Odrzut

Gabinet nr 1. Ten mój ulubiony.

Siadam w czerwonym, opasłym fotelu uśmiechając się do Niego. Znamy się kilka lat. Z przerwami wieloma. Ale przecież znać się nie przestajemy.

– No zapytaj mnie, zapytaj.

Nasz rytuał.

– Co słychać?

– Dobrze, dziękuję. – natychmiast odpowiada frazesem. Przekrzywiam głowę, jak na tradycję przystało.

– Sprawdź meila.

– Teraz?? Umówiliśmy się przecież…

Przerywa mi w pół zdania – Sprawdź. Proszę.

Kręcę głową, jak jakaś ciotkaklotka nad tymi, omójboże, naruszonymi granicami, wieki temu wyznaczonymi. Sięgam po telefon. Jest mail z załączonym plikiem. W Excelu. Dzienniczek obsesji. Zapis kompulsji. Od poniedziałku do niedzieli. Potem znowu – od poniedziałku do niedzieli. Miesiąc po miesiącu. Tyleż razy umyte ręce. Tyleż razy zmieniona pościel. Tyleż razy uprana bielizna. Tyleż razy masturbacja. Tyleż razy poukładane kubki. Tyleż razy zamknięte i otwarte drzwi.

Dużo. I widzę wzorce, algorytmy niemalże. I tendencję w górę, w dziesiątki liczoną.

Jest źle. Bardzo. Tak bardzo, jak nigdy jeszcze nie było.

– Wiem. Wiem. Wiem. – szybko, szybko wystrzeliwuje wyrazy – Dlatego. Jestem. Jestem. Jestem.

– Co się stało… – jeszcze raz patrzę w tabelki, bo widać – 15 listopada?

– Obejrzyj. Tu. Tu. Tu. Pewnie widziałaś. Do końca. – wyciąga w pośpiechu najcieńszy tablet świata, ten mój FreakGeek – Proszę, wiem jaka była umowa. Ale nie umiem już mówić. Opowiedzieć. Za trudne. Trudno…

Oglądam… Do końca.

I już wiem. I gdzieś w końcu przez ściśnięte gardło mi się przedziera łamane – „Tak mi przykro”.

Zrywa się z kozetki. 3 kroki do przodu. Obrót. 3 kroki do tyłu. Coraz szybszy oddech. I tak. Łzy. I słowa: „Wiesz, że łzy mają różny skład chemiczny. Łzy smutku są różne od łez od cebuli, albo od rozpaczy, albo od nawilżenia…”.

Słucham jak wikipedii, bo On zna skład chemiczny każdej substancji wydzielanej przez ludzkie ciało – krew, łzy, pot, sperma..

– Stop!

Zatrzymuje się w połowie kroku, ale jeszcze go dokończy, bo musi, bo tak.

– Już. Już. Już. Wiesz.

Siada. Z tymi chemicznymi łzami na twarzy. Ech, niech płyną. Milczymy.

–  Tylko, że ja się nie odważyłem. Wiesz. Zapytać. Ona jest wyjątkowa, wiesz? Ech..tzn. była..nie, nie..jest..Nie..Była. Nie..poczekaj..yyyy…

– Wiem. Jest.

– Prawda? – rozpromienia się na milisekundę. – Ale ja….

I znowu cisza.

– Po co komu taki Odrzut jak ja? Z tym wszystkim, co mam..Jak mógłbym myśleć, że ja..Ja.. Ja? Poza normami. Poza tym wszystkim, czym jestem? Tym, co jest atrakcyjne, normalne. Wyjście z domu zabiera mi jakieś 3 godziny. A miejsca publiczne??Jak możemy iść do knajpy? Sex??? Nie mogę, teraz. Odrzut. Pierdolone zanieczyszczenie w tkance idealnie dysfunkcjonalnego społeczeństwa. Rak. Niepotrzebny. Nieważny. Do wycięcia, z nadzieją, że nie będzie przerzutów. Iza…. Jak można ze mną być?

Milczymy. Bo nie o odpowiedź przecież tu chodzi. Może o lęk najbardziej z ludzkich, ale tu, jeszcze bardziej prawdziwy. Jeszcze bardziej przerażający.

U FreakaGeeka i tych podobnych do Niego.

Kto pokocha Odrzuty?

Odrzut

Zobacz mnie

Gabinet.

Siedzi, jak zawsze, nienagannie ubrana. Cała, taka idealna. Aż ja próbuję, tak nieudolnie trochę, zamaskować plamkę po kawie na bluzce.

