Dla tych, którzy kochają za bardzo

Trudny to do opisania. I niełatwy do zobaczenia. Ten mechanizm. Wszyscy niby wiedzą, większość widzi. A nawet rozpozna w sobie, skrycie. Widzę. Codziennie może. Po drugiej stronie. Czasem się wymknie między słowami, albo utopi się w nadmiarze słów wypowiadanych. Tak.

„Chcę być kochana. Chcę być kochany”.

Nie, nie tylko taką miłością romantycznie prostą. Chociaż tych też wielu – zakochani, oddający siebie, swój czas, wszystko, jak będzie trzeba, żeby tylko zostać zauważonym, docenionym, pokochanym. A tamci „niekochacze” nie patrzą w ogóle w tę stronę, gdzie indziej zainwestowani, czy sercem, czy rozsądkiem, czy „bo tak wygodniej, bo są głaski, bo nie trzeba się wysilać”. Nie widzą, tych, błagających sercami o miłość, o gest, o słowo, o uwagę. A „kochacze” kochają dalej, uparcie, bez nadziei, ale wiernie. Nie widzą odrzucenia, nie chcą widzieć, bo tak obsesyjnie uczuciami zalani. Nie znajdą się na tym miejscu pierwszym, i nie chcą, nie mogą tego zaakaceptować. „Kochacze – bidulki” z sercami większymi niż rzeczywistość.

I jeszcze są tacy „kochacze – dzieci – wieczne”. Te dzieci wewnętrzne, które za każdą cenę chciały poczuć miłość Tych Najważniejszych – mama, tata.. Takie oczywiste, nieprawdaż? Tak się uczyli dobrze, tak pomagali, takimi skałami oparcia dla tych Dorosłych byli, żeby tylko poczuć na chwilę się potrzebnymi, kochanymi, ważnymi. Nie byli. Nie czuli. A dalej są.

Dorosłe Niekochane Dzieci. DND. Nowy syndrom? Nie, podły mechanizm, który krępuje ruchy, który nakazuje kochać i zasługiwać na miłość i uwagę, tych, którzy może na nią nie zasługują. Uruchamia się w związkach często, kiedy Dorosłe Niekochane Dziecko ma wolność kochać dorośle ale nie wie jak, no bo jak? Nie nauczyło się nigdy. Nie czuło nigdy. I przenosi te braki na tych, którzy o tych niedostatkach pojęcia nie mają. I szaleństwo zasługiwania zaczyna się na nowo. Robić, robić, zasługiwać, zasługiwać. Oni wciąż tam są, w swoim dzieciństwie i młodości, tam zostali, jak w klatkach. Wciąż pragną tego, czego być może, nie, pewnie nie dostaną. Bo tamci odeszli, na zawsze, albo nie widzą problemu, bo nigdy nie widzieli. Starzy rodzice. Niekochacze.

source: thepoetsgarret
source: thepoetsgarret

Jak się wydostać z tego walca zasługiwania i błagania? Z tego kochania tych „niekochaczy”?

Prawda cię wyzwoli, ale też mocno wkurzy, załamie też, może, na chwilę, dłuższą pewnie.

Te miłości się nie zdarzą. Taka jest prawda. Przesadziłam? Tak, zdarzają się. Ale mogą nie. Nie będę miała tego czego tak bardzo pragnę. Nie będę miał tego, co mi się należało, należy. Nigdy. Nie pokocha Cię ten, który Cię nie chce. Nie pokocha Cię ten, który, właśnie myśli, że Cię kocha, po swojemu.

Co ja, z tym starganym cierpieniem, czasem długoletnim, sercem, mogę powiedzieć?

Może to:

„Odpuszczam, żeby dobrze żyć dalej. Odpuszczam, żeby być wolną. Odpuszczam, żeby cenić i kochać siebie, tak jak nigdy nie będę kochana i ceniona przez nikogo. Odpuszczam, żeby w końcu poczuć siebie w sobie, a nie siebie wobec innych. Odpuszczam, bo mam dość.”

Może to, może coś innego, żeby tylko już, w końcu, odpuścić. Sobie przede wszystkim. I im też. Bo pewnie „nie wiedzą, co czynią”.

Kochacze kochani! Kochajcie siebie! I idźcie dalej, albo posiedźcie, albo położcie się i poleżcie, jeszcze trochę…Troszeczkę…

Dla tych, którzy kochają za bardzo

„Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni…

… mówi jeden z najgłupszych sloganów psychologicznej nowomowy, bo to co mnie nie zabije, może mnie zamienić – na długo albo na zawsze – w żyjącego trupa z wypalonym środkiem i pozorem ruchu. Czasem cierpienie ma taką właśnie siłę, bo są zdrady i utraty uniemożliwiające żałobę, odbierające łzom oczyszczającą moc, a czasowi łagodność. Zostaje po nich dzikie mięso jak po źle leczonym oparzeniu”.

