącego trupa z wypalonym środkiem i pozorem ruchu. Czasem cierpienie ma taką właśnie siłę, bo są zdrady i utraty uniemożliwiające żałobę, odbierające łzom oczyszczającą moc, a czasowi łagodność. Zostaje po nich dzikie mięso jak po źle leczonym oparzeniu”.

Wyspa łza – Joanna Bator

Nienawidzę tego powiedzenia przez Nietzsche’go ukutego. Przedostało się do popcornowej psychologii i rozsiadło się w mózgach jak jakaś prawda najwyższa.

Bo co ono znaczy, tak naprawdę? Rozumiem semantykę przecież, słowa obok siebie w szeregu postawione. „Nie straszna mi żadna przeszkoda, ból i cierpienie. Nic mnie nie złamie! Zwyciężę…”. To dobry motywator na siłownię, chociaż krzywdę można sobie zrobić.

Tylko, że jak słyszę to w gabinecie wypowiedziane, gdzieś między zagryzanymi między zębami łzami, w sztucznym uśmiechu wyszczerzonymi, a pustymi z bólu oczodołami, to już nie jestem tak pewna, że to „wzmocni”.

Albo kiedy słucham historii sprzed lat czasem, albo jakiegoś wspomnienia, które gdzieś głęboko schowane w zwojach mózgowych, dopiero co się na powierzchnię wydostało, i ciągnie za sobą te emocje, których czucie zakazane do tej pory było, to już wcale nie wierzę w tą „moc”.

Kiedy patrzę na ludzi złamanych tymi historiowspomnieniami, tymi teraz, i tymi wcześniej przeżywanymi, to nie chcę tego powiedzenia słyszeć nawet.

Bo zdarzają się zdarzenia, których nie sposób „przerobić”, zapomnieć – myślisz – „phi, zawsze można, trzeba tylko silnym być”. Jasne. Mam wtedy wątpliwość, czy takie „coś” o takiej sile rażenia, kiedykolwiek ci się przydarzyło.

To zdarzenie, które zmienia nas, mnie, ciebie, bezpowrotnie. Przylepia się do duszy i nic nie jest w stanie tego odkleić. Nosimy to w sobie, na sobie, jak niewidzialny ciężar. Świat się zmenił, od tego momentu. Na zawsze już.

Nie, nie widać. Idziesz dalej. Spychasz cierpienie „na wieczne zapomnienie”, bo „silnym trzeba być”! Spychasz, tylko, że ono się odzywa, czasem gest, zapach, myśl nieokiełznana, przypomina. Co wtedy? Miało mnie wzmocnić przecież, a ja tak jakoś kulawo się czuję i odwracam głowę od siebie w lustrze. Pusta, słaba, brudna..

Najgorsze co możemy zrobić wtedy, to „zaklepać” to cierpienie i na siłę silnym być.

Czasem w gabinetach, jak trzeba to razem się w nie wsłuchujemy, co ono mi mówi, dlaczego tak bardzo chce być zauważone. Bo chce. Zawsze będzie chciało.

Może Ci pokazuje, że właśnie masz nie być silny, że może trzeba się słabości nauczyć. Nie uciekać tak wściekle od swojego człowieczeństwa? Może przez nie masz być delikatniejszy, bardziej rozumiejący ludzi, tak, pewnie tak samo cierpiących? Może rady – porady dla kogoś kto przez własną pustynię przechodzi masz sobie wtedy w kieszeń, albo głębiej schować, i tylko posiedzieć z nim, pobyć, bo przecież wiesz jak to boli?

Może właśnie dla siebie współczucia i dobroci masz się nauczyć, żeby już tak siebie nie biczować? Może czas, żebyś przestał być swoim katem w tej iluzorycznej sile chodzącym? Może czas serce otworzyć i pozwolić sobie „czuć”?

I, nie, nie być silnym, jak czasy nakazują, tylko słabym właśnie. Przed sobą samym. I powiedzieć sobie: „Tak, boli, tak, cierpię. Nie udaję ale żyję, wciąż”.

Ja prawdziwa_wy, ja autentyczna_ny, ja cierpiąca_cy.

Po prostu.

Silny, silna, w swojej prawdziwej słabości.

Jestem.

IMG_0697

„Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni…

Jestem zboczeńcem

Potocznie – zboczeniec –  «człowiek, którego zachowania seksualne odbiegają od normy».