Opowiada o swoim minionym weekendzie. O zajęciach, o teatrze, o filmie, o znajomych, tych pięknych, tych creme de la creme miasta stołecznego.

– Dużo tego. Ale jak się w tym wszystkim czułaś?

Po raz pierwszy dziś, milknie. Wbija we mnie sztućce spojrzenia.

– A ty znowu swoje z tymi emocjami..

– O weekendzie możesz porozmawiać z przyjaciółkami..

– Czy terapeuci nie powinni być mili i wspierający?

– Kiedy trzeba, powinni. Mówisz mi, że nie jestem taka dla Ciebie?

– Tylko mnie do ściany z tą dziwną tapetą przyciskasz z tymi emocjami!

– Mam wrażenie, że od nich uciekasz, bo w ogóle o nich nie mówisz.

Wysyła mi dwa sople lodu. Ale one gdzieś po drodze topnieją. Za to widzę wulkan chyba..

– Kurwaaa, Iza!!! Tak! Uciekam! Tak, bo to boli. Bo nie chcę ich czuć, ani widzieć! Nie chcę patrzeć na tą pojebanie żałosną prawdę o sobie! Happy?

Milczymy. Słychać głosy z recepcji. I strzępki wyrazów zza ściany.

– Jaka to prawda, której się tak obawiasz?

Kręci głową. – Nie możesz się poddać, raz, co?

Uśmiecham się tylko, bo przecież wie, że nie. Wzdycha. I już ciszej. Szeptem prawie.

– Iza..Nikt mnie nie zna, tak naprawdę. Ci ludzie wokół mnie, mam wrażenie, że żonglują setkami masek, żeby tylko było, och, no zajebiście.. Ja też to robię. Ale gdzieś kurwa, w samym rdzeniu, marzę, żeby mnie ktoś naprawdę zobaczył. Może przejrzał przez te maski i dostrzegł mnie. Mnie. Z tym wszystkim co się we mnie kotłuje, z lękami, ze smutkiem. Żeby zobaczył. Mnie. Całą. Tak. Może z całym tym syfem przeszłości. Z tymi pierdolonymi neurozami przyszłości. Tak. I tak. Boję się, że nikogo takiego nie będzie. Będę taka, niezobaczona, niepełna, sztuczna więc..

– A dajesz się zobaczyć innym?

tumblr_mvyatkhPzT1rnqg7ho2_500
photo by Julien Mauve

Zobacz mnie

„Nie histeryzuj!”

„Tylko bez dramy!”, „Przestań się tak  emocjonować!”, „Przesadzasz!”.

Drogie Panie! Czy słyszałyście któreś z powyższych, albo pochodne, kiedykolwiek od ważnego dla siebie mężczyzny?

Jeśli nie, to chylę warkocz przed Wami, jeśli tak to pewnie też pamiętacie, w jaki sposób to na Was podziałało. Jestem kobietą, jak ostatni raz sprawdzałam, a później dopiero psychologiem, i w takich momentach, które na szczęście zdarzają się rzadko, bardzo, zostaję nawiedzona przez demonicę Furię, no cóż..

Ale stało się tak, że to usłyszałam całkiem niedawno. Co prawda na Fejsbookostanie, na czacie. Siła rażenia nie była jednak mniejsza. Trudno jest tylko poczciwie się pokłócić, no bo jak? Zarzucę go emotikonami „rozhisteryzowanymi”? BĘDĘ PISAĆ DUŻYMI LITERAMI? Ooo, wtedy to ja mu pokażę te swoje emocje, hoho!

No ale stało się. Pokłóciłam się. Rozemocjonowane paluszki ledwo natrafiały na odpowiednie klawisze, a autocorrect tworzył nowopoezję znaczeniową. Pokazałam to co mnie bolało, co wkurzało, co uwierało niemiłosiernie. I co?

I usłyszałam tytułowe – „nie histeryzuj!”.

W kłóceniu się na czacie jedna rzecz jest naprawdę bardzo, bardzo pozytywna – można przytoczyć słowa i znaczenia i wytłumaczyć, jak paluszki nadążają, intencje za słowami. Powrót do słów pisanych działa też jak kubeł, niestety w tym wypadku uryny, na głowę wylany. I przychodzi oprzytomnienie. Perspektywa.

Po tym jak już się zwentylowałam, włączyłam skaner autoterapeutyczny:

Czy ja naprawdę tu dramatyzowałam, bez potrzeby, teatralnie?

Nie.

Czy miałam powody tak się poczuć?