Wyspa łza – Joanna Bator

Nienawidzę tego powiedzenia przez Nietzsche’go ukutego. Przedostało się do popcornowej psychologii i rozsiadło się w mózgach jak jakaś prawda najwyższa.

Bo co ono znaczy, tak naprawdę? Rozumiem semantykę przecież, słowa obok siebie w szeregu postawione. „Nie straszna mi żadna przeszkoda, ból i cierpienie. Nic mnie nie złamie! Zwyciężę…”. To dobry motywator na siłownię, chociaż krzywdę można sobie zrobić.

Tylko, że jak słyszę to w gabinecie wypowiedziane, gdzieś między zagryzanymi między zębami łzami, w sztucznym uśmiechu wyszczerzonymi, a pustymi z bólu oczodołami, to już nie jestem tak pewna, że to „wzmocni”.

Albo kiedy słucham historii sprzed lat czasem, albo jakiegoś wspomnienia, które gdzieś głęboko schowane w zwojach mózgowych, dopiero co się na powierzchnię wydostało, i ciągnie za sobą te emocje, których czucie zakazane do tej pory było, to już wcale nie wierzę w tą „moc”.

Kiedy patrzę na ludzi złamanych tymi historiowspomnieniami, tymi teraz, i tymi wcześniej przeżywanymi, to nie chcę tego powiedzenia słyszeć nawet.

Bo zdarzają się zdarzenia, których nie sposób „przerobić”, zapomnieć – myślisz – „phi, zawsze można, trzeba tylko silnym być”. Jasne. Mam wtedy wątpliwość, czy takie „coś” o takiej sile rażenia, kiedykolwiek ci się przydarzyło.

To zdarzenie, które zmienia nas, mnie, ciebie, bezpowrotnie. Przylepia się do duszy i nic nie jest w stanie tego odkleić. Nosimy to w sobie, na sobie, jak niewidzialny ciężar. Świat się zmenił, od tego momentu. Na zawsze już.

Nie, nie widać. Idziesz dalej. Spychasz cierpienie „na wieczne zapomnienie”, bo „silnym trzeba być”! Spychasz, tylko, że ono się odzywa, czasem gest, zapach, myśl nieokiełznana, przypomina. Co wtedy? Miało mnie wzmocnić przecież, a ja tak jakoś kulawo się czuję i odwracam głowę od siebie w lustrze. Pusta, słaba, brudna..

Najgorsze co możemy zrobić wtedy, to „zaklepać” to cierpienie i na siłę silnym być.

Czasem w gabinetach, jak trzeba to razem się w nie wsłuchujemy, co ono mi mówi, dlaczego tak bardzo chce być zauważone. Bo chce. Zawsze będzie chciało.

Może Ci pokazuje, że właśnie masz nie być silny, że może trzeba się słabości nauczyć. Nie uciekać tak wściekle od swojego człowieczeństwa? Może przez nie masz być delikatniejszy, bardziej rozumiejący ludzi, tak, pewnie tak samo cierpiących? Może rady – porady dla kogoś kto przez własną pustynię przechodzi masz sobie wtedy w kieszeń, albo głębiej schować, i tylko posiedzieć z nim, pobyć, bo przecież wiesz jak to boli?

Może właśnie dla siebie współczucia i dobroci masz się nauczyć, żeby już tak siebie nie biczować? Może czas, żebyś przestał być swoim katem w tej iluzorycznej sile chodzącym? Może czas serce otworzyć i pozwolić sobie „czuć”?

I, nie, nie być silnym, jak czasy nakazują, tylko słabym właśnie. Przed sobą samym. I powiedzieć sobie: „Tak, boli, tak, cierpię. Nie udaję ale żyję, wciąż”.

Ja prawdziwa_wy, ja autentyczna_ny, ja cierpiąca_cy.

Po prostu.

Silny, silna, w swojej prawdziwej słabości.

Jestem.

IMG_0697

„Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni…

Jak tam Twoje postanowienia noworoczne?

Oglądam sobie z A. przepływające cztery pory roku za oknem. Pięknie jest. Nagle A. głęboko wzdycha:

– Ty wiesz, że już tydzień Nowego minął a ja jakoś nie mogę się w sobie pozbierać, zmotywować, wiesz..

– Daj spokój, to przez ten dwutygodniowy świąteczny weekend. Wszystko w swoim tempie…

No ale rzeczywiście, sporo mi się na Fejsbuniu i poza znajomych chwali swoimi planami na 2015. Ile to książek przeczytają, ile przysiadów zrobią (serio, jest na ten challenge stronka), ile kilometrów przejdą, przebiegną, przepełzną, ile alkoholu nie wypiją, ilu paczek papierosów nie wypalą. I fajnie myślę sobie. Jak wiadomo (są na to badania), jak się powie znajomym, że coś robić zamierzamy, to wzrasta motywacja, że rzeczywście to zrobimy. Bo wsparcie, bo głupio jak nie zrobimy.