Siada na jednym z foteli na przeciwko mnie. „Hmm..dlaczego wybrał akurat ten?” – mogłabym pomyśleć, ale nie myślę, bo może po prostu siada gdzie chce. Wypija cały kubek wody. I nie szukając kontaktu wzrokowego, wbija wzrok gdzieś za horyzont za oknem.

„Na początek, chciałbym, żeby pani wiedziała, że jestem zboczeńcem.”

Aha. „Jak mogę nie kochać swojej pracy?!!!” – miga mi na korze przedniej.

„A co sprawia, że tak pan o sobie myśli?” – przemyka mi po twarzy spojrzeniem, koncentrując się na pięknie seksownym kalendarzu Zbyluta Grzywacza na ścianie. Wzdycha.

„Znaczy ja tak o sobie nie do końca myślę, moja partnerka raczej..”

„Tak panu powiedziała?”

„No może nie dosłownie, ale czasem jak rozmawiamy po seksie, jeśli rozmawiamy po seksie, to mam wrażenie, że ona tak o mnie myśli, tylko nie chce tego na głos powiedzieć…”.

Aha. Czyli nie do końca zboczeniec jest zboczeńcem.

Okazuje się, że on „coś” robi, czego ona nie lubi, nie aprobuje, nie zgadza się, co okazuje dość otwarcie, bez zahamowań. On się wtedy zamyka i obrzuca wewnętrznie najgorszymi epitetami.

Po rozmowie z Oną, wychodzi na to, że ona tego nie lubi, bo jej po prostu niewygodnie i uważa, że jej ciało wcale nie wygląda w tej pozycji zbyt podniecająco, więc się zamyka i pożądanie znika, i się wycofuje i nici ze szczytowania jej i jego. I po seksie. A ona tonie w falach wstydu.

Jej. Prosta sprawa niby. Chór głosów może się wznieść: „No to dlaczego ze sobą nie pogadali!”. Ano nie pogadali, bo i jedno i drugie miało w głowie swój film na temat tego co się między nimi wydarza. Tak łatwo jest przecież ocenić z pozycji czytacza co zrobić, nie? A ileż razy w związkach o tych wyobrażeniach i projekcjach nijak rozmawiać nie umiemy, trzymając się Swojej Prawdy, która z Prawdą Prawdą niewiele ma wspólnego. No nic. Oni mają się dobrze, i z tego co wiem, pożycie kwitnie! (przesyłam pozdrowienia, bo przeczytają)

Ale to co mnie tak zawsze, ale to zawsze zastanawia, to ilekroć słyszę kogoś przylepiającego sobie łatkę „zboczeniec”, „nienormalna”, „chory” kiedy mowa jest o zachowaniach seksualnych, to prawie na 100% wychodzi później, że to tylko ten pęd wciśnięcia się w normy, czy raczej to, co ktoś uważa za normy. Bo broń mnie o Buddo, żebym odstawać miała od całości, wielości, przeciętności statystycznej???

A co ta „normalność” w ogóle oznacza? Bo słuchając innych i w gabientach i poza nimi, jak już rozmowa czasem schodzi na „te sprawy” to jak ten seks „normalnie” przeciętny, statystycznie ujęty wygląda?

– jest niezręcznie, czasem niewygodnie

– komunikacja bywa ograniczona

–  trochę „orka na ugorze”, a nie zabawa

– zrelaksowanie dopiero po znacznej często dawce alkoholu

– obsesyjne przejmowanie się „jak wypadnę?”

– niepewność co do upodobań partnera

– jak się coś nie podoba, to się czeka, aż to zaniknie, albo po męczeńsku znosi

– masturbacja to tajemnica

– „ciało nie takie” – za grube, za chude, za stare, za owłosione, niewydepilowane

– „penis za mały” tudzież za cienki

– „czy ona miała orgazm? czy tylko tak mówi?”

– „niech już dojdzie, i będzie po wszystkim”.

 

Tak mniej więcej, jest przeciętnie = normalne.

Myślę sobie, że jak się wypada „poza normy” to może być całkiem ciekawie.

 

Jestem zboczeńcem

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Z Dżerzim (wym. „Dż-e-r-z-i) znamy się krótko. Zanim wszedł do gabinetu, długo wybierał herbatę, potem długo czekał na gotującą się wodę. Strategie zwlekania ma opracowane, sam później powiedział.

– Z czym przychodzisz? – jeszcze przez telefon poprosił, żebym mówiła do niego po imieniu.

– Tak od razu, prosto z mostu? – uniesione w zadziwieniu brwi.