Tak.

(Tutaj niestety dłuższa pauza była mi potrzebna, bo ławę przysięgłych musiałam powołać, pod postacią Głosu Rozsądku, Obiektywizacji Przyczyn, Poprawności Komunikacji).

Czy to był pierwszy raz, kiedy jego zachowanie w taki sposób mnie zraniło?

Nie.

Czy mówiłam o tym wcześniej w bardziej „cywilizowany” sposób (czyt. bez zbędnych emocji)?

Tak.

Czy nastąpiła zmiana o którą prosiłam, którą jasno i wyraźnie sygnalizowałam?

Nie.

Czy jest nadzieja, ech ta Matka Głupich i Naiwnych, że zmiana nastąpi?

Raczej nie.

Czy jestem w stanie iść na kompromis w tym właśnie, co jest dla mnie arcyważne?

Nie. Już nie.

Na pewno?

Taaak?

Serio, serio czy tylko trochę serio?

Serio (z westchnieniem i lękiem).

Czy ta relacja jest dla mnie ważna?

Cholernie.

Czy godzę się na takie traktowanie, mimo ocenianej wysoko ważności relacji?

Czas przeszły – godziłam. Chyba.

Czy jestem w stanie nie reagować emocjonalnie, nie „histeryzować”, odciąć ten kawałek siebie i pogodzić się z takim stanem rzeczy?

Nie.

Nie zgodziłam się w sobie na lobotomię osobowości, w zagrożeniu, że On zamilknie, odsunie się, przeczeka i jak już „Drama Queen” ostygnie, to znowu będzie miło i przyjemnie i wygodnie.

Nie zgadzam się na brak autentyczności w relacjach. W szczególności tych, które są dla mnie ważne, bardzo.

Położyłam siebie na wadze (hyh) – moja autentyczność i integralność vs. relacja z Nim. Zważyłam potencjalny ból, zawód i poharatane serce. Popatrzyłam na drugą szalkę – trwanie w częściowym kłamstwie siebie, chowanie emocji, tuptanie na paluszkach, żeby „był spokój” i relacja zafałszowana. Neee.

On jest dla mnie ważny, może najważniejszy – ja jednak, dla siebie, na dziś i zawsze, jestem ważniejsza.

Trochę będzie tak jak poniżej, ale to przecież mój świat na Nim się nie kończy, nie?

tumblr_mrrng9DJv91r6lg92o1_500
rys. by podeszczu

„Nie histeryzuj!”

Ex-, ja i social media

images

Kiedyś to było łatwo. Ludzie się rozstawali. Przestawali do siebie dzwonić. Najwyżej wpadło się gdzieś na Exa, albo Exę. Trochę przez moment kwadratowo, ale później już do przodu. Ale teraz z tymi mediami społecznościowymi oszaleć można!

Pół biedy jak polubownie. Ale jak ktoś od kogoś odchodzi, rzuca, to serce jednej strony krwawi i zaczyna się tango rozpamiętywania. I już byłoby może bliżej uleczenia, już może serce by tak juchą nie buchało, gdyby nie np. update exa na Facebooku, a jeszcze gorzej zdjęcie z jakąś nową love.

I tango od początku gra. I przyrzekasz sobie, że wykasujesz, zablokujesz i w ogóle wielkie „Won!” zastosujesz, kiedy człowiekiem w bardzo przecież delikatnym właśnie stanie jesteś i niestety ciekawość czysto masochistyczna wygrywa z rozsądkiem i radami mądrych ludzi. Które brzmią właśnie – bardzo rozsądnie:

„Męczyć się będziesz tylko. Rozstanie to rozstanie.”

„Oddychaj, a potem zrób dla siebie coś dobrego.”

„Kup sobie nowe buty. Zawsze pomaga.”

Inni, zaprawieni w bojach, optują za słodką zemstą podawaną w społecznościowych porcyjkach, jak kawałki zatrutego tortu: „Weź wrzuć zdjęcia z tego melanżu, najlepiej z jakimś superboyem, albo „samojebkę” tuż przed wyjściem na jakąś intelektualną imprezę. Albo focie z wyjazdu mocno koedukacyjnego na plaży, na basenie, przy barze”.

Jeszcze inni twierdzą, że posty z aśramu w Indiach, gdzie aktualnie przebywasz szukając siebie, będą dowodem na to, że na pewno się wznosisz ponad to co Ci on zrobił, albo ona, płeć przecież nie ma znaczenia.