Druga szkoła, to ta „cichociemna” – nie mówię, nie chwalę się, żeby potem wszystkich zaskoczyć i „pokazać”, że można. Ta motywacja trochę trudniejsza się wydaje, bo ścigamy się tylko ze sobą przecież, i łatwiej popaść w jakieś stare wzorce z absolutnie rzetelnym usprawiedliwieniem np. takim, że „mi się dziś nie chce”…

Jak się tak przyglądam, to rewolucja na rewolucji będzie. Popieram zmianę oczywiście. Zawsze. Ale jak to mi znajomy, który od lat zapalonym bywalcem „siłki” jest, powiedział: „Do mnie więcej połowy lutego nie chodzę, bo nie można sie na sprzęt dopchać, jak wszyscy Postanowicze życie zaczynają zmieniać. Potem już luzik. Heh, jak zwykle”.

Jak zwykle. Nie dziwne też. Mamy przecież wiadra przekonań, racjonalizacji swoich zachowań, więc wiadomo, że łatwo złamać siebie nie da się. Coś co wpajamy sobie do głowy nie może przecież nagle okazać się kłamstwem, nie?

Np. przez całe życie, albo jego chwalebną dorosłą część myślę sobie, że siłownia (niech już będzie) to miejsce dla karków, kobiety stają się tam męskie i rosną im włosy na brzuchu, wszyscy są smukli, szczupli i wysportowani (no oprócz karków, ale tak ma być) itp.itd.

Ale pod wpływem presji robienia postanowień, koleżanki Józi i chęcią zgubienia brzuszka, decyduję się na wiekopomną zmianę i idę. Tam. Na siłownię. Z powyższymi przekonaniami przez wiele lat wpajanymi sobie. No posmarowałam sobie trochę te myśli masełkiem racjonalizacji, że „może nie jest tak źle, może te karki są całkiem miłe, a ci szczupli mnie tylko zdopingują do cięższej pracy a w razie czego to sobie te włosy z brzucha wydepiluję!”.

I na ringu przekonań mamy w lewym rogu: te tworzone przez lata, a w prawym, te miźnięcia intelektu. Kto wygra?

Tia.

Tak to czasem do tych zmian ponoworocznych podchodzimy. To jak byśmy jechali 200 km/h i po naciśnięciu hamulca oczekiwali, że zatrzymamy się natychmiast.

Miejcie litość nad sobą i nie oczekujcie cudów (chociaż takie cuda motywacyjne się zdarzają) ale prześledźcie swoje wewnętrzne dialogo- nawyki. To one potrzebują trwałej zmiany, a potem tylko trochę samodyscypliny i wiadra radości w zdobywaniu tego co tam sobie postanowiliście.

Przepis na własnym umyśle wielokrotnie wypróbowany.

Powodzenia!

🙂

 

IMG_20150110_153026

 

Jak tam Twoje postanowienia noworoczne?

2014 bez znieczulenia

2014 miał być rokiem bez bólu, napisałam sobie ładnie troszkę ponad rok temu. Fajnie jest sobie tak napisać, bo potem można wrócić i spojrzeć. I spoglądam.

I okazuje się, że tego bólu było/ jest jeszcze więcej niż wcześniej. Kręcę w niedowierzaniu głową. Czy to tak po polsku bardzo „miało być lepiej, wyszło jak zawsze”?

Powierzchownie patrząc, tak. Kilka relacji dyndających na włosku, urwało się z tego włoska. Niekórzy odeszli niespodziewanie, na zawsze. Projekty, które miałam w głowie i już, tuż, prawie zaczęłam, zostały, well, tam gdzie były poczęte. Pisać miałam tu więcej, a pisałam mniej. Wyjazdów kilka zaplanowanych, z powodów różnych, nie doszło do skutku. Wypadek samochodowo – rowerowy wyrzucił mnie z aktywności normalnej na kilka miesięcy, i jeszcze na kilka następnych.

Nie jest kolorowo. No w ogóle nie wpisuję się w „śliczny” świat wszechszczęśliwości i wszechsukcesu tak w socialach przedstawianej.

I można się zasmucić i już z tego wszechcierpienia się nie podnieść. Tylko wieko trumny nad sobą zasunąć i nurzać się w wiecznej ciemności.

 

IMG_20141112_000820

No jakoś niewygodnie mi w tej trumnie. Łatwo jest własnymi fakapami i zdarzeniami poza kontrolą właną pozostającymi się miziać, bo one takie widoczne. Jak łatwo jest zapomnieć (ach te umysły nasze) o tym co rzeczywiście się działo. Jak łatwo skazać się na płacz i zgrzytanie zębów metaforycznych. Najłatwiej.

Przychodzi w końcu refleksja – tak, była jazda bez znieczulenia, patrzyłam na swój cień wewnętrzny, prawdy o sobie gryzły w pupę, ale gdzieś to wszystko nitką połączone..

Ktoś mi kiedyś powiedział, albo przeczytałam, że w każdym cierpieniu jest sens, a jak się go pozna, to wtedy już nie jest ono takie straszne. Tak, coehlioza przeokropna, ale jak się tak pochylić nad tym, szczególnie jak się w tym cierpieniu siedzi, to jest, łatwiej, mądrzej, pewniej.