– A od czego chciałbyś zacząć?

– Yyyy..no w sumie…jestem trochę jak u lekarza..

– Zależy. Myślisz, że jesteś chory?

(patrzy na mnie uważnie, przełyka ślinę, herbata nie pomaga) Nie wiem..nigdy nie myślałem, o sobie, że jestem chory chory, ale to raczej zależy od definicji choroby.

– I organu, jesteś u seksuologa.

– Taak..Fak, nie myślałem, że będzie tak trudno..Przepraszam…

– Nie ma za co zupełnie.

– Tak, no tak… No dobrze… Mam problem z erekcją… (spuszcza głowę i z całej siły trzyma się kubka).

Całej rozmowy, a później rozmów następnych oszczędzę, bo analizowanie stanu zdrowia fizycznego i poziomów testosteronu, tudzież stylu życia nie musi być dla innych tak fascynujące jak dla mnie. Przy czym dodam, że Dżerzi zdrowy jak koń wyścigowy.

Dżerzi opowiada o tym, jak była olimpiada szkolna w podstawówce, to on się z niej wycofał, prawie w ostatnim momencie. Jak wygrał konkurs geograficzny, to nie mógł uwierzyć i dopytywał, czy komisja się nie pomyliła, nie, więc uznał, że było mało startujących i dlatego wygrał. Poszedł do liceum, nie tego prestiżowego, tego którego chciał, tylko do słabego, bo wiedział, że tam sobie poradzi, no bo gdzie on, w tym dobrym. Studia, jak studia, niewiele pamięta, nie, że tyle melanżował, po prostu niewiele się działo, wolał grać w gry, sam, nie w jakieś MMOGi tylko on sam i komp, no może czasem w LOLa. Pracę wybrał taką jakąś, żeby była, bo ta co by chciał, to raczej nie będzie startował, bo tylko się rozczaruje.

– Powiesz mi co się wtedy stało? – pytam, bo na temat „tego incydentu” milczał, ciszą znaczącą.

– Kiedy? – odpowiada, chociaż doskonale widzę, że wie, o co pytam, wzdycha głęboko i po chwili jednak kontynuuje – Jak już mogłaś wywnioskować, moje stosunki z kobietami układały się różnie, były jakieś..w sensie kobiety, ale to raczej przypadkowo, często po alkoholu.. No i jest ona..

Długo milczymy. W ogóle z Dżerzim sporo milczymy, nie, że to źle, po prostu tak mamy z Dżerzim.

– Wiesz, ja się trochę w niej …. no nie wiem, no cholernie mi się podobała, nie tylko mnie. Byliśmy na tej imprezie razem, znaczy dużo osób było, i w ogóle nie piłem, bo się bałem, że palnę coś debilnego! I co? I jakoś zaczeliśmy rozmawiać, znaczy ona mówiła, więcej, że fajnie, że jestem taki miły, że nie jak inni. No i jakimś cudem szamańskim chyba, znaleźliśmy się u niej w domu. I mówiła mi, że już mnie obserwuje od pewnego czasu i że… Jezu, a mój mózg oczywiście cały czas tylko jedno: Nie spierdol tego, nie spierdol tego, nie spierdol tego. Jak przyszło co do czego, to już wiesz… Już nigdy nie dotknę kobiety…Na ręcznym będę jechał…

Nie trzeba tu wszechboga psychoterapii i cesarza seksuologii, żeby zobaczyć, że Dżerziego mózg uzależnił się od złego myślenia o Dżerzim. To ciągłe wycofywanie się, „usprawiedliwianie” sukcesów, deprecjacja umiejętności. I niektórzy mogliby pomyśleć – o! na łatwiznę idzie! Nie idzie. Nie potrafi inaczej, on, ciągle ten gorszy, ten nie radzący sobie, nie zasługujący. Ta głowa Dżerziego inaczej nie potrafi myśleć, hamuje go, tak, jedzie na ręcznym, hamulcu. Fakty interpretuje sobie na pohybel, wszędzie, nawet w łóżku, silniejsza ta głowa od penisa.

Myślę sobie, patrząc na w połowie zapisany ekran, że pewnie każdy z nas uzależniony jest od jakiegoś myślenia, czy o sobie, czy o świecie. Od myślenia, które nas krzywdzi. Czasem nie wiemy, że można myśleć inaczej, czuć inaczej, a bożebroń zachować się inaczej. I tak w tym uzależnieniu nieujawnionym trwamy, krzywdę za krzywdą sobie robiąc, wycofując się, nie próbując, odpuszczając kiedy jednak nie trzeba było odpuszczać.