Super. Rady zawsze pozostaną tym czym są, czyli kupą…śmieci, dla kogoś kto akurat jest w stanie bliskim psychotycznemu, bo tak boli i już. Odzywają się więc najgłębiej skrywane instynkty i z samobójczą ciekawością – bo to ty właśnie konasz w mękach, stając się superStalkerem, buszując po wszelkich możliwych portalach na których twój Ex gości, odkrywasz, co, gdzie i najgorsze z kim, robi. Każdy status, jak mały gwoździk w już i tak czołgającą się po żwirze samoocenę. Ale ty nie dajesz spokoju i dalej – może Instagram jeszcze Cię bardziej przekona, że cierpienie uszlachetnia. A już śledzenie nowej love, na pewno. Tia. Zapewne.

W życiu i w gabinecie doświadczam karuzeli płaczu, jęków i bólu codziennie właśnie przez cyberstalkowanie podawanych.

Social media rozstań nam nie ułatwiają. Ileż trzeba mieć samokontroli, żeby jednak nie zamienić się w Prześladowcę, który tak naprawdę prześladuje tylko siebie, zdzierając tylko zasychające strupki, gmera paluchem w ranach?

I po co?

Ex-, ja i social media

Dlaczego facet zdradza?

„Bo może” – tak moje rozmyślania nt. natury płci skwitował mój niegdysiejszy narzeczony.  Oburzyłam się nieludzko wręcz.

„No halo, ale, że co? Jestem kobietą, też mogę, nie?”.

„Twój wybór” odparł, i zajął się zmienianiem Wszechświata.

Przyznaję. Pokonał mnie wtedy. I tak do mnie ta krótka nasza wymiana powracała. I powraca. Bo na kozetce i w życiu tych poturbowanych przez zdradę dziesiątki. Jak bumerang wracają więc te zdania. Bo masz wybór? Serio? To jest takie proste? Ekhm, znaczy trudne?

Zdradę oglądałam ze wszystkich dostępnych stron już chyba. We wszystkich możliwych konfiguracjach. Chociaż pewnie życie mnie jeszcze zaskoczy, na co liczę, i nie chcę oczywiście.

Bo normalnie to napisałabym że przecież chodzi o niespełnione potrzeby, takie długofalowo niespełniane, więc szuka się gdzie indziej – bo jak się chce piciu to trzeba i już. Tak o seksie mówię, ale nie tylko. Taka deprywacja przez lata się ciągnąca, kusi spełnieniem. A panowie – sorry, wiecie, że Was kocham – potrzeby swoje dla tzw. świętego spokoju zawieszają i cierpią, ale jak już się przydarzyć okazja może to z tego wyczerpania, chcą, pragną siebie urzeczywistnić. Może w końcu się poczuć dobrze, ze sobą, ze światem. Może.

Normalnie też popatrzyłabym na tych, którzy swoją samoocenę wzmocnić muszą ciałem i duszą kolejnej kobiety, żeby ciut bardziej męsko się poczuć. Ciut bardziej pełnokrwistym facetem. Ciut bardziej gorącym kochankiem. Ciut mocniej podziwianym przez inny model, niż szanowna kobieta długoletnia, bez względu jaką Kocicą by nie była. Co z tego, że to krótką trwałośc ma. Co z tego, że zaraz jak tylko z łoża wyskoczysz, to już za drzwiami czarna dziura własnej wartości jest jeszcze większa, bo wiesz przecież, że kolejna kobieta Ci jej nie zszyje. Co z tego?

I tak, zdradzają.

Oczywiście, biologia, rozsiewanie genów itd aż do zupełnego upojenia się stereotypami.

A co, Drogi Mężczyzno, jeśli masz wybór po prostu? I to od Ciebie zależy? Bez względu na braki, potrzeby, niezrozumienie, nieistniejącą samoocenę, czy psychologię ewolucyjną? Nie ma na co zwalić winy? Nie ma. Możesz co najwyżej „zwalić konia” (brzydkie wyrażenie) albo „niechcący” wpaść między już rozłożone nogi chętnej, no bo jakże, kobiety tudzież pośladki mężczyzny (nie dyskryminujemy).

Bo może właśnie to jest Twoja i tylko Twoja odpowiedzialność? Nie masz spełnianych potrzeb? A co zrobiłeś żeby mieć je spełnione? Odszedłeś? Szukałeś dalej? Pracowałeś nad związkiem? Aaaa, masz niską samoocenę? Rozumiem.. A jakoś chciałeś to zmienić, bez ranienia kobiety swojego życia? Bo nie wiem przypadkiem, czy seksik bez zobowiązań, czy nawet romansik na boczku, to przypadkiem nie plasterek na gangrenę?