Kiedy mogę rozdzielić to cierpienie, na to, które sama sobie zadaję, bo to gdzieś z mojego skrzywionego myślenia starymi schematami wynika, i na to, które „się przydarza” – świadomie głowy nie odwracam, demonom i demonikom patrzę w pyski, to ból już nie taki ciężki, jakoś łatwiej się robi, jest miejsce w końcu na współczucie dla siebie, na miłość i akceptację tego co jest, a nie „być powinno”, „nie zasłużyłam”, „dlaczego, o Niebiosa?”.

Może bolało, bo siedziałam sobie za długo w strefie komfortu, och jak przyjemnie znajomej? Może „wszystko mi mówi”, że jednak wyjść z niej trzeba i spróbować Siebie na nowo? Też, bez znieczulenia, Siebie otwartej, grając w grę, której jeszcze nie znam, nauczyć się Siebie na nowo, internalizując mądrość z cierpienia płynącą? Wykluć się w końcu z tego kokonu? To co się poczęło w środku, urodzić w końcu, no bo czy ciąża mentalna może trwać 2 lata?

Decyzje podjęłam. Twarde. Odejście z pracy, szkoła którą od lat chciałam zacząć, zacznę, projekty ujrzą w końcu światło dzienne (i nocne). To na początek.

Cierpienie to sianie i czekanie. Cierpienie to wzrost, czasem niewidoczny dla oka. Cierpienie to poznawanie swoich granic i dojrzałości.

Nie, nie „co mnie nie zabije, to mnie wmocni” i nie „cierpienie uszlachetnia”. Pójdźmy ponad to. Transgresja siebie w całej swojej człowieczej okazałości. Stawanie się bardziej sobą. Świadomym.

Czego Ci życzę również.

2014 bez znieczulenia

Dlaczego ciągle jest tak samo?

O. mnie nie lubi. Powiedziała mi o tym otwarcie, po latach. Pięciu a może sześciu. Nie, nie jest tyle w terapii. Wtedy ją poznałam.

Pamiętam jak wpadła wtedy do gabinetu spóźniona lekko. Bez przepraszam, szybko powiedziała:

– Mam na imię O. Byłam już na kilku terapiach. Chciałabym, żeby w końcu ktoś mi pomógł. Teraz padło na ciebie.

Padło. I zostało.

Usłyszałam o byciu niechcianym dzieckiem, przypadkowym, wpadką. O szukaniu akceptacji siebie we wszystkich możliwych miejscach. O wielkiej samotności dziecka, kiedy rodzice byli, ale jakby nie byli. O pragnieniu bycia po prostu zobaczoną. O zapadaniu się w siebie. I powolnym odchodzeniu od zmysłów.

Czytam maila, którego wtedy dostałam, od Niej, pierwszego z wielu:

„Wiesz, że jestem jak wrzód na dupie świata. Jak śmierdziel, od którego wszyscy się odsuwają. Jestem niewidoczna. A każdą komórką ciała drę się „Spójrz na mnie! Poznaj mnie!”. (…) Jak hemoroid cieknący ropą”.

Jak ci przyjdzie teraz na myśl, że wystarczyło, żeby siebie pokochała, polubiła chociaż, to wyśmiałaby cię tym swoim pięknie ciepłym śmiechem, którym nie myślała, że się śmieje. Bo O.to wiedziała. O. znała na pamięć teksty z self-helpów, cytaty z Osho, nazwy mechanizmów, których używała. Mogłaby cię przelicytować w nazwiskach psychologów, trenerów, świętojebliwych cudotwórców i uzdrawiaczy szamanów. Powiedzieć o O. że jest inteligentna, to stwierdzić, że deszcz jest mokry.

Bo były dwie O. – jedna ta dorosła, ta teraz, kobieta z dorobkiem zawodowym, którego wielu jej mogło pozazdrościć, i O. ta z dzieciństwa, ta która wracała, w tych momentach, kiedy dorosła O. nie radziła sobie z rzeczywistością. I z jej jedynym pragnieniem. Byciem kochaną.

Przez kilka miesięcy O. uczyła się troszczyć o siebie, kiedy nie było nikogo kto by o nią zadbał. Milimetrami tworzyła przestrzeń dla tej małej O., nie karząc jej już, ale akceptując te jej pragnienia. Tak bardzo powoli. I zniknęła. Bez słowa.

Myślałam czasem o O. Po pracy, w przerwach. Bo to przecież nie jest tak do końca praca od – do. Emocje zostają, człowiek pozostaje w sercu pewnie na zawsze.

Kilka lat później, niedawno, zjawiła się. Odszukała w internetach. I zasiadła na kozetce. Spokojniejsza. Chyba.

– Tęskniłam za tymi spotkaniami. – zaczęła uważnie, przechyliła głowę, lustrując – Masz więcej zmarszczek i w końcu siwe włosy widać! Życie cię nie rozpieszcza widzę, może w końcu przestań z tym wariatami pracować, co??