Można inaczej.

I trzymaj kciuki za Dżerziego – bo idzie na randkę z Oną. Bo Ona się wcale nie wystraszyła, powiedziała, że zdarza się, i tak, Dżerzi nie uwierzył najpierw, pomyślał, że z litości pewnie idzie, ale potem powiedział, że spróbuje, że może rzeczywiście, nie z litości, tylko z sympatii, i że może te problemy z erekcją mogą się zdarzyć, jak ktoś tak sobie „w głowie napierdala”, cytuję, bo Dżerzi już przestaje, powoli.

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Dlaczego ciągle jest tak samo?

O. mnie nie lubi. Powiedziała mi o tym otwarcie, po latach. Pięciu a może sześciu. Nie, nie jest tyle w terapii. Wtedy ją poznałam.

Pamiętam jak wpadła wtedy do gabinetu spóźniona lekko. Bez przepraszam, szybko powiedziała:

– Mam na imię O. Byłam już na kilku terapiach. Chciałabym, żeby w końcu ktoś mi pomógł. Teraz padło na ciebie.

Padło. I zostało.

Usłyszałam o byciu niechcianym dzieckiem, przypadkowym, wpadką. O szukaniu akceptacji siebie we wszystkich możliwych miejscach. O wielkiej samotności dziecka, kiedy rodzice byli, ale jakby nie byli. O pragnieniu bycia po prostu zobaczoną. O zapadaniu się w siebie. I powolnym odchodzeniu od zmysłów.

Czytam maila, którego wtedy dostałam, od Niej, pierwszego z wielu:

„Wiesz, że jestem jak wrzód na dupie świata. Jak śmierdziel, od którego wszyscy się odsuwają. Jestem niewidoczna. A każdą komórką ciała drę się „Spójrz na mnie! Poznaj mnie!”. (…) Jak hemoroid cieknący ropą”.

Jak ci przyjdzie teraz na myśl, że wystarczyło, żeby siebie pokochała, polubiła chociaż, to wyśmiałaby cię tym swoim pięknie ciepłym śmiechem, którym nie myślała, że się śmieje. Bo O.to wiedziała. O. znała na pamięć teksty z self-helpów, cytaty z Osho, nazwy mechanizmów, których używała. Mogłaby cię przelicytować w nazwiskach psychologów, trenerów, świętojebliwych cudotwórców i uzdrawiaczy szamanów. Powiedzieć o O. że jest inteligentna, to stwierdzić, że deszcz jest mokry.

Bo były dwie O. – jedna ta dorosła, ta teraz, kobieta z dorobkiem zawodowym, którego wielu jej mogło pozazdrościć, i O. ta z dzieciństwa, ta która wracała, w tych momentach, kiedy dorosła O. nie radziła sobie z rzeczywistością. I z jej jedynym pragnieniem. Byciem kochaną.

Przez kilka miesięcy O. uczyła się troszczyć o siebie, kiedy nie było nikogo kto by o nią zadbał. Milimetrami tworzyła przestrzeń dla tej małej O., nie karząc jej już, ale akceptując te jej pragnienia. Tak bardzo powoli. I zniknęła. Bez słowa.

Myślałam czasem o O. Po pracy, w przerwach. Bo to przecież nie jest tak do końca praca od – do. Emocje zostają, człowiek pozostaje w sercu pewnie na zawsze.

Kilka lat później, niedawno, zjawiła się. Odszukała w internetach. I zasiadła na kozetce. Spokojniejsza. Chyba.

– Tęskniłam za tymi spotkaniami. – zaczęła uważnie, przechyliła głowę, lustrując – Masz więcej zmarszczek i w końcu siwe włosy widać! Życie cię nie rozpieszcza widzę, może w końcu przestań z tym wariatami pracować, co??

– A co ja bym bez nich robiła? – zażartowałam.

– Wiem, wiem, pieprzona idealistka z Ciebie, za to cię ceniłam, i za szczerość, w tym waszym popieprzonym zawodzie to nie jest częste, i za to, że jesteś taka naiwna, z całym szacunkiem…

– Znasz mnie – poczułam znowu te ciasno domykane granice, z taką lekkością przez nią przesuwane. – Z czym przychodzisz?

– Z mokką czekoladową – wskazała na swój papierowy kubek. – Wiem o co pytasz. Jebie się moje życie, disneyowskiej księżniczki, więc się pojawiam, u mojej wiedźmy, żeby mi powiedziała dlaczego ciągle jest tak samo.