Może gdzieś o tzw. moralność się rozbijamy. Ja nie wiem co to znaczy. Każdy chyba ma swoją z wierzeń i przesądów ukutą. Patrzę na tych zdradzonych i zdradzających i myślę, że nie o to tu chodzi. Tylko o rany, o integralność, o odpowiedzialność. Tak, wiem, same nudne słowa, jakże niepopularne dziś dla nas, w Krainie Wiecznej Przyjemności żyjących. No cóż.

Idziemy na łatwiznę.

Twój wybór.

Dlaczego facet zdradza?

Była Miłość

images

 

Poczułam jak mnie ściska za gardło. Potem lodowatą ręką chwycił za kark. Wstałam powoli z fotela. „Oddychaj”. Jedyna komenda jaką byłam sobie w stanie wydać. I zimno, od tej lodowatej ręki. I wspomnienie przebiegło przez myśl. I złapał mnie w pasie. Nie mogłam rozłączyć jego palców na moim brzuchu. Jak pieprzone imadełka. I czułam jego oddech nad uchem. Przestałam się szarpać, imadełka zluzowały się. Wyrwałam się. Dobiegłam, już płacząc, do łazienki. Zatrzasnęłam drzwi. „Okej, już. Uspokój się.”. Powoli otwieram drzwi i idę w stronę łóżka. Powtarzam „Już dość, już dość”. Łzy same płyną. I jedno jego uderzenie rzuca mnie na półki z książkami. Osuwam się jak manekin. Twarz na klepce, umazana krwią. Z nosa, z rozciętej wargi. Chwyta mnie za włosy. Ciągnie. Wiem gdzie. Do lustra. Zdarte dłonie. Podnosi mnie siłą jak worek piasku. „Daj mi spokój..” szepcę. Trzyma mnie w tym lodowatometalowym uścisku. Nie umiem na siebie spojrzeć. Klamrą dłoni podnosi mi twarz. I sssyczy „Patrz”. I widzę siebie i jego. „Pan Nienawiść”, mówię szeptem.

– Wiesz kim jestem.

– Wiem.

– Dlaczego przede mną uciekałaś?

– Nie chcę cię tu.

– Ale jestem i nie pójdę.

–  Nie krzywdź mnie już tak, proszę.

– Sama się krzywdzisz.

– Mądry jesteś.

– Sama mnie stworzyłaś i poczułaś. Zamieniłaś moją siostrę na mnie. Pamiętasz?

– Miłość była.

– Była. Teraz jestem ja. Kurewsko mocny. Dziękuję.

– Spierdalaj.. – przytula się do mnie tylko – Nie, nie..Będę dopóki będziesz mnie czuła.. Jak w greckiej tragedii, dwie maski na tej samej głowie.

– Wolę twoją siostrę.

– Jej już nie ma. Wygoniłaś ją. Pamiętasz?

– Nie miałam wyjścia… – siedzimy na podłodze, oboje..- Co będzie po tobie? Pójdziesz sobie kiedyś?

– Przyjdzie nasza kuzynka, Obojętność.

– A później?

– Jej kuzynka, Zapomnienie.

– Kiedy?

– Nawet nie zauważysz.

– Można zapomnieć o Twojej siostrze, Miłości?

Uśmiechnął się tylko.

Skurwysyn.

 

Była Miłość

Bajka

imagesCA2RVE2D

Za siedmioma wieżowcami, za siedmioma supermarketami, w wieży kilkupiętrowej z postrealizmu pogierkowskiego, mieszkała piękna Księżniczka. Miała marzenia spełnienia zawodowego, pasje różne, ale jej głównym celem życiowym, tak jak każdej księżniczki w tym społeczeństwie wg reguł Poprawnego Zachowania, było znalezienie księcia.

Księżniczka przyjaźniła się z innymi księżniczkami, które podobnie jak ona, cel swój życiowy wypełnic musiały. I próbowały. No uciechy z tego co niemiara było, bo przygód a przygód, każda z nich przeżywała mnóstwo. Np. jedna pocałowała ropucha, bo wg starych legend, on przemienic się w idealnego księcia miał, ale okazało się, że wcale się nie zmienił, tylko wykicał z jej wieży nad ranem, skrzecząc, że zadzwoni. Albo kiedy dobrze-rokujący książe, co to serenady przymiotników onlajnowo wyśpiewywał u innej, okazał się w pożyciu codziennym Księciem Pustaków raczej.