– A co ja bym bez nich robiła? – zażartowałam.

– Wiem, wiem, pieprzona idealistka z Ciebie, za to cię ceniłam, i za szczerość, w tym waszym popieprzonym zawodzie to nie jest częste, i za to, że jesteś taka naiwna, z całym szacunkiem…

– Znasz mnie – poczułam znowu te ciasno domykane granice, z taką lekkością przez nią przesuwane. – Z czym przychodzisz?

– Z mokką czekoladową – wskazała na swój papierowy kubek. – Wiem o co pytasz. Jebie się moje życie, disneyowskiej księżniczki, więc się pojawiam, u mojej wiedźmy, żeby mi powiedziała dlaczego ciągle jest tak samo.

Zapada się w siebie na chwilę, ktoś za drzwiami robi herbatę i rozmawia o psie..

– Pokochałam kogoś, i on, też pokochał mnie. Wyobraź sobie, taki wrzód na dupie! I jest nam dobrze ze sobą. Mój wielki projekt życiowy dobiegł końca! Ktoś mnie pokochał! Oł, jeah! Tylko że, w żadnej jebanej bajce nie napisali, nie było ciągu dalszego nigdy, tylko to cholerne „i żyli długo i szczęśliwie”. Książe może tak, ale Księżniczka stoi zdziwiona z chwiejącym się diademem na główce, bo w środku ta jakaś otchłań znowu ją zasysa. I zamiast cieszyć się „długo i szczęśliwie” to czuje się wyruchana w dupę, i to za swoim przyzwoleniem. Rozumiesz???

– Pochwalam seks analny ale tylko świadomie konsensualny.

Śmieje się, tym śmiechem swoim, tym co do kości grzeje. – Dobrze, że poczucie humoru ci się nie zestarzało!

Siorbiemy swoje kawy. O.marszczy czoło, coś sobie przypominając:

– Jak ty zawsze mówiłaś?? – przewracam oczami na swoje błędy terapeutyczne, O. nie widzi na szczęście, a może udaje. – „Lekcja nieodrobiona wraca tyle razy, aż ją odrobisz”? Nie, to ktoś inny. Czekaj.. Aaa, raz się tak niepsychoterepeutycznie odkryłaś… o pustce, której nikt inny, zewnętrzny, nie jest w stanie zapełnić..Zbyłam to, bo to takie banalne. A kilka lat później patrz…

I tak sobie patrzymy. Wraz z O. która mnie nie lubi, bo ją „wkurwiam tym drążeniem” – cytuję…

Powoli idziemy, w tym dochodzeniu do siebie, do swojej własnej prawdy. Wyśmiewając i drwiąc z tych prawd oczywistych i rozwiązań jeszcze bardziej „coelhiowskich”. Dopóki gdzieś nie uderzą w samo sedno, nie podłączą się emocjonalnie, dopóki nie stają się dla nas żywe. W tym samym procesie wszyscy jesteśmy, może na innych miejscach, może w ogóle nie chcemy w nim być. Ale i tak przyjdzie, i tak będziemy. Żeby już nie było tak samo, chociaż tyle na zewnątrz się zmienia.

(O. po autoryzacji powiedziała, że „pierdolę jakieś kocopoły, zamiast jej o pustce objaśniać i dlaczego książe nie jest lekiem na całe zło”, więc już kończę).

Dlaczego ciągle jest tak samo?

To samo ad infinitum

Gabinety.

Z eRem się znamy. Z jego schematami i przeszłością kolorową również. Jego mądrość mnie zadziwia, a jego ponowna obecność w gabinecie bardziej.

– Ha! Wiedziałem, że cię zaskoczę.

– Udało się. Co cię do mnie sprowadza? Nie widzieliśmy się ze trzy lata..

– Jedno zdanie, które kiedyś powiedziałaś.

(Manipulant, hyh, głaszcze mi terapeut-ego..myślę..).

– Nie, nie przymilam się (jeszcze czyta w myślach! skubany!). Po prostu zostało i w końcu ogarnąłem co znaczy, dla mnie – „Lekcje życiowe będą się powtarzały aż się nauczysz,to czego masz się nauczyć”.

– Aha. (broń każdego terapeuty, jak chce wypaść na tak mądrego jak postrzega go rozmówca/pacjent/ klient). To czego się nauczyłeś?

– Jeszcze dokładnie nie wiem. Przed wejściem w ostatni związek, myślałem i pilnowałem się, żeby tylko nie popełnić błędów z tego ostatniego. Okazało się, że popełniłem dokładnie te same, tylko trochę inaczej. Iza, no, ciągle jest tak samo, coś mnie przeciąga po tych samych koleinach. Niby inaczej a tak samo… No kurna…

– Szukamy wzorca, mechanizmu?

– (wzdycha) No tak…Dziękuję, że powiedziałaś „my”… Już nie mam siły sam..

(Wcześniej mnie za to punktował, teraz docenia… Ludzie się zmieniają, hyh).