Zapada się w siebie na chwilę, ktoś za drzwiami robi herbatę i rozmawia o psie..

– Pokochałam kogoś, i on, też pokochał mnie. Wyobraź sobie, taki wrzód na dupie! I jest nam dobrze ze sobą. Mój wielki projekt życiowy dobiegł końca! Ktoś mnie pokochał! Oł, jeah! Tylko że, w żadnej jebanej bajce nie napisali, nie było ciągu dalszego nigdy, tylko to cholerne „i żyli długo i szczęśliwie”. Książe może tak, ale Księżniczka stoi zdziwiona z chwiejącym się diademem na główce, bo w środku ta jakaś otchłań znowu ją zasysa. I zamiast cieszyć się „długo i szczęśliwie” to czuje się wyruchana w dupę, i to za swoim przyzwoleniem. Rozumiesz???

– Pochwalam seks analny ale tylko świadomie konsensualny.

Śmieje się, tym śmiechem swoim, tym co do kości grzeje. – Dobrze, że poczucie humoru ci się nie zestarzało!

Siorbiemy swoje kawy. O.marszczy czoło, coś sobie przypominając:

– Jak ty zawsze mówiłaś?? – przewracam oczami na swoje błędy terapeutyczne, O. nie widzi na szczęście, a może udaje. – „Lekcja nieodrobiona wraca tyle razy, aż ją odrobisz”? Nie, to ktoś inny. Czekaj.. Aaa, raz się tak niepsychoterepeutycznie odkryłaś… o pustce, której nikt inny, zewnętrzny, nie jest w stanie zapełnić..Zbyłam to, bo to takie banalne. A kilka lat później patrz…

I tak sobie patrzymy. Wraz z O. która mnie nie lubi, bo ją „wkurwiam tym drążeniem” – cytuję…

Powoli idziemy, w tym dochodzeniu do siebie, do swojej własnej prawdy. Wyśmiewając i drwiąc z tych prawd oczywistych i rozwiązań jeszcze bardziej „coelhiowskich”. Dopóki gdzieś nie uderzą w samo sedno, nie podłączą się emocjonalnie, dopóki nie stają się dla nas żywe. W tym samym procesie wszyscy jesteśmy, może na innych miejscach, może w ogóle nie chcemy w nim być. Ale i tak przyjdzie, i tak będziemy. Żeby już nie było tak samo, chociaż tyle na zewnątrz się zmienia.

(O. po autoryzacji powiedziała, że „pierdolę jakieś kocopoły, zamiast jej o pustce objaśniać i dlaczego książe nie jest lekiem na całe zło”, więc już kończę).

Dlaczego ciągle jest tak samo?

Zobacz mnie

Gabinet.

Siedzi, jak zawsze, nienagannie ubrana. Cała, taka idealna. Aż ja próbuję, tak nieudolnie trochę, zamaskować plamkę po kawie na bluzce.

Opowiada o swoim minionym weekendzie. O zajęciach, o teatrze, o filmie, o znajomych, tych pięknych, tych creme de la creme miasta stołecznego.

– Dużo tego. Ale jak się w tym wszystkim czułaś?

Po raz pierwszy dziś, milknie. Wbija we mnie sztućce spojrzenia.

– A ty znowu swoje z tymi emocjami..

– O weekendzie możesz porozmawiać z przyjaciółkami..

– Czy terapeuci nie powinni być mili i wspierający?

– Kiedy trzeba, powinni. Mówisz mi, że nie jestem taka dla Ciebie?

– Tylko mnie do ściany z tą dziwną tapetą przyciskasz z tymi emocjami!

– Mam wrażenie, że od nich uciekasz, bo w ogóle o nich nie mówisz.

Wysyła mi dwa sople lodu. Ale one gdzieś po drodze topnieją. Za to widzę wulkan chyba..

– Kurwaaa, Iza!!! Tak! Uciekam! Tak, bo to boli. Bo nie chcę ich czuć, ani widzieć! Nie chcę patrzeć na tą pojebanie żałosną prawdę o sobie! Happy?

Milczymy. Słychać głosy z recepcji. I strzępki wyrazów zza ściany.

– Jaka to prawda, której się tak obawiasz?

Kręci głową. – Nie możesz się poddać, raz, co?

Uśmiecham się tylko, bo przecież wie, że nie. Wzdycha. I już ciszej. Szeptem prawie.