No ale były też inne, które na pewne ustępstwa w życiu poszły, żeby cel osiągnąc. Słyszała od jednej, że ta zrezygnowała ze swojej kariery, żeby swojego księcia w jego pracy wspierac, i chyba dobrze jej z tym było, nie idealnie, ale dobrze.

Jeszcze inna zgadza się na bycie z księciem, który z inną księżniczką jest związany, i wcale nie zamierza od niej odejśc, bo taki układ mu pasuje, ale ona biedna tego nie wie, i się oszukuje i tak trwa, zakochana niestety, łudząca się.

Inna, złamała system, bo odkryła, że raczej inne księżniczki ją interesują, i żyje z jedną, w tym dziwnym państwie, gdzie nie ma prawo-prawnie tych związków byc.

A już zupełnie kuriozalnym przypadkiem była inna, która przeglądając się w Zwierciadle Norm Społecznych, główką królewską pokręciła i ze stanowczym „Pierdolę to!” tiarą w zimne szkło rzuciła i poszła swoją drogą, na wieczny ostracyzm społeczny się narażając, ale mając go głęboko w swojej imperatorskiej pupie.

„Ach – wzdycha Księżniczka – jakie to wszystko trudne i skomplikowane”. Ale z celu nie rezygnuje, bo nie może.

Lata płyną. Księciowie na rumakach pod wieżę podjeżdżają. Jedni zostają na dłużej, żeby z Księżniczką obcowac. Inni, tak tylko na chwilę życiową wpadają i odchodzą, no bo tak. Uroda trochę szarzeje, włosy błysk swój tracą, metabolizm się spowalnia.

Księżniczka w Zwierciadle Norm Społecznych się przegląda i wie, że sprawy nie mają się najlepiej. Czas ucieka. Na rynku coraz mniej Książąt Dostępnych. Zaczyna się rozglądac na Wtórnym Rynku Matrymonialnym o wdzięcznej nazwie „Księciowie z Odzysku”, ale tam też nie za wesoło, na okazje trzeba polowac, bo rodzynki się zdarzają, ale do polowań Księżniczka siły nie ma. I nagle zauważa, „A cóż to??”, że w swojej wieży sama już nie jest.

Mianowicie zamieszkała z nią niepostrzeżenie Desperacja. Gdzieś, jakoś się wzięła wylęgła i w cieniu Księżniczki się rozgościła, włócząc się za nią krok w krok. I kiedy tylko Księżniczka w Zwierciadle się przegląda, albo tylko zerknie zazdrośnie na inne pary królewskie, ta już jej do ucha szepce „Oj, kochana, źle jest. Chyba już twój termin przydatności minął. Chyba trochę niedorozwinięta społecznie jesteś. No i nieprzydatna, bo kiedy chcesz małe książątka miec?? Jak już siwe włosy ci wypadną? Co z ciebie za nieużytek!!”. I im więcej szepce a Księżniczka słucha i reguły Poprawnego Zachowania społecznego czyta, tym desperacja strachem się zażerając, tyje i już na dobre u Księżniczki się rozgaszcza, i cień i serce i myśli anektując.

Biedna, chcąc nie chcąc, żeby takim wyrzutkiem społecznym się nie stac, myśli sobie: „Ok, następny, który mnie zechce, będzie mój, i już!”.

No i napatacza się książe, księciunio, taki trochę nie za bardzo w guście Księżniczki, taki trochę nieksiążęcy nawet, ale przecież wybrzydzac nie ma co. Bierze go więc, szczęśliwa, że może się w Zwierciadle Norm Społecznych już bez strachu przeglądac. Niektórzy się dziwią, że taki egzemplarz sobie wybrała, no ale to w końcu nie oni spac z nim będą, więc wara!

I tak żyli długo i szczęśliwie.

Na pewno?

Bajka

„Krwawię..

…naprawdę, patrz..”.

Patrzę. I uśmiechamy się do siebie. Tym uśmiechem, co rozumie. I wcale nie jest wesoły.

„Znowu”.

„Wiem. Boli?” – głupio pytam. Ona wie, że głupio pytam, tak z przyzwoitości trochę. -” Tak, ale nie bardziej niż zwykle.” Twarz przykrywa dłońmi. Prawie widzę krew lecącą.

„Powiedz mi coś, żeby nie bołało, zaklęcie jakieś..”

„Nie znam żadnych.”