– Chcę już siebie normalnego! Wiesz..Bez tych starości, naleciałości przeszłości..Bez błędów…

– Popełnisz nowe, wiesz..

– (kręci głową, przyglądając się mi) Czy ty masz jakieś szkolenie na psucie ludziom nadziei?? Nie uczą was, że macie pomagać, a nie uziemiać??

– O mój dyplom ze złośliwości poproś w recepcji. (śmiejemy się, bo to nasze zwyczajowe wymianki..).

No śmichy chichy, ale podziwiam eR, że zauważył, że widzi, że wszystkie drogi prowadzą do tego samego przekonania, o sobie, o tym jaki on jest w relacjach z kobietami. I kobieta inna, ze swoim setem przekonań, ale on jest ten sam przecież. Te same mechanizmy. I widzi, że to nie działa.

Bo lekcja będzie się powtarzać, dopóki się nie nauczę. Nie zmienię. Nie odkryję, tego co mnie trzyma w warunkowanej przeszłości.

Zmienia się partnerów, partnerki, żeby było lepiej, a tu trzeba siebie. Trochę jak z urlopem, wyjazdem, albo zmianą pracy, zamieszkania. Jak to się ładno – niecenzuralnie mówi – „Same shit, different place”.

Ech.

 

To samo ad infinitum

Taka Kobieta

I są takie chwile w życiu psychoterapeutki seksuolożki, czyli moim, że trzęsie się cała dusza, i w rączce kubaś z kawą się chwieje..ze wzruszenia. I nie może, ta ja, spać, i wspomina wszystkim, nie mówiąc nic, bo nie może, przecież. Ale jak już się przestaję oddychać na chwilę prawdocudu, choć raz, to wiem, że coś się w środku zmieniło, na zawsze.

Tak mam. Czasem. W gabinetach.

<czymsobiezasłużyłam???>

eS jest hardcorem zamknięcia siebie. Nikt nie zna jej prawdziwej twarzy. Tylko ich dziesiątki, które przywdziewa bez trudu. Ty zakładasz czapkę, jak ona maskę. Pod dżinsami i bluzą skrywa ciało, kobiece, pulsujące, piękne. Wyrzekła się tej zewnętrznej kobiecości. Wyrzekła się siebie. Wpłynęła na mnie. Powerful.

Zrzuciłam obcasy. Zostawiłam w szafie sukienki. Odsunęłam te artefakty kobiecości. Chciałam jej towarzyszyć. Poczuć. Jak to jest. Kobietą bez uspołecznionej kobiety na sobie.

Byłam.

Ona też była. Molestowana, nienawidzona, bita. Uciekała od siebie. Od seksualności. Od kobiety, a czasem człowieka w sobie.

Patrzyłam i widziałam, jak trudno jej było fragmenty siebie połączyć. Kości emocjonalne połamać, żeby złożyć je na nowo. Stare rany otworzyć. Zmierzyć się ze swoim strachem, tak niewyobrażalnie nieludzkim. I stanęła przed sobą. I napisała to:

Chcę być kobietą:

Do kochania

Do podziwiania

Do dotykania

Do uwielbiania

Do rozpieszczania

Do rozmów głębokich

Do marzenia o

Do troszczenia się o

Do zabierania na szaleńcze randki

Do pisania wierszy dla

Do wielkich słów

i małych codziennych anegdot

Do minet dostawania

i od dawania blowjobów

Do wynajęcia sal kinowych dla

i od mycia kibla (bo akurat lubię)

Do bycia dzieckiem

i jak najbardziej dorosłym

Do kłótni żarliwych

i przepraszania się całonocnego

Do szanowania

Do obejrzenia serialu

i dziwnego francuskiego filmu

Do poświęcenia chwili

i całego życia

Taką chcę być kobietą.

I możesz się śmiać. Ale ona właśnie Siebie wygrywa. Właśnie zrzuca skorupę starych schematów. Otwiera klatkę przeszłości, siebie zeń wypuszczając.

eS.

Nie przestajesz mnie zdumiewać.

Dziękuję.

Taka Kobieta

#wstyd

Nie-gabinety i gabinety. Życie i nie-życie.

Wstyd.

2605784-16x9-340x191

Zżera. Konsumuje. Nadgryza. Jest. Obecny.

Ile razy o nim słyszałam? Ile razy sama go czułam? Ile razy chciałam kimś potrząsnąć, krzycząc: „Nie masz się czego k….a wstydzić!!”.

I te zdania wypowiadane sobie, a w gabinecie przede mną:

„Wstydzę się siebie, wiesz, tego, że taka jestem. Gorsza.”

„Wstydzę się swojego ciała, tego jak wyglądam. Wiesz kulę się. Chcę się schować, żeby tylko nikt na mnie nie patrzył”.

„Wstydzę się tego, że nigdy nie będę wystarczająco dobra dla niego”.

„Wstydzę się tego, że się wstydzę. Bo jakby ktoś wiedział kim naprawdę jestem..Umarłbym. Gdyby mnie zobaczył, naprawdę”.