– Iza..Nikt mnie nie zna, tak naprawdę. Ci ludzie wokół mnie, mam wrażenie, że żonglują setkami masek, żeby tylko było, och, no zajebiście.. Ja też to robię. Ale gdzieś kurwa, w samym rdzeniu, marzę, żeby mnie ktoś naprawdę zobaczył. Może przejrzał przez te maski i dostrzegł mnie. Mnie. Z tym wszystkim co się we mnie kotłuje, z lękami, ze smutkiem. Żeby zobaczył. Mnie. Całą. Tak. Może z całym tym syfem przeszłości. Z tymi pierdolonymi neurozami przyszłości. Tak. I tak. Boję się, że nikogo takiego nie będzie. Będę taka, niezobaczona, niepełna, sztuczna więc..

– A dajesz się zobaczyć innym?

tumblr_mvyatkhPzT1rnqg7ho2_500
photo by Julien Mauve

Zobacz mnie

Psychopatka

Gabinet.

Siada bez skrępowania już. Jak u siebie. I dobrze. Ja jeszcze kawę sobie robię. I już… Już się w czerwonym fotelu moszczę. Już stolik przesuwam. I wtem słyszę:

– Pani Izo, jestem psychopatką.

No dobra, przyznaję. Profesjonalny obiektywizm i wieloletni trening emocji zawodzi na całej linii – wybucham śmiechem najprawdziwiej głośnym. Takim z głębi trzewi, ze łzami w kącikach oczu.

– Znamy się od ponad roku i ja bym tej „psychopatii” u pani nie podejrzewała???

– Pracę domową odrobiłam.

– Aaaaa….

I już, po momencie, w szczerość się obie zamieniamy.

– Jest tak…. – I widzę, że ze wstydem te słowa przyjdzie jej powiedzieć. – Jak tylko znajdę się w jakimś towarzystwie, gdzie są mężczyźni, natychmiast włącza mi się skaner. Jest obrączka, nie ma obrączki. I to nieważne, że nie wszyscy żonaci noszą obrączki, i czy są nieżonaci ale są z kimś. Obrączka, to pierwszy filtr. Selekcja naturalna. Drugi krok, w zależności od ilości, przekierować rozmowę tak, żeby dowiedzieć się, jaki jest status. Średnio interesuje mnie ich wygląd w tym momencie. Jeśli jest jakiś singiel, szukam wszelkich możliwych wytrychów, żeby ustalić jak najwięcej szczegółów z jego życia. Tak, manipuluję dyskusją. Tak, skupiam całą swoją uwagę na nim. Czym się interesuje, gdzie mieszka, czy jest w kogoś zainwestowany – głos jej się załamuje – To jak odruch bezwarunkowy, jak jakiś pieprzony pies Pawłowa. A raczej suka..

Siedzimy chwilę w ciszy.

– Mówiłam pani. Psychopatka. Zdesperowana psychopatka.

Oj, aleś mnie zadumała. Bo już uszami wyobraźni słyszałam, jak to oceny łatwo ludzie Ci mogą wystawić. Jak łatwo z ambony związku o rozwydrzonych księżniczkach rozprawiać. Jak szybko o wymaganiach niebotycznych poematami rzucać będą. Już to słyszę.

I szkoda, że gdzieś nad tymi psychopatkami, bo przecież nie jesteś jedna jedyna we wszechświecie, nikomu się nie chce pochylić i pod skorupkę silnej kobiety zajrzeć. Nie chce się popatrzeć na to, co stworzyło Cię taką jaką jesteś. Na powierzchni, silna, zaradna, nie do zdarcia model, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni.

A w środku, pod wielością masek przez życie i czasem dzieciństwo pozakładanych, jest serce. Taka tam ptaszynka, o klatkę warunkowania się rozbijająca. Ledwo już śpiewa. Już braknie jej siły. Bo tęskni za miłością. Za tym jednym odważnym, który siły się nie przestraszy, bo sam będzie silny, trochę silniejszy. A Ty sama, teraz, żyjesz tęsknotą, żeby już przestać być silną, na chwilę chociaż. I pozwolić sercu bić. Tak jak potrafi. Pełnią miłości. Ciepłem. Wrażliwością. Całą Tobą. Bo taka naprawdę jesteś. Chociaż jeszcze nie do końca w to wierzysz.

 

20130726_162213

Psychopatka

Na głodzie

Gabinet.