„Znasz na pewno..Przecież jesteś czarownicą..tą dobrą..”. I krew, ta metaforyczna, jakaś bardziej przezroczysta się robi, bo rozwodniona, przez łzy. Jej. I żałuję, że nie znam.

„A gdybym była, to naprawdę byś chciała, żebym Ci ten ból zabrała?”

Wbija się we mnie wzrokiem jak nożem. I głębiej jeszcze. Po dziurki w duszy. I widzę nienawiść prawie, potem spokój nagle, nie wyrachowany, prawdziwy.

„Nie. Masz rację, nie. Ale obiecaj mi, że przejdzie..ten ból”

„Obiecuję” – mówię, chociaż nie powinnam. „Ale co to dla Ciebie znaczy, że Ci obiecam?”

„Och, przestań mi tu shrinkowac!!” – zrywa się z kozetki i staje tyłem do mnie, głowę o fioletową tapetę opiera. „Bo wtedy będę wiedziec, że wiesz co czuję..”

„Usiądziesz?”

Siada. „Przepraszam. Boli..”

Wiem, że boli. Bo nie może nie boleć. I kolejna rana. Kolejny ktoś wjechał Ci w życie. Rozjechał je mało subtelnie. Pamiętam, co mi mówiłaś.

Bo najpierw jest tak, że te rany zabliźnione, te siniaki, blizny, potłuczenia sobie pokazywaliście. Te, przez innych zadane. Z poprzednich relacji, z kryzysów, z upadków. Teraz z nadzieją, że to już może raz ostatni. I była fascynacja. Tą nadzieją chyba. Że może tak, teraz, już będzie dobrze. Że ten drugi zobaczy, dotknie i nie odwróci głowy. Nie odwrócił. Patrzył. Dotykał. Nie odwrócił z obrzydzeniem czy z oburzeniem głowy. Palcami delikatnie dotykał tych ludzkich części Ciebie. Całował stwardnienia doświadczeń. Pokazał Ci swoje. I było dobrze. Tak dobrze. Tak jak marzyłaś.

A potem nagle, nie wiedziałaś skąd. Cios, chociaż nie, najpierw szturchnięcie. Już wtedy powinnaś się wycofac. Ale wciąż myślałaś: „Ale on mnie widział. Mnie. Ze wszystkim. I było dobrze”.

Nie. Nie bylo. Było uderzenie. Jedno, potem drugie..

Następna rana. Na razie ropieje, bo grzebiesz w niej, zdzierasz strupek powoli zasychający.

I teraz krwawisz. Boli.

I chcę Ci powiedziec, i mówię „Już dobrze, dobrze już..”. Ale wiem, że nie usłyszysz, jeszcze nie teraz..

 

imagesCAK3QCGI

„Krwawię..

Jestem ofiarą, jestem katem

Ostatnio po gabinetach hulało mi słowo „przebaczenie”. Jakoś tak się stało. Dużo się o nim mówiło. Ktoś przebaczył swojemu katowi z dzieciństwa, a ja znowu o mało terapeutańca radości nie odtańczyłam. Ktoś inny dowiedział się, że mu przebaczono i łzom wycierania nie było końca. W pewnym małżeństwie też grzech wielki odpuszczono, i znowu po pudełko chusteczek pobiec musiałam, bo się skończyły. Tak było.

Bo jak mocno dotyka ten brak przebaczenia za zbrodnie mniejsze i większe na sobie popełnione? Co robię gdy ktoś mnie zranił, do szpiku? Co jeśli jako dzieciak byłam bita, albo molestowana? Co, gdy byłam zdradzana? A gdy to ja zdradzałam? Co, kiedy słyszę słowa o sobie jadem podszyte, albo gorzej jeszcze, obojętnością? Co jeśli ktoś coś za moimi plecami zrobił? Co jeśli..?

Gniewam się, wściekam, złoszczę, urazę chowam. Tak. Mam do tego prawo. Ktoś mnie skrzywdził. Głębiej albo płycej. I to boli. I to ma boleć. I czasem skaza traumy na całe życie zostaje. I nawet, kiedy już się jakoś uporałam, i jakoś funkcjonuję to ciągle pamiętam.

Ale złość, gniew i ból wwierca się w skórę duszy jak kleszcz. Infekuje teraźniejszość. Coś się kiedyś stało, a ja wciąż emocjonalnie tkwię w tym samym miejscu, nie pozwalając sobie na przebaczenie. Siedzę z tą raną swoją i dłubie w niej paluchem jak się trochę zasklepi. Strupek sobie odrywam. Z blizną się obnoszę. A w środku ciągle te same emocje. Mam obiekt nienawiści. Powydzieram się w duchu na niego, albo na kogoś podobnego, aby te emocje jakoś wyrzucic. Bo tak nie może być przecież nieukarany! Musi zapłacić za to co zrobił!!