„Wstydzę się swojej przeszłości. Tego co było i może bardziej, czego nie było”.

„Wstydzę się..Siebie..”.

My. Nieperfekcyjni. Nieudolni. Nieładni. Niezręczni. Niemądrzy. Nieinteligentni. Niecool. Niepasujący. W naszych głowach tylko. Bo coś kiedyś ktoś powiedział, skomentował, zrobił albo nie zrobił właśnie. Nie zaakceptował, nie zadbał, nie kochał. Skrytykował, wytknął, nie docenił.

A my na wiarę, uwarunkowani tak, wierzymy w coś, co już dawno prawdą przestało być, a najpewniej nigdy nie było. Wstydzimy się. To potężna emocja. Ciemna. Duszę infekująca. W głębi rdzenia osadzona. To nie jest „poczucie winy” – to czuję, gdy coś źle zrobiłam, kogoś zraniłam. Wstyd jest zawsze.

I próbujemy markować, zasłaniać, chować, kryć. Jeszcze tylko kilka nagród, jeszcze awansów ze dwa, jeszcze ładniejsza partnerka, jeszcze bardziej zajebisty partner, jeszcze kilka zer po jedynce na koncie, jeszcze podróż dookoła świata, jeszcze.., jeszcze… . I nic. Nic nie jest w stanie tego wstydu siebie, przed sobą i innymi, zatrzeć.

Może czas popatrzeć w oczy tego toksycznego potwora. I zawstydzić go, swoją prawdą, na #tuiteraz. Bo prawda jest skrajnie inna, jeśli tylko ją zobaczymy.

Pomyśl, kim byś był bez swojego wstydu?

#wstyd

Klub Złamanych Serc

Jestem sobie na najlepszym festiwalu ever. Miałam nie pisać. Ale dziś po prostu muszę. Taka ot, kompulsja przyczynowa.

#Unsound rządzi. Tyle inspiracji się nażarłam, napoiłam, wchłonęłam, że starczy mi na… (wstaw określoną ilość czasu) długo.

Dziś szczególnie. Za sprawą pana Blunta. Nie Jamesa, tylko Deana. Tuptałam ze szczęścia jak już w Teatrze Starym w Krakowie na miejscu się usadowiłam i odpłynęłam. W ból, w szczerość (chyba?), w winę, w człowieczeństwo.

Blunt, bluntly, czyli bez ogródek, w swoim show na pograniczu teatru, najebki z popu i doskonale niedopracowanego wykonania muzycznego przecież, opowiada o końcu relacji, z pewną kobietą w swoim życiu. „The Redeemer” krok po kroku zabrał mnie w emocjonalną podróż, w którą w ogóle nie chciałam, jak się okazało, jechać. Ale siedziałam i mimo wszystko się rozkoszowałam. Oh! Dysonans dysonansem się poganiał. Asynchronia rozbrzmiewała. Bo chcę oglądać, ale nie chcę, ale trudno. Zamknę oczy i uszy, to jestem ciekawa. Jak tu z babą (czyli ze mną) artystycznie wytrzymać?

Po spektaklo-koncercie, jak już majestatycznie schodziliśmy z moim kompanem po majestatycznych schodach, kiedy on, rozwodząc się szeroko nad dźwiękami i słowami, brutalnie został przeze mnie zapytany „Czy Ty miałeś kiedyś złamane serce?”. Zamilkliśmy oboje dramatycznie, jak na teatr przystało, tamując tym samym bezruchem ruch schodzący po schodach dramatycznych. „Nie.”. I w tym wiekopomnym „nie” tak wytrwaliśmy do szatni. Przyodziani wymknęliśmy się w tłumie palaczy przystając na moment, kiedy mój kompan, w końcu przemówił: „Aaa, bo Ty z serca a ja z głowy recenzuję.. Ale wiesz dla mnie to czysty masochizm, tak to przejadać, powtarzać, nie kończyć”.

I kiedy już tak się rozbiegliśmy, ja na kolejne wydarzenie do Kijowa (nie ukraińskiego, tylko kina), on gdzieśtam, bo inaczej sobie wieczór zaplanowaliśmy, recka skrótowa siedziała mi w głowie.

Tak. Przyznaję. Z serca i z doświadczenia za Bluntem się wstawiam. Bo mocno mi pokazał, jakie cierpienie może być. Jest. Kiedy z relacji chcę się wycofać, zakończyć. I jest ciemność. I jest mgła myśli. I jest ból, tak jak ten światłami zadany. Bo każdy kontakt boli? Bo brak kontaktu jeszcze bardziej? Bo trzeba to przetrwać i tyle?

I wierzę mu, kiedy śpiewa, ni to do Siebie, ni to do Niej – „Wake up, wake Up, wake up”. Bo to wtedy trzeba zrobić. Obudzić się ze snu do rzeczywistości, która piękna nie jest. Ale taka właśnie jest. Prawda. W Klubie Złamanych  Serc.