On. Elegancki i spokojny w tej swojej dostojności. Piękne, smukłe dłonie zazwyczaj zaplecione węzłami palców. Nie nerwowo. To taka jego idiosynkrazja. Lubię na nie patrzeć. Prawie jakby miały swoje własne życie. Nauczyłam się, że czasem krzyczą więcej niż tylko nawykiem. Czasem jeden splot palców mówi mi, że dotknęliśmy lęku, którego nie można wypowiedzieć.

– Przytulił mnie. Dawno się przecież nie widzieliśmy. Po prostu, na przywitanie. Trzymał mnie w tym imadlanym uścisku. A ja chciałem, żeby mnie tak zawsze przytulał. Ale nie. Przyszła panika. Wybuchnąłem. Odepchnąłem go. Wyszedł.

– Co cię tak przeraziło?

– Nie wiem. Kocham go przecież. Takie irracjonalne. Pomyślałem, że ty mi powiesz.

Razem mówimy. Przeglądamy gesty. Małe, niby nic nie znaczące. Nabite emocjami. Ociekające lękiem czasem.

I już wiemy.

Te warunkowania, które otrzymujemy we wcześniejszych związkach. To, że trzeba było żebrać o czułość. O małe gesty bliskości. O intymność, tą nieseksualną. O przytulenie. O ciepło.

Nie było. I ciągłe błaganie się starło, już nie było w nim mocy. Już nie było sił też. Wyparciem chciało się przykryć tę najbardziej podstawową z potrzeb. I tak się trwa. W niespełnieniu, w bólu, w głodzie.

I już pojawia się przyzwyczajenie. Tak już ma być. Tak już będzie. Tak jest.

Dopóki nie pojawi się ktoś, kto tej potrzeby dotknie swoim ciałem, swoim gestem. I budzi się. I w panice, nie wie co robić. Jak się zachować, kiedy to, czego tak bardzo potrzebowałem, jest, czuję. Ciepło, gorąco, żar spełnienia.

Nie umiem tego wziąć, bo jak? Tak po prostu? Jest mi to dane? Kiedy przez lata było zabierane? Otworzę się? Czy będę trwać w starym?

Warunkowanie jak rdza się na nas osadza.

Co przenosimy z wcześniejszych związków? Jak głodzić się pozwalamy? Które z potrzeb niespełnione zalegają?

Bo głodów może być wiele. Po jednym, albo kilka dla każdego z nas. Intymność? Bliskość? Bezpieczeństwo? Stymulacja?  Zapominamy o sobie. Do momentu, kiedy znajdzie się ktoś, kto je widzi, dotyka, spełnia. Ktoś inny, niż on, ona.

I z więzienia siebie wyjść możemy. Albo i nie.

imagesCAAP8V0N

Na głodzie

Demaskator

Gabinet.

Siedzi ze skrzyżowanymi ramionami i nogami. Zaciśnięte usta w linijkę.

– Nie obrazisz się jak sobie trochę pochodzę…Co?

Zrywa się z kozetki i mocnym krokiem rozchodzić chce to swoje napięcie. Trochę od ścian się odbija, bo przecież gabinet to nie bieżnia. Oddycha hiperwentylując się. Kręci głową. Sapie.  W końcu pięścią uderza w poduchę. Raz po razie. Zabija ten swój gniew. Wbija się we wściekłość. I pada w końcu.

– Pierdolę to, wiesz! To wszystko! Tak ma ten twój zasrany proces wyglądać?? Nie chcę. Mam to w dupie.

Chłonę tą jego energię. Biorę. Przyjmuję. I czuję bezradność pod frustracją. Lęk przed Oczywistym.

– Na kogo jesteś teraz wściekły?

– Nie wiem.

Odwraca głowę, a ja wiem, że wie, a on też wie, że wie, ale nie powie głośno. Bo lęk zamyka słowa w ustach.

– Na siebie przecież. Tak? To chciałaś usłyszeć?

Rzuca wyzwanie. Ale to nie on je rzuca. To ten strach przed demaskacją siebie. Przed stanięciem z okrutną prawdą, którą poczuł. Tak mocno, że aż w rdzeniu swoim. Piecze. Gryzie.

Ja wiem, że przyjdzie ukojenie. Tak jak wtedy gdy staję przed sobą. Przed taką prawdą o sobie, którą podskórnie znam. Ale w podświadomość odsuwam, bo nie chcę bólu. Bo nie chcę wiedzieć, że sobie kłamię. Przez lata może. A kiedy to wypływa na powierzchnię. Nie gwałtownie. Delikatnie często i widzę to, czym to naprawdę jest. Kłamstwem. Wygodnym. Ciepłoznajomym. Śmierdzącym trochę. I odwracać głowę mogę ile wlezie. Wiem i nie chcę wiedzieć. Jaka jest prawda. Ale wyłazi. Maska spada. I stoję naga przed sobą.