I tak minęło wczoraj. Mija dzisiaj. Minie pewnie też jutro. Ja wciąż z głową w moim bólu i pokrzywdzeniu. Jak kierowca ciągle we wsteczne lusterko spoglądający, nie widzi co przed nim, ale jedzie tak w teraźniejszość.

I tak z ofiary staję się swoim własnym katem. Niszczę siebie.

Z przebaczeniem komuś, przychodzi też po cichu, współczucie dla siebie, ale prawdziwe, bo ze świadomością i zrozumieniem. „Tak zraniono cię, tak cierpiałaś, tak bolało.” I jakby lżej. I przystaję. I wyciągam rękę do siebie. I do niego też. I przestaję być ofiarą kogoś i katem siebie. I już lepiej się skupiam na drodze codzienności. Nie, nie zapomniałam. Pamiętam. Przebaczenie nie zmieni przeszłości, zmienia za to moje teraz i moje jutro.

Trudne słowo.

images

Jestem ofiarą, jestem katem

Kocham Cię! Odejdź..

fearintimacy

Siedzi, taka bidulka, na tej czarnej kozetce mojej. Rozpuszcza włosy w stylowego koka upięte. Trzyma łzy na uwięzi, kajdankami, żeby tylko się nie rozbiegły. A słowa same ciekną..

„Wiesz, ja dbałam o niego, o jego potrzeby, o to, żeby się dobrze, no dobrze, lepiej, czuł, ze sobą..No i ze mną. Żeby zobaczył, że przeszłośc już była. Że tamta, to nie ja. No bo tak przecież jest. Tyle czasu..No był sex. Ja też chyba z siebie nie dałam, nie otworzyłam się. Siebie. Ale czy on chciał to widziec? Mnie? Czy chciał zobaczyc mnie, prawdziwą? Z potrzebami i emocjami?? Jak to zrobiłam, to widzisz, co się stało..”.

Odrzucenie się stało.

To nie było wielkie love, które trzęsie ziemią i tożsamością. To były początki czegoś, co mogło trwac, i byc piękne, i pełne, i spełniające. Mogło. Nie stało się. Nie ma już nic. Nawet nitki kontaktu.

Serca mi się kawałek urwało dla niej, bo wiem jak to jest przecież. No dobra, i trochę łez poleciało, moich. Bo tak mam, jak wiem, że mogło byc. Jak wiem, że gdyby tylko siebie otworzyc, to świat by miał dwójkę, tak, pokiereszowanych przez przeszłośc, ale kochających się ludzi. I dziwką sentymentu możecie mnie nazywac, ale wiem, że miłości nigdy za dużo. A tak to nie ma. Jest tylko wielkie, głupie nic. I tony bólu są. Ot.

Bo strach przed bliskością jest. Bo co będzie jak się otworzę? Co on/ona zobaczy? Jak mnie oceni? Bo przecież oceni.. Dam radę?? I lubię, nawet bardzo. I dobrze nam się rozmawia, oj, jak dobrze. I sex też, bardzo okej. Ale, żeby tak ja? Ja? Jak tak ostatnio zrobiłem, to do dzisiaj się zbieram, i pozbierac nie mogę. Jak ostatnio się otworzyłam, to dziś już nie wiem, czy warto..

I tak nosimy te blizny z przeszłych związków, relacji..I w dziwnych miejscach bywają te blizny. Głównie na sercu, no bo gdzie??? Jak mapa, tych sekretnych, rozdzierających historii, naszych i tego drugiego. Jak diagram starych ran, głębokich, właśnie, z blizną tylko. A rany same się leczą, tylko szramy zostają. Niektóre się leczą, a niektóre takie głębokie, że nie. No bo jak?? I niby strupek jest, i niby krew już nie leci, ale ból zostaje. I tak gdzieś gangrena się wdaje. I bliskości, tej otwartej się boimy. Bo ona z bólem pod rękę idzie. I jeszcze oberki tańczy, ej!

I tak wrzeszczymy: Lubię Cię. Kocham, może. Ale odejdź! Nie chcę znowu. Czuc bólu i cierpienia. Idź sobie..!

„Popłaczę trochę. Wódki się napiję. A jutro do pracy pójdę.”.

Mówi mi na koniec.

Kocham Cię! Odejdź..