I tak sobie myślałam, już w Kijowie, hyh, kto tego nie doznał, nie zrozumie, wyśmieje, i prychnie „teatralność przecież to jest”. Może. Dla mnie nie. Moje serce teraz już tak połamane, że nie wiem czy je pokładam. Na razie jak puzzle próbuję ułożyć, ale cały czas mi ktoś kawałki podpierdala. I czegoś brakuje. Trudno.

Dla tych, którzy nie rozumieją czym jest serce złamane, żadne medium ich nie przekona.

Dla tych, którzy przeżyli – wiecie jak to jest. Pisać nie będę.

I jeszcze tytuł całości – „The Redeemer”. Odkupiciel. Wybawiciel. Religijnie. Bo chce się „odkupić”, zbawić  Siebie po relacji, która nie wyszła. Coś zrobić, cokolwiek, żeby zrozumieć, wiedzieć, zakończyć. Znaleźć odpowiedzi na wszystkie „Dlaczego?”. Może właśnie poprzez sztukę, bo tak jest się wtedy najbliżej siebie. Dla reszty, nas, śmiertelników pozostają „nocne Polaków rozmowy”, stos chusteczek niehigienicznie zużytych i nadzieja na Czas Leczący Przemijający. Amen.

 

Klub Złamanych Serc

Rozdziobały mnie kruki, wrony..

Wybiegłam na przerwie po żarełko. No tak, terapeuta nie robot, jeść musi. I tak sobie dobiegłam, well, no ok, doszłam dostojnym krokiem do najbliższego skrzyżowania, robiąc mentalną listę zakupów. Stoję na czerwonym i nagle, z głowy wyjść musiałam, bo wokół mnie Naszional Dżeografik ew. Dyskowery się rozgrywało. Tak, tak na środku pl. Konstytucji.

Na jezdni, trzy- a może czteropasmowej, na środku na zebrze, leżało truchełko jakiegoś ptaka, podejrzewam że gołębia. Takie trochę porozjeżdżane, ale z flaczkami się po pasach ciągnącymi. (Przepraszam z góry za graficzność, no ale to w końcu MatkaNatura zurbanizowana).  Samochody trochę najeżdżały, trochę nie. Ale o owo truchełko bitwa najprawdziwsza się rozgrywała. Dwie wrony i jeden kruk, a na chodniku, w pewnym oddaleniu, stado gołębi (pewnie już w żałobie, chcące ciało kumpla odzyskać).

Jaka to była walka! Nie dość, że między sobą się dziobały i pióra wyrywały, to jeszcze uniki między jadącymi automobilami czyniły. I jak już przykucnął jeden z drugą i się przeciągać zaczęły, to trzeba było życie swoje ratować przed nadjeżdżającymi autami. Co to za walka! Kierowcy zwalniali, żeby więcej trucheł nie było, albo żeby Się nie pochlapać. Klaksony w ruch poszły. Już jeden z drugim wali pięściami w kierownicę, albo łapki w geście „Co tak stoisz głupiutki Ty?” (domniemam) wyciąga. No i światło się zmieniło. Mamy zielone. I ptaszydła, też zielone wywęszyły. I rzuciły się na ciałko i na flaczki i na móżdżek i zaczęły je rozciągać po całej szerokości zeberki. My, piesi, nie za bardzo wiedzieliśmy co zrobić. Bo się straszno o 14.00 na pl. Konstytucji zrobiło. Co odważniejsi kołem dużym scenę obeszli. Inni wybrali, inne pasy po prostu. Ja stałam jak wryta.

Ptaszydła trzy, na trzy części ciałko rozerwały i każde powlokło swoją w trzy różne kierunki świata, z dala od samochodów. Tak, na chodniki. Wrona wylądowała u moich stóp. Nic sobie nie robiła z mojej obecności. (No dobra, wiem, nie ma zdjęcia, to się nie wydarzyło, ale byłam jak zahipnotyzowana, no ok, zostawiłam komórę w gabinecie, ech..). Rozdziobywała gołąbka w spokoju.

Odechciało mi się jeść. Po zakupy nie poszłam, bo mi dziurę emocjonalną w głowie ptaszydła zrobiły.

Kiedy ostatni raz, tak walczyłam o coś? Z taką determinacją? Z takim, życia praktycznie, poświęceniem? Na czym mi tak zależało? A jak mi się coś „nie chce” po człowieczemu, zrobić? Albo jak „eee, no to może jutro, albo od poniedziałku”? Albo że „opłaca mi się to?”. „Co będę z tego miała?”. A jak już mam cel, to tak się wysiłkuję, żeby go osiągnąć? Boszsz..

Ok, no wiem, niezłą voltę mózg mój zrobić musiał (wiem, dziwaczne, ale tak mój mózg ma..), ale pytań nie było końca.

Zawstydziły mnie, skubane (no pun intended). I lekcję w motywacji odebrałam srogą. Ptaszą.

Rewiduję przekonania.

Rozdziobały mnie kruki, wrony..