Kiedy wiem, że sobie kłamię? Coś nazywam inaczej niż tym czym jest naprawdę? Kogoś chcę widzieć innym niż jest naprawdę, bo tak  mi lepiej? Bo nie chcę huśtać równo płynącą łódką? Bo kim się okażę, jak tą prawdę sobie i innym wyjawię? Bo co jak coś się skończyło, a ja tego końca nie akceptuję? A maska, którą nosiłam przez wieki, już nie moja, już wyrosłam?

Czas się zdemaskować. Czas popatrzeć sobie w oczy. Czas kłamstwa sobie mówione za jaja złapać. Bez strachu.

Bo co może się najgorszego zdarzyć?

art by Nathan Sawaya
art by Nathan Sawaya
Demaskator

Dlaczego self- helpy nie pomagają?

Nagrodę temu, kto kiedyś nie myślał o kupieniu, albo nie kupił nigdy poradnika. No takiego okołopsychologicznego. Serio. Mam nagrodę – Poradnik!

Anyone???? Za darmo daję???No kaman??

Żarcik. Jest ich setki. Nie przesadzam. To jest zazwyczaj jedna z największych sekcji w księgarniach. Rady, porady na wszystkie możliwe psychologiczne dolegliwości. I niby fajnie. Dokształcajmy się.

No ale nie. I jakości się czepiać nie będę, bo nie. Tłumaczeń też się nie będę czepiać, bo zazwyczaj tłumaczone, bardziej lub mniej udolnie, ale ok.

Bo jaka jest akcja? Kupujesz poradnik, coby Ci pomógł. Odmienił życie. W końcu. Czytasz. Inspiracja wszerz i wzdłuż. Myślisz: No nareszcie. Koniec moich problemów. Yeah! Tylko, że, well, nie do końca. Jakoś chcesz to wprowadzić w życie, te wszystkie rady, porady. I jakoś próbujesz. I jakoś nic się nie dzieje. No przynajmniej nie za wiele. Bo czegoś brakuje? Bo coś tu nie działa? No i się pewnie zniechęcasz.

No tak sobie fantazjuję, że tak właśnie jest. W gabinetach często pada pytanie o „coś dobrego do poczytania”. No to z ociąganiem wielkim podaję jakieś tytuły. Z przekory czasem. Tak.

Nie.

Brakuje doświadczenia. Brakuje ucha do wysłuchania. Brakuje tego „czynnika ludzkiego”. Gdzieśtam dostałam wiadomość – dlaczego terapia jest sexy? Bo jest. Bo jest interakcja. Bo jest żywy człowiek. Bo jest coś czego żadna książka czy e-książka nie da. Empatia. Bycie. Przebywanie. Reakcja prawdziwa na to co przeżywasz. Bo tamto to trochę jak oglądanie Kamasutry zamiast prawdziwego seksu.

Czy jest rada, porada? Nie. Ale jestem w Twoim doświadczeniu. Biorę je. Czasem rozkładam na czynniki pierwsze. Czasem identyfikujemy mechanizmy. Czasem po prostu jesteśmy. I idziemy dalej. Do Twojego celu.

Jestem Twoim przewodnikiem. Towarzyszem. Może nie byłam tam gdzie Ty byłeś, jesteś. Ale też byłam w wielu miejscach, w których Ty nie chciałbyś być. I to jest dobre. I żaden poradnik tego Ci nie da. Bo nie będzie „czynnika ludzkiego”, który będzie z Tobą. Który widzi CIEBIE. Nie przypadek. Nie uśrednioną średnią statystyczną. Ciebie.

Poradnik wkłada Cię w formatkę. Jak Ci to pasuje to spoko. Wierzę w doświadczenie. W bycie. W ocieraniu się naskórków, jak w ostrzenie metalu. W energię między dwójką ludzi. Żywą. Bijącą. W starcie się głów. Przekonań. W siłę, no ok, empatii i współczucia. I współodczuwania.

Gdzie jesteś, jestem z Tobą. Bez ocen. Po prostu.

Ale to ja.

Pamiętaj, że to mój subiektywny wpis na subiektywnym blogusiu.

Dlaczego self- helpy nie pomagają?